Sońka

Zaczęłam czytać i pojękiwać, stężenie egzaltacji na pierwszych stronach jest dość nieznośne, figury stylistyczne drażnią oczy i mózg, „ale to takie będzie już do końca? To ja nie przeczytam” oznajmiłam twardo „i przecież wiedziałam, że po „Balladynach i romansach” Karpowicz już nie umie niczego napisać, wiedziałam, nic mi się już nie spodoba, przecież wiem, i po co mi to było” marudziłam dalej. 20% książki dalej wyrywałam sobie kindla z prawej ręki lewą, a potem na odwrót, a i tak nic to nie dało.

Warszawski młody reżyser, Igor, jedzie przez zapomnianą przez Boga i operatorów sieci komórkowych Polskę wschodnią, gdzieś niemal na granicy, za Białystokiem, psuje mu się samochód, zasięgu oczywiście nie ma. Spotyka Sońkę, żyjącą w jednej z czterech miejscowych chałup, z krową, kotem i psem. Sońkę mówiącą lokalną gwarą, mieszanką polskiego i białoruskiego, i przyznaję, nie wiedziałam o jej istnieniu, chociaż na studiach miałam przez chwilę koleżankę Białorusinkę albo właśnie z tamtych okolic, oczywiście teraz żałuję, że nie rozmawiałam z nią bardziej. I chociaż moja własna rodzina pochodzi z Podlasia. Zatem Igor spotyka Sońkę, która żyła w tym miejscu od urodzenia, przez wojnę. Ponieważ tak, to jest historia o życiu, które naznaczyła wojna, i z początkowej egzaltacji nie zostaje nic, kiedy Karpowicz na pół stroniczce opisuje nagle sucho i precyzyjnie zagładę Żydów w Gródku. „Ale nie będziesz chyba teraz ryczeć nad trzema akapitami Karpowicza, nad rozstrzelaniem raptem setki Żydów, ponad 70 lat temu?” powiedziała ze zdumieniem racjonalna część mojego mózgu (nieracjonalna wiedziała swoje). Potem spłakałam się jeszcze raz, pod koniec, nie zdając sobie zresztą z tego sprawy, dopóki nie poczułam, że twarz zrobiła mi się dziwnie mokra. „I czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira? Wzruszenie jest takie samo.

Jest to historia o miłości. I o spektaklu, jaki Igor – choć naprawdę nazywa się Ignacy – zrobi z tej opowieści w Warszawie. Jest miejscami zaskakująco liryczna, miejscami zabawna, czasem smutna, czasem egzaltowana; jest o świecie dziś i świecie kiedyś. Jest o ludziach. Jest autoironiczna: kiedy unosiłam brew zastanawiając się, czy naprawdę trzeba było dawać przypis do każdej wypowiedzi w podlaskiej gwarze, Karpowicz chwilę później kpił z reakcji na identyczne przypisy w książce Igora.

Jest to historia prosta, dałoby się ją opowiedzieć w trzech akapitach, może nie trzeba było kombinować aż tak, jak Karpowicz, a może tylko tak się dało. Jest to historia prawdziwa: upierałam się, że Sońka nie istnieje, ale ona istniała, każda z tych rzeczy się wydarzyła, nie tylko raz, wielekroć. Wydarza się teraz. I wydarzy się znowu.

W jednym miałam rację, to nie są „Balladyny i romanse”. To dużo więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s