Nominacje do Hugo i Nebuli za opowiadanie: 2017

Zdobywców Hugo opisałam, czytam w związku z tym krótkie opowiadania nominowane do Hugo i Nebuli.

W 2017 Nebulę zdobyło to samo opowiadanie co Hugo, Amal El-Mohtar „Seasons of Glass and Iron”.

Do obu nagród nominowane były również:

Alyssa Wong ”A Fist of Permutations in Lightning and Wildflowers”. W połowie chciałam przestać, kontynuowanie wymagało sporego samozaparcia. Pierwszoosobowa narratorka obwinia się za śmierć siostry, powraca w czasie raz po raz próbując zrobić coś inaczej, ale nic się zmienić nie da, nawet jeśli rozdziera niebo, powoduje pożar, niszczy świat, i takie tam malownicze przeżycia poetycznie uzewnętrznione na wielką skalę. Nawet ładne, ale jestem na to zbyt racjonalna, za dorosła – albo po prostu dorosła. Poza tym Atkinson zrobiła to lepiej.

Brooke Bolander ”Our Talons Can Crush Galaxies”. Bardzo zwięzła, co zawsze jest zaletą, bardzo energetyczna opowieść o ofierze, zemście i opowieściach. Przekonała mnie bardziej niż Alyssa Wong.

Nominacje tylko do Hugo:

N.K. Jemisin ”The City Born Great”. Narrator śpiewa miastu. Pomysłowe, bardzo lubię jej wyrazisty styl, egzaltowany, ale wyważony. Słabsze pod koniec.

Carrie Vaughn ”That Game We Played During the War”. Calla jest być może pierwszą obywatelką Enith, która idzie przez plac w Gaant nie będąc więźniem, bo właśnie skończyła się wojna. Gaantowie są telepatami, Enithczycy nie. Mamy bardzo praktyczny opis organizacji społeczeństwa telepatów, na przykład w szpitalu nie ma dzwonków do wzywania pielęgniarek. Jak również „they did not have any games at all that required strategy or bluffing. There was no point.” Lecz Calla spotyka swojego byłego pacjenta i grają w szachy. Bardzo piękne opowiadanie.

Tylko do Nebuli:

Barbara Krasnoff ”Sabbath Wine”. Brooklyn, 1920. Dziewięciolatka chce zaprosić swojego nowego kolegę na szabasową kolację. Problem w tym, że od paru miesięcy jest prohibicja i nie da się kupić szabasowego wina, ojciec Malki wybiera się na jego poszukiwanie. Właściwie powinnam była się domyślić dość oczywistej puenty, ale jakoś mnie zaskoczyła.

Sam J. Miller ”Things With Beards”. To jest ciąg dalszy nominowanego w 2011 opowiadania Wattsa „The Things„. Gapiłam się na to nie mogąc uwierzyć, że ktoś w ogóle wpadł na tak szaleńczy pomysł. Mocną stroną tekstu Wattsa jest pierwszoosobowa narracja, czego Miller nie podjął, chcąc pokazać jak to wyglądało z zewnątrz (tylko kogo to właściwie obchodzi). Wyszedł bladawy horror z walką rasową w tle i z przesłaniem, że wszyscy nosimy w sobie potwory, aha. Watts osobiście napisał pod tym komentarz, że trafił na to przez przypadek, i że „seriously fucking brilliant” (ale co niby miał napisać, nic innego mu nie wypadało).

A. Merc Rustad ”This is Not a Wardrobe Door”: ładny pomysł wyjściowy, dziewczynka pisze listy, bo drzwi w jej szafie są zepsute i nie może przejść do świata, w którym przedtem bywała. Jej przyjaciółka z drugiej strony wyrusza na wyprawę, żeby odkryć, co się stało. Niestety narracja zaraz się psuje i robi się z tego taka bzdurka, jakie pisują fantazjujące dziesięciolatki.

Caroline M. Yoachim ”Welcome to the Medical Clinic at the Interplanetary Relay Station | Hours Since the Last Patient Death: 0”  po każdym akapicie trzeba podjąć decyzję, co dalej zdarzy się czytelnikowi wcielającemu się w rolę osoby ludzkiej szukającej pomocy medycznej na stacji orbitalnej między Saturnem i Uranem. Przezabawne i złośliwe.

