Brud

Jako stała czytelniczka bloga sporo historii z tej książki znałam, a dowcipy bywają z brodą, ale to tylko dygresje. W tej powieści mamy wątek centralny, którego mi brakowało w „Pokoleniach Ikea”. Bohater nazywa się Relu, jest prawie czterdziestoletnim prawnikiem: żona, dziecko, dom, pies, eleganckie garnitury, dobre jedzenie, alkohol. Spotyka przypadkiem kobietę, na parkingu podziemnym supermarketu, a gdzie w 2016 można spotkać kobietę. Wiadomo, co dalej. Prawie wiadomo. Zakończenie mnie jednak zaskoczyło, i jestem zachwycona jego zwięzłością. Dwa słowa więcej i byłoby nieznośnie melodramatyczne, a tak – równoważy cynizm narratora. Bardzo mnie też ujęła jego fascynacja przedwojenną Warszawą, dawkowana umiejętnie, uczłowieczając Relu, który mógłby jednak być dość antypatyczny, jeśli czytelnik akurat nie jest czterdziestoletnim rekinem korporacyjnym. To dobra książka, i doskonale mi się skomponowała z podróżą Lotem do Polski (tak, ten Embraer klejony taśmą uniwersalną). Jestem ciekawa, czy autor się rozwinie, i w którą stronę.

Pożeglować do Bizancjum

Będę musiała zaraz wypluć, co rzekłam, że niby Silverberg nie napisał już nic w połowie tak dobrego, sięgnęłam bowiem po zbiór opowiadań „Pożeglować do Bizancjum”. Sięgnęłam nonszalancko z myślą „och, czytałam te opowiadania przecież z dziesięć razy i wszystko wiem”. Otóż nie. Jasne, tytułowe faktycznie znam dobrze, zbiór zawiera też kilkakrotnie przeze mnie czytaną „Rodzimy się z umarłymi” (Nebula 1975), przedziwną mikropowieść, w której zmarli są ożywiani i prowadzą ciekawe życie, pozbawieni jednak uczuć, które mieli za życia. Niestety bohater, mąż nagle zmarłej w wypadku Sybille, nie umie się z jej śmiercią pogodzić, za wszelką cenę chce ją odzyskać. Jest tu coś z mitu o Orfeuszu i Eurydyce, jest dziwna poetyczność, jest nastrój, a jednak Silverbergowi zabrakło entuzjazmu czy pomysłu, żeby rozwinąć to w pełnowymiarową powieść. Chyba rozumiem dlaczego: tematyka wymagała zachowania dystansu i chłodu, autor nie mógł się poratować swoją zwyczajową rozbuchaną witalnością i to mu przeszkadzało. W ogóle wpadł w starą pułapkę: nie da się pozbawić ludzi uczuć i czegoś na tym budować, to zwyczajnie nie jest możliwe (film „Equilibrium” też się tu rozbija i jestem przekonana, że czytałam coś jeszcze w tym duchu).

Pierwszy w zbiorze jest „Gilgamesz na Pustkowiu” (Hugo 1987, nominacja do Nebuli 1986), który wzbudził mój szczery zachwyt – nie czytałam tego, a to jest absolutnie prześliczna zabawka. Robert E. Howard i H. P. Lovecraft wałęsają się po Piekle, spotykają Gilgamesza, który pokłócił się z Enkidu, spotykają całą masę innych wielkich zmarłych, uczestniczą w ofensywie wojskowej, poznają szpiega Chińczyków Ernesta Hemingwaya: uczta. Napisana raczej dla zabawy niż w innym celu, jest to rzecz udowadniająca, że Silverberg miał również wielkie poczucie humoru, poza imponującą wiedzą historyczną i literacką.

„Pasażerów” (Nebula 1969) znałam, to Silverberga spojrzenie na klasyczny pomysł dotyczący obcych opanowujących nasze ciała, perfekcyjnie wykonane: mamy wszelkie szczegóły dotyczące społeczeństwa borykającego się z tym problemem, i możliwości związków międzyludzkich w takim świecie. Zakończenie jest przyjemnie przewrotne.

„Skrzydła nocy” (Hugo 1969, dla odmiany), pierwsze z trylogii opowiadań składających się na powieść, którą może kiedyś przeczytam, acz nie uwiodło mnie do końca. Ma w sobie coś z Wolfe’a. Jesteśmy w bardzo odległej przyszłości, wałęsamy się po Ziemi przekształconej niemal nie do poznania, ze zniekształconymi nazwami miast (Roum, Perris, Jorslem). Bohater jest Obserwatorem, stara się wykryć czy przewidzieć inwazję Obcych na Ziemię, towarzyszy mu zniekształcony wyrzutek pozaklanowy i młoda skrzydlata Szybowniczka. Domyśliłam się błyskawicznie, jaki będzie przebieg akcji, i kto jest kim, co mnie odrobinę zniechęciło, ale nastrój tego opowiadania jest niezrównany (porównanie do Wolfe’a to wyjątkowy komplement).

