Arena szczurów

W poprzednich trzech powieściach nie zgadzały się daty, w tej nie zgadza się już od prologu miejsce. Co niby mógł Popielski robić w 1948 w Darłowie, skoro we „Władcy liczb” w 1956 od jedenastu lat mieszka we Wrocławiu? „Może Krajewski robi to specjalnie, żeby sprawdzić, czy czytelnicy pilnują konsekwencji” snułam rozważania, ale tak czy owak nadal denerwuje mnie takie podważanie świata przedstawionego. W dodatku Leokadia nadal siedzi w więzieniu, z którego przecież w „Rzekach Hadesu” wyszła w 1946. Jesteśmy w każdym razie w Darłowie w czerwcu 48. Popielski pracuje jako nauczyciel w liceum i ratuje przed zgwałceniem swoją uczennicę Małgosię. Natomiast w 2013 Wacław Remus przyjeżdża do Darłowa, żeby otrzymać trzeci tom wspomnień ojca. Ten, w którym Popielski wyznaje, że jest zbrodniarzem. Krajewski znowu zamotał fabułę niemożliwie, żeby uzasadnić, dlaczego Remus nie czytał wspomnień ojca chronologicznie, ale to ładnie napisane i znajduje swoje rozwinięcie.

Z pamiętnika dowiadujemy się, skąd się Popielski wziął w Darłowie w 1947. „Musiałem uciekać i na miejsce mego wygnania wybrałem Pomorze, które jeszcze nie było całkowicie opanowane przez UB i NKWD.” (co nadal nie wyjaśnia, dlaczego potem w kolejnym tomie będzie twierdził, że nie ruszał się z Wrocławia). Niestety po jednej stronie wspomnień wracamy do narracji trzecioosobowej, strasznie sztuczny zabieg. „Krajewski… ale przecież w poprzednim tomie umiałeś już napisać pierwszoosobowego Popielskiego!” jęknęłam z rozczarowaniem. Zmiany narratora następują tu często i znienacka, i są dość męczące, a niespecjalnie uzasadnione.

Miejscowy lekarz bada zwłoki prostytutki, nie tylko zgwałconej i zamordowanej, ale również pogryzionej, po czym zwraca się ze sprawą do Popielskiego, którego jako komisarza skojarzył jeszcze z przedwojennych czasów lwowskich. Ten oczywiście się godzi, ponieważ w głębi swej istoty nie przestał być policjantem. Chwilę później koszmar dosięga osób, które Edward zna osobiście, a potem jego samego, ponieważ nasz niezawodny bohater jak zwykle z właściwym sobie wyczuciem pakuje się wprost do jaskini lwa, a uratuje go oczywiście cud.

Ponarzekałam, ale to jest całkiem dobra, wciągająca, sprawnie napisana, odpowiednio makabryczna książka z niezłego cyklu. Chociaż ten o Mocku jest niewątpliwie lepszy i bardziej realistyczny, i pewnie dlatego do niego Krajewski wrócił. Ale ostatecznie to jest thriller, nie powieść historyczna ani obyczajowa, wymaga odpowiedniego kołka do zawieszania niewiary. Kolejny raz się przekonałam, że w tym gatunku mam z tym problem.