Córki Wawelu

Bardzo piękna opowieść o królach i królewnach, bratobójstwie, szaleństwie, okrucieństwie, miłości, i jednej karlicy. Tym piękniejsza, że to prawda. Brzezińska opowiada o faktach, tylko czasem fantazjując tam, gdzie ich zabrakło, ale zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem i wiedzą historyczną. Co chwila podkreśla, że nie wiadomo, że być może tak to wyglądało, ale nie wiemy. To nie jest powieść. Większa część książki to rzeczowa relacja o tym jak wyglądało życie w XVI wieku, głównie – choć nie tylko – na dworach królewskich, ale to wszystko jest napisane pasjonująco. Brzezińska swobodnie skacze po epoce (dokładna i zwięzła chronologia jest na końcu książki), odmalowując barwny fresk, o leczeniu i tańcach, wykształceniu i małżeństwach, polityce, wojnach. I miłości, oczywiście. Dużo bym dała, żeby na własne oczy móc zobaczyć Barbarę Radziwiłłównę.

Ślub na merostwie

W sobotę byłam gościem na ślubie, zawsze chciałam zobaczyć, jak to wygląda na francuskich merostwach (na weselu bowiem już byłam). Pierwsze zaskoczenie przeżyłam, kiedy mer zaprosił dzieci do siebie za biurko, i w tej asyście odczytał prawne definicje małżeństwa, informując nas, że trochę nudzi, ale niestety musi to odczytać. Potem zapytał, czy są znane jakieś przeciwwskazania do zawarcia tego związku małżeńskiego, a nie widząc żadnych, zapytał pana młodego, czy chce pojąć tę oto pannę młodą. Kazał mu to potem powtarzać trzy razy, pod pretektem, że nie wszyscy usłyszeli, czy aby na pewno. Pannie młodej wystarczył raz.

Młodzi wymienili się obrączkami, a mer powiedział, że wprawdzie już mają obrączki, ale jeszcze nie są małżeństwem, dopóki nie złożą podpisów. Potem oznajmił, że w livret de famille jest 16 miejsc na wpisanie dzieci, ale gdyby zabrakło, to niech się nie wahają przyjść po kolejny, jest za darmo. Rzucił jeszcze parę żartów, potem jego urzędniczka odczytała akt ślubu. Wiedziałam już wcześniej, że francuskie zawierają adresy oraz zawody rodziców, to mnie nie zaskoczyło. Młodzi i świadkowie (po dwoje na osobę) złożyli podpisy pod aktem, i można już było składać życzenia nowej parze małżeńskiej. Na wyjściu dostaliśmy od świadkowej płatki róż (sztuczne) do obrzucenia młodych, a dzieci małe pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Spodziewałam się po tej ceremonii większej powagi, ale całość wypadła bardzo sympatycznie.

Opowiadania Kena Liu („La menagerie de papier”)

W bibliotece napadł na mnie tom opowiadań Kena Liu. To autor „Papierowej menażerii” i „Mono no aware”, które dlaczegoś zdobyły Hugo („Menażeria” w dodatku Nebulę i WFA, o dziwo), czego kompletnie nie rozumiem, bo może i są dość ładne, ale potwornie przewidywalne i naiwne do bólu zębów. Trzymałam więc ten tom w dłoniach ważąc za i przeciw. Wygrały argumenty, że po dwóch opowiadaniach trudno jednak osądzić pisarza (ja też jestem naiwna, wiadomo), w końcu on nie ma wpływu na to, że akurat te się ludzkości podobały najbardziej, że przecież nie zapłacę za czytanie jego twórczości (mnóstwo jego rzeczy można wprawdzie przeczytać w sieci, ale dobrze by mi zrobiło poczytanie dla odmiany po francusku), i że zawsze mogę po jednym czy dwóch tekstach rzucić. Może nie książką w ścianę, bo biblioteczna, ale przynajmniej dalszą lekturę.

W przedmowie, okrutnie się wdzięcząc do czytelnika, autor beztrosko powiada, że nie przejmuje się żadnych podziałem gatunkowym, pisze co mu ślina na język przyniesie i co mu w duszy gra. Już po tym wiedziałam, że się z Kenem Liu nie dogadamy, nie mój rodzaj człowieka. Po pierwsze jest to gadanie typu „ja tam się znakami przy drodze nie przejmuję, po prostu wsiadam i jadę, jak mam wenę, ważny jest wiatr we włosach, a nie czerwone światło!”. Po drugie i ważniejsze: w fantastyce akurat najistotniejsza jest doskonała znajomość konwencji. Fantastyka z założenia zajmuje się tym, co poza aktualną nauką, moralnością, świadomością, zbiorową nieświadomością i wyobraźnią. Żeby móc się tym uczciwie zajmować, trzeba to znać, bo inaczej jest się jak szesnastolatek przekonany, że właśnie osobiście wynalazł seks. Wszyscy to przechodziliśmy, ale żeby się tym w przedmowie chwalić na serio mając już lat nieco więcej niż naście, to jednak nie.

