Wersal

Mam słabość do Wersalu, zdarzało mi się tam jeździć tylko po to, żeby pospacerować po ogrodach, najchętniej wtedy, gdy aura zniechęca pospólstwo do takich poczynań. Ale nawet kiedy muszę stać w kolejce godzinami, żeby wejść do wnętrz i raz jeszcze popatrzeć na to królewskie łoże ogrodzone złotą balustradką – warto, za każdym razem warto. Załapałam się na ostatni bodaj dzień wystawy twórczości Olafura Eliassona, w Galerii Zwierciadlanej była cudownie piękna instalacja: dwa lustra pod kątem 30 stopni, między nimi czarne półkole, od wewnętrznej strony podświetlone. Jak łatwo się domyślić, efekt kalejdoskopu powiela to w sześć regularnych kół złączonych w okrąg, częściowo emitujący światło. Galeria Zwierciadlana od zarania używa luster, żeby zwielokrotnić jasność, ten prosty pomysł Eliassona pasuje więc tam idealnie. Stałam w zachwycie, pragnąc tam już zostać na zawsze z tą kolistą doskonałością. Ktoś w internecie nabijał się, ze tak tak, ten stary Wersal nie ma przecież niczego do zaoferowania tłumom turystów, musi przyciągać dodatkową atrakcją. Nie zgadzam się, te pomysły sprawiają, że pałac żyje. Wierzę, że Ludwik XIV, gdyby żył w dzisiejszych czasach, sam przyklasnąłby tej instalacji, dostrzegłby w niej prostotę i piękno.

Ten sam Eliasson zbudował na stawie w ogrodach gigantyczną fontannę, woda leje się ścianą po kratownicy z rur. Z daleka wygląda to, jakby spływała prosto z nieba, podstawy bowiem nie widać, z bliska wrażenie jest gorsze, choć jestem fanką wszelkich kaskad i wodospadów. Konieczność płacenia za bilet wstepu do ogrodów w lecie rekompensuje fakt, że wszystkie fontanny są czynne, co chwila spomiędzy krzewów miga nam jakiś figlarny strumyczek, i wszystkie rzeźby są odsłonięte (na zime są opatulane, i wtedy po ogrodach można spacerować za darmo, lecz po fontannach zostają tylko smętne wyschnięte niecki).
 
Uwielbiam wyobrażać sobie, co Ludwik by powiedział, widząc te barwne wielojęzyczne tłumy przewalające się po jego parkach i komnatach z obowiązkowymi smartfonami w rękach. Pragnienie robienia selfie by zapewne zrozumiał, w końcu w tamtych czasach zlecali malowanie portretów i rzeźbienie popiersi, stroili się na tę okazję w najlepsze gronostaje i przybierali mądry lub chociaż dumny wyraz twarzy. Po nich zostały dzieła sztuki na płótnie i w marmurze, po nas co najwyżej przykurzona garść bitów.

W apartamentach Mesdames (sześciu córek Ludwika XV) jest cudownej urody malachitowy stolik i misa, gdybym miała kiedyś coś stamtąd kraść, to zdecydowanie te rzeczy. Misa jest zrobiona z bloku malachitu podarowanego przez cara Aleksandra I. Poza tym zauważyłam dość zaskakujący dywan w niewątpliwą panterkę. Podpis wprawdzie upierał się, że to wzór tygrysiej skóry, lecz mówił także, że to motyw bardzo ongiś popularny na cesarskich dworach. Nie jesteśmy oryginalni.

Dotarłam również w końcu do wnętrza Le Grand Trianon, którego zachwycająca różowa kolumnada jest koniecznie do zobaczenia choć raz w życiu przy malowniczym zachodzie słońca. Wnętrza były mrocznawe, nie wiem, czy dla lepszej nastrojowości, czy dlatego, że już zamykali. Wyobrażałam sobie nieustająco, że oni tam kiedyś żyli, kochali, płakali, biesiadowali, intrygowali, bawili się i smucili, przechadzali po tych ogrodach.