Maddaddam

Oryks i Derkacz” mnie zachwycił (jedenaście lat temu!), „Rok potopu” znacznie mniej. Muszę chyba wrócić do nich obu. Opowiadały równolegle o końcu świata. Trylogię domyka „Maddaddam”, mówiący o tym, co było potem. Po świecie włóczą się agresywne i inteligentne świniony oraz Paintbólowcy (fajne tłumaczenie oryginalnego Painball). Apokalipsę przetrwała grupka ludzi, byłych Bożych ogrodników, spotykają Jimmy’ego (narratora „Oryksa i Derkacza”), który w dawnych czasach był przyjacielem Oryks oraz Derkacza, twórcy nowego gatunku człowieka. Protagonistką jest tu Boża Ogrodniczka Toby, która po Jimmym przejmuje rolę opowiadaczki bajek Derkaczanom (Crakers). Ich poziom umysłowy to mniej więcej lekko upośledzony sześciolatek, z autystycznym pojmowaniem wszystkiego absolutnie dosłownie. Atwood notuje tylko to, co mówi Toby, wychodzą z tego bardzo zabawne przerywniki, co stanowi zaskakujący kontrapunkt dla ponurej i często brutalnej reszty. W retrospektywach poznajemy przeszłość Zeba, kolejnego z bohaterów Roku Potopu, który też pracował w ZdrowoTechu – tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam poznał Derkacza, wówczas jeszcze dziecko. Zeb był bratem Adama, późniejszego Adama Pierwszego – i tak koło się zamyka, a ja muszę jeszcze raz przeczytać dwie poprzednie, bo mam wrażenie, że dopiero teraz cała ta historia nabierze właściwego sensu.

W „Maddaddamie” Atwood stworzyła niezwykle plastyczną wizję świata po rozpadzie cywilizacji. Opowiada o tworzeniu nowej społeczności i powstawaniu nowych zasad współegzystencji w środowisku, w którym wszystkie dotychczasowe znany reguły przestały obowiązywać. Mówi o kreowaniu mitologii, i to chyba zresztą był jej główny obszar zainteresowań. Nie odpowiada na wszystkie pytania, zostawia nas z pragnieniem dowiedzenia się, co było dalej. Pewnie to co zwykle. Chyba żeby nie.

Władca liczb

W 1975 umierający Popielski pisze trzeci tom pamiętnika. W 2013 Wacław Remus idzie na wykład wybitnego matematyka, a tydzień później kupuje LSD. Przez te fragmenty przewija się imię Belmispar – władca liczb. Po tych paru stronach zawiązuje się właściwa akcja: pamiętnik Popielskiego z roku 1956. Osnową intrygi są tu rozważania szalonego matematyka, który twierdzi, że odkrył sposób działalności demona Belmispara, zmuszającego ludzi do popełnienia samobójstwa, jeśli spełnione są szczególne warunki. Popielski chce dowieść, że to nie samobójstwa.

Nieoczekiwanie czyta się tę część lepiej, niż co najmniej dwie poprzednie. Pierwszoosobowa narracja, której Krajewski tak się bał w Otchłani mroku, wyszła całości na dobre. Relacja Edwarda jest spójna, akcja ma dobre tempo. Mimo początkowych zawikłań (spadek, szalony matematyk, detale jego teorii) główna zagadka tutaj jest prosta: czy trzy osoby, których nie łączyło kompletnie nic, mogły faktycznie popełnić samobójstwo w ten sam, wyszukany sposób? Moje spore wątpliwości budzi zresztą kwalifikowanie do samobójców człowieka ze związanymi z tyłu rękami. Nadal problematyczna jest też motywacja Popielskiego. Serio siedemdziesięciolatek będzie się włamywał, używał przemocy, groził bronią, narażał zdrowie oraz życie swoje i cudze – z powodu czyjegoś spadku? Zapłata jest tu nader słabą motywacją, Edward z Leokadią nie przymierają głodem, nie mają już raczej wielkich potrzeb, a zresztą niby co można było kupić we Wrocławiu AD 1956. Popielski mógłby prowadzić dochodzenie zwyczajnie z nudów, ale to by nie usprawiedliwiało gwałtownych postępków, do których autor ma wielką słabość. Może należało wprowadzić zupełnie inne rozwiązanie fabularne: przydać Edwardowi młodego, porywczego współpracownika, który zajmowałby się mokrą robotą. Już pod koniec relacji autor zauważa jednak tę słabość i wkłada Popielskiemu w pamiętnik wyznanie „Wiem, dlaczego popadłem w ten nałóg. Ja się po prostu bałem, że nierozwiązanie sprawy samobójstw wywoła we mnie zwątpienie w racjonalność świata. A jeśli ją już utracę, to nic nie będzie takie samo jak wcześniej. Stracę fundament, jakim zawsze była dla mnie logika, związki przyczynowo-skutkowe zostaną porwane, a mnie samego pochłonie nierozumna, amorficzna magma grząska jak bagno, w którym zamiast logiki przeczucia mieszają się ze snami.

