Strażnik tajemnic

Zuzanka znalazła w necie jakąś listę książek z twistem, znajdowała się na niej „Dziewczyna z pociągu” obok „Zabójstwa Rogera Ackroyda”: skrzywiłam się nieco. Na tej zasadzie to prawie każdy kryminał ma twist, bo nie wiadomo, kto zabił (aczkolwiek u Christie cokolwiek bardziej nie wiadomo, tu akurat się zgadzam). Była tam też między innymi „Trzynasta opowieść” Setterfield, którą obie czytałyśmy, pamiętamy, że jakieś zaskoczenie było, ale jakie dokładnie – to już nie. Zresztą twist nie oznacza dla mnie, że odkrywamy jakiś sekret, o którego istnieniu od początku wiemy, tylko zaskoczenie, którego zupełnie nie oczekiwaliśmy i mamy ochotę krzyczeć do autora, że nie tak się umawialiśmy.

„Strażnik tajemnic” Kate Morton należy do tej pierwszej kategorii. Szesnastoletnia Laurel w roku 1961 była świadkiem, jak jej matka zabiła mężczyznę, który pojawił się pod jej domem. Oficjalna wersja stwierdzała, że w samoobronie, matka nie została ukarana, właściwie wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego. Pół wieku później matka leży na łożu śmierci, cztery córki i syn zjeżdżają się ją żegnać, i postanawiają nagle dowiedzieć się prawdy. To prosty chwyt stosowany milion razy przez rozmaitych pisarzy, choćby Kate Atkinson, którą Morton nieco tu przypomina (aczkolwiek to nie ta klasa). Wędrujemy w czasie, oglądamy wojnę w Londynie oczami pięknej Dolly, późniejszej matki Laurel, a przedtem jej dzieciństwo, mrzonki o miłości, sławie i niezwykłym życiu. Tymczasem w czasie wojny została opiekunką ekscentrycznej starej brytyjskiej damy, z którą się niespodzianie dobrze dogadywała. Czy tu jest klucz do późniejszych wydarzeń, czy może jednak w przyjaźni z tajemniczą Australijką Vivien? Okaże się.

Pierwszy delikatny twist jest w połowie książki, uświadamiając nam, że nie wszystko wygląda tu tak prosto, jak się nam zdawało. Drugi pod koniec, i tego się już domyśliłam, oraz uważam, że nic nowego nie wniósł do akcji, a nawet wprost przeciwnie, jest całkiem niepotrzebny, lepiej i składniej byłoby bez tego. Tak czy owak czyta się doskonale, jest to przyzwoita i dobrze opowiedziana historia, z wojną w bliskim tle. Przywykłam już do tego, że autorzy urodzeni w jakimś 1976, w Australii, z dużą dozą realizmu opisują bomby lecące na Londyn. Kiedyś sądziłam, że to dobrze – pamiętajmy, może uchronimy siebie i dzieci nasze przed takim losem. Dzis już mam tej nadziei znacznie mniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s