Grobowce Atuanu (Ziemiomorze 2)

Ja tego chyba jednak nie czytałam, wymruczałam do siebie w połowie, po czym odrzuciłam tę myśl jako niezorganizowaną, i rzekłam do siebie „a, po prostu nie pamiętam, bo tu się nic nie dzieje!” Tu się bardzo pięknie nic nie dzieje, i jednak bynajmniej nie takie zupełne nic. Na początku oglądamy dziewczynkę odebraną jako dziecko matce i uczynioną bezimienną Najwyższą Kapłanką, jako kolejne wcielenie tej, która umarła. Spędza czas w zamkniętej świątyni z labiryntem pod ziemią, gdzie pewnego dnia pojawia się Ged. I tu jest mistrzostwo LeGuin. Potężny czarnoksiężnik wcale nie może się wydostać z labiryntu, zdany jest na łaskę i kaprys nieletniej kapłanki. Zamiast efektownego pojedynku na moce magiczne mamy co najwyżej słaby ognik na końcu laski i psychologię. Są tu ludzie naszkicowani z zapierającym dech w piersiach mistrzostwem.

Fascynujący jest minimalizm tej powieści, ona się kończy tam, gdzie niejeden by dopiero zaczął feerię magicznych wydarzeń. O odbieraniu dziecka matce są ledwie dwie króciutkie wzmianki, a jednak wywierają właściwy efekt. Ged właściwie mógłby nie być żadnym czarnoksiężnikiem, na użycie przez niego mocy do walki z nienazwanym złem mamy tylko jego słowa, a z opałów wydostaje się tylko dzięki interakcji międzyludzkiej. Teraz już wiem, skąd Pratchett wziął głowologię. Zachwyca mnie, że przecież autorka mogłaby powiedzieć „skoro to fantasy, to ześlijmy smoka, żeby rozwalił labirynt, albo innego króla orłów, żeby wydostał bohatera”. Że skoro już jest magia, to niby czemu nie reinkarnacja. LeGuin twardo jednak trzyma się swojej zasady, ten świat wygląda dokładnie tak, jak go wymyśliła, jedynym elementem odróżniającym go od naszego jest czarnoksięstwo – dostępne nielicznym, trudne, mające swoją cenę.

Ja, która uwielbiam gatunkizm i szufladkowanie, doceniam, jak ta powieść wyrasta ponad fantasy. Jest uniwersalna jak mity.

Czarnoksiężnik z archipelagu

Ziemiomorze za mną chodziło co najmniej od lata. Byłam przekonana, że strasznie dawno go nie czytałam, przekopanie się przez archiwum bloga ujawniło, że ledwie osiem lat, ale to była tylko pierwsza część. To może wyjaśniać, dlaczego od tamtego czasu mam wrażenie, że nie dokończyłam lektury. Poza tym nigdy nie przeczytałam ostatnich dwóch części, poprzestając bodaj na Tehanu. Poza tym nie lubię fantasy, przypomniałam sobie surowo, i z tą myślą otworzyłam Ziemiomorze, sześć tomów w jednym, z przedmową Le Guin napisaną w 2013 specjalnie dla polskich czytelników.
– No właśnie, mówiłam przecież, nie lubię fantasy – rzekłam z satysfakcją na drugiej stronie – to całe zadęcie, i te wszystkie przymiotniki, tak wzniośle, skaliste szczyty, zimne rzeki, nauka milczenia, wszystko takie niezwykłe i nie dla śmiertelników – kontynuowałam z pogardą. Raptem 30 stron dalej jakoś dziwnie przestało mi to przeszkadzać, byłam kolejny raz kupiona, żyłam na archipelagu.

Jak Le Guin to robi? Kara dla Geda za błędy młodości wydaje się kompletnie odrealniona, fantazyjna i wymyślona, a przecież jest w niej coś niezwykle uniwersalnego. I na tym chyba polega prawdziwa magia tej książki: baśniowe wydarzenia przekładamy z łatwością na codzienność. Tak zawsze działały mity.