Relacja Popielskiego urywa się dość gwałtownie, wątek współcześnie domknie Wacław Remus, co jak zwykle u tego autora zostało zasygnalizowane na początku powieści. Domknięcie odbywa się bardzo pospiesznie i na zasadzie „Remus uruchomił swoje znajomości i w ciągu tygodnia znalazł sprawcę” (czyli inna wersja klasycznego „nadludzkim wysiłkiem bohater wydostał się z tarapatów”). Zachodzimy też w głowę, skąd, jak i dlaczego nagle wymyślił LSD, ale samo zakończenie jest nieźle napisane. Przynosi też dodatkowe rozwiązanie tejemnicy pochodzenia bohatera – i sprzeczność z poprzednią powieścią cyklu. (Cbcvryfxv j „Bgpułnav zebxh” jlenźavr cbqxerśyn, żr fla hebqmvł fvę qbxłnqavr j wrtb fvrqrzqmvrfvągr hebqmval. Glzpmnfrz zhfvnłb gb olć cół ebxh cóźavrw.) Denerwuje mnie to bardzo, bo po co pisać cykl, z tym samym bohaterem i światem przedstawionym, skoro się własnych pomysłów nie szanuje.

Krowa niebiańska

Eleonora Burska cierpi od dzieciństwa na szczególną przypadłość, mianowicie w obliczu stresu zastyga na kamień niezdolna do poruszenia się ani wydania z siebie dźwięku. Dzięki temu jako ośmiolatka zapamiętuje doskonale oblicze pewnego złoczyńcy okradającego ludzi. Siedemnaście lat później przypadkiem wplącze się w aferę z bandytami napadającymi biznesmenów w ich własnych domach. Elunia okaże się bezcennym świadkiem i współpracownikiem policji, jak to zwykle w książkach Chmielewskiej. Typowo dla tej autorki mamy tu zbiegi okoliczności mało prawdopodobne, ale świetnie uzasadnione i rozegrane. Typowo mamy nieco wyścigów konnych i sporo więcej gry w kasynie. I w końcu typowa jest fajna otoczka obyczajowa. Elunia ma chłopaka, ale poznaje innego amanta, traci dla niego głowę i nie zauważa, że tenże wcale uczuciami nie pała. Natomiast naciągany okropnie jest pomysł, żeby bandyci wypożyczali samochody przypadkowych osób (sic!), a potem odstawiali na miejsce: ileż to komplikacji, ryzyka, i w ogóle co za idiotyzm zupełny. Ale to Chmielewska, nie po to się ją czyta. Przyjemne czytadło, które jakoś przeoczyłam.

W otchłani mroku

Na początek choinka lat, po których jedziemy kolejno, choć nie jest to kolejność chronologiczna. Po krótkim i niejasnym prologu rozgrywającym się w 1991 trafiamy do współczesnego Wrocławia. W 2012 profesor Wacław Remus chce założyć akademickie Lycaeum Subterraneum, wyłącznie dla chłopców. Profesor Małgorzata Olszowska-Biedziak, której zaproponował nauczanie w nim, domaga się odpowiedzi, skąd takie założenie.
– Opowiem pani – zagrał palcami na blacie – ale to bardzo długa opowieść… I ostrzegam: bardzo drastyczna… Pełna zbrodni i przemocy…” – mówi Wacław Remus. Cofamy się do 89, kiedy narrator miał 33 lata. Po dziesięciu stronach dość naciąganego życiorysu napisanego bardzo egzaltowanym stylem bohater odnajduje pamiętnik Popielskiego zaczynający się od słów „W połowie października 1946 roku”. Jesteśmy zatem zaraz po wydarzeniach opisanych w „Rzekach Hadesu„. Po tych wszystkich karkołomnych szkatułkowych konstrukcjach oraz dwóch zdaniach w pierwszej osobie odnajdujemy zwyczajną trzecioosobową narrację, chociaż przetykaną wyimkami z pamiętnika. Popielski ma wykryć ubeckiego donosiciela z Gimnazjum Podziemnego, a właściwie donosicielkę; potem sprawy się komplikują. To bardziej thriller niż kryminał: wiemy kto zawinił, nie do końca jasne są tylko powiązania, które bohater będzie odkrywał z pomocą z nieoczekiwanej strony, oraz oczywiście jak zwykle pakując się w tarapaty, z których cudem udaje mu się wydostać.