Fontanna Eliassona

Eliasson w Galerii Zwierciadlanej

Cień Endera

Dwie koleżanki moją lekturę „Gry Endera” skomentowały słowami, że one najbardziej lubią Groszka. Ten drugoplanowy charakter otrzymał własną powieść, „Cień Endera”, o tyle niezwykłą, że rozgrywa się w tym samym czasie co oryginał, i w dużej mierze w tym samym miejscu, czyli Szkole Bojowej, pokazanej z innego punktu widzenia. Ryzykowny pomysł, którego realizacja okazała się jednak zupełnie dobra. Najpierw oglądamy dzieciństwo Groszka, ulicznego dzieciaka w przeludnionym Rotterdamie, ale dzieciaka innego niż wszystkie – oczywiście, inaczej nie trafiłby do Szkoły. Stopniowo dowiadujemy się, skąd wzięła się inność. Potem widzimy jego interakcje z Enderem, jest parę akapitów przepisanych żywcem z „Gry Endera”, ale to wcale nie szkodzi całości, chociaż wiemy co się dalej wydarzy. To trochę jak czytanie ponownie lubianej książki i dostrzeganie w niej nowych detali, a Cardowi udało się wprowadzić tu sporo świeżych pomysłów: na przykład szpiegowanie nauczycieli, którzy okazują się wcale nie tak nadludzko mądrzy, jak postrzegał ich Ender. Teraz widzimy, że cały ich plan wisiał na włosku i udał się tylko cudem. Card miał bardzo trudne zadanie: nie mógł w tej powieści odebrać zalet swojemu sztandarowemu bohaterowi, który w końcu dlaczegoś wygrał z robalami i został Mówcą Umarłych, a jednocześnie Groszek jest niezwykle inteligentny i przenikliwie dostrzega problemy Endera. Udało się to wszystko pogodzić, ta dwójka dzieciaków interesująco się uzupełnia,a przy okazji poznajemy bliżej paru innych bohaterów trzecioplanowych.

Mówca umarłych

Wspaniała rzecz, napisana ledwie rok po „Grze Endera”, bardzo odmienna w tonie. Zabawne, że czytałam ją zaraz po „Świecie Rocannona”, i chwilami musiałam sobie przypominać, że to przecież wcale nie Le Guin, chociaż tak wygląda. Są ansible, podróże międzygwiezdne z zachowaniem efektów relatywistycznych, a przede wszystkim inne kultury. Na Lusitanii w małej kolonii ludzkiej naukowcy próbują ostrożnie badać prosiaczki, niezbyt rozwiniętą rasę rozumną. Narzucone im zasady surowo zabraniają ujawniać obcym szczegóły kultury i techniki ludzkiej, oraz w jakikolwiek sposób wpływać na rozwój gatunku, co w żaden sposób nie ułatwia nawiązania kontaktu. Do tego dochodzi specyfika kolonii, na Licencji Katolickiej: biskup, klasztor, kuria, społeczność zakazująca życia na kocią łapę i wymagająca zawierania małżeństw. Prosiaczki w okrutny sposób zabijają swojego badacza, jego córka wzywa Mówcę Umarłych, Ender wyrusza w drogę, która zajmie mu dwadzieścia dwa lata czasu lusitańskiego, ale i tak się na miejscu bardzo przyda, nie mówiąc o tym, że wiezie królową kopca. Wnikliwe, olśniewająco pomyślane i poprowadzone, zasłużone Hugo i Nebula.

