Oleander

Z zachwytem przygięłam ku sobie gałąź drzewa obsypaną pięknymi różowymi kwiatami o przecudnym miodowym zapachu, z rozkoszą wdychałam kuszącą woń.
– Moim zdaniem to jest oleander – powiedziała chwilę potem Zuzanka. – Jest bardzo trujący – dodała. – Kogoś otruto podając mu posiłek na liściach oleandra. – ciągnęła z namysłem, a ja poczułam się dość niewyraźnie.
– I co, i tak sobie rośnie tu wszędzie bez żadnej tabliczki ostrzegawczej!? – zaprotestowałam, czując gorącą potrzebę natychmiastowego starannego umycia rąk oraz wyguglania jakiejś uspokajającej informacji. Niestety, to co wyguglałam, potwierdziło, że wąskolistne różowokwietne drzewa to niewątpliwie oleandry, że faktycznie niegdyś przy ich pomocy otruto jednego papieża, że jeden liść wystarczy do zabicia dorosłego człowieka. A nawet, że w 1808 dwunastu żołnierzy Napoleona upiekło sobie na drewnie oleandra jagnię, po czym ośmiu z nich zmarło, a pozostali byli ciężko chorzy, gdyż dym też jest trujący.

Nadal uważałam, że to przesada, żeby tak śmiercionośna roślina sobie rosła wszędzie, a nawet była hodowana. Po czym pomyślałam o grzybach w polskich lasach, o wilczej jagodzie, barszczu Sosnowskiego, oraz śnieguliczce, której owocami się tyle razy bawiłam w dzieciństwie. Oraz doczytałam, że trujące są również… konwalie, a nawet woda w wazonie po nich.
– Ale jak to, nie ma zbiorowych zatruć tym wszystkim? – nadal nie dowierzałam. – Przecież to dzikie tłumy powinny umierać co roku! Powinno się o tym trąbić bezustannie!
– Może umierają, tylko nikt nie wie, że to od tego – zasugerowała Zuzanka, wielbicielka kryminałów. (W razie czego nie przeczytaliście tego u mnie na blogu.)

(fot. Zuzanka)

Taormina

Nazwę Taormina znałam SKĄDŚ.
– Z Chmielewskiej – uświadomiła mnie Zuzanka. Spojrzałam bezmyślnie.
– Z „Całego zdania nieboszczyka” – sprecyzowała. Spojrzałam jeszcze bardziej bezmyślnie. Czytałam to, ostatni raz w tym roku, ale żeby Taormina? Niemożliwe. A jednak.

Po namyśle dotarło do mnie, w czym problem. „Całe zdanie nieboszczyka” jest tak nierealistyczne (rezydencja w Brazylii, samotnie jachtem do Europy, lochy we Francji, wykopywanie szydełkiem, itd), że automatycznie opisy Taorminy wrzuciłam do tej samej kategorii, uznając, że została tak samo wymyślona i na zobaczenie tego mam takie same szanse co na samotny rejs Stellą di mare. Może i nazwa miejscowości jest prawdziwa, ale cała reszta jest grubo przefantazjowana. Otóż nie: to jest jedyny fragment tej powieści, który jest po prostu prawdziwy, a właściwie nawet trochę zubożony, bo Etnę Chmielewska wspomina tylko raz.

Już w lochu zakorzeniała się we mnie nieprzeparta tęsknota do słońca, morza i kaktusów właśnie tam, a nie gdzie indziej, resztki rozsądku kazały zrobić zupełnie co innego, musiałam zatem zdusić rozsądek. W oczach stanął mi widok z balkonu hotelu Minerwa i zrobiłam się nieprzytomna. Do Taorminy, tylko do Taorminy, tylko tam, do najpiękniejszego miejsca na świecie!…

Wylazłam z prześlicznej, ciemnoniebieskiej, ciepłej zupy, zwanej Morzem Jońskim, położyłam się na leżaku
Czarne zwały lawy z Etny, leżące wzdłuż wybrzeża od mniej więcej sześciu tysięcy lat, dostarczały mi dodatkowych wzruszeń, wynikłych z faktu, że identycznie taki sam widok, jaki mam teraz przed oczami, oglądali lądujący tu po raz pierwszy Grecy. Zawsze miałam kota na tle historii starożytnej i archeologii.

Tak właśnie, wszystko się zgadza idealnie. Tylko samoloty do Katanii latają teraz na Roissy, Joanna leciała jeszcze na Orly. A reszta jak u niej: niewiarygodne piękno całej tej okolicy jest takie, że w pewnym momencie westchnęłyśmy zgodnie z Zuzanką, że już nie możemy więcej, ileż można się nieustannie zachwycać, za dużo wrażeń! Idealnie piękne morze, błękitne niebo, słońce, kaktusy z owocami i palmy z bananami, białe statki kreślące na wodzie puchate białe linie, plaże i morze, ruiny i zamki, fantazyjne balkoniki z drzewkami pomarańczowymi, ciemnoniebieskie morze, przejrzysta woda z rybami, czarna lawa, i Etna na horyzoncie.

