Sezon burz

Sagę pamiętałam, może nie w najdrobniejszych szczegółach, ale dość jednak dokładnie. Powtarzałam sobie, że po sadze przeczytam „Sezon burz”, gdyż pamiętam, że całkiem mi się podobał i ciekawa byłam jak go odbiorę bezpośrednio po lekturze oryginału. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że kompletnie go nie pamiętam. Kompletnie niczego: ani akcji, ani postaci (no, tyle że Geralt tam jest, co za niespodzianka). Nic. Trochę mnie to zmartwiło, ale kiedy wzięłam do ręki, okazało się, że jednak zupełnie dobrze pamiętam niektóre sceny, za to rozwiązania intrygi już całkiem nie, więc lektura była bardzo wciągająca. 
Chronologicznie rzecz rozgrywa się rok po rozstaniu z Yennefer, czyli przed „Granicą możliwości”, i jak się okazuje, tuż przed akcją „Wiedźmina”, co jest dość zabawne, zważywszy, że to było pierwsze opowiadanie o Geralcie. Może to celowe nawiązanie do Uroborosa, nie zdziwiłby mnie ten pomysł u Sapkowskiego. Zaczyna się od tego, że wiedźmin odwiedzający małe państewko Kerack w idiotyczny sposób traci swoje miecze, i będzie usiłował je odzyskać przez większą część akcji. Występuje na arenie, zabija magicznie stworzonego potwora, wplątuje się w dużą aferę z czarodziejami, oraz z aguarą, romansuje z rudą czarodziejką Koral.   
To jest ewidentnie Sapkowski, w świetnej formie. Przy pierwszej lekturze napisałam „wszystkomający”; teraz, po zderzeniu z sagą, mam wrażenie, że jednak czegoś zabrakło, i nie wiem czego. Szczypty natchnienia, odrobiny emocji, wiedźmińskich rozterek. Na pytanie, czy obroni ludzi przed aguarą, bohater odpowiada krótko „obronię”, doprawdy, bez żadnego moralizowania, żadnych wahań, co za rozczarowanie: może i logicznie, Geralt się wyraźnie zmienia przez fabułę sagi, a to się przecież dzieje grubo wcześniej. Nie było jeszcze przerażającej i olśniewająco opisanej pożogi wojennej. Ale i tak mam wrażenie, że autor nie włożył tam całego swojego zaangażowania. To pewnie dlatego niczego nie zapamiętałam. A w sumie szkoda, bo dwie ostatnie stroniczki uzupełniają sagę w prześliczny sposób. W usta Nimue autor wkłada odczucia swoich czytelników „czytaliśmy to, przeżywaliśmy, co się stało naprawdę, musimy wiedzieć” i kolejny raz łagodnie powiada, że żadnego naprawdę nie ma. I że nie ma żadnego końca. Wiedźmin, jego przyjaciele i potwory będą żyć tak długo, jak długo będzie ich ożywiać nasza fantazja,  w zbiorowej nieświadomości. Zawsze byłam wyznawczynią Junga, więc ten punkt widzenia natychmiast trafia mi do przekonania, i za to jeszcze długo będę kochać Sapka.

Kolacja Herman Koch

Przedziwna książka, o której właściwie trudno cokolwiek napisać, ponieważ clou polega na stopniowym odkrywaniu wydarzeń. Jesteśmy współcześnie w Holandii. Pierwszoosobowy narrator ma po pięćdziesiątce, żonę, piętnastoletniego syna, i właśnie się wybiera do eleganckiej restauracji na kolację ze swoim znajomym, który jest w Holandii osobą znaną. Przed wyjściem wchodzi do pokoju syna, zagląda do jego komórki i znajduje tam film. Kolacja stanie się osnową akcji, ale dowiemy się też, co wydarzyło się przedtem i dlaczego właściwie do niej doszło. Nie ujawniając za wiele, nie są to rzeczy przyjemne.

Koch spróbował opowiedzieć o powodach złych rzeczy czynionych przez ludzi innym ludziom. Z jednej strony zrobił to w ciekawy literacko sposób, z drugiej okropnie nie podobał mi się zupełnie niepotrzebny pomysł zaburzeń neurologicznych. W dodatku wykrywanych w życiu płodowym, halo? Przez ten drobiazg kompletnie stracił w moich oczach wiarygodność i na koniec mógł już napisać cokolwiek, nic by już mnie nie wzruszyło.  Choć jest tu klimat i jest ciekawy, nieźle zrealizowany pomysł.

