Zabójcza sprawiedliwość

Czytałam dość sporo fantastyki i rozmaitych innych rzeczy mniej lub bardziej eksperymentalnych, ale muszę przyznać, że początek „Zabójczej sprawiedliwości” wymagał ode mnie znacznego wysiłku. Narratorka otóż nie rozróżnia płci, i o wszystkich pisze „ona”, co natychmiast prowadzi do lapsusów w stylu „była płci męskiej”. Mętlik, jaki mi to zrobiło w mózgu, jest nie do opisania (co zresztą jest dość zaskakujące, bo niektórzy imigranci francuscy mają tendencję do mieszania „il” i „elle”, powinnam się już przyzwyczaić). W drugim rozdziale narratorka okazuje się być byłym okrętem wojennym, aktualnie w ciele ludzkim, a raczej Radchaai, bardzo ekspansywnej rasy nie rozróżniającej płci, kochającej herbatę, oraz zawsze występującej w rękawiczkach. Chyba niezbyt praktyczne:  co z myciem rąk przed jedzeniem?

Polskie idiotyczna wersja tytułu jest niechybnie uzasadniona miłością do pecunia, oryginalne „Ancillary Justice” odnosiło się do roli, jaką okręt odgrywał w podbojach. Poza byciem okrętem wcielał się w ancillaries – serwitorów – przybocznych poruczników, na bieżąco monitorujących ich parametry życiowe, ale też ścielących łóżka i serwujących herbatę. Akcja toczy się dwuwątkowo: w powieściowym teraz narratorka usiłuje odnaleźć pewien artefakt, a w retrospekcjach opowiada o tym, co stało się dziewiętnaście lat wcześniej, kiedy Radchaai podbijali układ Shis’urna. Nieustannie zachwycała mnie narracja, nie ma prawie żadnych opisów wyglądu ludzi i nie znamy płci większości bohaterek, łącznie z narratorką, co niestety ginie w tłumaczeniu, a co zrobiła już Winterson w „Zapisanym na ciele”. Bardzo odświeżające. Teoretycznie bezpłciowość jest oczywiście w „Lewej ręce ciemności„, ale tam narrator postrzega ludzi przez pryzmat swoich doświadczeń, mamy więc gospodynię i króla, nie ma tego wybicia z kolein myślowych, które osiąga Leckie.

Powieść zdobyła Hugo, Nebulę i parę innych poważnych nagród, nie dziwię się. Czyta się doskonale, pomyślane jest znakomicie, wszechświat przypomina nieco Kulturę Banksa. I ma zakończenie, chociaż jest dalszy ciąg. Doceniam.

Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Oczywiście musiałam, po „2049„. Ostatni raz czytałam to pewnie naście lat temu, i miałam tendencję do uważania filmu za lepszy od książki. Nie pamiętam zresztą, kiedy widziałam go po raz pierwszy, pamiętam natomiast, że powieść bardzo chciałam przeczytać już w wieku nastu lat, ponieważ czytałam o niej w „Fantastyce i futurologii”. Nigdy nie była moją ulubioną, wolałam „Ubika” i „Człowieka z wysokiego zamku”; właśnie odkrywam, że chyba jej nie doceniałam.

Dick prawdopodobnie faktycznie był kompletnym wariatem, któremu narkotyki wyżarły mózg, ale ta książka jest genialna, po pół wieku też. Sposób, w jaki od samego początku przedstawia świat, nie ma sobie równych, od otwierającej sceny: Rick Deckard budzi się w świecie post-apo, gdzie żywych zwierząt są już tylko nędzne resztki, więc są otaczane niemal czcią, i każdy porządny obywatel chce mieć jakieś. Ci, których nie stać, mają elektryczne namiastki. Korporacja Rosen buduje coraz lepsze androidy, które coraz lepiej wymykają się spod kontroli, a Deckard je łowi, próbując je odróżniać od ludzi testem na empatię Voigta-Kampffa, który właśnie zawodzi. Nexusa-6 nie da się zidentyfikować.