Po ochłonięciu irytujące jest tutaj po pierwsze upieranie się, że naukowcami mogą być trzynastolatki: bo ona jest zdolna, nauczyła się, zdała egzaminy, i hajda, już wszystko wie i od jutra może pracować. To oczywiście kontynuacja logiki „Gry Endera”, o potrzebie fabularnej nie mówiąc, ale można było trochę ograniczyć tę przesadę. Po drugie stawianie Endera w roli mędrca absolutnego: bystrzy ludzie żyjący na miejscu przez całe dziesięciolecia nie odkryli tego, co Ender w ciągu jednego dnia, zarówno jeśli chodzi o prosiaczki, co o ich własne relacje. Jasne, przybysz z zewnątrz widzi zupełnie co innego, niż żyjący w tym od zawsze, to prawda, a Ender ma fantastyczne wspomaganie, ale mimo wszystko. Po trzecie irytujący jest ten brany całkiem na poważnie katolicyzm. Nie jestem pewna, co autor właściwie o tym myślał: z jednej strony prosiaczki odrzucają Nowy Testament, z drugiej nikt nie wyśmiewa konieczności zawierania małżeństw i radosnego rozmnażania się, po trzech tysiącach lat rozwoju ludzkości na stu planetach, serio? Zdaje się, że im dalej w cykl, tym gorzej, dlatego nigdy nie byłam jego wielbicielką i zresztą nie doczytałam całości, chociaż po tych dwóch pierwszych tomach nie całkiem to rozumiem. Świetne powieści. „Mówca” we wspaniały sposób mówi o szukaniu porozumienia, i akceptowaniu odmienności, nawet przejawiającej się w straszliwych na pozór czynach. „Nie osądzaj, póki nie zrozumiesz, a nawet wtedy się jeszcze zastanów”, mówi Card. Oraz w końcu wiem, kogo parodiował Prachett tworząc imię funkcjonariusza Wizytuj Niewiernych Z Wyjaśniającymi Broszurami.

Świat Rocannona

– To teraz sobie poczytam s-f Le Guin – rzekłam do siebie z zadowoleniem, oblizując się i otwierając sześcioksiąg Hain. A tu niespodzianka. „Świat Rocannona” to fantasy. To może tłumaczyć, dlaczego kompletnie nic z niego nie pamiętałam. Tak, otoczka jest

Bridget Jones baby

Kwestia zawodnej antykoncepcji, ale jednak antykoncepcji użytej : bdb.
Demonizowanie amniopunkcji: nie bdb, bardzo nie.
Aktorstwo: bdb, tylko dlaczego Zellweger przez cały film chodzi jak Charlie Chaplin (niech zgadnę, miało być śmieszne).
Śmiałam się.

Gra Endera

Czytałam ją jakoś w zeszłym tysiącleciu, i bodaj tyko raz, ale pamiętałam doskonale akcję. Nadal wciąga szaleńczo, trzeba przyznać. Z tym pomysłem, że dzieci są konieczne, bo niby robią rzeczy szybciej, to jednak mocno odleciał. W życiu nie widział siedmiolatka, który ma się na przykład ubrać, to pewne. I co z tego, skoro całość wciąga, jest cudownie oryginalna i świetnie napisana: to były rzeczywiście zasłużone Hugo i Nebula. Oraz te globalne sieci komputerowe, w których nikt nie wie, że protagonista (jest psem) ma lat 12 – aż strach się bać, jak trafnie to przewidział w 1985. Choć tu też przesadzone, nie bardzo da się uwierzyć, że światową opinią publiczną mogło manipulować dwoje ludzi, nieważne jak bystrych i zdolnych. Nawet, a może zwłaszcza, w dobie internetu. Ale oczywiście skończyłam lekturę i zażądałam natychmiast „Mówcy umarłych”, chociaż pamiętam, że to już słabsze było.

Stochastyk

Następną po „Umierając żyjemy” powieścią Silverberga był „Stochastyk” (1975), który jest utrzymany w dokładnie odwrotnej tonacji: entuzjastyczno-gorączkowej tam, gdzie poprzednia była pogrążona w melancholii. Każdy bohater posiada szczególną zdolność, różnią się jednak od siebie diametralnie. Stochastyk Lew Nichols jest przystojny, młody, żonaty z piękną Sundarą, i szaleńczo pewien siebie. Zajmuje się prognozowaniem przyszłości, bardzo długo w książce nie ma w tym niczego nadprzyrodzonego, używa po prostu komputerów (w książce nadchodzi rok 2000). Jego celem jest doprowadzenie do wygranej w wyborach prezydenckich Paula Quinna, poświęca się temu całym sobą, i dlatego kiedy spotyka jasnowidzącego Carvajala, uparcie usiłuje wyciągnąć od niego informacje dotyczące przyszłości, bardzo długo nie wierząc, że jest ona deterministyczna. Zresztą, to naturalna reakcja, oczywiście, że każdy postawiony przed tą tezą natychmiast spróbowałby ją obalić, i jeszcze raz, i jeszcze pięćdziesiąt. A jeśli ostatecznie uwierzyłby, co by się stało? Ted Chiang trzydzieści lat później napisał o tym krótkie, błyskotliwe opowiadanie „What’s expected of us” („Co z nami będzie”). W tle powieści rozpada się małżeństwo Nicholsa, nadchodzi nowe tysiąclecie, o wiele barwniejsze, niż rzeczywiście był ten początek, polityka jest równie skomplikowana jak zawsze.

