The Rhesus Chart (The Laundry Files #5)

Wampirem zostaje się nie przez żadne ukąszenie, tylko przez używanie szczególnego rodzaju wyższej matematyki. Magia jest przecież jej gałęzią. Nic dziwnego, że na wampiryzm zapada przypadkowo młody zdolny programista, i tytułem eksperymentu zaraża resztę swojego zespołu zwanego Scrum, pracującego w gigantycznym banku. Wplątuje się w to znana skądinąd nam i Bobowi Howardowi jego była dziewczyna, która migiem wszystkich zatrudnia w The Laundry, mając własne plany. Ale okazują się one niczym wobec misternej intrygi dwóch znacznie starszych i niepomiernie potężniejszych bytów.

Stross tym razem mnie zaskoczył zupełnie: nie spodziewałam się ani kto jest kim, ani co się stanie. Do tego stopnia, że w kulminacyjnym momencie wydawałam z siebie odgłosy, a to naprawdę rzadko mi się zdarza. Rewelacyjne jest tutaj kolejny raz połączenie durnawej satyry korporacyjnej z żywą akcją i zupełnie poważnymi dylematami, aż do precyzyjnego i nieoczekiwanego zakończenia. Znowu tom, który jest lepszy od poprzednich. Bohater dojrzał razem z autorem. Oraz przybłąkuje się tu kociak, i to daje parę naprawdę brawurowych scen, pełnych wyjątkowego wdzięku.

Concarneau

W Concarneau parkuje się samochód niedaleko przystani malutkiego stateczku elektrycznego, który nosi dumną nazwę Le Bac (dosłownie balia, ale jest znacznie bardziej zwrotny) i za półtora euro przepływa się w ciągu pięciu minut całe 50 metrów rzeki Moros, żeby wysiąść na wysepce otoczonej imponującym murem obronnym. To najstarsza część miasta, powstała pod koniec XIII wieku, obecny mur pochodzi z XV i XVI.
– Murów jest ponad kilometr – powiedział z dumą przewodnik i dodał zaraz – A dokładnie kilometr i 80 centymetrów!
Zachichotaliśmy.
– Nie ma się z czego śmiać – zgasił nas – to naprawdę lepsze niż 999 metrów i 80 centymetrów. – Nie da się ukryć, że miał rację.
Kilometr czy nie, są imponujące, bardzo solidne, granitowe, wyposażone w machikuły, a z góry jest piękny widok na zatokę oraz port (w którym akurat stacjonował Astrolabe, francuski statek polarny).
– Czy wiecie, jak w średniowieczu zdobywało się forty? – podpuścił nas przewodnik.
– No jak to, oblężeniem i głodem – odparliśmy. Okazało się, że nie, na to były znakomicie przygotowane, całkowicie samowystarczalne, i prędzej poddawali się oblężyciele. Metoda zdobywania była znacznie prostsza: należało przekupić, uwieść albo przekonać jakiegoś mieszkańca, żeby o oznaczonej godzinie przypadkowo przechodząc odsunął rygle na bocznym wejściu. Załatwione. Jak widać Kevin Mitnick nie wymyślił niczego oryginalnego, czynnik ludzki pozostaje najsłabszym ogniwem. W Concarneau metoda musiała działać naprawdę skutecznie, bo historię ma nader burzliwą, nieustannie przechodziło z rąk do rąk, raz było angielskie, raz bretońskie, raz francuskie, i tak w koło. Było też terenem szesnastowiecznych walk w ramach francuskich wojen religijnych, toczonych między katolikami a hugenotami (protestantami), przy czym w Bretanii akurat hugenotów nie było. Sami katolicy, którzy musieli walczyć między sobą, czemu mieliby się w końcu rozrywki pozbawiać.

Przespacerowawszy się po murach obejrzeliśmy prochownię, w której nigdy nie było prochu, dom Gubernatora, gdzie nigdy nie mieszkał żaden gubernator, oraz Bramę Wina (La porte au Vin), gdzie wino owszem było dowożone. Na to zawsze można liczyć. Jest też Brama Złoczyńców (La porte des Larrons), z której wywożono element przestępczy na drugi brzeg rzeki, aby go tam powiesić. Obok domu gubernatora jest natomiast dom majora, zbudowany nad bramą prowadzącą na zachodni brzeg wyspy. Zbudowawszy go zorientowano się, że brakuje w nim pewnego dość istotnego elementu, mianowicie możliwości wejścia. Obok dobudowana więc została klatka schodowa.