Żelazna Rada

Rozkręca się powoli, pierwsza część jest dość męcząca, nawet coś na kształt rozczarowania przemknęło mi przez umysł. A potem jest druga, wracamy do Nowego Crobuzon, i to jest Miéville. Skomplikowana, szczegółowo przedstawiona polityka, bohaterowie, rasy, miasto, wszystko z kolorowymi detalami. Powrót do bohaterów z pierwszej części też już przebiega gładko. Jak zwykle jestem oszołomiona jego wyobraźnią. Oczywiście khepri (chepri) są wzięte z mitologii egipskiej, a vodyanoi (wodniki) ze słowiańskiej, o golemach nie wspominając, ale to, jak je wykorzystuje i łączy w całość, jak odmalowuje duszny klimat: niskie ukłony. To jest niewiarygodnie realistyczne, trudno uwierzyć, że ktoś był w stanie po prostu wymyślić cały ten świat. Doceniłam teraz oszczędność i – na tle „Żelaznej Rady” – konwencjonalność „Ambasadorii„.

Dworzec Perdido” i „Blizna” są bardziej przygodowe, akcja wciąga; „Żelazną Radę” czyta się znacznie ciężej, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie. Narracja, często w czasie teraźniejszym, robi wrażenie nerwowej, pospiesznej. Więcej tu chaosu i duchoty, co normalne, zważywszy na wydarzenia. Rozbrajająca jest fascynacja wiekiem pary, przetworzonym w oryginalny sposób. Szaleńczo pięknym pomysłem jest ten wieczny pociąg, szynowy Latający Holender, i ten golemista, który ożywia dowolną materię: to trzeba było wymyślić. Końcówka jest porywająca – ale szczerze mówiąc czytelnik albo rzuci przed dobrnięciem do niej, albo będzie już jednak kupiony. Ostatecznie jestem pod wrażeniem, aczkolwiek nie jest to moja ulubiona powieść Mievile’a.

Nie jestem natomiast pod wrażeniem tłumaczenia, już w „Dworcu Perdido” nie rozumiałam, dlaczego ze zgrabnego Remade zrobili się prze-tworzeni, po co ten myślnik? Gry słów „Remade” i „fReemade” nie dało się zachować, ale koszmarek „liberosynkret” powodował moje nerwowe wzdrygnięcia za każdym razem. (Za to „spiral away” jako „spiralajcie” doceniłam bardzo.)

Wszechświat kontra Alex Woods

Skoro musiałam przeczytać debiut Extence’a, to przeczytałam. Zdążyłam pięć razy pomyśleć, że jakoś mi ten styl dziwnie przypomina Vonneguta, kiedy szósty rozdział okazał się mieć tytuł „Witajcie w małpiarni”. Dalej nawiązań jest dużo więcej. Nie wiem, dlaczego autor rocznik 1982 w roku 2013 postanowił pisać akurat według tego pisarza (niech zgadnę – z sympatii). Jest to w każdym razie dobry Vonnegut, sama esencja, tylko to wzięte, co wyróżniało go wśród innych pisarzy. To trzeba umieć. Cała reszta jest jeszcze lepsza, brawurowo od początku stopniowane napięcie, klasycznie według Hitchcocka. Nie będę niczego streszczać, bo to odbierałoby sens lekturze, powiem tylko, że tematyka trudna – jedna z najtrudniejszych możliwych – a potraktowana z olbrzymią odwagą.

To jest w pewnym sensie rzecz o dojrzewaniu, ale bynajmniej nie klasyczna. A chyba najbardziej mnie zdumiewa, że ta powieść jest tak odmienna od „Lustrzanego świata„. Zupełnie nic wspólnego, ani stylistycznie, ani tematycznie. Jedyne, co na siłę mogłabym znaleźć, to choroby obydwojga bohaterów i ich podejście do nich, ale to doprawdy nędzny ogólnik. Koniecznie chcę wiedzieć, co Gavin Extence jeszcze napisze.