„Na scenę wkracza żołnierz. A po nim wkracza drugi” (Hugo 1990) to kolejna zabawka, w XXII wieku ożywiamy Pizarra i Sokratesa, każemy im prowadzić wyrafinowane dialogi, jest to trochę kontynuacja logiki „Gilgamesza” i kolejny raz pokazuje intelektualizm autora, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości.

„Dobre wieści z Watykanu” (Nebula 1971): papieżem zostaje robot, który był kardynałem.
„Każda epoka ma takiego papieża, na jakiego zasługuje – zauważył dość ponuro dziś przy śniadaniu biskup FitzPatrick. – Papieżem na nasze czasy jest z pewnością robot”
„– Jest taki, jak wszystkie inne – odpowiedział Kenneth. – Błyszczące metalowe pudełko z kołami na dole i oczami u góry.”
W rzeczywistości Jego Eminencja ma gąsienice, nie koła. W dyskusji bierze udział również rabin.

„Pożeglować do Bizancjum” (Nebula 1985): jest pięćdziesiąty wiek.
– Pięćdziesiąty wiek po czym? – pytał wielokrotnie, ale nikt z pozoru nie wiedział albo może nie raczył powiedzieć.
Charles został tu przeniesiony z roku 1984, nie wiadomo jak ani po co, podróżuje jak inni między miastami, które powstają i znikają, nie może naraz być więcej niż pięć, innych ograniczeń nie ma, Timbuktu, Asgard, Aleksandria. A potem zburzą i powstanie Bizancjum, czemu nie, skoro mogą. Coś tu z NFR Lema. Olśniewa przepych strojów, jadła, napitków, rozrywek stworzonych dla przyjemności kasty obywateli, wśród których dlaczegoś znalazł się ten przybysz z przeszłości. A ostatecznie jest to jednak historia miłosna.

Stoi kara na kornerze

Polonia francuska ma słowo, które doskonale oddaje specyficzny stosunek Polaków do swoich rodaków. „Polaczek”, sam w sobie będący wyrazem chyba nieprzetłumaczalnym na żaden inny język, stał się „Polczakiem”, a następnie uległ paryskiej transformacji zgodnie z zasadami gwary verlan. Ta polega na przestawianiu sylab, ostatnia idzie na początek, samo „verlan” to w ten sposób zmodyfikowane „l’envers”, na odwrót. W ten sposób swojski Polczak to „czakpol”. Kiedy to pierwszy raz usłyszałam, skojarzyło mi się najpierw z Chuckiem Norrisem, niesie jednak ze sobą zgoła inny ładunek emocjonalny.

We Francji nie używa się również słowa „ciapaty” (skądinąd zawsze w moich uszach brzmiacego dziwnie pieszczotliwie), stworzonego czy tylko spopularyzowanego przez emigrację do Anglii. Z przyczyn absolutnie dla mnie niejasnych osoby pochodzenia arabskiego znane są tu w kręgach polskich jako „Szwajcarzy”. Podejrzewam, że na zasadzie złośliwego kontrastu, ale nie wiem. Próba guglania nie dała żadnych rezultatów, słyszałam to jednak od osób w różnym wieku i z rozmaitym stażem na obczyźnie. Znacznie sympatyczniejsze złożenie polsko-francuskie to z kolei „sawaszka?”, naturalnie od francuskiego „ca va?”