Wokół fortu rozwinął się w późniejszych latach port, słynący z połowu sardynek. Przetwórnie ryb zatrudniały wtedy pracownice na stanowisku senteuse, wąchaczka. Jej zadaniem było wejście na statek przywożący towar i wywąchanie, czy aby cały towar jest należytej świeżości. Kiedy się już nawąchała, proponowała cenę: kapitan statku mógł ja zaakceptować, cumować i wyładowywać ryby, albo płynąć dalej. Nic dziwnego, że z kolei na statku przed wpłynięciem do portu marynarze trudnili się krojeniem dużych ilości cebuli, a następnie jej smażeniem podczas inspekcji senteuse. Biznes się kręcił, miasto się rozbudowywało, obecnie jest najważniejszym w Europie portem, gdzie się łowi tuńczyki.

La chasse aux couteaux

W wakacyjnym planie zajęć przewidziana była na wtorek rano la chasse aux couteaux, połów mięczaków zwanych po polsku okładniczkowatymi, a dosłownie po francusku nożami. Dzieci szły oddzielnie z opiekunami, dorośli oddzielnie. Nie chciało mi się wcale włóczyć po mokrej plaży po odpływie w poszukiwaniu jakichś muszelek, zamierzałam porzucić dziecko i oddać się jakimś innym rozrywkom typu czytanie, ale porzucane dziecko chytrze i rzewnie spytało, czy też pójdę. Weź i odmów. Obiecałam, że przyjdę, westchnąłam ciężko i pomyślałam, że pospaceruję po plaży, już trudno. Zebraliśmy się i udali na plażę, Jérôme poopowiadał o przypływach, nikt z obecnych nie wiedział ile czasu potrzebuje Księżyc na okrążenie Ziemi, oprócz skądinąd znanej państwu Polki, po czym powiedział, że couteaux łowi sie przy pomocy soli. Należy odpowiednią dziurę w piasku posypać solą, couteau wychodzi, i się go łapie. Byłam tak pewna, że kolejny raz zabawia się naszym kosztem, że nawet nie mrugnęłam okiem, czekając na prawdę. W końcu jak małż niby może wychodzić z piasku. Co za bzdura. I jeszcze łapać go trzeba, bo niby co, ucieka? Na tych muszelkach? Poszliśmy na brzeg cofającej się wody, Jérôme posypał piasek solą.
– A, to dlatego w morzu jest sól! – odkrywczo wygłosił grupowy śmieszek, gruchnął śmiech, ale po sekundzie zamilkliśmy, bo w piasku zrobił się gejzer taki jak czerw pustynny, tylko relatywnie mniejszy, pokazało się coś, a potem wysunęła się z piasku skorupka, którą Jérôme triumfalnie wyciągnął i nam okazał. Muszla jest podłużna i cienka jak nóż, od którego bierze nazwę, a zamieszkana jest przez solidny mięsień wijący się żwawo w poszukiwaniu wody i piasku. Zaniemówiłam. Potem z solą w garści udałam się w poszukiwaniu odpowiednich dziur, ale żadna nie była tą. Wtedy na plażę przyszło moje dziecko, i kiedy się do niego zbliżyłam, okazało się w garści dzierżyć mięczaka. W drugiej miało kubek z solą.
– Jak to, sam złapałeś? – wykrzyknęłam z niedowierzaniem.
– Sam – odparło dziecko z właściwą mu dezynwolturą. Uznałam, że nie mogę być gorsza i przyznać się do porażki, zaczęłam wypatrywać dziur ze zdwojoną energią.
– Tu nasyp – wskazałam na chybił trafił, grając znawczynię. Dziecko posłusznie sypnęło soli, ku mojemu zdumieniu piasek się poruszył i wychynęło stworzenie.
– Łap go, łap! – wrzasnęłam pełna emocji, dziecko posłusznie złapało, i wsiąkliśmy. Po zobaczeniu tej pierwszej dziury nagle coś mi się w oku przestawiło, zaczęłam je dostrzegać wszędzie, i kiedy ktoś niedaleko triumfalnie wrzasnął, że w końcu mu się udało, my chwytaliśmy już bodaj dwudziestego. Dziecko ganiało odnosząc garściami zdobycz do wiaderka , ja spokojnie soliłam dziury i czekałam. Po wychynięciu małż odrzuca wierzchni kawałek swego organizmu, właśnie na wypadek złapania przez ptaka, trzeba być chytrym i chwytać go za skorupkę. A jeśli się nie zdąży, zagrzebie się z powrotem w piasku.