To jest bodaj pierwsza powieść Silverberga, w której występuje kobieta pozbawiona cycków, a w zamian posiadająca osobowość (podejrzewam, że kobieta z biustem i charakterem nijak się w skadinąd pojemnej wyobraźni pisarza nie mieściła). Żona bohatera mianowicie. Autor nie całkiem wie, co z tak rewolucyjną koncepcją zrobić, każe jej więc w ramach uniezależniania się znaleźć sobie religię nakazującą wyznawczyni załatwić licencję prostytutki i popracować w tym charakterze. Ach, te nieodmienne fantazje Silverberga: jedyna rada to pokochać i wybaczyć. W każdym razie jest to kobieta szukająca pomysłu na siebie, co stanowi u niego zdecydowane novum.

Jestem oszołomiona tym, że jeden człowiek potrafił w ciągu raptem paru lat życia napisać tyle tak różnych, tak znakomitych powieści. I nawet nie mogę jak zwykle westchąć „ach – żeby napisał więcej”, bo i przedtem i potem napisał więcej, dużo więcej, ale nic z tego nie było w połowie tak dobre. Zdumiewające.

Anatomia cudu Anna Kańtoch

Całkiem fajne i sprawnie napisane dwie nowele, teraz widzę, że to ciąg dalszy cyklu, w którym ukazały się już dwa tomy opowiadań, wszystkie połączone osobą Domenica Jordana, z zamiłowania detektywa. Są to właściwie kryminały, ale osadzone mniej więcej w renesansie, jest Święte Oficjum. Istnieje jednak tutaj również czarna magia oraz demony, i wyjaśnienia zagadek kryminalnych są nadprzyrodzone, co podoba mi się średnio, ale ostatecznie nie wszystko musi być w moim guście. Jesteśmy w fikcyjnej Okcytanii, ale mówi się również po łacinie i berberyjsku. Fajny pomysł, piętrowa intryga, dobrze napisane, dobrze się czyta, z przyjemnością przeczytam resztę.

Umierając żyjemy

Kolejna i chyba ostatnia ze znakomitych powieści Silverberga (1972, potem chrolonogicznie wyszedł „Stochastyk”, którego czytałam parę miesięcy temu, i właśnie się orientuję, że nie napisałam o tym słowa), o której kompletnie nie pamiętałam czytając „Crosstalk„, a szkoda, bo tematyka i częściowo konkluzja jest ta sama. Willis jest bardziej uniwersalna, Silverberg koncentruje się na jednym bohaterze, który ma swój dar i przekleństwo od urodzenia. Właściwie jest dużo podobieństw między Seligiem a Willisowym C.B., obaj są z tego powodu odludkami; Silverberg sygnalizuje problem z niechcianym odbiorem natłoku ludzkich, banalnych, natrętnych, albo wręcz obrzydliwych myśli, Willis rozwija ten wątek. Teraz zastanawiam się, czy przypadkiem nie dlatego właśnie Wilis obdarzyła swojego bohatera żydowskim nazwiskiem.