Miałam oczywiście przed oczami sceny z filmu, kolejny raz zachwycając się, jak Ridley Scott to zrobił. Ale to Dick tworzy tę atmosferę nieporównywalną z niczym. Doskonale wiem, o czym to jest, a kolejny raz daję się złapać na dzielnego glinę Deckarda polującego na złe nieempatyczne andki. Po czym pojawia się Rachel. Doskonały jest też wątek merceryzmu. Myślę, że gdybym czytała tę książkę pierwszy raz, i gdyby mi powiedzieli, że nakręcą ją, ale bez tego, protestowałabym i się oburzała. A przecież to była znakomita decyzja. W powieści to się przydaje dla przeciwwagi, ale w filmie nie dałoby się tego pokazać. Uwielbiam w książce ten moment, w którym Dick po swojemu próbuje numeru „rzeczywistość nie istnieje”, po czym nagle się reflektuje, że nie o tym miało być, i z niemal wyczuwalnym szarpnięciem wraca na właściwe tory. Przepadam za postacią J.R. (J.F.): właściwie dopiero złożenie wersji powieściowej i filmowej daje tu pełen obraz, uzupełniają się fantastycznie. Żałuję natomiast, że filmowa Priss i Rachel nie są tym samym modelem. Jasne, Rachel była ulepszonym, ale zewnętrze mogli wziąć już sprawdzone.

Wzruszają mnie anachronizmy: umieją zrobić genialne androidy nieodróżnialne od ludzi, a nawet lepsze, ale nadal szukają numeru sklepu w książce telefonicznej i piszą piórem na papierze. I oczywiście wszyscy mają wideofony. Bardzo jestem ciekawa, jak Dick zareagowałby na wiadomość, że pół wieku później istotnie każdy będzie miał w kieszeni wideofon, ale będzie go używał do zgoła innych rzeczy niż oglądanie twarzy rozmówcy. Jeszcze bardziej chciałabym wiedzieć, jakie milczące założenie czynimy dzisiaj, które się za paręnaście lat okaże z gruntu fałszywe.

Swing Time

Ramy czasowe tej powieści są bardzo ściśle nakreślone, geografia też, tym bardziej zdumiewające, że pierwszosobowa narratorka nie ma imienia. W 1982 roku ma siedem lat (czyli jest dokładnie rówieśniczką autorki i też ma urodziny na jesieni) oraz poznaje swoją późniejszą najbliższą przyjaciółkę Tracey. Łączy je kolor skóry: obydwie są mulatkami, choć Tracey jak wszyscy, ma czarnego ojca i białą matkę, narratorka zaś nietypowo ma matkę z Jamajki i sporo od niej starszego białego ojca (znów – jak autorka). Dziewczynki łączy również pasja do tańca i musicali (Zadie Smith w młodości stepowała i śpiewała jazz). Miejsce akcji to oczywiście Londyn północny. Dalsza narracja toczy się dwutorowo, chronologicznie: w jednym wątku poznajemy dzieciństwo protagonistki, które upłynęło w cieniu zainteresowań ekscentrycznej matki, z niewiarygodnym uporem kształcącej się i rozwijącej, i w budowaniu skomplikowanej relacji z Tracey, która była znacznie zdolniejszą tancerką od bohaterki (choć ta z kolei lepiej śpiewała). W drugim wątku widzimy jej dorosłe życie, przez wiele lat pracowała jako asystentka sławnej piosenkarki, która postanowiła budować szkoły w Gambii. Z prologu wiemy, że w 2008 wydarzyło się coś bardzo dramatycznego, co przekreśliło dotychczasową egzystencję narratorki; epilog domknie tę klamrę.