Finistère

Tym razem już pamiętałam, że kocham Bretanię. Moja miłość umocniła się stukrotnie, pewnego dnia tam zamieszkam, skoro przez jakąś zdumiewającą pomyłkę natury się tam nie urodziłam. Tym razem departement Finistère (Finis terrae, koniec ziemi, najbardziej na zachód wysunięty kawałek Francji). Polowaliśmy na mięczaki zwane couteaux, po polsku okładniczkowate. Zwiedziliśmy Pont-Aven, miasto Gauguina i innych malarzy, Concarneau z jego murami obronnymi, i Quimperlé z imponującym opactwem benedyktynów. Puszczaliśmy latawiec na plaży, pilnowaliśmy przypływu, zbieraliśmy muszelki oraz kraby, i budowaliśmy zamki z piasku. Jedliśmy ostrygi hodowane pięćdziesiąt metrów od domu. Słuchaliśmy bretońskich legend i opowieści, w tym tej o czarodziejskim młynku produkującym sól, który leży na dnie zatoki; inną historię z identycznym rekwizytem i puentą czytałam kiedyś o Bałtyku. Oglądaliśmy klasyczne strzechy bretońskich kamiennych domów, na dachu mają dla drenażu rośliny, a zwłaszcza irysy. Co chwila jakiś kawałek historii, jeszcze częściej krajobraz tak przepiękny, że zdjęcia wychodzą pocztówkowe bez żadnego kadrowania.
Już chcę tam wrócić.

The Apocalypse Codex (The Laundry Files #4)

Dziesięć miesięcy po „The Fuller Memorandum” Bob Howard wraca do czynnej służby. Nie całkiem, jego przełożeni myślą o awansie, więc wysyłają go na szkolenie. Dla normalnych ludzi, nie agentów supertajnej Pralni, potrzebuje zatem przykrywki. Występuje jako menedżer zajmujący się opracowywaniem śledzenia tablic rejestracyjnych, i mechanizmu wlepiania mandatów, jeśli samochód przejechał jakiś odcinek drogi w nadmiernie krótkim czasie, sugerującym przekroczenie szybkości. To oczywiście wystarcza, żeby współuczestnicy szkolenia go znienawidzili i nie chcieli z nim gadać. Ale to tylko zabawny początek, dalej robi się mroczniej. Pojawia się Ray Schiller, amerykański kaznodzieja, który gorąco wierzy w zbawienie wszystkich, nie zważając na ich wolę. Zbawienie nie do końca jest tym, czym mu się wydaje. Na szczęście Bob nie jest sam, ma zewnętrznych współpracowników, Persephone i Johnny’ego.

Bardzo mi się podoba rozwój Strossa, który udowadnia, że potrafi pisać również wielowątkowo. Doceniam, że tym razem zło sprowadza nie psychopatyczny okultysta, tylko człowiek pragnący dobra. Niezwykle życiowe – tacy są najgorsi.

