The Laundry Files: opowiadania

Chrologicznie kolejne po „The Jennifer Morgue” jest krótkie opowiadanie „Down on the Farm„. Nasz ulubiony bohater Bob Howard, już doświadczony w bojach, udaje się na Funny Farm, dom wypoczynku dla pracowników Pralni, a mniej oględnie mówiąc, wariatkowo. Przyszło stamtąd wezwanie, ale nie wiadomo od kogo, to trzeba będzie ustalić. Bob nie może ze sobą zabrać żadnej wspomagającej elektroniki, czuje się więc nagi w obliczu wydarzeń. Mniej tu Bonda, więcej matematyki.

Następne to „Equoid„, odwołujące się na początku do sztuki Shaffera „Equus”, przeżyłam lekki szok, bo widziałam ją nastolatką będąc, w Teatrze TV chyba, i w dodatku pamiętam przez te eony. Dla odmiany mamy tu duży fragment o drugim mistrzu Strossa, Lovecrafcie, który część rzeczy wiedział, ale resztę zmyślił (i na przykład Cthulhu nie istnieje). Akcję właściwą dziejącą się na farmie, gdzie Bob ma zbadać tajemnicze wydarzenia, przeplatają rzekome listy Lovecrafta i jego przedśmiertne wyznanie, oczywiście napisane przez Strossa, ze sporym talentem. A głównym bohaterem wcale nie są konie, tylko jednorożce, ale bynajmniej nie w ujęciu znanym z aktualnej popkultury. Trochę bardziej mięsożerne… drapieżne… wprost krwiożercze. Mamy tu również makro Wordowe wysysające duszę użytkownika.

Overtime: Jest Gwiazdka, a Bob Howard pełni służbę w Pralni. Nic się nie powinno dziać, ale akurat gwiazdy ustawily się we właściwym porządku. Coś przyjdzie przez komin, ale nie będzie to dobroduszny pan w czerwonym płasczu. Za to będzie to głodne. Trochę biurokracji, gwiazdkowa impreza w biurze, i wielowymiarowe okropieństwo z mackami.

’Twas the night before Christmas, the office was closed,
The transom was shut, the staff home in repose;
The stockings were hung by the chimney with care,
But St. Nicholas won’t be coming because this is a Designated National Security Site within the meaning of Para 4.12 of Section 3 of the Official Secrets Act (Amended) and unauthorised intrusion on such a site is an arrestable offense …

Had enough of my poetry yet? That’s why they pay me to fight demons instead.

Wykład profesora Mmaa

O istnieniu „Wykładu profesora Mmaa” przypomniała mi Chmielewska w autobiografii. Tę właśnie książkę chciała dostać w spadku po Alicji. Otworzyłam wtedy szeroko oczy ze zdumienia, bo jakoś wcale nie kojarzyłam jej z taką lekturą, za co się zaraz w myśli zganiłam – bo pisała lekko i do śmiechu, to już nie mogła Themersona czytać? Zresztą to jest akurat bardzo zabawna książka, chociaż wymagająca pewnej erudycji. Wróciłam do lektury z niekłamaną przyjemnością, najbardziej podziwiając, że autor napisał to jakoś w latach cztedziestych (przynajmniej częściowo podczas wojny, ukazało się w 1953), nie posiadając dostępu do googla ani rozmaitych poezji i dzieł w zasięgu internetu. Musiał to wszystko mieć zwyczajnie w głowie, ewentualnie na podręcznej półeczce bibliotecznej, co do niedawna było całkiem normalne, tylko ostatnio jakoś przestało.