I jeszcze o sadze

Mam trochę pretensji o niedomknięcie kwestii Ciri i jej przepowiedzianego potomka, tyle było szumu, tak wszyscy się tego domagali, i nagle nic. Podejrzewam, że szanowny autor miał jakąś mglistą wizję ciągu dalszego, w którym wiedźminka i Galahad pałętają się po światach w poszukiwaniu Graala, a potem mają dziecko. Chyba lepiej, że tego nie napisał, żadną miarą nie miałoby połowy wdzięku oryginału, jak kocham Ciri. W logikę sagi wpisałoby się rozwiązanie przewrotne: szarowłosa powinna się wypiąć na przepowiednie i żadnego dziecka nie mieć, to całkiem w jej charakterze. W odpowiednim czasie przyszło wielkie zimno i wykończyło wszystkich, taki los. Sapkowski to zresztą sygnalizuje na początku „Pani jeziora”, gdy Ciri mówi Galahadowi, że trochę zamieszała w przeznaczeniu. Widziałabym to jasno napisane, saga i tak jest przepełniona melancholijną konstatacją, że koniec zawsze jest taki sam, nieco później czy nieco wcześniej spotka nas jedno nieuchronne, nie ma sensu się bronić. Istotne jest tylko to, co po drodze, i tylko przez chwilę.

Pani jeziora

Początek „Pani jeziora” jest okropnie irytujący. Wyparłam to i pewnie wyprę to znowu. Sapkowski jest oczywiście konsekwentny. Skacze w czasie pokazując, że historia, którą opowiada, jest tylko legendą. Kolejny raz robi to mistrzowsko. I drażni czytelnika udowadniając, że żaden happy end nie jest obowiązkowy. Z literackiego punktu widzenia to dużo lepiej, ale emocje nie chcą słuchać, a rozbudził je jak nikt. Przyznaję, kupił mnie chyba bardziej niż przy poprzednich lekturach, nie wiem czy to starcze zdziecinnienie, czy przeciwnie: przeczytawszy z biegiem lat masę wszystkiego przekonałam się dobitnie, że tak dobrych książek jest jednak bardzo niewiele. W zasadzie nie zależy mi na poznaniu przyczyny, byłam szczęśliwa przez wszystkie tomy, a jakby Sapkowski napisał, że księżyc jest zrobiony z twarogu, to wyszłabym na dwór i otworzyła buzię.

Saga odstawała od początkowych opowiadań rozmachem, skromne perypetie wiedźmina pogromcy potworów zastępując pożogą wojny ogarniającą cały świat. „Pani jeziora” odstaje od reszty sagi w ten sam sposób, nagle okazuje się, że nilfgaardzki najeźdźca i wszystkie intrygi to drobiazg w porównaniu z tym, co tkwi za kulisami: z wielością czasoprzestrzeni i ras rozumnych. Do tej pory okropnie krzywiłam się na ten pomysł, teraz myślę, że był naturalną konsekwencją odważnej decyzji o niesprowadzaniu akcji do prostego questu. Oczywiście nadal mam wrażenie, że Sapkowski wymyślał to w biegu, i pewnie tak było, ale rezultat jest jednak godny podziwu.