Dzieci umysłu

Zaczynamy dokładnie tam, gdzie skończyliśmy „Ksenocyd” (bo w zasadzie to jest druga część tej samej książki), co oznacza, że należy zaakceptować bzdury z jego końcówki, jeśli się chce to przeczytać. Zacisnęłam zęby, trudno. Peter z Wang-mu latają po światach chcąc przekonać Gwiezdny Kongres do odwołania Floty Lusitańskiej, która oczywiście nadal zagraża planecie. Nie bardzo rozumiem dlaczego – skoro descolada już nie jest problemem, czy ludzie z kolonii nie mogą tego załatwić? Taki Ender na przykład by nie mógł? Najwyraźniej nie, bo się całkiem wypalił, i myśli tylko o odzyskaniu żony, która się zamknęła w klasztorze. Jane też by pewnie mogła jakiś fałszywy rozkaz odwołania wysłać, ale jest zajęta natychmiastowym przerzucaniem statków między planetami, a w ogóle za chwilę zginie, czego nie rozumiem, bo pod koniec Ksenocydu była mowa o tym, że tylko osłabnie, ale nie umrze. To oczywiście brzmi jak totalna bzdura, tymczasem prawda jest taka, że nadal czyta się dobrze. Wang-mu odzyskuje rezolutność, Peter jest przerysowany, ale ich perypetie i interakcje są wciągające. To w ogóle jest mocna strona, relacje międzyludzkie, postaci z wyraźnymi charakterami, ze skomplikowanymi motywacjami. Miejscami robi się z tego właściwie dramat psychologiczny, podszyty oczywiście fantastyką, bo mówimy o przenoszeniu jaźni między ciałami – co bywa naiwne i irytujące, ale co się złapię na takiej myśli, znowu mnie jednak wciąga. Jest nieodmiennie pomysłowy, nie da się przewidzieć, dokąd jeszcze pojedziemy na tej fali wyobraźni, i czasem trafia w samo sedno.

Leciałam LOTem

Nadszedł dzień mojego pierwszego międzynarodowego lotu LOTem. Zawsze chciałam, zawsze wychodziło tak, że ceny wyższe i godziny nieludzkie. A tym razem się udało (godzina nadal była nieludzka, ale inaczej by się nie dało). Pełna przejęcia wsiadłam do Embraera, zachwyciłam się, że tylko dwa siedzenia w rzędzie i że wszystkie te napisy o maskach i kamizelkach są po polsku, tego jeszcze nie widziałam. Po pewnym czasie zaproponowali płatny serwis, co mnie nieco otrzeźwiło, bo cena, jaką zapłaciłam za bilet, nie przypominała wcale ceny tanich linii, ale w końcu ważne, żeby przewoźnik narodowy zarabiał, a tanie linie też potrafią być drogie, pocieszyłam się. Okazało się potem, że dostaniemy bezpłatną kawę lub herbatę, a do niej Prince Polo. Małe. Lepsze małe niż żadne, pocieszyłam się.
Udałam się na wycieczkę do toalety. Stojący obok steward powiedział, że właśnie ktoś wszedł, istotnie drzwi były zamknięte, stanęłam więc nieopodal i spojrzałam w górę. Było to dość lekkomyślne, odkryłam bowiem kilka warstw taśmy uniwersalnej najwyraźniej przylepionej tam nie dla ozdoby. Trochę mnie zmartwiło, że jestem oddalona od powierzchni planety jakimiś dziesięcioma kilometrami powietrza, a utrzymuje mnie na tej wysokości taśma uniwersalna, ale ostatecznie my ze szwagrem nie takie rzeczy taśmą łataliśmy. Po to w końcu jest. Stałam, i stałam. I stałam i czekałam. I stałam. Nauczyłam się na pamięć wszystkich instrukcji na drzwiach wyjściowych, a drzwi toalety pozostawały zamknięte.
– Przepraszam, czy tam na pewno ktoś jest? – zapytałam stewarda.
– Tak, oczywiście – odparł chłodno.
Przyszła kolejna pani i stanęła za mną. Stałyśmy tak razem, steward zajmował się stewardowymi zajęciami, wsuwał i wsuwał jakieś pojemniki. Stałyśmy. Stałyśmy i stałyśmy. 
– Przepraszam, czy jest tu druga toaleta? – zapytałam w końcu po dobrym kwadransie, nie żebym naprawdę jej potrzebowała, ale wolałam nie sugerować stewardowi, że ktoś najwyraźniej tam zasłabł, w końcu to jego praca, z całą pewnością wie co robić.
– Jest, ale w klasie biznes – odparł sucho.
– Ależ zdaję sobie sprawę, tylko w tych okolicznościach… – wysunęłam sugestię, która została przyjęta lodowatym milczeniem. W Air France już dawno by mnie zaprosili do biznesowej, westchnęłam ciężko, ale odrzuciłam tę myśl jako niezorganizowaną, wiadomo, biznesmeni polscy to nie to co francuscy, nie mogą się beztrosko mieszać z pospólstwem, trochę szacunku. 
Postałam jeszcze chwilę. Steward całym sobą dając do zrozumienia, że to poniżej jego godności, zapukał w drzwi toalety. Odzewu nie było. Zapukał głośniej pytając, czy wszystko w porządku. Odzewu nie było. Zadzwonił gdzieś. Wyciągnął ze skrytki jakieś narzędzie i poprosił mnie o odsunięcie się, bo będzie otwierał drzwi. Jak zwykle walczyła we mnie niechęć przed ujrzeniem zawartości toalety, która mogła się okazać szokująca, ze straszliwą ciekawością po tym całym czasie oczekiwania, chociaż rozsądek podpowiadał, że ktoś po prostu musiał tam zemdleć. Steward otworzył drzwi jednym ruchem, zajrzał do środka, i bardzo się zdziwił.