Ta powieść jest przede wszystkim o tożsamości, co zabrzmi banalnie, lecz to właśnie jest tematyka Smith. Przewija się tutaj przez cały czas zadawane otwarcie pytanie: kim jestem, kogo udaję, kim się stał. Jaki wpływ mają na nas inni ludzie. To nie przypadek, że narratorka nie ma imienia. Całe swoje życie jest cieniem innych kobiet: przyjaciółki, matki, pracodawczyni. I je, zapewne nieświadomie, próbuje za to ukarać. W wieku trzydziestu trzech lat znajduje się z powrotem w Londynie, kompletnie sama, nie mając już nic.

Ponieważ to Zadie Smith, jest tu sporo więcej. Fantastycznie odmalowana jest codzienność afrykańska XXI wieku. W pewnym momencie naczelnik wioski gambijskiej wysyła listę rzeczy, których oczekuje w prezencie, znajdują się na niej między innymi paracetamol, aspiryna, płyn do kąpieli czy pasta do zębów. Piosenkarka Aimee „recytowała ten spis z przesadną powagą i pytała gości, czy mogą to w ogóle sobie wyobrazić, a wszyscy przyznawali, że zupełnie nie mogą, i wydawali się bardzo poruszeni i zadowoleni takim niedostatkiem własnej wyobraźni, była to oznaka czystości, świadczyła jak najlepiej zarówno o nich, jak i o Al Kalu.” (Osobiście mogę sobie to wyobrazić, żyłam w Polsce w stanie wojennym.) Jest sporo o islamie, na przykładzie wspaniale pokazanej postaci Hawy, kobiety dokonującej nieoczywistych wyborów. To kolejna osoba, którą od narratorki dzieli niezasypywalna przepaść.

Jedną z centralnych postaci książki jest matka narratorki, która zaczyna zajmować się polityką. Rozstaje się z mężem, który nie nadąża za jej ambicjami intelektualnymi. Protagonistka ma jej to za złe, i w pierwszym odruchu możemy uwierzyć w to, co sugeruje: że gdyby miała matkę bardziej zainteresowaną wychowaniem córki, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale to fałszywy trop; tak samo, jeśli nie bardziej, krytykuje matkę Tracey, i jeszcze jednej koleżanki. Matka bohaterki, jak inne postaci kobiece, podejmuje własne decyzje. Niekoniecznie obiektywnie słuszne, niekoniecznie uszczęśliwiające, ale własne, pozwalające iść do przodu.

Głównym symbolem w tej powieści jest sankofa, afrykański stylizowany ptak oglądający się za siebie, mówiący, że trzeba wrócić do przeszłości i zrozumieć, czego nas nauczyła, żeby móc budować przyszłość. To właśnie robi narratorka. Sankofa powinna trzymać w dziobie jajko, aluzję do nowego początku. W „Swing Time” tego zabrakło. Bezimienna protagonistka traci wszystko, nie wiemy, co z nią będzie dalej. Oczywiście to zgodne z moim ukochanym stwierdzeniem Barnesa „Literatura to nie brassière, nie służy do łagodnego podtrzymywania na duchu”, a jednak dość przygnębiające – choć możemy pozostać z wiarą w to, że dzięki tej właśnie przez nas przeczytanej opowieści zrozumiała dość, żeby móc żyć dalej, tym razem dokonując świadomych wyborów.