Profesor Mmaa zajmuje się badaniem mammiferów, gatunku homo mianowicie, tych przedziwnych dwunożnych istot, które część swojego życia spędzają w pozycji horyzontalnej na specjalnie do tego przeznaczonej płaszczyźnie wspartej na czterech wertykalnych filarach. Zdumiewające. Przedstawiciele gatunku produkują też dzieła na celulozie, które można konsumować i w ten sposób zapoznawać się z ich treścią, choć przedmiotem rozważań naukowych pozostaje, czy należy je odczytywać od lewej do prawej czy też jednak odwrotnie. Profesor Mmaa i jego koledzy są termitami. Mają sześć nóg, abdomen, thorax, czułki, świat postrzegają głównie węchem, i żyją w starannie zorganizowanym społeczeństwie zróżnicowanych osobników, ze znoszącą miliony jaj Królową w centrum. Ta jednakże akurat podupada na płodności, a równocześnie do głosu dochodzą wywrotowcy, spokojne życie profesora Mmma, poświęcone spokojnemu wykładaniu dla studentów, zostanie więc nieco zakłócone.

Themerson bez umiaru czerpie tutaj z rozmaitych bardziej i mniej znanych dzieł literackich: niektórzy autorzy pojawiają się tu pod swoim własnym nazwiskiem, jak Jonatan Swift i Maurycy Maeterlinck choćby, inni są mniej lub bardziej ukryci (Horacy, Paul Valery, Arthur Rimbaud, i setki innych). Mamy cytaty wierne i trawestowane. Mamy w końcu olśniewającą w swojej konsekwencji satyrę, i filozoficzny ogląd znanego nam skądinąd gatunku homo samozwańczo sapiens. (Czy to możliwe, żeby te zwierzęta miały świadomość, dociekają termity, powątpiewając jednak w tę śmiałą tezę).

The Jennifer Morgue (The Laundry Files #2)

Znakomite, o dwie klasy lepsze od poprzedniej, która też wcale nie była zła, ale tu jest akcja, akcja, akcja. Przedwieczne Zło tym razem czai się w głębinach oceanicznych, a Bond jest otwarcie przywoływany na każdej stronie, ponieważ osnową akcji jest skrypt wymuszający na uczestnikach odgrywanie bondowskiego schematu. W głównej roli jak zwykle Bob Howard, komputerowy nerd bez licencji na zabijanie, za to z umiejętnością programowania czarnej magii, zatrudniony przez firmę wymagającą wypełniania formularzy i zatwierdzania każdego wydatku. Tymczasem akcja wymaga przegrania w bakarata dwudziestu tysięcy bez mrugnięcia okiem, a przecież nie płacą mu tyle, żeby mógł sobie na to pozwolić. Ta mieszanka satyry i Bonda z technothrillerem jest oszałamiająca i świetnie wyważona. Miejscami śmiałam się prawie do spadnięcia z łóżka, zwłaszcza ze Smarta. A maskara jest doskonale wymyślona. Stross ma fajnego bohatera, a właściwie wszystkich bohaterów, ale ten główny zwłaszcza podchodzi do życia z doskonale mi znaną ironią. Zaczęłam się martwić tylko tym, że nie starczy mu rozpędu na kolejne tomy, które są liczne.

Końcówkę książki zajmuje uroczy esej o Bondzie i jego twórcy, a przedtem krótkie opowiadanie „Pimpf„, w którym Bob musi ratować swojego stażystę uwięzionego w grze fabularnej. Chyba wiem, co czytał Stephenson przed Reamde, co oczywiście jest mało odkrywczym stwierdzeniem. Przybyłek swojego Gamedeca wymyślił z kolei wcześniej, widać to dość oczywisty pomysł.

Atrocity Archives (The Laundry Files #1)

Bardzo jestem ciekawa, jak reagowały osoby, którym Stross streszczał swój pomysł na nową książkę.
– Wiesz, to będzie taki James Bond, tylko on będzie nerdem grzebiącym w komputerach, i przy ich pomocy będzie walczył z lovecraftiańskim Złem, będą tam Wielcy Przedwieczni z mackami, równoległe wszechświaty i otwierane między nimi przejścia, a to wszystko okraszone solidną dawką biurokracji, bo bohater będzie pracował dla tajnej agencji zwanej Pralnią…
– Charlie, oddaj już ten kieliszek.