Niedostatek warsztatowy: w „Wieży Jaskółki” mamy bardzo wyraźnie podkreślonego narratora wszechwiedzącego (tam, gdzie Ciri jest u Vysogoty). W „Pani jeziora” Sapkowski dokonuje cudów zręczności, żeby tego narratora pominąć, wprowadzając Nimue i Condwiramurs (oczywiście kolejny raz robi to z denerwującym mistrzostwem). Poza tym sceny z nieszczęsnym Auberonem są okropne, źle pomyślane, przegadane i bezsensowne (Yennefer nie miała żadnego problemu z błyskawicznym magicznym zaradzeniem chwilowej niemocy męskiej Geralta, to co, elfy nagle nie umiały?) Za to scena biblioteczna rekompensuje wszystko, a jest tu jeszcze bitwa pod Brenną, z tym końcowym okrzykiem „orły” (jestem przekonana, że o napisaniu tego marzył ze ćwierć wieku, oraz chciałabym wiedzieć, ile czasu obmyślał spotkanie czwórki rudych medyków), jest finałowa rąbanina, piękna ze wszystkich stron, a szczególnie pojedynek na kratownicy. Jest pokazane, że nawet po zawarciu pokoju nie następuje żaden magiczny dobrostan, że w wojnie przegrywają wszyscy. I jest rozwiązanie kwestii Emhyra, zachwycające swoją bezczelnością. To po to wymyślał panią czasu i przestrzeni, panią jeziora, przepowiednie Itliny, Moc, szkolenie wiedźmińskie, jednorożce, prawa niespodzianki i przeznaczenie, żeby na koniec zrobić to? Powala mnie to absolutnie.

Co za doskonała, doskonała saga. Stworzeni w fantazji niegdysiejszego handlarza świat i bohaterowie są wieczni, prawdziwsi niż życie. Wystarczy otworzyć książkę, żeby ożywić ich kolejny raz.

Wieża jaskółki

Pierwszy tom, w którym akcja nie zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończyła się w poprzednim tomie, i w którym wiedźmin nie jest na pierwszym planie. Wybiegamy w przód, a potem w opowieściach wracamy, w dodatku są to relacje bardzo różnych osób, w rozmaitych formach. Rozumiem, że Sapkowski trochę się zmęczył linearną narracją i swoimi bohaterami, że chciał pokazać swoje umiejętności, które są nieodmiennie godne podziwu. Ta mozaika, z której się powoli wyłania ostateczny kształt, jest bardzo przemyślana i precyzyjna. Oraz denerwuje. To jest ten moment, w którym sobie zdajemy sprawę, że jednak chcieliśmy bajkę o miłości, odwadze, poświęceniu i ostatecznym zwycięstwu dobra, a Sapkowski nam jej nie da. Będzie kazał nam przyznać, że dobro jest względne, imperia ciągle powstają i upadają, a historię piszą zwycięzcy. Że wojna niekoniecznie jest złem. A potem pokazuje Bonharta, i chyba dobrze, że zobaczyliśmy na początku żywą Ciri, bo inaczej trudno byłoby to znieść. Choć z drugiej strony miałam też reakcję „no dobra, dobra, wiemy że przeżyła, choć z blizną, pośpiesz się już z tymi dygresjami!”, ale w końcu nie czytam tego pierwszy raz. Nie umiem zdecydować, czy bardziej się daje nadmiernie ponieść fantazji i nadrabia otoczką brak akcji, czy jednak buduje ten świat coraz szczegółowiej. Problem szklanki w połowie pełnej.

„Wieża jaskółki” jest tą książką, w której już widać, że prostego końca nie może tu być. Sapkowski złapał za wiele srok za ogon. Z jednej strony mamy olśniewający rozmach, wojnę na wielką skalę, zaangażowanie gatunków nieludzi, komplikacje i intrygi – z drugiej Ciri obarczoną taką ilością przepowiedni i oczekiwań, że zwyczajnie nie ma siły, żeby to uniosła. Zakończenie wojny nie jest zadaniem dla jednej osoby, ani nawet dla paruosobowej drużyny: fabularnie zabrakło prostego celu, jakim jest zniszczenie Pierścienia czy inne zabicie Voldemorta. Piszę „zabrakło”, ale to oczywiście celowe, Sapkowski nie chciał upraszczać i tworzyć kolejnej opowieści o queście, który zrealizowany rozwiązuje automatycznie wszystkie inne problemy. Piękna, godna podziwu ambicja – ale należało w takim razie zdjąć z Ciri nieco ciężaru, nie dokładać jeszcze Avallac’ha. Można było skupić się na Vilgefortzu, który tu jest ledwie sygnalizowany. I właściwie po co niby Yennefer popłynęła na Głębię Sedny, to też mam za niedostatek fabularny.
 
Czepiam się. Trochę mi szkoda precyzyjnej budowy i puent opowiadań. A z drugiej strony tamten świat się już skończył, z rozmaitych przyczyn. Coś się kończy, coś zaczyna.