Dżuma w Breslau

Prawie czterdziestoletni nadwachmistrz Mock pod koniec czerwca 1923 budzi się na leśnej polanie w podwrocławskiej Leśnicy. Ma solidnego kaca, co nie jest w jego przypadku novum, nie ma natomiast ubrania ani innego dobytku. Po tych przejściach relaksuje się wieczorem w domu uciech, gdzie zastaje go posłaniec: Heinrich Mühlhaus, szef policji kryminalnej, potrzebuje jego pomocy w związku z morderstwem. Znaleziono zwłoki dwóch prostytutek z wyłamanymi przednimi zębami. Mock liczy na możliwość przejścia z obyczajówki do jego wydziału, jest „tylko jeden szkopuł. Mock nie wierzył Mühlhausowi. Znał jego uwodzenie. Znał jego wabiki. Wiedział, jaki będzie smutny koniec tego chwilowego romansu z policją kryminalną. Porzucenie i powrót do burdeli, do woni potu i pudru, do zwierzeń tak nieszczęśliwych i banalnych, że wywoływały u Mocka furię.” Dowiadujemy się, co się wydarzyło bezpośrednio po akcji „Widm w mieście Breslau” cztery lata temu. Oczywiście jak to u Krajewskiego, pojawia się sekta, tym razem w maskach w kształcie ptasiego dzioba.

Pisałam wcześniej, że wszyscy bohaterowie są antypatyczni. To nie do końca prawda. Po tym tomie uświadomiłam sobie, że jednak lubię Mocka. Widzieliśmy go już w tylu odsłonach, w chwilach słabości, zwątpienia, i brutalnego triumfu. Jest bardzo daleki od ideału, i niesłychanie ludzki. Ani ostatecznie przegrany, ani zwycięski, zawsze wierny swojemu poczuciu sprawiedliwości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s