Ender na wygnaniu

To jest bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z głównej fabuły „Gry Endera„, kolejny raz podziwiam odwagę i mistrzostwo Carda. Już dokładnie wiemy, co się stało – wtedy, i czterysta lat później, i trzy tysiące lat później, oglądaliśmy to już wszystko w sadze Cienia. A w ogóle wiadomo, najciekawsze już się przecież zdarzyło, wojna się skończyła, robali nie ma całkiem, koniec, suspensu brak; a co Ender znalazł na tej planecie, wiemy od dawna. Po czym Card przychodzi, opowiada, i nagle to znowu wciąga. Ender odlatuje, mianowany gubernatorem pierwszej kolonii, trzynastolatek – będzie miał piętnaście, gdy tam dotrze, oczywiście to nie ma znaczenia, bo jest irytująco mądry i dojrzały. Valentine mu towarzyszy. Oglądamy przelotnie rodziców rozstających się na zawsze z dwójką swoich dzieci. Dostajemy też nową postać, Alessandrę – kolonistkę, oraz jej matkę. Ich relacje z Enderem, ale jednak głównie ze sobą, staną się istotną osią pierwszej części powieści. Z sf mamy tu podróże z efektem relatywistycznym i kawałek eksploracji obcej planety, reszta jest czystą psychologią, co Card umie chyba najbardziej. Albo udaje, że umie, z dobrym skutkiem. Oraz pojawia się porzucony wątek z cyklu Cienia, to ostatnie dziecko Groszka. Bardzo dobra książka.

W posłowiu Card wyjaśnia, jak musiał łatać wątki, bo trochę mu się koncepcja zmieniła i nie zawsze wszystko się zgadzało z tym, co wymyślił wcześniej. Główna oś jednak jest spójna, a poza tym to tym lepiej: w końcu kiedy opowiadamy lub słyszymy jakąś historię, często później się okazuje, że szczegóły jednak były inne. Dodaje to realizmu. Nieco naiwne jest przekonanie Carda, że dzieci zawsze będą podobne do rodziców, nawet jeśli wychowywane od początku w zupełnie innych okolicznościach. Można się też czepiać Endera – można, ale po co? Za dużo miałam przyjemności z lektury całości.

Skończył mi się cykl, jest mi smutno, i chciałabym, żeby jeszcze coś napisał. Jeszcze tak z dziesięć, wystarczy, nie jestem zachłanna.

Pierwsze spotkania w świecie Endera

Lektura dla fanów, w których gronie znalazłam się całkiem nieoczekiwanie, i nadal mnie to nieco dziwi. Cztery opowiadania, w tym pierwotna „Gra Endera”, od której się wszystko zaczęło, i której nigdy przedtem nie czytałam. Jest zaskakująco podobna do powieści, niektóre – kluczowe, i chyba najlepsze – sceny Card przepisał żywcem, choć scena egzaminu jest w powieści ciekawie rozwinięta. Dołożył też grę fantasy i oczywiście masę innych szczegółów. Zabawnie było czytać tę pierwotną wizję Groszka. Kto by się spodziewał, że jego postać się tak skomplikuje, na pewno nawet sam autor nie przewidywał w najśmielszych snach.

Zbiór otwiera napisane podobno specjalnie dla polskich czytelników opowiadanie „Chłopiec z Polski”, o dzieciństwie ojca Endera Jana Pawła (jak wiadomo, jest to powszechnie nadawane chłopcom imię w naszej ojczyźnie), urodzonym w rodzinie z ośmiorgiem dzieci, które za karę nie mogły chodzić do szkoły. Zabraniał tego zły antykatolicki rząd, ponieważ Hegemonia światowa nakazała ograniczenie populacji. Naprawdę czasem ręce całkiem opadają na pomysły Carda, i tę wizję, że w Polsce każda rodzina ma przynajmniej dziewięcioro dzieci, jasne. Ech, nie widziałeś ty polskiego katolicyzmu stosowanego, naiwniaku. Ale to w sumie wzruszające w swoim idealizmie, i jest to ostatecznie jakaś przemyślana wizja fantastyczna, albo chociaż religijno-fantastyczna. Ojciec Endera nie nadawał się do Szkoły Bojowej, ale już kiedy miał niespełna sześć lat dostrzeżono jego potencjał, i kolejne opowiadanie jest o tym, jak już w Stanach spotkał Teresę. Ostatnie natomiast rozgrywa się w czasach 400 lat po Ksenocydzie, młody Ender spotyka Jane. Teraz wiemy już wszystko.