Sycylia

Potem wróciłam z Polski, wrzuciłam rzeczy do pralki, a wysuszone z powrotem do walizki, i pojechaliśmy na lotnisko. W samolocie do nastolatków siedzących przed nami nagle rzucił się ich ojciec, z przejęciem pokazując coś przez okno. Spojrzałam i oniemiałam: pod nami był Mont Blanc, ośnieżony i wyraźnie widoczny między nielicznymi obłoczkami. Pan przeżywał, bo jak się okazało, ledwie dzień wcześniej uprawiał trekking na jego zboczach.

Wylądowaliśmy w Katanii, gdzie pierwszym zaskoczeniem okazała się Etna. Niewiarygodnie ogromna. Imponująca.
– A myślałaś, że to będzie pagórek za stodołą? – zapytał w mojej głowie cichy głos pełen bezdennego sarkazmu. Niby nie myślałam, ale do końca nieustannie mnie zaskakiwało, jakie to jest wielkie i dominujące nad okolicą. Mont Blanc przecież obiektywnie wyższy, a zupełnie nie robi tego wrażenia. Pewnie dlatego, że Etnę ogląda się z poziomu morza, i że jest jedna. Dymiło się z niej delikatnie.

Jak spędzałam wakacje w Polsce

Dwa dni później zjedliśmy pstrąga wyłowionego przez dzieci w przeznaczonych do tego stawach, a potem lody kupione w delikatesach. Zdążyliśmy się zadekować w uroczym domku kempingowym nieopodal Krasiczyna, gdzie zamierzaliśmy zwiedzić zamek, kiedy siostrzenica zaczęła chorować. Po ciężkiej nocy rano naszym pierwszym celem był szpital w Przemyślu, bo w ten upał dziecko było już odwodnione i słaniające się. Lekarze natychmiast zabrali ją na oddział pod kroplówkę, a po południu z tego oddziału do zakaźnego dla dorosłych zabrano szwagra, z tymi samymi objawami. Ja z synem przespałam noc w okolicznym hoteliku, zwiedziłam przepiękny Przemyśl, a po południu udaliśmy się na pediatrię, gdzie już zostaliśmy, bo i moje dziecko okazało się dotknięte klątwą gastryczną. Przebiegła sporo łagodniej niż u kuzynki, ale spędziliśmy tam dwie noce.

W tym miejscu muszę odnotować, że moje wyobrażenia na temat polskiej służby zdrowia okazały się zupełnie nieuzasadnione. Pediatria w szpitalu w Przemyślu ma dobrych lekarzy, którzy poważnie potraktowali sprawę, jest tam czysto i kolorowo, rodzice dostają leżanki z kocykami i mogą nocować koło dziecka, a opieka pielęgniarska też nie pozostawiała nic do życzenia, była sprawna i uprzejma. Jedynie wyżywienie było wyraźnie z czasów PRL-u, łącznie z zupą mleczną na śniadanie. Nic więc dziwnego, że kiedy wyszliśmy, naszym pierwszym celem była restauracja, gdzie siostrzenica mogła w końcu zaspokoić apetyt. Zamówiła między innymi dwie zupy. Zjadła obie.

A potem zwiedziliśmy Sanok, i śliczny Zamość z imponująco utrzymaną twierdzą, po zwiedzaniu strzeliliśmy z armaty (mała, ale huk straszny, i w końcu zrozumiałam, co to znaczy, że dzwoni w uszach oraz się głuchnie). I fantastyczne podziemia kredowe w Chełmie: każdy miał małe wyrobisko we własnej  piwnicy, korytarze się spotykały w nieoczekiwanych miejscach, kto wie, gdzie się kończą). Przypadkiem trafiliśmy na czyste i malownicze jezioro Piaseczno na brzegu Poleskiego Parku Narodowego. Szkoda wielka, że na Lublin i Łańcut nie starczyło już czasu, lecz jestem przyjemnie zaskoczona Polską wschodnią, czystością i porządkiem, i serdecznością ludzi (z wyłączeniem pani w chełmskich podziemiach kredowych, ona była tam zdecydowanie za karę i mściła się na turystach).

Burza w górach

Dnia następnego, chcąc poczuć, że mamy jednak wakacje, wybraliśmy się na Jaworzynę Krynicką.
– Nie bierz żadnych krytych butów, przecież to nie Tatry, pójdziemy tylko na małą przechadzkę – zaordynowała moja siostra. Burzę zapowiadano dopiero na po 18, nie wzięliśmy żadnych okryć, bo przecież do obiadu wrócimy.

