Pogrzebany olbrzym

To dość zabawne, że zaraz po „Swing Time” Zadie Smith z jej oglądającą się w przeszłość sankofą przeczytałam najnowszą powieść Ishiguro, „Pogrzebany olbrzym” (2015), która zaczyna się od tego, że para bohaterów nie pamięta. Żyją w Brytanii w czasach arturiańskich, są dwojgiem najwyraźniej kochających się staruszków, i – nie pamiętają, choć czasem mają przebłyski. Na przykład ten o synu, który mieszka w sąsiedniej wiosce i czeka na ich wizytę, wyruszają więc w drogę. Spotkają sir Gawaina, też już niemłodego zbrojnego rycerza, kojarzącego się z Don Kiszotem, który ma zabić siejącą postrach smoczycę Querig.
Axl i Beatrice są Brytami, a przechodzą przez wioski saksońskie, jest to bowiem czas najazdów i wojen, choć teraz trwa rozejm. Co z nim się stanie, jeśli zaczarowana przez Merlina Querig zginie, i jej smrodliwy oddech przestanie zasnuwać okolicę mgłą odbierającą pamięć? Oto główna teza tej dość rozwlekłej fantasy, która mnie nie zachwyciła. Po pierwsze do szału doprowadzało mnie, że Axl do Beatrice zwraca się per „księżniczko” w każdym zdaniu. To zdaje się miało dowieść miłości, bo to też jest temat Ishiguro, ale po pisarzu z Noblem spodziewałabym się odrobinę większej finezji (chociaż w co drugim zdaniu!). Po drugie: idą, spotykają ogry, mają zgładzić smoczycę… a Pierścienia nie mają czasem zniszczyć, mamrotałam do siebie. Pod koniec też uniosłam brew, bo Szara Przystań nasuwa się jako nieuchronne skojarzenie. I tak, oczywiście można zauważyć, że to celowe nawiązania i napisać, że Ishiguro tworzy nową jakość używając oklepanych środków wyrazu rodem z fantasy. Jest w tym dużo prawdy: ten świat jest przedstawiony z maestrią i zostaje w czytelniku mimo mieszanych uczuć. Jeśli irytuje, to celowo. Przeszkadza mi tylko jakaś nadmierna łopatologiczność autora, to samo co w „Okruchach dnia”. Jakby koniecznie musiał postawić kropkę nad każdym i. Tam, gdzie Modiano zatacza krąg, zamykamy książkę, po czym zaczynamy natychmiast czytać ją od nowa, bo przecież musiało nam coś umknąć, to nie może być wszystko; tam Ishiguro mówi, i mówi, i mówi, i dopowiada. Nie widzę przy tym jego celu. Możliwe, że – sam w końcu imigrant – w 2015 roku chciał przypomnieć Anglikom, że pochodzą od saksońskich najeźdźców. Że wybaczenie, puszczenie w niepamięć i współistnienie jest lepsze niż niesnaski.
Zadie mówi, że spoglądanie w przeszłość jest konieczne, żeby iść dalej; Modiano staje bezradnie, udowadniając, że żadna przeszłość nie istnieje, że albo znamy miejsce albo czas albo fakty. Ishiguro proponuje jeszcze inne podejście: a co, jeśli trzeba właśnie zapomnieć, żeby móc żyć dalej. I jednocześnie każe się zastanowić, jaką cenę mielibyśmy za to zapłacić, i czy aby warto. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s