Crosstalk

Niewiele jest rozczarowań tak bolesnych jak to, kiedy obiecana na wrzesień czwarta część opowieści o Locke’u Lamorze została odwołana, i w ogóle nie wiadomo, kiedy się ukaże. Cierpiałam z tego powodu dwa dni i nie mogę sie doczekać nowej daty. Niewiele jest również przyjemności równych tej, jaką się ma otrzymując na kindla nową Connie Willis dwie minuty po północy. Choć przyznam, bałam się trochę kolejnego „Przejścia„. Zupełnie niepotrzebnie.

„Crosstalk” zaczyna się tradycyjnym chaosem. Bohaterka nie jest tym razem naukowcem, pracuje w korporacji, nad nowym modelem smartfona zresztą. I właśnie prawie się zaręczyła z innym pracownikiem firmy. Prawie, bo ten chce najpierw poddać się prostemu zabiegowi, którym aktualnie poddają się wszyscy celebryci: drobny otwór w czaszce, spędzenie nocy w szpitalu, i para ludzi potrafi nawzajem odbierać swoje uczucia.
– Ach, jakie to będzie piękne – zachwyca się narzeczony in spe – oświadczę ci się, a ty będziesz dokładnie wiedziała, jak bardzo cię kocham. Miłość, tęcza, różowe serduszka i motylki. Ach, jakie to koszmarne, myśli czytelniczka (ja) z odrazą. Mój pogląd podziela cała irlandzka rodzina Briddey: dwie siostry i ciotka, które ze wszystkich sił próbują ją odwieść od pomysłu, wydzwaniając i nachodząc ją w firmie i domu. Briddey oczywiście podda się operacji, tylko jej skutki nie będą takie, jak przewidywała. Będą znacznie gorsze. Telepatia nie jest fajna, serio. W tle zamieszanie w firmie, spotkania, maile, wiadomości, siostra-kwoka martwiąca się dziewięcioletnią córką, i pracujący (albo może wręcz żyjący) w suterenie komputerowy geniusz. Jeśli nie roztrzepany naukowiec, to zaniedbany geek, wiemy czego chcemy od Willis, i dostajemy to.

Powieść wciąga niesłychanie, jest ironiczna, zabawna, pomysłowa, Willisowa w najlepszym stylu, pełen cudownie opisanych spostrzeżeń, dość lekki, chwilami dość oczywisty – od pierwszego pojawienia się C.B. wiedziałam, jaka będzie jego rola, odgadłam też błyskawicznie sekret Maeve. W pewnym momencie pomyślałam ze zgrozą „ale tu oczywiście będzie nieunikniony happy end!” na co reszta mego mózgu wrzasnęła „jak nie chcesz happy endu, to idź sobie czytać Przejście!”. Good point. Mogę się też przyczepić, że książka jest nieco przegadana, jak to zwykle Willis, nie wiem na czym to polega – redaktorzy się boją ciąć czy autorka protestuje? Wycięłabym nieco powtórzeń i nachalnych leitmotivów, tylko by to wyszło dziełu na dobre. Ale czepiam się, nic mi nie przeszkadzało śledzić losów bohaterów z zapartym tchem, nie móc się oderwać – i paradoksalnie żałować, że już koniec. To nie jest może „Przewodnik stada„, ale 70-letnia autorka jest w dobrej formie.

Frantz

Ozon nakręcił bardzo piękny, nieoczywisty film o wojnie i spokoju, winie i przebaczeniu, kłamstwie i życiu, a przede wszystkim o odpowiedzialności. Kiedy piszę nieoczywisty, to jest tak, że pierwsza część jest bardzo przewidywalna, a kiedy oparłam się wygodniej myśląc „no – tak się zakończy, przecież od razu wiedziałam”, to była dopiero pierwsza część. Musi się dopełnić. Jest 1919, ale ten film jest zdumiewający aktualny sto lat później, w dobie powracających nacjonalizmów. Ta Marsylianka pełną piersią… to trzeba zobaczyć.