Pogrzebany olbrzym

To dość zabawne, że zaraz po „Swing Time” Zadie Smith z jej oglądającą się w przeszłość sankofą przeczytałam najnowszą powieść Ishiguro, „Pogrzebany olbrzym” (2015), która zaczyna się od tego, że para bohaterów nie pamięta. Żyją w Brytanii w czasach arturiańskich, są dwojgiem najwyraźniej kochających się staruszków, i – nie pamiętają, choć czasem mają przebłyski. Na przykład ten o synu, który mieszka w sąsiedniej wiosce i czeka na ich wizytę, wyruszają więc w drogę. Spotkają sir Gawaina, też już niemłodego zbrojnego rycerza, kojarzącego się z Don Kiszotem, który ma zabić siejącą postrach smoczycę Querig.
Axl i Beatrice są Brytami, a przechodzą przez wioski saksońskie, jest to bowiem czas najazdów i wojen, choć teraz trwa rozejm. Co z nim się stanie, jeśli zaczarowana przez Merlina Querig zginie, i jej smrodliwy oddech przestanie zasnuwać okolicę mgłą odbierającą pamięć? Oto główna teza tej dość rozwlekłej fantasy, która mnie nie zachwyciła. Po pierwsze do szału doprowadzało mnie, że Axl do Beatrice zwraca się per „księżniczko” w każdym zdaniu. To zdaje się miało dowieść miłości, bo to też jest temat Ishiguro, ale po pisarzu z Noblem spodziewałabym się odrobinę większej finezji (chociaż w co drugim zdaniu!). Po drugie: idą, spotykają ogry, mają zgładzić smoczycę… a Pierścienia nie mają czasem zniszczyć, mamrotałam do siebie. Pod koniec też uniosłam brew, bo Szara Przystań nasuwa się jako nieuchronne skojarzenie. I tak, oczywiście można zauważyć, że to celowe nawiązania i napisać, że Ishiguro tworzy nową jakość używając oklepanych środków wyrazu rodem z fantasy. Jest w tym dużo prawdy: ten świat jest przedstawiony z maestrią i zostaje w czytelniku mimo mieszanych uczuć. Jeśli irytuje, to celowo. Przeszkadza mi tylko jakaś nadmierna łopatologiczność autora, to samo co w „Okruchach dnia”. Jakby koniecznie musiał postawić kropkę nad każdym i. Tam, gdzie Modiano zatacza krąg, zamykamy książkę, po czym zaczynamy natychmiast czytać ją od nowa, bo przecież musiało nam coś umknąć, to nie może być wszystko; tam Ishiguro mówi, i mówi, i mówi, i dopowiada. Nie widzę przy tym jego celu. Możliwe, że – sam w końcu imigrant – w 2015 roku chciał przypomnieć Anglikom, że pochodzą od saksońskich najeźdźców. Że wybaczenie, puszczenie w niepamięć i współistnienie jest lepsze niż niesnaski.
Zadie mówi, że spoglądanie w przeszłość jest konieczne, żeby iść dalej; Modiano staje bezradnie, udowadniając, że żadna przeszłość nie istnieje, że albo znamy miejsce albo czas albo fakty. Ishiguro proponuje jeszcze inne podejście: a co, jeśli trzeba właśnie zapomnieć, żeby móc żyć dalej. I jednocześnie każe się zastanowić, jaką cenę mielibyśmy za to zapłacić, i czy aby warto. 

Swing Time

Ramy czasowe tej powieści są bardzo ściśle nakreślone, geografia też, tym bardziej zdumiewające, że pierwszosobowa narratorka nie ma imienia. W 1982 roku ma siedem lat (czyli jest dokładnie rówieśniczką autorki i też ma urodziny na jesieni) oraz poznaje swoją późniejszą najbliższą przyjaciółkę Tracey. Łączy je kolor skóry: obydwie są mulatkami, choć Tracey jak wszyscy, ma czarnego ojca i białą matkę, narratorka zaś nietypowo ma matkę z Jamajki i sporo od niej starszego białego ojca (znów – jak autorka). Dziewczynki łączy również pasja do tańca i musicali (Zadie Smith w młodości stepowała i śpiewała jazz). Miejsce akcji to oczywiście Londyn północny. Dalsza narracja toczy się dwutorowo, chronologicznie: w jednym wątku poznajemy dzieciństwo protagonistki, które upłynęło w cieniu zainteresowań ekscentrycznej matki, z niewiarygodnym uporem kształcącej się i rozwijącej, i w budowaniu skomplikowanej relacji z Tracey, która była znacznie zdolniejszą tancerką od bohaterki (choć ta z kolei lepiej śpiewała). W drugim wątku widzimy jej dorosłe życie, przez wiele lat pracowała jako asystentka sławnej piosenkarki, która postanowiła budować szkoły w Gambii. Z prologu wiemy, że w 2008 wydarzyło się coś bardzo dramatycznego, co przekreśliło dotychczasową egzystencję narratorki; epilog domknie tę klamrę.

