Dżuma w Breslau

Prawie czterdziestoletni nadwachmistrz Mock pod koniec czerwca 1923 budzi się na leśnej polanie w podwrocławskiej Leśnicy. Ma solidnego kaca, co nie jest w jego przypadku novum, nie ma natomiast ubrania ani innego dobytku. Po tych przejściach relaksuje się wieczorem w domu uciech, gdzie zastaje go posłaniec: Heinrich Mühlhaus, szef policji kryminalnej, potrzebuje jego pomocy w związku z morderstwem. Znaleziono zwłoki dwóch prostytutek z wyłamanymi przednimi zębami. Mock liczy na możliwość przejścia z obyczajówki do jego wydziału, jest „tylko jeden szkopuł. Mock nie wierzył Mühlhausowi. Znał jego uwodzenie. Znał jego wabiki. Wiedział, jaki będzie smutny koniec tego chwilowego romansu z policją kryminalną. Porzucenie i powrót do burdeli, do woni potu i pudru, do zwierzeń tak nieszczęśliwych i banalnych, że wywoływały u Mocka furię.” Dowiadujemy się, co się wydarzyło bezpośrednio po akcji „Widm w mieście Breslau” cztery lata temu. Oczywiście jak to u Krajewskiego, pojawia się sekta, tym razem w maskach w kształcie ptasiego dzioba.

Pisałam wcześniej, że wszyscy bohaterowie są antypatyczni. To nie do końca prawda. Po tym tomie uświadomiłam sobie, że jednak lubię Mocka. Widzieliśmy go już w tylu odsłonach, w chwilach słabości, zwątpienia, i brutalnego triumfu. Jest bardzo daleki od ideału, i niesłychanie ludzki. Ani ostatecznie przegrany, ani zwycięski, zawsze wierny swojemu poczuciu sprawiedliwości.

Festung Breslau

Marzec 1945. Wyraźnie odbiegamy od poprzednich trzech powieści o Mocku. Poprzednio Krajewski musiał stwarzać mroczną atmosferę w międzywojennym Wrocławiu. Tu nie musi się starać, w Festung Breslau jest wystarczająco paskudnie. Mamy wyniszczone wojną oblężone miasto, niemieckich okupantów, obóz Bergstrasse, sześćdziesięcioletni były Kriminaldirektor o straszliwie poparzonej twarzy nie jest już policjantem, esesmani i Rosjanie prześcigają się w brutalności, nic więc dziwnego, że ciało okrutnie zgwałconej i zamęczonej młodej dziewczyny nie budzi niczyjego zdziwienia. Mock macha ręką, że przecież „to byli Ruscy. Bolszewicy i barbarzyńcy. Koniec kropka„. Zmienia zdanie, kiedy jej odciętą jeszcze za życia dłoń ktoś mu dostarcza do domu. Znana z pierwszego tomu żona Mocka Karen chce wyjechać z miasta, ale on postanawia zostać i dowiedzieć się prawdy. Krajewski jak zwykle daje boleśnie plastyczne i dokładne opisy Wrocławia, jak zwykle też rozpisuje akcję na dokładne godziny. Po raz pierwszy natomiast tutaj nawiązuje do detali swoich poprzednich powieści. Wcześniej to nie było możliwe. W tej części giną prawie wszyscy, których się przyzwyczailiśmy spotykać w świecie Mocka: Wirth i Zupitza, żona Mocka, doktor Lazarius, brat Eberharda. Jest to również chyba najsłabsza książka cyklu. Starając się jakoś przebić okropności wojenne Krajewski wymyśla tu już całkiem nieprawdopodobną fabułę i postaci. Zamiast się przejąć i wzruszyć czytelnik co najwyżej unosi brew z niedowierzaniem. Nie widzę też dobrego uzasadnienia dla zemsty po latach na Gnerlichu.

Leonard Cohen: Jestem twoim mężczyzną Sylvie Simmons

Leonard Cohen, chyba najsłynniejszy pieśniarz wszech czasów, tylko nieliczni przynajmniej nie słyszeli jego nazwiska (ostatnio znalazłam wzmiankę, że Lech Wałęsa jest jego fanem), wielbicieli ma na pewno we wszystkich krajach, w dowolnym wieku. Karierę zaczął od tego, że dwa razy z tremy zszedł ze sceny, śpiewając Marianne. Cohen, zadeklarowany wierzący żyd, potomek rabinów, zafascynowany buddyzmem zen. Cohen, w niewiarygodnej liczbie związków z kobietami, ojciec dzieci, człowiek kompletnie nienadający się do życia rodzinnego. Cohen, pacyfista, który w wieku lat 40 pojechał walczyć w wojnie Jom Kippur. Pisarz, poeta, piosenkarz, człowiek instytucja pełen sprzeczności, niestrudzony poszukiwacz i twórca absolutny. Biografia pióra Sylvie Simmons jest oszałamiająco szczegółowa, opisany tu jest chyba każdy miesiąc jego życia, ponad 600 stron nazwisk, tytułów, nazw. Wyłania się z tego portret sprzeczności; ale też skromnego, i mimo wszystko autentycznego człowieka. Nie wiem, kto przy tak niesłychanej popularności byłby nadal w stanie iść własną drogą: Cohen potrafił. Halleluyah pisał przez pięć lat, zachował osiemdziesiąt zwrotek, dużo więcej wyrzucił. Czytałam tę biografię po kawałku, zaczęłam kiedy jeszcze żył. To było długie i piękne życie, ale nadal żałuję.

