Piąta pora roku N.K. Jemisin

Przyznam uczciwie, zabrałam się za lekturę tylko po to, żeby móc się natrząsać z pogardą z tych, którzy dali Hugo tej powieści zamiast Seveneves. Żeby móc wyśmiać i wykpić z brzydką satysfakcją. Streszczenie naprawdę nie dawało nadziei na nic innego. Niespodzianka. To jest trudny świat, z jednym gigantycznym kontynentem, wstrząsanym nieustannymi ruchami górotwórczymi. Krucha cywilizacja w każdej chwili może upaść w kataklizmie, jak upadała już niezliczone razy. Artefakty po poprzednich, zaawansowanych technicznie, nadal istnieją, choć są niepojęte. Właściwie wszyscy tutejsi mniej lub bardziej wyczuwają wstrząsy sejsmiczne, ale istnieją też tacy, którzy mają moc ich powstrzymywania, lub wywoływania na życzenie. Wydawałoby się, że są tu bardzo cenieni: nic bardziej mylnego. Pogardza się nimi, a w niektórych miejscach zabija, jak tylko ich umiejętność się ujawni, najchętniej w dzieciństwie. Ze strachu, na początku nie są bowiem w stanie jej kontrolować, za młodu są śmiertelnym zagrożeniem dla każdego, kto im się jakkolwiek przeciwstawi. Są wyrzutkami, a przecież są niezbędni dla przetrwania gatunku. Że wydumane? A pomyślcie chociażby o śmieciarzach w naszych miastach czy sprzątaczkach w firmach. Świetnie pomyślane, i równie dobrze poprowadzone: oglądamy ukrywającą się górotworkę, która po tragicznej śmierci synka wyruszyła w poszukiwaniu swojej córki również obdarzonej tym talentem. W równoległym wątku mamy młodą wyszkoloną roggę (wulgarne określenie od oryginalnego orogene, tłumacz nie zachował tej etymologii, ale poza tym tłumaczenie jest bardzo dobre), wysłaną na misję ze swoim mentorem, którego nienawidzi, a z którym ma zrobić dziecko – to odgórne polecenie. W trzecim toku narracji dziewczynka, oczywiście również górotworka, zabrana zostaje od rodziców przez tajemniczego Stróża i jedzie w niewiadome miejsce.
Pierwszy z wątków jest w narracji drugoosobowej, której nienawidzę jak niewielu rzeczy na świecie. Jest bezsensowna, egzaltowana i nieuzasadniona. Poza tym byłam do tej książki solidnie uprzedzona, co już napisałam, a w dodatku czytałam ją po siedmiu tomach Strossa, będąc mocno przygnębiona, że taki fajny cykl mi się skończył, i że już nigdy nic tak dobrego nie przeczytam. Niech świadczy o kunszcie autorki, że mimo tych przeciwności pochłonęłam to, co proponuje, bez żadnego czepiania się. Niestety to pierwszy tom „trylogii” i kończy się jak ostatnia moda nakazuje, w połowie zdania.
To mieszanka fantasy z sf, osobliwie mroczna i brutalna, w pewnym stopniu przypominająca LeGuin, ale w zupełnie innej tonacji i stylu. Coś tu wręcz z klimatu Słońc Wolfe’a, znacznie bardziej klarowne i bez jego gęstości, ale jest jakieś pokrewieństwo w opisywaniu rozpadającego świata, w pokazywaniu bohaterów, którzy bez zdziwienia akceptują rzeczywistość niejasną dla czytelnika i których pochodzenie jest niejasne. W 40% stwierdziłam, że nadal dałabym Hugo Stephensonowi, ale to w dużej mierze dyktowane wyłącznie sentymentem. Obiektywny wybór jest faktycznie trudny, albo i niemożliwy. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s