Po zakończeniu tej opowieści pozostaje nadal pytanie, jaki to wszystko ma związek z pierwotnym narratorem powieści, Wacławem Remusem. Wracamy do 1989 i odkrywamy – zaskakującą i jednak cokolwiek naciąganą – prawdę (można tu zauważyć sprzeczność z „Eryniami„). Końcówka domyka wątki, ale robi wrażenie pospiesznej i napisanej zupełnie bez przekonania.

„Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości” Margareta Strömstedt

Urodzona w 1907 roku w szwedzkim Vimmerby Astrid Ericsson pochodziła z długowiecznej rodziny, a właściwie z dwóch. Z obu stron dożywanie dziewięćdziesiątki nie było niczym nadzwyczajnym. Była córką Samuela Ericssona, który nazwisko miał po ojcu, Samuelu Erikssonie (znanemu potem na całym świecie jako dziadziuś z Bullerbyn). Ten jednak nosił nie nazwisko, tylko patronimik, po ojcu imieniem Erik. W Szwecji patronimiki były w powszechnym użyciu do drugiej połowy dziewiętnastego wieku, potem zostały wyparte przez nazwiska. Od pierwszego lipca tego roku można znowu nadać dziecku patronimik lub matronimik zamiast nazwiska.
Krótkie drzewo genealogiczne Astrid Lindgren znajduje się na wyklejce ślicznej biografii napisanej przez Margaretę Strömstedt, która od lat sześćdziesiątych blisko znała pisarkę. Pierwsza wersja książki powstała w 1977, początkowe rozdziały traktujące o dzieciństwie w Vimmerby nie zostały zmienione. „Dzieci z Bullerbyn” w dużej mierze są oparte na wczesnym życiu Astrid, i choć oczywiście wyidealizowane, to wcale nie tak bardzo. Astrid była szczęśliwym dzieckiem bardzo kochających się ludzi, być może dlatego tym dzieckiem została do końca życia. Nigdy nie chciała pisać dla dorosłych, interesowały ją wyłącznie dzieci, co w tamtych czasach zupełnie nie było w modzie. Mając 19 lat urodziła nieślubnego syna, Larsa – Lassego. Jego ojciec, żonaty z inną kobietą, podobno proponował jej ślub, ale uznała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego i wyjechała z Vimmerby do Sztokholmu, by tam pracować jako stenografka i maszynistka. (Dawca nasienia zresztą natychmiast ożenił się z inną kobietą, która w tym samym roku urodziła mu dziecko, a potem z kolejną, w sumie mając 13 dzieci z czterema żonami; ale tego w tej biografii nie ma). Astrid mimo bycia w dwudziestoleciu międzywojennym kiepsko opłacaną panną z dzieckiem, poradziła sobie znakomicie, szybko poznała Sture Lindgrena, który zostawił dla niej żonę, i urodziła Karin. I całe szczęście, bo to właśnie córka zażądała pewnego dnia opowieści o „Pippi Pończoszańce”. 
Wydawnictwo odrzuciło pierwszą wersję książki bojąc się jej obrazoburczości. Złagodzona wersja ukazała się drukiem, i tak się zaczęła popularność, która potem tylko się nasilała. Astrid debiutowała w wieku 37 lat, i tyle samo trwała jej kariera pisarska. Bibliografia wygląda całkiem imponująco, niemal co rok ukazywała się nowa książka (choć zazwyczaj były krótkie, na przykład znane nam „Dzieci z Bullerbyn” były oryginalnie podzielone na trzy części). We Francji „Pippi” w pełnej wersji ukazała się dopiero w 1995 roku. Rosjanie za to są fanami „Karlssona z dachu”, wydali go sześćdziesiąt razy, a w 1996 roku poprosili o zgodę na nazwanie asteroidy jej imieniem. („Nazywajcie mnie od dzisiaj Asteroid Lindgren” odpisała autorka).
Margareta Strömstedt pięknie opisuje osobę, która na zawsze potrafiła w środku zostać dzieckiem. Która odpisywała na 150 listów od dzieci tygodniowo, nie skarżąc się. Która walczyła o prawa dzieci i zwierząt w czasach, kiedy to wcale nie było oczywiste. Która wcale nie miała ochoty być popularna i otrząsała się ze zgrozą na sugestie o Noblu albo o fotelu w Akademii Szwedzkiej. Która przez ponad 60 lat mieszkała w tym samym mieszkaniu na Dalagatan, gdzie wprowadziła się z mężem i dziećmi w 1941 roku. Która odeszła od umoralniających opowiastek dla najmłodszych i stworzyła coś zupełnie nowego. Nic dziwnego, że jej książki były tłumaczone na 95 języków. 