Ta powieść jest przede wszystkim o tożsamości, co zabrzmi banalnie, lecz to właśnie jest tematyka Smith. Przewija się tutaj przez cały czas zadawane otwarcie pytanie: kim jestem, kogo udaję, kim się stał. Jaki wpływ mają na nas inni ludzie. To nie przypadek, że narratorka nie ma imienia. Całe swoje życie jest cieniem innych kobiet: przyjaciółki, matki, pracodawczyni. I je, zapewne nieświadomie, próbuje za to ukarać. W wieku trzydziestu trzech lat znajduje się z powrotem w Londynie, kompletnie sama, nie mając już nic.

Ponieważ to Zadie Smith, jest tu sporo więcej. Fantastycznie odmalowana jest codzienność afrykańska XXI wieku. W pewnym momencie naczelnik wioski gambijskiej wysyła listę rzeczy, których oczekuje w prezencie, znajdują się na niej między innymi paracetamol, aspiryna, płyn do kąpieli czy pasta do zębów. Piosenkarka Aimee „recytowała ten spis z przesadną powagą i pytała gości, czy mogą to w ogóle sobie wyobrazić, a wszyscy przyznawali, że zupełnie nie mogą, i wydawali się bardzo poruszeni i zadowoleni takim niedostatkiem własnej wyobraźni, była to oznaka czystości, świadczyła jak najlepiej zarówno o nich, jak i o Al Kalu.” (Osobiście mogę sobie to wyobrazić, żyłam w Polsce w stanie wojennym.) Jest sporo o islamie, na przykładzie wspaniale pokazanej postaci Hawy, kobiety dokonującej nieoczywistych wyborów. To kolejna osoba, którą od narratorki dzieli niezasypywalna przepaść.

Jedną z centralnych postaci książki jest matka narratorki, która zaczyna zajmować się polityką. Rozstaje się z mężem, który nie nadąża za jej ambicjami intelektualnymi. Protagonistka ma jej to za złe, i w pierwszym odruchu możemy uwierzyć w to, co sugeruje: że gdyby miała matkę bardziej zainteresowaną wychowaniem córki, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale to fałszywy trop; tak samo, jeśli nie bardziej, krytykuje matkę Tracey, i jeszcze jednej koleżanki. Matka bohaterki, jak inne postaci kobiece, podejmuje własne decyzje. Niekoniecznie obiektywnie słuszne, niekoniecznie uszczęśliwiające, ale własne, pozwalające iść do przodu.

Głównym symbolem w tej powieści jest sankofa, afrykański stylizowany ptak oglądający się za siebie, mówiący, że trzeba wrócić do przeszłości i zrozumieć, czego nas nauczyła, żeby móc budować przyszłość. To właśnie robi narratorka. Sankofa powinna trzymać w dziobie jajko, aluzję do nowego początku. W „Swing Time” tego zabrakło. Bezimienna protagonistka traci wszystko, nie wiemy, co z nią będzie dalej. Oczywiście to zgodne z moim ukochanym stwierdzeniem Barnesa „Literatura to nie brassière, nie służy do łagodnego podtrzymywania na duchu”, a jednak dość przygnębiające – choć możemy pozostać z wiarą w to, że dzięki tej właśnie przez nas przeczytanej opowieści zrozumiała dość, żeby móc żyć dalej, tym razem dokonując świadomych wyborów.