Ksenocyd

Po przerywnikach wróciłam w główny nurt cyklu o Enderze. Zaczyna się dość okrutnym epizodem z udziałem – jakżeby inaczej – niezwykle utalentowanego dziecka, tym razem bogosłyszącego. Nie wiemy, gdzie jesteśmy w czasie ani przestrzeni. Następny rozdział jednak pokazuje, że wróciliśmy prosto w fabułę „Mówcy umarłych„. Valentine z całą rodziną właśnie zbliża się do Lusitanii i spotyka ze statkiem Mira, na planecie Ender i inni postarzeli się o ćwierć wieku, Kongres Gwiezdny chce zniszczyć całą planetę razem z inteligentnym gatunkiem, prosiaczkami. Problemem jest descolada, śmiertelnie zabójczy wirus, który jest jednak absolutnie niezbędny do przetrwania nie tylko prosiaczków, ale w ogóle całej flory i fauny planety. Sytuacja patowa, doskonale wymyślona. W tym wszystkim są jeszcze królowa kopca oraz Jane. W nieparzystych rozdziałach oglądamy bogosłyszącą Qing-jao i jej rolę w wydarzeniach na Lusitanii.

Card niestety daje tutaj „naukowe” wyjaśnienia teorii filotycznej, lepiej by zrobił skupiając się na relacjach międzyludzkich i międzygatunkowych, co naprawdę umie. Mamy też akapit, w którym poucza, że zachowanie czystości przedmałżeńskiej jest niezbędne do powstania silnego cywilizowanego człowieka, bez tego ani rusz. Jassne. Nie wiem jakim cudem tak inteligentny pisarz wnikliwie zajmujący się kwestią obcych, porozumienia oraz tolerancji, mógł bywać jednocześnie takim idiotą, ale nie on jeden w końcu. Mamy tu również niesienie dobrej nowiny prosiaczkom, i co prawda kościół zauważa sensownie, że o małżeństwach nie ma mowy ze względu na specyfikę cyklu reprodukcyjnego, ale chrzcić już można, i to masowo, z rozmachem. Autor jakoś nie wyciąga wniosków, na szczęście czytelnik może. Interesuje mnie swoją drogą, jak własciwie został prosiaczkom przestawiony Chrystus i jego śmierć na krzyżu, jak to się w ogóle mogło przełożyć na ich kulturę (jest świetna wzmianka o tym, jak heretycy uważają descoladę za Ducha Świętego, szkoda, że ten temat nie został pociągnięty, to by dopiero mogło być ciekawe). Oraz właściwie dlaczego chrzczone są prosiaczki, a robale i Jane już nie i nikt się nawet o tym nie zająknie?

Dzieci Valentine się jakoś zagubiły w ferworze akcji, matka je przywlokła na planetę trzydzieści lat świetlnych od domu po to, żeby nawet najmniejszej roli nie odegrały, Ender się też jakoś nie bardzo interesuje siostrzeńcami, choć z siostrą rozumie się bez słów. Ale to już czysta złośliwość z mojej strony, i tak ma tych bohaterów bardzo licznych, a przecież wiadomo, że nie mógł zostawić Valentine bez dzieci. Nie rozumiem dziwnej przemiany Wang-mu: niepokorna dziewczyna nagle w drugiej połowie zaczyna przepraszać, że żyje i upierać się, że jest za głupia na cokolwiek. Nie podoba mi się też zupełnie zakończenie, jest naprawdę przeokropne. Podejrzewam, że to dlatego ostatnim razem właśnie na „Ksenocydzie” zakończyłam znajomość z Cardem, i jestem dziwnie pewna, że będę żałować lektury „Dzieci umysłu”.

Ale to jest jednak dobra i świetnie napisana książka, przynajmniej 90%, pomijając końcówkę. Bardzo przemyślana, nawet jeśli efekty tych przemyśleń niekoniecznie mi odpowiadają. Te kawałki o nerwicy natręctw są naprawdę doskonałe, autentycznie przerażające. Znakomity pomysł na wykorzystanie choroby.