Zakochałam się w pomyśle i wykonaniu przeczytawszy „Betonową dżunglę” w Krokach w nieznane 2010, solennie postanowiłam przeczytać całość, po czym się jakoś zawiesiłam. Aż w końcu udalo mi się się sięgnąć po pierwszą część Laundry Files, czyli Atrocity Archives, wspomniana „Betonowa dżungla” jest ich drugą (krótszą) częścią. Czyta się doskonale, Stross ma żywy, dowcipny styl, robi nieustające aluzje do wszelkiej klasyki sf, zmienia konwencje jak napędzany bateryjką, jest to śmieszne i koszmarne w należytych proporcjach. Bohater używa najnowcześniejszych technologii – najnowocześniejszych w 2004, więc rzecz się miejscami lekko zestarzała (jak to administracja Windows NT? Jak to nie było smartfonów? Jak to palmtop zamiast tableta?) ale to nie przeszkadza w śledzeniu akcji z przejęciem i rozbawieniem. Druga z cyklu leży spokojnie na półce od pięciu lat, nabyłam więc od razu trzecią.

Wielki diament

Miłe czytadełko, którego nie znałam, i do którego mnie zachęciła odwodnik. Joanna zyskuje tu siostrę bliźniaczkę Krystynę, czyli nie korzysta już z autentycznych osób i wydarzeń, tylko z wymyślonych, co nie wychodzi całości na dobre. Rzecz dzieje się pod koniec XX wieku (wydana w 1996), ale zaczyna w początkach XIX. Śledzimy historyczne losy Wielkiego Diamentu wędrującego z Indii do Anglii, potem Francji, w końcu Polski, błyskawicznie zmieniającego właścicieli, którzy są barwnymi postaciami opisanymi charakterystycznym stylem Chmielewskiej. W drugim tomie współczesne bohaterki okazują się spadkobierczyniami właścicieli diamentu i próbują go odnaleźć. Jest nieco słabszy, bo autorka najwyraźniej już trochę zapomniała, jak to było być młodą kobietą. Joanna ma 30 lat i nie wie, że jest piękna, musi dopiero popatrzeć na siostrę identyczną bliźniaczkę, żeby to sobie uświadomić. Ja rozumiem taki tekst u dwunastolatki, ale później to już nie ma mowy. Obie siostry zdążyły się również biegle nauczyć wszystkich języków, angielskim i francuskim władają jak polskim, paroma innymi dla okrasy również. Widzę, że Chmielewska na potęgę rekompensowała sobie kompleksy.

Panie niby pracują zarobkowo, ale jakoś tak, że mogą sobie na całe tygodnie wyjeżdżać bez żadnego problemu (raz mimochodem autorka coś wspomina o usprawiedliwieniu w pracy, ale nie przejmuje się tym zbytnio). Motywem do zdobycia wielkiego diamentu jest chęć bycia niezależną od ukochanego mężczyzny, który niestety jest obrzydliwie bogaty, i pragnie co prawda Joannę poślubić, ale ona przecież nie będzie od niego brała pieniędzy i mieszkała u niego w domu. Sama Chmielewska czuje, że jest to naciągane i brnie w jakieś mające bohaterkę wytłumaczyć opowieści, które jednak raczej odbierają jej wiarygodność. Zdumiewająco to feministyczne swoją drogą jak na tę pisarkę, która nie mogła się nigdy zdecydować, czy kobieta ma być niezależna, czy jednak kokietka w spódnicy lubiąca męcizny.

Za to mam wrażenie, że do części historycznej przygotowała się nieźle, brzmi to wszystko całkiem prawdopodobnie. Cytuje rozmaite wyglądające na autentyczne fragmenty listów i rozliczeń z epoki, aż żałowałam, że tego nie ma więcej. Wolałabym to niż wymuszone poszukiwania wymyślonego diamentu.

Wolność kocham i rozumiem?