Możliwość zaglądania ludziom do umysłów skazuje na samotność, oboje pisarze tu się zgadzają. I tu się podobieństwa kończą. Selig jest totalnym nieudacznikiem, egzaltowanie użalającym się nad sobą rozmemłanym żydowskim intelektualistą, a widzimy po jego przyjacielu Nyquiście, że telepatia wcale nie musi na to skazywać. Można by jej użyć do urządzenia sobie wygodnie życia. Selig tego kompletnie nie potrafi, miota się, marzy o zrozumieniu i miłości, w której znalezieniu przeszkadza mu dar. Gdyby go nie miał, przeszkadzałoby mu coś innego, to taki typ. Zresztą clou powieści polega właśnie na utracie. Starzejący się bohater czuje, że ta tajemnicza moc go opuszcza, i nie potrafi się z tym pogodzić. Może i niechciana, ale definiowała go, była z nim zawsze, wiedział kim jest: teraz to traci. Tu jest cała siła tej powieści, ona jest o bezpowrotnym odchodzeniu młodości. Jeśli mamy coś w zamian, można się jakoś pogodzić z tą naturalną koleją rzeczy. Selig nie ma, i nie potrafi tego zaakceptować, a Silverberg opowiada o tym w mistrzowski sposób. Jest to oczywiście punkt widzenia nader męskocentryczny, jak stale u tego pisarza, pełno tu kobiet z obfitym biustem. Wyjątkowo nie mam ochoty się czepiać, bo po pierwsze ten typ tak ma i trudno, a po drugie i ważniejsze postać Dawida jest uniwersalna. Jego poczucie inności i alienacja odmalowane są precyzyjnie, wnikliwie, i bardzo przekonująco. Ja sie zawsze awanturuję nad tym oklepanym poczuciem inności, bo w końcu nikt nie jest taki sam jak inni, każdy ma coś, przeciętni istnieją jedynie w statystykach – lecz prawda jest taka, że ci nieliczni naprawdę odmienni mają tę świadomość od najmłodszych lat i jakoś muszą się z nią borykać. Nie ma znaczenia, czy to telepatia, czy coś bardziej przyziemnego (spokojnie, nie jestem telepatką). Nawet towarzystwo sobie podobnych niekoniecznie załatwia sprawę, i to Silverberg też cudownie pokazał na Nyquiście.

To naprawdę dobry pisarz, stwierdzam, i dręczy mnie przez chwilę myśl, że z tym talentem mógł napisać coś bardziej, coś naprawdę olśniewającego… ale niby co. Ta książka jest właśnie doskonała w swojej gorzkiej melancholii, w bohatera użalaniu się nad sobą. I wspaniale prawdziwa. Wychodzi poza sf ze zdumiewającą łatwością, i powinna być bardziej znana.

Akademio Szwedzka go home

Nie szokuje mnie Nobel dla Dylana, wymienianego wśród kandydatów już od dawna. Osobiście ucieszyłaby mnie nagroda dla kogokolwiek, byle nie był to ten rozwlekły grafoman Murakami. Nobel dla tekściarza ma ogromny sens, pieśni są pierwotnym środkiem wyrazu człowieka, prawdopodobnie nasi przodkowie śpiewali, kiedy tylko wynaleźli mowę. Służyły do opowiadania historii, opiewania czynów bohaterów, chwalenia bogów, wyrażania emocji, na długo przed powstaniem jakichkolwiek gatunków literatury czy poezji. Jeśli nagradzamy dramaturgów, poetów, reporterów, to niby czemu nie autorów piosenek. Oczywiście bez końca można się spierać, czy ten tekściarz czy inny, tak samo zresztą jak o wyższość jednego pisarza nad innym (byle nie Murakami, powiadam) czy wręcz jednej książki nad drugą.

Mam natomiast okropną pretensję o uzasadnienie. Co to niby jest amerykańska tradycja, poza tym, że oksymoron? A nawet gdyby faktycznie istniała jakaś szczególnie amerykańska tradycja śpiewania, to niby od kiedy Nobel jest narodowy, miał być uniwersalny? Nie wspominając już o tym, że Dylan akurat jest żydem. Można było wspomnieć o pierwotnych korzeniach śpiewanej poezji, co napisałam wyżej, i wtedy ta nagroda miałaby sens. A tak przeżyłam kolejne rozczarowanie Akademią Szwedzką, która to uzasadnienie napisała chyba na kolanie w czwartek o 12:50.