Pierwsze opowiadanie, „Reborn” jest całkiem przyzwoite, tylko że jest „Zakochanym bez pamięci” plus Obcy. Przylecieli i postanowili złym ludziom wymazywać złe kawałki osobowości czyniąc ich w ten sposób dobrymi ludźmi. Ken Liu rozgrywa to dość ładnie, i dość przewidywalnie łącznie z opisem seksu międzygatunkowego z sześcioramienną istotą, z czego może dałoby się coś więcej wyciągnąć, ale to nie w tym opowiadaniu. Reszta wiadomo: czy jesteśmy aby sumą naszych wspomnień, czy jednak nie.

Miniatura „Before and after” czyli jak Ken Liu potrafi napisać przegadane jednozdaniowe opowiadanie w trzech akapitach.

The Algorithms for Love” pani zrobiła lalkę AI. A potem ją ulepszyła. Pani ma aktualnie ciężką depresję i wspomina, oraz przewiduje co kto powie. Byłam przekonana, że znam puentę, ale Liu postanowił mnie przechytrzyć, chociaż tyle. Poza tym czytał Chianga, co  w zasadzie mu się chwali, natomiast osoba o IQ wystarczającym, żeby Chianga przeczytać, powinna mieć go też tyle, żeby już nie pisać. Jestem złośliwa; to byłoby niezłe opowiadanie, gdyby coś wyraźnego zrobić z puentą. A może problem polega na wymieszaniu testu Turinga z determinizmem. Mam wrażenie, że Liu sam nie bardzo wiedział, o co mu chodzi.

Miniatura „Nova Verba Mundus Novus„, jestem przekonana, że gdzieś już czytałam ten początek, ale nie wiem gdzie. Pomysłowe. I krótkie.

The Perfect Match” Bohater ma asystentkę posługującą się danymi zbieranymi przez Googla, przemianowanego tu na Centillion, asystentka podpowiada mu co jeść i co mówić na randce. Ma też paranoiczną sąsiadkę, która uważa zbieranie danych za ZŁO. Dalej przewidywalnie do końca, ale przyjemnie się czytało. Oraz mam wrażenie, że autor czytał „Press Enter” Varleya.

Ask Emily„, wracamy do tematu wymazywania wspomnień, to opowiadanie jest częścią całej antologii  o tej tematyce. Jest krótkie, zabawne i niegłupie.

Arc” całe życie pierwszej pani, która stała się nieśmiertelna. Ma w sobie coś. Udało mu się pozostać przekonującym do końca.

The MSG Golem„: początek mnie mile zaskoczył. „Nazajutrz po opuszczeniu Ziemi przez statek kosmiczny, Bóg przemówił do Rebeki„. – Ken, czy mógłbyś tego nie zepsuć? – suplikowałam. Udało się, jest to przezabawna igraszka. Aż się zdziwiłam, że tak umie.

The plague„: Eloje i Morlokowie w nowej odsłonie. No dobrze, nie całkiem: po katastrofie ekologicznej mamy ludzi żyjących pod kopułami, i nowy gatunek, który się przystosował do skażenia. Następuje kontakt między przedstawicielami gatunków.

Single-Bit Error„: Ken, chłopaku, a ty znowu Chianga czytałeś, i nie mogłeś się powstrzymać? Niestety tutaj zabrał się za jedno z najlepszych opowiadań Chianga „Piekło to nieobecność Boga”, walące prosto w żołądek. Ja wiem, że jak spadać, to z wysokiego konia, ale tu Liu postanowił spaść z olifanta. Poza tym chyba czytał też Wattsa o tym, że wizje religijne są wynikiem uszkodzenia jednego miejsca w mózgu, tylko uprościł to do jednego bita. Nie przekonał mnie. Siebie chyba też nie.

The Bookmaking Habits of Select Species„: A to Borgesowskie i śliczne, o książkach pisanych przez inne istoty rozumne. Tak trzymać!

The Journal„: Bardzo dobre, bardzo proste, pani znajduje dziennik intymny swojego męża, wyobraża sobie, co też tam może być i ze stresu traci zdolność czytania. Trochę przewidywalne.

„The Oracle”: ludzie mają wizję zwrotnego punktu w swoim życiu, te wizje zawsze się sprawdzają, więc kiedy szesnastolatek odkrywa, że zostanie skazany na karę śmierci za morderstwo, wszyscy go traktują jakby to już się stało. Znowu o determinizmie, ale nie do końca. Mimo zwyczajowego przegadania ma dobrą końcówkę.