Szlak okazał się przyzwoicie stromy, trochę się obawiałam o moje sandały, ale to siostrzenicy się zepsuły. Zostały naprawione przy pomocy sznurka, i ruszyliśmy dalej. Następnie zepsuł się w identyczny sposób sandał mojego syna. Sznurek jeszcze był. Po licznych przerwach na naprawy, odpoczynki, podziwianie widoków, oglądanie rozmaitych żyjątek, dyskutowanie z nieletnimi o sensie spaceru, dotarliśmy w końcu do schroniska, gdzie bardzo długo czekaliśmy na pierogi. Bardzo, bardzo długo. Po zjedzeniu pierogów okazało się nagle, że zbliża się wieczór, a z nim burza. Chmury nadciągały nad nasze głowy. Zaczęliśmy schodzić żwawo, ale nieuniknione nadeszło. Przypomniałam sobie, jaka mokra kiedyś schodziłam z Małołączniaka, a wtedy miałam i kurtkę i solidne buty. I mokre dżinsy, co jest jednym z najmniej fajnych możliwych ubiorów. Ucieszyłam się, że tym razem mam lekkie spodnie, a nie dżinsy, i szliśmy w deszczu dalej, bo innego wyjścia nie było. Pioruny uprzejmie oszczędziły naszą okolicę, a deszcz chwilę popadał i przestał, nawet nie było zimno. Lunęło jeszcze raz, kiedy już wróciliśmy do pensjonatu.

Kiedy następnego ranka wyszłam na spacer z psem, przy wejściu na szlak zatrzymał się. Merdał do mnie ogonem i patrzył mi w oczy, całym sobą informując, że on tam nie wraca, bo tam leje i grzmi, i chyba zgłupiałam, żeby w ogóle myśleć o pójściu w tamtą stronę.

Jak nie dotarliśmy do wakacyjnego celu

Na Słowacji, trzydzieści kilometrów za polską granicą, gdzieś za Bardejovem, przy podjeździe pod niewielką górkę samochód nagle zaczął zwalniać obroty. Zredukowanie biegu nie pomogło, zgasł i nie dawał się odpalić. Kierowca przytomnie zdążył zjechać na wąskie w tym miejscu pobocze, dalej był głęboki rów i pole kukurydzy. Zajrzenie do silnika nie przyniosło żadnej wiedzy.
– A paliwo to aby jest? – spytałam podstępnie.
– Tak, wskaźnik pokazuje jeszcze 200 km – usłyszałam. Nie przekonało mnie to do końca, jeździłam bowiem swego czasu fiestą z zepsutym wskaźnikiem paliwa, ale z szybkich przeliczeń wyszło nam, że stan wskaźnika zgadza się z tym, co wynikało z przebytej drogi.
– Moja fiesta musiała odpocząć z kwadrans, zanim odpaliła ponownie – oznajmiłam, bo w pewnym wieku człowiek chętnie dzieli się wspomnieniami. Poczekaliśmy kwadrans, samochód nie odpalał nadal. Postawiliśmy trójkąt i zaczęliśmy szukać pomocy drogowej jeżdżącej za granicę. Nie było to oczywiste, ponieważ samochód z bagażami ważył ponad dwie tony, ale znalazł się warsztat z Krynicy Zdroju. Obiecali, że wyślą lawetę z osobówką, którą wrócimy. Pozostało nam czekać spacerując po polu kukurydzy, na szczęście była wysoka i dawała przyjemny cień, a w jej labiryncie można było się zgubić i poszukiwać wzajemnie (okazuje się, że bywa to nawet zorganizowaną rozrywką).

Pod wieczór laweta w końcu się zjawiła, zestawiła obiecaną osobówkę (fajne BMW) i zabrała nasze auto z bagażami. Już dobrze po zmroku auto wylądowało w warsztacie, a my w pensjonacie na drugim końcu miasta, gdzie udało nam się cudem zarezerwować jeden z chyba trzech dostępnych noclegów. Zjawiliśmy się tam umęczeni, brudni, i z bagażami kompletnie nieadekwatnymi do sytuacji. Te właściwe zostały na dachu samochodu na lawecie. Była jednak ciepła woda w prysznicu. Następnego dnia panowie w warsztacie zabrali się dziarsko do roboty, a nie było im łatwo, bo auto nie jest typowe. Po południu sytuacja nadal nie wyglądała optymistycznie. Mechanik przebąkiwał o konieczności wymiany pompy paliwowej, co, pomijając koszty, oznaczało jeszcze parę dni czekania na jej dostawę. Na szczęście pensjonat miał jeszcze wolny pokój, a my możliwość odzyskania bagaży i czystych ubrań.

Pod wieczór zajrzeliśmy do warsztatu po raz dwudziesty piąty. Znękany mechanik pomachał w naszym kierunku maleńkim kabelkiem ze stykiem na końcu.
– Nie wiem, czy to na pewno ten problem, ale to się obluzowało i ześlizgnęło, być może dlatego pompa nie działała – oświadczył i dodał, że zaraz złożą wszystko z powrotem, i sprawdzą, czy to wystarczy. Złożyli. Samochód wyjechał z warsztatu o własnych siłach. Problematyczny kabelek został przylutowany, żeby już nie sprawiał nam niespodzianek.