Grzeczna dziewczynka Mary Kubica

Mia, dwudziestopięciolatka z zamożnej chicagowskiej rodziny, znika bez wieści. Szuka jej matka Eve, oraz policyjny detektyw Gabe. Opowieść biegnie wielowątkowo: widzimy, co się zdarzyło przed zniknięciem, a potem chronologicznie dalej, oraz po odnalezieniu, bo bardzo szybko wiemy, że Mia się odnalazła – tyle, że cierpi na amnezję. Wydarzenia dotyczące Mii oglądmay oczami porywacza, poszukiwania – detektywa, a to, co się dzieje po powrocie córki, relacjonuje jej matka. Porywaczem jest Colin, który miał zlecenie porwania córki sędziego, żeby zażądać okupu. W ostatniej chwili zmienił zdanie i postanowił dziewczyny nie przekazywać klientowi. Niby na początku nie wiemy dlaczego, ale szybko się dowiemy: miłość, Miłość usprawiedliwia przecież wszystko, i dziewczyna też się szybko do tego przekona, nieważne w końcu, że trzyma w zimnie, wyrwał z życia, matka tam od zmysłów odchodzi, ważne, że Kocha. Za stara jestem na te plewy.

Reszta też jest należycie stereotypowa: zły nie jest zły, tylko od najmłodszych lat zaniedbany i niekochany; za to teoretycznie dobry i przyzwoity tatuś okazuje się do szpiku kości podły; żona cierpi na brak miłości; nawet choinka na Gwiazdkę w tym domu była wyłącznie na pokaz, podajcie mi chusteczkę. Przypomniałam sobie, dlaczego nie lubię takich czytadeł, ale Zuzanka obiecała twist, więc zacisnęłam zęby i zabawiałam się próbami jego odgadnięcia. Właściwie wszystko wiemy od początku: porwał, przetrzymywał, syndrom sztokholmski, domyślamy się błyskawicznie, co spowodowało amnezję; jaki tu może być twist? Niestety – domyśliłam się.

Ale to wszystko pół biedy, czytadło czytadłem, przeraża mnie natomiast, że mogą to z wypiekami czytać młode dziewczyny i zachwycać się taką wizją: porwał, uderzył? Ale z Miłości! I nie zabił, a przecież mógł! Ciąża u dziewczyny z amnezją, bez pracy, bez ojca, w strasznym stanie psychicznym: ależ to wszystko drobiazgi, ważne, żeby się dzieciątko urodziło, na pamiątkę po tatusiu. Autorkę należałoby przykładnie batożyć.

The Fuller Memorandum (The Laundry Files #3)

Kocham te swoje zmartwienia, że niby autorowi nie starczy rozpędu na kolejne tomy. Brakuje mi wyobraźni, naprawdę. „The Fuller Memorandum” jest otóż lepsze, wciąga straszliwie. I jest poważniejsze w klimacie, czego się zupełnie nie spodziewałam. To już nie żaden quasi-Bond. Zaczyna się od tego, że nasz ulubiony agent okultystyczny Bob w trakcie rutynowych działań popełnia błąd, ginie przypadkowa osoba. Bob wraca do Londynu załamany, a tam jego żona Mo w jeszcze gorszym stanie po tajemniczych wydarzeniach w Amsterdamie. Jest mroczno i ponuro, tymczasem bez żadnych wieści zniknął Angleton, ten miejscowy Dumbledore i Gandalf w jednym, którego cechą szczególną jest również to, że niczego Bobowi nie mówi. Pojawili się natomiast Rosjanie, co nigdy nie jest dobrym znakiem. Paranoja Boba jest w tych okolicznościach całkiem zrozumiała.

Stross w każdej książce i opowiadaniu poświęca co najmniej parę akapitów na wyjaśnienie mechanizmu swojego świata oraz historii Pralni, dla czytelnika, który nie zna kontekstu. Jest to trochę nużące, kiedy się czyta całość ciurkiem (nie mogąc przestać), za to czasem nawiązuje też do poprzednich wydarzeń, w nagrodę dla wiernych fanów. Doskonale makabryczna książka, która ani na chwilę nie spuszcza z tonu ani nie zwalnia akcji. Rozmowa o ścieżce kariery pojawia się zaś w najmniej oczekiwanym momencie i okolicznościach. Domyśliłam się szybko, kim jest Teapot oraz kto jest kretem w Pralni, ale to zupełnie nie zmieniło mojego zachwytu całością. Najbardziej natomiast doceniam Strossa za to, że najgorsze tu są wcale nie przerażające byty spoza czasoprzestrzeni, tylko jak zwykle – ludzie.

Like I said: the only god I believe in is coming back. And when he arrives, I’ll be waiting with a shotgun.