The Ligatrix„: Chiński kryminał, dziejący się w państewku na granicy Chin i Korei, w jakimś pewnie XIX wieku, jest morderstwo i dochodzenie, śliczność! Niech on tego więcej napisze zamiast Chianga udawać, proszę. Po czym mózgownica mi zazgrzytała, zatrzeszczała, i rzekła „Zagadki sędziego Di…”.

„The People of Pele”: ludzie lecą lata świetlne i lądują na obcej planecie, takie trochę początki Ekumeny, w innym ujęciu. Kolejny raz trochę mu zabrakło wyrazu.

„The Shape of Thought”: ludzie na Pele rozbudowali cywilizację i polecieli dalej, przylecieli na Kalanthi, gdzie są istoty rozumne, z którymi nie idzie się dogadać mimo wysiłków lingwistki, więc dogadają się dzieci. Zenna Henderson to napisała lata temu, tylko zwięźlej, i zdaje się, że siedmionogowy też tu nieco wpłynął na pomysły Liu. Jak zwykle za dużo słów, ale wychodzi to całkiem ładnie.

„The Waves”: 300 osób wyleciało z Ziemi w podróż obliczoną na 400 lat. Ledwie wyleciawszy dowiadują się, że wynaleziono nieśmiertelność. Mogą też sobie ją zrobić, tylko jest problem, zasoby statku są obliczone na konkretną liczbę pasażerów. Dziecko nie może dorosnąć, dopóki jakiś dorosły nie zdecyduje się umrzeć. Wydumane, najwyraźniej Ken Liu nie zna dziesięciolatków, które jedzą więcej od niego. Dalej jednakowoż się rozpędza i leci „Accelerandem” Strossa. No tak, Strossa przecież nie mógł pominąć wśród swoich lektur.

Szkoda, że w tym zbiorze nie znalazła się „Cassandra„, jedno z lepszych opowiadań Liu, znowu o przewidywaniu przestępczej przyszłości, ale tu plus Superman. Wyjątkowo mało przegadane. A podsumowując, to niezły, sprawny i oczytany autor, który wykorzystuje oryginalne pomysły na swój, nieco melodramatyczny, sposób. W końcu zawsze tak było, że epigoni znajdowali większe uznanie, niż ich mistrzowie.

Hugo dla opowiadań

Kontynuacja notki o nagrodach Hugo dla opowiadań.

2005: Mike Resnick „Travels with My Cats”. 11-letni chłopiec przypadkowo kupuje książkę, i od pierwszej strony uśmiechałam się do ekranu, bo Resnick zdecydowanie wie, jak opisać nagłą i absurdalną miłość do książki, zwłaszcza kiedy ma się 11 lat. Potem narrator ma 40 lat, puste życie, i nagle pragnie odnaleźć książkę swojego dzieciństwa. Dalej przewidywalnie, ale lubię zakończenie. Nominowane wtedy było „The Best Christmas Ever” Jamesa Patricka Kelly’ego, nawiązujące do klasycznego „Kto zastąpi człowieka” Aldissa, ładnie pomyślane i rozegrane, ale z bardzo niewyraźną puentą. Nie mam pewności, które z tych dwóch bardziej zasługiwało na nagrodę, choć chyba jednak Kelly.

2004: Neil Gaiman „Studium w szmaragdzie„. Alternatywna wersja „Studium w szkarłacie”, osadzona w uniwersum Lovecrafta, ale w nieoczywisty sposób, mianowicie rodzina królewska to zielonokrwiści Przedwieczni spoza czasoprzestrzeni. To trzeba było Gaimana, żeby to wymyślić. Sam ten pomysł wystarczyłby, ale tu są jeszcze ze dwa twisty, całość zostawia czytelnika z poczuciem miłego rozbawienia i głębokiej satysfakcji.

2003: Geoffrey A. Landis „Falling Onto Mars„: właściwie czemu nie miałoby się rozgrywać w czasach kolonizacji Ameryki, na przykład? Jeśli już koniecznie gdzieś się musi rozgrywać?

2002: Michael Swanwick „The Dog Said Bow-Wow„. Szalona wizja atechnologicznej przyszłości, stylizowanej na jakiś osiemnasty wiek, z królowymi, hrabinami, diamentowymi naszyjnikami, i modemem, z którego wyłazi demon. I z odpowiednią stylistyką wypowiedzi. Jakby jeszcze puentę miało lepszą… Druga część tego opowiadania, „The Little Cat Laughed to See Such Sport” nominowana była rok później, bohaterowie są tam w Paryżu i odnajdują wieżę Eiffla. Znaczy, usiłują o tym przekonać pewną kobietę-kot. W 2002 roku nominowane były przepiękne „Kości ziemi” Le Guin, i naprawdę niezrozumiały jest dla mnie wybór między tą wyważoną, dojrzałą opowieścią a sowizdrzalską zabawką Swanwicka.

