Czas pogardy; Chrzest ognia

„Czas pogardy” zaczyna się nutami sentymentalnymi: spotkaniem Geralta z Ciri i Yennefer, i wspólnym wyjazdem na zjazd w Thanedd, który stanie się właściwą osią książki, bo w tym momencie wybuchnie wojna. Zanim do tego dojdzie, Sapkowski precyzyjnie buduje tło polityczne i wprowadza kolejne postaci. Jestem nieodmiennie absolutnie zachwycona tym, jak szczegółowo tworzy bohaterów nawet czwartoplanowych, za każdym razem są prawdziwsi niż życie, z masą cech charakterystycznych. Poza tym tutaj Geralt pierwszy raz przegrywa walkę, co też musiało być trudnym sprawdzianem dla pisarza, lecz kolejny raz poradził sobie z tym idealnie. Jest to przy okazji kolejny majstersztyk warsztatowy – to poniekąd odpowiednik Gandalfa w Morii, tyle że Gandalf po pierwsze ratuje wyprawę, po drugie znika z akcji, Geralt tymczasem musi pogodzić z porażką i wyleczyć. Po trzecie, Gandalf się dyskretnie odrodzi i wróci pełen nowej mocy, a cierpiący zniechęcony wiedźmin znikąd takiej nie dostanie. 
Tymczasem Ciri teleportuje się na pustynię, co jest okazją do wielu dramatycznych scen, kiedy prawie umiera z wyczerpania i pragnienia. Potem dołącza do Szczurów, a na świecie panuje chaos wojenny. „Chrzest ognia” go kontynuuje, robiąc się nagle boleśnie realistyczny, Sapkowski mistrzowsko pokazuje, czym jest wojna. Mamy tu ten sam kontrast, co we „Władcy pierścieni” między radosnym beztroskim początkiem w Shire a późniejszą drogą do Mordoru, zwłaszcza że wyczerpany i kontuzjowany wiedźmin jedzie do Nilfgaardu. Swoją drogą ponury, zły, melancholijny i rozdarty Geralt byłby absolutnie nie do zniesienia, gdyby z całą mocą nie doszło do głowu rewelacyjne poczucie humoru Sapkowskiego. „Wyżej uszu mam już twoich humorów, wiedźminie” wydziera się Milva, a Jaskier uzupełnia „Geralt, do jasnej cholery, długo masz zamiar tam siedzieć z obrażoną miną? Warzywa obierz!”. Jakże daleko jesteśmy od wyniosłej nieomylności Elrondów i innych Galadrieli. Jak wspaniale, że Sapkowski nie boi się śmieszności, że doskonale rozumie, jak przydać swoim bohaterom człowieczeństwa. To zupełnie inna tonacja niż „Krew elfów„; nadal jest to doskonała książka.
Życie mi uzupełniło ten ostatni akapit z notki o sadze. Parę dni później rozmawiałam z ciotką moją, która nagle nakazała mi czytać dziecku „Davida Copperfielda”, gdyż ona czytała w dzieciństwie (ciekawe, że w analogicznym wieku pałałam wielką i niewyjaśnioną sympatią do „Olivera Twista”, czyżby to było przeznaczenie). 
– Pamiętaj, Dickensa, nie żadne bajeczki – podkreśliła raz jeszcze z pogardą. Więc to najwyraźniej rodzinna niechęć, tylko ja jak zwykle wdałam się w tę drugą linię przodków. Nie żałuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s