Provenance

Na końcu ostatniej Jemisin dołączony był pierwszy rozdział nowej powieści Ann Leckie, pisarki nagradzanej wcześniej Hugo, ale niczego jej jeszcze nie czytałam, chociaż mam zamiar. Po tym pierwszym rozdziale jednakże natychmiast się do niej zapaliłam i zamówiłam w przedsprzedaży „Provenance”. Uniwersum jest nieco w stylu Diuny, a może Heinleina, ludzie mieszkają na rozmaitych planetach, koegzystują z innymi rasami, czasem toczą wojny, podróżują statkami przez bramy. Protagonistką jest młoda Ingray, którą poznajemy na planecie w trakcie realizacji szalonego planu, wykrada mianowicie z więzienia pewnego złodzieja, który ma jej pomóc przekonać przybraną matkę, że nadaje się na jej następczynię, konkuruje bowiem ze swoim bratem. Nic oczywiście nie idzie tak jak przewidywała, i Ingray zostaje tylko w tym co na sobie, z biletem na powrót do domu.

Historia wciąga straszliwie, postaci są bardzo realistyczne, polityka zawikłana (stąd skojarzenie z Diuną), intrygi skomplikowane, akcja wartka, pomysły fajne, nawet jeśli nic tu uderzająco oryginalnego, ale całość brzmi świeżo. Bywa zabawna.

Ciekawym pomysłem jest trzecia płeć wśród ludzi, konsekwetnie używana, razem z wymyślonymi zaimkami („e”, „er”, „em”, „eir”, „neman”), natmiast nie jest nigdzie wyjaśnione, czy chodzi o bezpłciowych, hermafrodytów, czy może po prostu są to osoby nieujawniające swojej płci. Nie wiadomo też, czy ma to jakiś wpływ na rozmnażanie. Małżeństw generalnie w tym świecie nie ma. Chętnie bym się dowiedziała więcej, natomiast w ten sposób Leckie udaje się uzyskać interesującą harmonię wśród bohaterów, nawet jeśli oczywiście automatycznie i wbrew świadomym chęciom postrzegałam nemanów jako płeć męską. Z kolei każda kobieta obowiązkowo nosi spódnice, mam na myśli jednocześnie liczne spódnice (nie wiadomo ile, ale występują zawsze w liczbie mnogiej).

Klub Dumas

Dwanaście lat temu czytałam „Ostatnią bitwę templariusza”, i nawet na blogu chciałam jeszcze, więc absolutną zagadką pozostaje dla mnie, dlaczego nigdy nie sięgnęłam po nic innego Péreza-Reverte. Jedna z tych rzeczy, niewyjaśnialnych w żaden logiczny sposób. Napatoczył się jednak w końcu „Klub Dumas” i zakochałam się z miejsca. Musiałam: wiadomo, książki. Thriller antykwaryczny, w którym występuje fragment rękopisu „Trzech muszkieterów”, pojawiają się bohaterowie tej powieści, świat stworzony przez Dumasa splata się z Pérezowym, bohater zastanawia się, czy aby sam nie jest postacią fikcyjną (i udawadnia sobie, że nie), narrator jest tajemniczy: zdecydowanie mój rodzaj rozrywki. Plus solidna porcja informacji o Dumasie.

Lucas Corso, handlarz starymi książkami, otrzymuje zlecenie odnalezienia trzech kopii „Dziewięciorga wrót”, siedemnastowiecznej księgi o przyzywaniu diabła. Jej drukarz spłonął na stosie Inkwizycji. Na drodze Corsa pojawiają się trupy i piękne kobiety, jedna z nich wyraźnie wyjęta z Conan Doyle’a, akcja nabiera tempa i meandruje, aż do zakończenia, które nie zdobyło mojego uznania. Trochę jakby autorowi zabrakło jednak pomysłu. To na ogół jest problem z tymi metaliterackimi książkami, poważnie akcji traktować się już nie da, a niepoważnie jakoś przykro. Zdumiało mnie, jak kompletnie inny film wyszedł Polańskiemu, a też dobry.