2001: David Langford „Different Kinds of Darkness„. Niezłe, przykuwające uwagę od pierwszej linijki, dobrze poprowadzone. Robi jeszcze większe wrażenie, kiedy sobie uświadomić, że napisane zostało przed WTC. A jest o terrorystach. Szkoda, że rozwinięcie i końcówka boleśnie przewidywalne.

2000: Michael Swanwick „Scherzo with Tyrannosaur”. I co ja mam napisać. Owszem, ładnie się zaczyna. Przyjęcie z dinozaurami w epoce kredy, podróż w czasie używana w celach rozrywkowych, na początku sama przyjemność. Tylko że „All You Zombies” Heinleina było napisane w 1958 roku. Swanwick myślał, że po czterdziestu latach nikt go nie pamięta i że spokojnie można je przepisać? W każdym razie rozwinął pomysł w powieść „Bones of Earth”, którą może nawet kiedyś ewentualnie przeczytam.
Nominowane było również inne opowiadanie Swanwicka, „Ancient Engines„, o nieśmiertelności maszyn, niegłupie, przemyślane i dające do myślenia, szkoda tylko, że w połowie doskonale wiedziałam, dokąd autor zmierza.
W ogóle w ciągu pięciu lat 1999-2003 nominowanych było dziewięć (!) opowiadań Swanwicka, trzy z nich wygrały, co go czyni chyba absolutnym rekordzistą.

1999: oczywiście Michael Swanwick „The Very Pulse of the Machine„. Io, księżyc Jowisza, kobieta ciągnie ciało drugiej kobiety, bardzo martwej, lecz jednak gadającej. Świetne otwarcie. Do lądownika jest 45 mil, wśród siarki. Widzieliśmy tę scenerię dwanaście milionów razy (na przykład w opowiadaniu Landisa „A Walk In The Sun„, Hugo 1992, podobieństwa zapewne nieprzypadkowe), nadal działa. Pytanie, co autor z tym zrobi dalej, i tu Swanwick nie zawodzi. Trzyma w napięciu do końca.

Nominowane były dwa inne opowiadania Swanwicka: „Radiant Doors„, które jest POTWORNE. Jest tak przerażające, że przez chwilę chciałam przestać czytać. Ma więc potencjał być dobre, tylko niestety akcja jest straszliwie przekombinowana, i człowiek zamiast dać się ostatecznie przygnieść koszmarną mrocznością i wizją zastanawia się, PO CO tak, i cały wysiłek autora na nic. Natomiast „Wild Minds” („Surowe umysły” w Krokach w nieznane 2007) jest doskonałe. Wizja ludzi ze zoptymalizowanymi mózgami, ze zdolnością do błyskawicznego uczenia się, za to pozbawionych uczuć – ale rozegrane w nieoczywisty sposób, zmuszające do zastanowienia, zostające w człowieku. Wolałabym widzieć właśnie to nagrodzone, choć przyznaję, że wybór był trudny. Zaskoczyło mnie, że do Nebuli nominowane były dwa pozostałe, a akurat „Wild Minds” nie.
W 1999 nominowane też było „Maneki Neko” Sterlinga, do którego odwołuje się nagrodzone w 2016 „Cat Pictures Please” Naomi Kritzer.

1998: Mike Resnick „The 43 Antarean Dynasties„, tytuł w połączeniu z nazwiskiem autora spowodował u mnie reakcję „błagam, nie każcie mi tego czytać!!” Ale skoro nikt mi nie kazał, tylko sama chciałam, przeczytałam. Znudzeni turyści na Antares III zwiedzają the Temple of the Honored Sun, narratorem jest miejscowy przewodnik oprowadzający ich po cudach stworzonych przez 43 dynastie władców, dawno obrócone w proch. Wspaniałości zostały rozgrabione przez ludzkich i nie tylko najeźdźców, turyści też nie szanują pozostałości, opowieści o dumie i potędze przewodnik zachowuje dla siebie, a o co właściwie chodziło Resnickowi, wie tylko on. Równie dobrze mogliby to być amerykańscy turyści na przykład w Grecji.
Nominowane było „Itsy Bitsy Spider” Jamesa Patricka Kelly’ego, w którym córka po latach odwiedza bardzo starego ojca. Opiekuje się nim bot zrobiony na podobieństwo jej samej, kiedy miała 4 lata. Jej dawno rozwiedziona matka zostawiła ojcu większość swojego majątku.
Subtelne.
Zdumiała mnie natomiast nominacja dla „Standing Room Only” Karen Joy Fowler, które jest relacją w stylu Henry’ego Jamesa z dnia 14 lipca 1865 oczami nastolatki zakochanej w aktorze Johnie Wilkesie Boothu (który tego dnia zamordował Abrahama Lincolna, czego się z opowiadania nie dowiemy). Jest świetne, tylko skąd się wzięło na liście nominowanych i w ogóle w Asimov’s Science Fiction, nie pojmuję. Nie ma w nim ani słowa jakkolwiek fantastycznego, chyba to, że w rzeczywistości Anna w 1865 miała lat 22, nie 17.