Rzeki Hadesu

Wrzesień roku 1946. Leokadia Tchórznicka, w poprzednich tomach postać trzecioplanowa, kuzynka Popielskiego zastępująca matkę jego córce, przetrzymywana jest w strasznych warunkach we wrocławskim więzieniu na Kleczkowskiej. Ubecy torturami próbują z niej wydobyć informacje o miejscu pobytu Popielskiego, porucznika AK. Ten tymczasem jest też we Wrocławiu, choć marzy o powrocie do Lwowa. W tle jeden trup znaleziony przez Cyganów, i jedna dwunastolatka, porwana przez wysokiego łysego mężczyznę. Pojawia się również Mock, ale za chwilę cofamy się w czasie do Lwowa w roku 1933. 2 listopada Popielski został przywrócony do pracy w policji, „na swoją starą drogę, na której odnosił tyle zwycięstw, zagłębiał się znów w utarte koleiny, na których ponosił też niemało porażek. Oto znów znajdzie się w znanym sobie dobrze męskim świecie, gdzie codziennością są alkohol i przestawanie z bandytami, przekleństwa, wulgarne dowcipy i śmiertelne ryzyko, wydobywanie informacyj szantażem i przesłuchania na granicy sadyzmu. Oto znów znajdzie się w pracy śmierdzącej strachem i cynizmem, gdzie za całą ozdobę świata służą uschnięte paprotki na parapetach i przebłyski cwaniactwa w pięknych oczach przesłuchiwanych kurew. Ten świat był naturalnym środowiskiem Popielskiego, jak Antajos z ziemi, tak i on czerpał z niego siłę, którą się napawał, gdy widział, że budzi strach u przestępców i zainteresowanie u kobiet.” Ale powrót do pracy niewiele zmienia, Popielski musi się zająć prywatnym śledztwem, ponieważ porwano mu córkę, żeby w ten sposób zmusić go do znalezienia porywacza i gwałciciela dziewczynek. Kiedy już się dowiadujemy, co stało się we Lwowie, wracamy do powojennego Wrocławia.

Nadal nie mam przekonania do Łyssego, który tutaj też się miota, a ratuje go tylko przypadek. Brakuje nieco emocji: wiemy, że Ricie ani Leokadii w tamtych czasach nic się ostatecznie nie stało, bo wiemy, co wydarzyło się potem. Nie ma też tutaj żadnego mordercy ani wyścigu z czasem, czyta się to więc dość obojętnie. Chwilami miałam wrażenie – chyba pierwszy raz – że autor na siłę zapełnia kolejne strony opisami, które nie wnoszą niczego do akcji. Z drugiej strony dochodzenie jest pokazane wciągająco, i nieźle obmyślone łapanie tropu na podstawie przeczuć i niejasnych poszlak.