Widma w mieście Breslau

Kolejny raz cofamy się w czasie. 1919, asystent kryminalny Mock ma „lat trzydzieści sześć, kawałek metalu w udzie, reumatyzm, złe wspomnienia, słabość do alkoholu i rudowłosych kobiet„. Kurt Smolorz pracuje natomiast „od niedawna jako podwładny Mocka w oddziale Obyczajowym III b wrocławskiego Prezydium Policji.” W pierwszym zdaniu książki spotykamy też komisarza kryminalnego Heinricha Mühlhausa, ekipa jest więc w komplecie. 1 września znajduje ciała czterech marynarzy z połamanymi kończynami i wykłutymi oczami, sprawy wzmiankowanej w „Końcu świata„. Przy jednym z ciał jest karteczka adresowana do Mocka. Będą kolejne trupy i kolejne karteczki, a Mock aż do końca nie domyśli się, kto chce, aby przyznał się do błędu. Nietypowo dla Krajewskiego w tę powieść mamy również wplecione notatki mordercy, dzięki czemu od początku znamy jego motywację, chociaż nie tożsamość.

Koniec świata w Breslau

W chronologicznie drugim tomie cyklu o Mocku cofamy się w czasie. Jest listopad 1927, Mock ma 44 lata i żonaty jest od dwóch lat z 25-letnią blondynką Sophie. Nie mają dzieci, choć chcieliby. W kamienicy pod Gryfami znaleziono zamurowanego trupa, wkrótce znajduje się drugi. Żadnego punktu zaczepienia prócz kartek z kalendarza przy obu ciałach. Tymczasem Erwin, bratanek Mocka, wpada w złe towarzystwo, a radcę kryminalnego męczy zazdrość o żonę. Niebezpodstawna. Ta część jest mniej mroczna, duszna i brutalna od poprzedniej, ale nadal wszyscy bohaterowie są antypatyczni. Tu też jest szczegółowo rozpisany ówczesny Wrocław, gigantyczna robota Krajewskiego, z niezwykle plastycznie oddaną atmosferą. Klamrę tu tworzy dzień śmierci Mocka w 1960 roku w Nowym Jorku.

Śmierć w Breslau

Wróciłam zatem do pierwszych z cyklu o Mocku, i dobrze się składa, bo z jakichś przyczyn w ogóle o nich nie pisałam na blogu, chociaż pamiętam, że bardzo mi się podobały.

Maj 1933. Brutalnie zgwałcona i zamordowana została siedemnastoletnia baronówna Marietta von der Malten razem ze swoją guwernantką. Na miejscu zbrodni znajdują się żywe skorpiony. Po szybkim śledztwie pięćdziesięcioletni radca kryminalny (powtórnie żonaty, nadal bezdzietny) Mock ujmuje przestępcę, lecz w lipcu 34 musi je wznowić. Do pomocy z Berlina przyjeżdża aystent kryminalny Herbert Anwaldt. We Wrocławiu jest upał, atmosfera jest duszna, ciężka i mroczna, Krajewski nie szczędzi nam brutalności i plastycznych opisów spożywanego prez bohaterów alkoholu i tłustych potraw mięsnych. Bardzo ładna jest klamra – z roku 1950. Doskonałe są tu postaci, przede wszystkim Mock ze swoimi nieukończonymi studiami filologicznymi, zamiłowaniem do prostytutek, i niespełnionym pragnianiem posiadania syna; i Anwaldt, ze swoją tajemniczą przeszłością. Dzieje się tu o wiele więcej, niż tylko ściśle kryminalne śledztwo. Lubię dokładne rozpisanie akcji na daty i godziny, firmowy znak Krajewskiego. Mniej podoba mi się, że kobiety są tu albo zwłokami, albo prostytutkami, albo wykorzystywanymi służącymi, a w ostateczności bezbarwną (za to bogatą) żoną Mocka. Z drugiej strony u Krajewskiego przyjemnych ludzi właściwie nie ma: sam brud, smród, szantaże i dużo przemocy. Za to jest przedwojenny Wrocław. To oczywiście we Wrocławiu czytałam ją pierwszy raz, a teraz tęsknię.

A teraz śpij Moriarty

Ellen, hipnotyzerka – a właściwie hipnoterapeutka – poznaje Patricka. Patrick ma stalkerkę, swoją byłą, która nie może się od niego odczepić. Nie robi niczego złego, ale nieustannie ich śledzi, a nawet pod fałszywym nazwiskiem zapisuje się jako pacjentka Ellen. Patrick ma również synka, którego mama zmarła. Oprócz stalkingu powieść jest o związku z wdowcem, z wszystkimi trudnościami, jakie wypływają z niemożności konkurowania ze zmarłą. Jest również o konieczności przeżycia żałoby, co trafia w mój czuły punkt. Od dawna uważam, że homo sapiens, a przynajmniej większość dominujących jego kultur, porzuciła umiejętność przeżywania negatywnych uczuć, co nie wychodzi nam bynajmniej na dobre. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego publiczny głośny śmiech jest powszechnie akceptowany, a publiczny nawet dyskretny płacz w najlepszym razie wywoła ogólne zmieszanie. Przez całe wieki była instytucja płaczek pogrzebowych, dzisiaj po stracie udajemy, że się trzymamy, bo przecież życie toczy się dalej i nie można bliźnim psuć humoru okazywaniem własnego bólu. Moriarty dość dobrze pokazuje, do czego to może doprowadzić. Nie brak tu oczywiście uproszczeń i wisienek na torcie, ale to jest dość interesująca próba zmierzenia się z trudnym tematem w popularnym ujęciu. Moriarty umie fantastycznie obserwować relacje międzyludzkie, i opisywać je – owszem, dość prosto, ale często zaskakująco trafnie (ponieważ generalnie ludzie nie są aż tak skomplikowani, jak im się wydaje).