1997: Connie Willis „The Soul Selects Her Own Society: Invasion and Repulsion: A Chronological Reinterpretation of Two of Emily Dickinson’s Poems: A Wellsian Perspective”. które sama wybrała do zbioru najzabawniejszych opowiadań sławnych autorów sf, które znajduje się w co najmniej dwóch jej zbiorach „best of”, i które jest, no cóż, przekomiczne. To praca studenta udowadniająca w bezczelny i błyskotliwy sposób, że autorką dwóch odnalezionych ostatnio wierszy jest niewątpliwie Emily Dickinson, i że napisała je wprawdzie pośmiertnie, ale za to przegoniła nimi Marsjan, tych z „Wojny światów”. Jest to zupełnie co innego niż klasyczna fantastyka, nawet w specyficznym dorobku Willis nietypowe (oczywiście pokrewne apokryficznym recenzjom Lema z nieistniejących książek), i bardzo mnie cieszy, że zostało docenione. Chociaż nominowane było znakomite „The Dead” Swanwicka („Umarli” w Krokach w nieznane 2013), oparte na obłędnym pomyśle (zombie wykorzystywani w przemyśle oraz usługach) i doskonale wykonane, trochę Silverbergowe w duchu. Trudno chyba znaleźć opowiadania, między którymi byłaby większa przepaść.

1996: Maureen F. McHugh „The Lincoln Train” to zabawne, że dwa lata później nominowane było opowiadanie Fowler o dniu zabójstwa Lincolna. Tymczasem to jest poniekąd historia alternatywna: Lincoln nie został zamordowany, zapadł w śpiączkę. Ale to jest tylko w dalekim tle, na pierwszym planie mamy historię wygnania donikąd, głęboko przygnębiającą, smutną, bardzo plastycznie opisaną. I z wieloznacznym zakończeniem. Bardzo dobre, bardzo mało fantastyczne.

1995: Joe Haldeman „None So Blind” o genialnym trzynastolatku, jego zakochaniu w niewidomej skrzypaczce, funkcjonowaniu mózgu (jak było to rozumiane w roku 1994) i co z tego wynikło. Przewrotne zakończenie.

Pałac Elizejski

W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa wybór atrakcji w Paryżu i okolicach jest ogromny. W ubiegłym roku francuska koleżanka powiedziała, że była w ambasadzie polskiej, podobno przepięknej, planowałam więc wizytę w tym roku – i nic z tego, akurat jej nie otworzyli. Trudno, może będzie jeszcze okazja. Udało mi się natomiast załapać na wizytę w Pałacu Elizejskim, kupionym przez Ludwika XV dla markizy de Pompadour, gdzie od czasów de Gaulle’a mieszka i urzęduje prezydent państwa. Jest to miejsce rokrocznie budzące ogromne zainteresowanie, niektórzy stoją w kolejce podobno 6 godzin.

Na wejściu wstępnym, ustawionym po prostu na ulicy, dokładnie przetrzepali nam torby, pani przede mną rozkładali nawet parasolkę, moją się jednak nie zainteresowali, ma się tę szczerą polską twarz. Wszystkich też badali wykrywaczem metali. Następnie wejście właściwe, gdzie lotniskowa bramka oraz jeszcze raz zaglądanie do toreb z otwieraniem wszystkich kieszonek. Zdziwiło mnie, że nie mieli prześwietlacza bagaży jak na lotnisku. I już byliśmy w ogrodach, gdzie stała kolejka do wejścia do pałacu, oraz przechadzała się Brigitte Macron wraz z psem, czarnym labradorem wziętym ze schroniska miesiąc temu. Pies oryginalnie nazywał się Marin, para prezydencka zmieniła mu imię na Nemo. Za chwilę wzdłuż barierek przeszedł sam prezydent Macron, oboje z synem zasłużyliśmy na uścisk dłoni (oczywiście mój aparat w telefonie akurat w tym momencie zgłupiał i odmówił współpracy, nie żebym bardzo tego żałowała, w końcu wszyscy wiedzą jak prezydent wygląda). Zaskoczyło mnie, że prezydent jest niższy niż się wydaje w telewizji, ale to chyba reguła.

