Pani jeziora

Początek „Pani jeziora” jest okropnie irytujący. Wyparłam to i pewnie wyprę to znowu. Sapkowski jest oczywiście konsekwentny. Skacze w czasie pokazując, że historia, którą opowiada, jest tylko legendą. Kolejny raz robi to mistrzowsko. I drażni czytelnika udowadniając, że żaden happy end nie jest obowiązkowy. Z literackiego punktu widzenia to dużo lepiej, ale emocje nie chcą słuchać, a rozbudził je jak nikt. Przyznaję, kupił mnie chyba bardziej niż przy poprzednich lekturach, nie wiem czy to starcze zdziecinnienie, czy przeciwnie: przeczytawszy z biegiem lat masę wszystkiego przekonałam się dobitnie, że tak dobrych książek jest jednak bardzo niewiele. W zasadzie nie zależy mi na poznaniu przyczyny, byłam szczęśliwa przez wszystkie tomy, a jakby Sapkowski napisał, że księżyc jest zrobiony z twarogu, to wyszłabym na dwór i otworzyła buzię.

Saga odstawała od początkowych opowiadań rozmachem, skromne perypetie wiedźmina pogromcy potworów zastępując pożogą wojny ogarniającą cały świat. „Pani jeziora” odstaje od reszty sagi w ten sam sposób, nagle okazuje się, że nilfgaardzki najeźdźca i wszystkie intrygi to drobiazg w porównaniu z tym, co tkwi za kulisami: z wielością czasoprzestrzeni i ras rozumnych. Do tej pory okropnie krzywiłam się na ten pomysł, teraz myślę, że był naturalną konsekwencją odważnej decyzji o niesprowadzaniu akcji do prostego questu. Oczywiście nadal mam wrażenie, że Sapkowski wymyślał to w biegu, i pewnie tak było, ale rezultat jest jednak godny podziwu.

Niedostatek warsztatowy: w „Wieży Jaskółki” mamy bardzo wyraźnie podkreślonego narratora wszechwiedzącego (tam, gdzie Ciri jest u Vysogoty). W „Pani jeziora” Sapkowski dokonuje cudów zręczności, żeby tego narratora pominąć, wprowadzając Nimue i Condwiramurs (oczywiście kolejny raz robi to z denerwującym mistrzostwem). Poza tym sceny z nieszczęsnym Auberonem są okropne, źle pomyślane, przegadane i bezsensowne (Yennefer nie miała żadnego problemu z błyskawicznym magicznym zaradzeniem chwilowej niemocy męskiej Geralta, to co, elfy nagle nie umiały?) Za to scena biblioteczna rekompensuje wszystko, a jest tu jeszcze bitwa pod Brenną, z tym końcowym okrzykiem „orły” (jestem przekonana, że o napisaniu tego marzył ze ćwierć wieku, oraz chciałabym wiedzieć, ile czasu obmyślał spotkanie czwórki rudych medyków), jest finałowa rąbanina, piękna ze wszystkich stron, a szczególnie pojedynek na kratownicy. Jest pokazane, że nawet po zawarciu pokoju nie następuje żaden magiczny dobrostan, że w wojnie przegrywają wszyscy. I jest rozwiązanie kwestii Emhyra, zachwycające swoją bezczelnością. To po to wymyślał panią czasu i przestrzeni, panią jeziora, przepowiednie Itliny, Moc, szkolenie wiedźmińskie, jednorożce, prawa niespodzianki i przeznaczenie, żeby na koniec zrobić to? Powala mnie to absolutnie.

Co za doskonała, doskonała saga. Stworzeni w fantazji niegdysiejszego handlarza świat i bohaterowie są wieczni, prawdziwsi niż życie. Wystarczy otworzyć książkę, żeby ożywić ich kolejny raz.

Wieża jaskółki

Pierwszy tom, w którym akcja nie zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończyła się w poprzednim tomie, i w którym wiedźmin nie jest na pierwszym planie. Wybiegamy w przód, a potem w opowieściach wracamy, w dodatku są to relacje bardzo różnych osób, w rozmaitych formach. Rozumiem, że Sapkowski trochę się zmęczył linearną narracją i swoimi bohaterami, że chciał pokazać swoje umiejętności, które są nieodmiennie godne podziwu. Ta mozaika, z której się powoli wyłania ostateczny kształt, jest bardzo przemyślana i precyzyjna. Oraz denerwuje. To jest ten moment, w którym sobie zdajemy sprawę, że jednak chcieliśmy bajkę o miłości, odwadze, poświęceniu i ostatecznym zwycięstwu dobra, a Sapkowski nam jej nie da. Będzie kazał nam przyznać, że dobro jest względne, imperia ciągle powstają i upadają, a historię piszą zwycięzcy. Że wojna niekoniecznie jest złem. A potem pokazuje Bonharta, i chyba dobrze, że zobaczyliśmy na początku żywą Ciri, bo inaczej trudno byłoby to znieść. Choć z drugiej strony miałam też reakcję „no dobra, dobra, wiemy że przeżyła, choć z blizną, pośpiesz się już z tymi dygresjami!”, ale w końcu nie czytam tego pierwszy raz. Nie umiem zdecydować, czy bardziej się daje nadmiernie ponieść fantazji i nadrabia otoczką brak akcji, czy jednak buduje ten świat coraz szczegółowiej. Problem szklanki w połowie pełnej.

„Wieża jaskółki” jest tą książką, w której już widać, że prostego końca nie może tu być. Sapkowski złapał za wiele srok za ogon. Z jednej strony mamy olśniewający rozmach, wojnę na wielką skalę, zaangażowanie gatunków nieludzi, komplikacje i intrygi – z drugiej Ciri obarczoną taką ilością przepowiedni i oczekiwań, że zwyczajnie nie ma siły, żeby to uniosła. Zakończenie wojny nie jest zadaniem dla jednej osoby, ani nawet dla paruosobowej drużyny: fabularnie zabrakło prostego celu, jakim jest zniszczenie Pierścienia czy inne zabicie Voldemorta. Piszę „zabrakło”, ale to oczywiście celowe, Sapkowski nie chciał upraszczać i tworzyć kolejnej opowieści o queście, który zrealizowany rozwiązuje automatycznie wszystkie inne problemy. Piękna, godna podziwu ambicja – ale należało w takim razie zdjąć z Ciri nieco ciężaru, nie dokładać jeszcze Avallac’ha. Można było skupić się na Vilgefortzu, który tu jest ledwie sygnalizowany. I właściwie po co niby Yennefer popłynęła na Głębię Sedny, to też mam za niedostatek fabularny.
 
Czepiam się. Trochę mi szkoda precyzyjnej budowy i puent opowiadań. A z drugiej strony tamten świat się już skończył, z rozmaitych przyczyn. Coś się kończy, coś zaczyna.