Rozmawiając wczoraj z przyjaciółką uświadomiłam sobie dobitnie, że większość ludzi wcale nie chce wolności. Są jak dzieci, chcą ograniczania i jasnych zasad, żeby się czuć bezpiecznie. Nie dojrzeli do wolności. Łatwiej jest wiedzieć, że większości rzeczy nie można, próbować odrobinę uszarpać coś od systemu, i cieszyć się kiedy się uda, jak dziecko z psoty – niż móc wszystko i musieć sobie samemu narzucić granice. Stąd ten generalny zwrot w stronę skrajnej prawicy. „Dokręć mi śrubę, a uwierzę, że mnie zauważasz”. Stąd w związkach nie wychodzi: o ileż łatwiej jest, kiedy partnerka strzeli focha i ukarze odmową seksu lub brakiem obiadu, niż kiedy oczekuje dojrzałości i odpowiedzialności za swoje czyny.

To gorzka konstatacja. Homo sapiens jak zwykle nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

Słowo las znaczy świat

Oszałamiająca książka (Hugo 72). „Lewą rękę ciemności” czytałam z myślą, że to wiadomo, najlepsza, dalej już tak nie będzie, może jeszcze „Wydziedziczeni”. Ze „Słowa” nie pamiętałam niczego, i zaskoczenie. Zaczynamy tak dla Le Guin nietypowo, że sprawdziłam, czy wydawnictwo się nie pomyliło i nie włożyło czegoś innego do mojego ebooka. Kapitan Davidson cieszy się z przybyłego nowego transportu kobiet hodowlanych i pomiata tubylcem, zmuszanym do służenia kolonistom na Atshe. Błyskawicznie się orientujemy, że komendant obozu nie jest fajnym człowiekiem, potem się przekonamy, jak bardzo. To pierwszy raz, kiedy mamy u tej autorki prawdziwych obcych, stworzaki mają bowiem metr wzrostu i są porośnięte zielonym futrem (tak, małe zielone ludziki, to celowy zabieg), w przeciwieństwie do zamieszkujących inne planety tego uniwersum zwykłych ludzi, tylko trochę się od siebie różniących (Getheńczycy różnią się fizjologią dość zdecydowanie, ale nadal nie ma najmniejszej wątpliwości, że są ludźmi). W pierwszej chwili trudno Atshean traktować poważnie, w drugiej, a właściwie w drugim rozdziale, Le Guin przejmuje punkt widzenia jednego z nich, i robi obrót o 180 stopni, a zdumiony czytelnik razem z nią. Teraz to te małe futrzane stworki stają się ludźmi, a koloniści z Ziemi wyludźmi (oryg. „yumen”), agresywnymi najeźdźcami, którzy niszczą las będący podstawowym środowiskiem życia miejscowych. Ci mają bogatą kulturę, umiejętność świadomego śnienia na jawie oraz zawody śpiewacze, dzięki czemu nie są w ogóle agresywni. Dopóki Ziemianie ich tego nie nauczą.

Głównym tematem jest tutaj oczywiście i nieodmiennie próba porozumienia ponad podziałem gatunkowym. Poza tym wojna, agresja i przemoc, niszczenie środowiska naturalnego, eksploatacja. Mam trochę pretensji o Davidsona, który jest jednak nadmiernym psychopatą, serio nie robili żadnych testów psychologicznych przed wysłaniem go jako kolonisty? Z drugiej strony chronologicznie to jest wczesna epoka, dopiero powstaje Liga Światów, i właśnie wynajdują ansibl; najwyraźniej jeszcze nie rozwinęli kultury nieingerencji i szacunku dla rozumu pod dowolną postacią. To nie są późniejsi badacze i mobile, odpowiednio kształceni i humanistycznie nastawieni. Przy okazji widzę, skąd Card czternaście lat później w „Mówcy umarłych” wziął prosiaczki, ich żony i ich związek z drzewami. Nie doceniałam wpływu Le Guin na jego świat. Tym większy odczuwam podziw, że potrafił jednak to napisać zupełnie po swojemu.

Wracając do Słowa”, miałam wrażenie, że postaci są dość płaskie i tendencyjne. To może przesadzona ocena, ale w tej warstwie powieść nie dorównuje całej subtelnej złożoności „Lewej ręki ciemności”. Przy tym zakończenie jest bardzo głębokie. Jak zwykle wygrywa humanizm, mimo wszystkich okropności. Myślałam poza tym, że Le Guin oczywiście widziała „Czas apokalipsy” – otóż nie mogła.