Potem mogliśmy już wejść do środka. Na parterze mój zachwyt wzbudził zwłaszcza gabinet niebieski (miała tam biuro Cécilia Sarkozy) i Salon Ambasadorów, gdzie co środa odbywają się zebrania Rady Ministrów. Na piętrze w westybulu wiszą portrety de Gaulle’a, Pompidou i Mitteranda. Dalej jest oszałamiający salon złoty, który na początku był wielkim salonem madame de Pompadour, a później prezydenci zrobili tam swoje biuro, aż do czasów Macrona, który przeniósł je obok, do salonu zielonego, gdzie w 2008 prezydent Sarkozy poślubił Carlę Bruni. Następnie schodzimy do dawnego ogrodu zimowego pod szklaną kopułą, obecnie jest przedłużeniem sali bankietowej znajdującej się obok, ogromnej, z przepięknym sufitem kasetonowym (obrazy na nim pochodzą z 1896 roku). Z okazji Dni Dziedzictwa wystawiono tam Legię Honorową oraz prezenty podarowane prezydentom przez różne głowy państw. Były też rozmaicie ładnie ponakrywane stoły i wystawy sztućców. Kiedy przechodziłam, akurat szef sali pokazywał szczypce do szparagów.

W pałacu natomiast nie było zbyt czysto, i nie mówię o efektach przejścia przez budynek 10 tysięcy ludzi: na świecznikach kurz, którzy gromadził się tam zdecydowanie dłużej niż tydzień, smugi na lustrze, brudnawe okna. Infrastruktura wizyty za to przygotowana wspaniale, na każdym kroku poustawiane butle z wodą oraz toalety, mnóstwo pilnujących ubranych w mundury galowe, wszyscy bardzo grzeczni i pomocni. Widziałam też cały sztab osób przygotowanych do opieki nad niepełnosprawnymi.

Nakrycie stołu

Niebieski salonik

Prezent od Putina

Hugo. Jakie Hugo?

Policzyłam, że z 18 powieści nagrodzonych Hugo w tym tysiącleciu (raz było dwóch zwycięzców, roku 2000 oczywiście nie liczę) przeczytałam dokładnie połowę, to niezły wynik. Większość jest dobra, jeśli nie bardzo dobra. Zachęcona postanowiłam się przyjrzeć nagrodom za krótkie opowiadania, i przeżyłam ciężki szok.

2017: Amal El-Mohtar „Seasons of Glass and Iron„, Nebulę też dostała. Co to w ogóle jest?! Jedna panna siedzi na szklanej górze, druga panna łazi w żelaznych butach, spotykają się i mówią sobie wzajemnie „ależ nie zrobiłaś nic złego” (nie przesadzam ani odrobiny). Terapeutyczna bajka, niech będzie. Opowiastka napisana dla siebie i dla przyjaciółki, niech będzie. JAKIE HUGO I JAKA NEBULA, pytam dramatycznie?!?! W dodatku wygrało Hugo z Jemisin „The City Born Great„, które jest lekko licząc jakieś 720 razy lepsze, chociaż obiektywnie też niekoniecznie powalające.

2016: Naomi Kritzer „Cat Pictures Please„, zabawne i powołujące się na rozkoszne „Maneki Neko” Bruce’a Sterlinga z 1998 (niech ktoś napisze tę aplikację). Ale jakie Hugo?

2015: nie przyznano nagrody. Nie odważę się czytać kandydatów.

2014: John Chu „The Water That Falls On You From Nowhere„, ładny, poetyczny pomysł, potem straszliwie przegadane opowiadanie dla nastolatków o coming oucie wobec rodziny. Jakie niby Hugo?!

2013: Ken Liu „Mono no Aware„, przeraźliwie duszoszczypatielnaja historia o zagładzie świata z punktu widzenia Japończyka, który ją przeżył trafiając w wieku pięciu lat na statek kosmiczny, a dwadzieścia lat później naucza na nim dzieci. Dużo o odwadze, bohaterstwie, poświęceniu i haiku. Oryginalności jak na lekarstwo, naiwności za to porcja, jakiej nawet pięciolatek by się wstydził.