Abstrahując od faktów historycznych to jest film o tym, jak wpływamy na życie innych ludzi, a oni na nasze. Jak mało tego, co nas spotyka, jest efektem jakiegolwiek świadomego wyboru. Właściwie wszyscy bohaterowie są miotani: wyższą koniecznością pójścia na wojnę, tam koniecznością zabijania, potrzebą uzyskania wybaczenia, pragnieniem uszczęśliwienia bliskich, choćby za cenę spiętrzenia kłamstw.  Czy warto? Ozon nie daje odpowiedzi, raczej daje do myślenia.

Bezcenny

Zaczyna się świetnie, zapierającym tchem w piersiach opisem zamieci w Tatrach, w 44 roku zresztą, tło obyczajowe też odmalowane nadzwyczaj plastycznie. Potem w tych samych Tatrach, już współcześnie, dzielny major ratuje życie ludziom w kolejce na Kasprowy. Czytałam gryząc palce, święcie przekonana, że już nigdy w życiu nie wsiądę do tego, ani żadnego, wagonika z własnej woli. A potem akcja robi się tak naciągana, że bolą zęby, autor wprowadza Szwedkę Lisę – genialną złodziejkę i hakerkę, zdaje się, że miała być subtelnym ukłonem w stronę nieszczęsnego Larssona i jego Lisbeth, jest natomiast tak grubo naszkicowana, że nawet najsolidniejszy kołek do zawieszania niewiary tego nie wytrzymuje (chociaż doceniam, że ma lat 50, a nie 25). Bronią się opisy obrazów (Monet, Renoir, pojawia się Opałka) i informowanie czytelnika o tym, co nie wróciło do nas po wojnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zamówienie na tę powieść musiało wyglądać jakoś tak „Zygmuś, napisz thriller, ale taki wiesz, zachodni, żeby były pościgi aut na lodzie, bezpruderyjna Szwedka, ferrari, dużo materiałów wybuchowych, hakerzy, i Ameryka. I jakąś tematykę społeczną tam wsadź, wiesz, tak jak ty potrafisz. I wątek miłosny, taki tam dla bab. I jeszcze żeby takie z jajem było, żeby się pośmiać można było też.”

Jest to powieść polska, więc kiedy rozmawiają on i ona, ona mówi „dobra, możemy nawet mieć dzieci”, a on mówi „dobra, możemy nie mieć dzieci”, to oczywiście ostatecznie dzieci mają, bo przecież mężczyzna zdecydował, ona zrozumiała swój błąd, a dzieci mieć trzeba, wiadomo. Nie rozumiem też sensu wprowadzania fajnej, silnej, zdecydowanej bohaterki po to, żeby przez całą akcję nazywać ją jędzą, wyśmiewać jej zainteresowania, sugerować, że to tylko z powodu braku chłopa, i generalnie zmierzać do jej poskromienia.

Narzekam i się wyzłośliwiam, a prawda jest taka, że Miłoszewski umie pisać i jednak kupił mnie tymi wszystkimi malarzami, opisami obrazów (istniejących czy nie) oraz oczywiście Tatrami. Czytałam z guglem pod ręką, szukając zdjęć arcydzieł, i poczułam nagłą potrzebę przejścia się do d’Orsay (że na Kalatówki, to wiadomo). Dodatkowy plus za techniki wykrywania fałszerstw. Żałuję, że nie odnaleziono Rafaela, gdziekolwiek by go nie eksponowano. I zastanawiam się, co naprawdę mogło stać się z nim i innymi zaginionymi cennymi obrazami: gdyby gdzieś wisiały, już by było o tym wiadomo, tego się nie da ukryć przez tyle lat, ktoś by się pochwalił wcześniej czy później. Może leżą gdzieś w magazynach albo nawet na jakimś strychu, i nikt nie ma zielonego pojęcia. Albo, co prawdopodobniejsze, nakarmił się nimi jeden z wojennych pożarów. Takie życie.