2012: Ken Liu „The Paper Menagerie„. Imigrant wspomina swoją matkę, która robiła mu papierowe zwierzątka, i której bardzo nie doceniał w nastolęctwie, lecz dorósł. Opowiadanie dostało Hugo, Nebulę i WFA, czytałam je już parę lat temu, i nadal nie ogarniam jakie Hugo, jaka Nebula?! To nawet nie jest złe opowiadanie jako takie, chociaż doprawdy mało oryginalny wyciskacz łez, ale gdzie mu do nagród za fantastykę?

2011: Mary Robinette Kowal „For Want of a Nail” (ujmuje mnie zestawienie tytułu z nazwiskiem). Zaczyna się fajnie i ciekawie. Po czym okazuje się, że AI na wielopokoleniowym statku kosmicznym straciła dostęp do całej swojej pamięci z powodu upuszczenia oraz jednego kabelka o nieznanej wtyczce. AHA. Prawie przestałam czytać dalej, ale jednak kontynuowałam, i słusznie, bo jest nieźle napisane, i robi się dość ciekawie, acz puenta jest tu nienadzwyczajna. Jako zapchajdziura w jakimś zbiorku opowiadań może być. Jako laureat Hugo natomiast… nie skomentuję, zwłaszcza że konkurentem w tym roku były nieporównywalnie lepsze „The Things” Wattsa („Rzeczy” w Krokach w nieznane 2010), a drugim zdobywca Nebuli „Ponies” Kij Johnson („Kucyki), które już czytałam, i które też jest zdumiewająco dobre przy całej swojej zwodniczej prostocie.

2010: Will McIntosh „Bridesicle„, u nas jako „Mrożona panna młoda” w „Krokach w nieznane 2010”. Zdaje się, że niekoniecznie mi się wtedy podobało, a jest całkiem dobre, lekko makabryczne, ze świetnym pomysłem. Ludzi pośmiertnie się ożywia, ale to sporo kosztuje, robią to więc mężczyźni, którzy wśród zmarłych chcą znaleźć kobietę swego życia. Najoryginalniejsze z wyżej wymienionych, i przynajmniej trochę w stronę sf.
Konkurentem było „Spar” Kij Johnson, które otrzymało Nebulę, i które jest bardzo dobre, obrzydliwie fizjologiczne (ale wolę odrazę połączoną z fascynacją niż tęczowy rzyg z nadmiaru mli-mli), eksplorujące limity człowieczeństwa w zwięzły, zaskakujący sposób. Do tego Hugo i tej Nebuli było również nominowane „Non-Zero Probabilities” N.K. Jemisin: w Nowym Jorku jakaś siła zaburza prawdopodobieństwo, przy czym działają ludowe sposoby chronienia się przed urokiem, kolejny tekst z modnego rodzaju „w naszej znanej codzienności nagle pojawia się element magiczny”. Trochę za bardzo przypominało mi klasyczne „Jądro krystalizacji” Stephena Barra, choć zupełnie inaczej rozegrane.

2009: Ted Chiang „Exhalation„. To jest Chiang, klasa sama dla siebie, czytałam to w jego zbiorze, i tu nie mam niczego krytycznego do napisania. Jest doskonałe, zaskakująco oryginalne, zostaje w czytelniku.

2008: Elizabeth Bear „Tideline„. Zniszczona maszyna wojenna u schyłku życia spotyka na plaży chłopca. Ładne, melancholijne, nastrojowe, przegadane, mli-mli, i okropnie przewidywalne.

2007: Tim Pratt „Impossible Dreams„. Zatwardziały filmowy fan trafia na wypożyczalnię dvd z równoległego wszechświata, ziew – ale ładnie napisane. Nie może wypożyczyć tych filmów, bo pieniądze i formaty dvd są inne. Wyliczanka filmów, które mogły powstać w innej rzeczywistości, dość nużąca, ale zastrzeliło mnie „And Return of the Jedi, I know a lot of people hate it, but it’s one of the best movies David Lynch ever directed”. Dalej bardzo przewidywalnie. Sympatyczne.
Nominowane było chyba lepsze „How to Talk to Girls at Parties” Gaimana, gdzie dwóch nastolatków jakoś w latach sześćdziesiątych trafia na imprezę, na której upragnione dziewczyny okazują się być zupełnie nie tym, kogo chłopcy się spodziewali.

2006: David D. Levine „Tk’tk’tk” Sprzedawca z Ziemi znajduje się na bardzo odległej i egzotycznej planecie, gdzie usiłuje sprzedawać, co nie bardzo mu wychodzi, ale spotyka ezoteryczną knajpę, tam go uczą, co jest najważniejsze w życiu. Przyjemne, spokojnie mogłoby być napisane w 1946… no dobrze, Sheckley w 1964, zawsze lubiłam tę stylistykę.