Le sens de la fête

Panowie Toledano i Nakache za młodu imali się różnych drobnych robótek, w tym kelnerowania na weselach. Przekuli swoje doświadczenia w film, który jest zabawny, świetnie nakręcony (jak zazwyczaj kręcę nosem na ruchomą kamerę, tak tu mi prawie nie przeszkadzała). Jest również dość przewidywalny, zwłaszcza pod koniec, za to jest świetnie zagrany. Poznajemy Maksa, który organizuje śluby, obejrzymy dzień z jego życia, oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. W tle imigranci, różnice kulturowe, praca na czarno, ale wszystko bardzo subtelnie, to w końcu komedia, a nie dramat. Nic na miarę „Nietykalnych„, ale bardzo przyzwoity film, oraz bardzo chcę tę muzykę.

Ciemny las

Odkrywszy, że „Problem trzech ciał” ma ciąg dalszy, obawiałam się przypadku „Hyperiona” (doskonała powieść, której autor następnie dopisał 234 dalsze części, nie nadające się do czytania). Moje obawy wzrosły na początku „Ciemnego lasu”, który jest bardzo słaby. A potem odkryłam, że minęło 30% książki, a ja bawię się doskonale. Za czterysta lat przyleci inwazja z innej planety, ludzie usiłują się na to przygotować, sprawy jednak nie ułatwia fakt, że kosmici w czasie rzeczywistym szpiegują wszelkie ludzkie działania. Mam wątpliwości, czy ktokolwiek na Ziemi przejąłby się czymkolwiek, co ma nastąpić za cztery wieki, tak samo jak ochroną środowiska przejmujemy się głównie na pokaz, ale jestem w stanie zaakceptować wizję Cixina Liu, która jest oryginalna i zabawna. I nieco naiwna, ale to jest specyfika jego stylu. Druga część powieści wyraźnie nawiązuje do „Fundacji” Asimova, wymienianej zresztą w tekście explicite. Jest to dobrze napisane i zakończone – paradoksalnie jestem więc bardzo ciekawa, o czym właściwie jest trzecia część.

Okruchy dnia Kazuo Ishiguro

W tej bardzo klasycznej powieści (rok 1989) irytującym narratorem jest kamerdyner Stevens, który wyjeżdża na urlop i wspomina swoje życie. Przed wojną służył lordowi Darlingtonowi, a jego największą i jedyną ambicją było być kamerdynerem doskonałym, co się w jego pojęciu wiąże z zachowaniem godności we wszystkich okolicznościach. Ten temat przewija się przez całą powieść, w którymś momencie staje się jasne, że dla Stevensa godność oznacza całkowite wyzbycie się jakichkolwiek uczuć, oraz zastąpienie ich okrągłymi formułkami w każdej sytuacji. Posunął się w tym pragnieniu do takich granic, że nawet kiedy umiera jego ojciec, Stevens zamiast bycia przy nim wybiera swoje sprawy zawodowe tak szalenie ważne jak podanie kolejnej butelki brandy szacownym gościom lorda.
W miarę rozwoju akcji zaczynamy rozumieć, że lord Darlington był postacią co najmniej dwuznaczną moralnie, współpracował bowiem w latach trzydziestych z Ribbentropem, wówczas ambasadorem, i usiłował namówić króla angielskiego do współpracy z Hitlerem. Stevens go tłumaczy na różne sposoby, zrzucając winę na nadmierną dobroć i szlachetność swego pana. Pojawia się również wspomnienie upokorzenia, jakiego doznał od gości lorda, którzy udowadniali, że demokracja jest przeżytkiem bez sensu, jak mogliby rządzić krajem ludzie tacy jak ten kamerdyner, którzy się przecież na niczym nie znają. Popatrzcie na Niemcy i Włochy, tam nikt nie debatuje, tam działają, i do jakich rezultatów dochodzą – wywodzi jeden z wielkich panów. Stevens nie ma do niego zresztą żadnych pretensji, w jego oczach tak właśnie powinno być, taki jest porządek świata, a świat powinien być porządny i pełen godności, to jasne.
Kulminacyjnym punktem powieści jest spotkanie Stevensa po latach z jego dawną współpracownicą, panną Kenton. W drodze wspomina swoje relacje z nią, i czytelnik widzi, że chodzi im o coś zupełnie innego, ale skostniały, za wszelką cenę zachowujący pozory kamerdyner zupełnie tego nie rozumie. Obsesyjnie pragnie powrotu dawnych czasów, kiedy służył arystokracie i łudził się, że ociera się o wielką politykę, że w jego domu ważą się losy świata. Nie jest dla niego ważny ani sens tych działań, ani własne uczucia lub pragnienia, które starannie wymazał. Zakończenie jest niestety okropnie łopatologiczne, dla tych czytelników, którym udało się jeszcze nie zrozumieć sensu powieści.
Ta powieść sprzed prawie 30 lat, dziejąca się przed i po wojnie, brzmi miejscami boleśnie aktualnie, choć łatwo jest powiedzieć, że to przecież kamerdyner, pozostałość dawnego świata, co on ma z nami wspólnego tu i teraz, już nie ma takich ludzi. Nie mam wątpliwości, co przyświecało Akademii Szwedzkiej. Nie mam również wątpliwości, że Atwood byłaby równie dobrym wyborem, nie mówiąc o Julianie Barnesie, i o niego mam największy żal, gdyż to jest inna jakość literatury.

Blade Runner 2049

Wiedziałam od dawna, że kręcą drugiego Blade Runnera, i po pierwszym przerażeniu wiedziałam rówież, że oczywiście muszę go zobaczyć, bez względu na możliwe (nieuchronne) rozczarowanie. Kiedy zaczęli mi pokazywać plakaty, hiperwentylowałam z wrażenia za każdym razem, nie mogąc się doczekać. 
Wizualnie nie byłam rozczarowana – wprost przeciwnie, tych prawie trzech godzin w kinie się zupełnie nie czuje, bo co chwila zachwyt odbiera dech. Kadry dopracowane do perfekcji, oraz udało się osiągnąć to, co lubię najbardziej: namacalność. Latające samochody wyglądają na od dawna używane, reklamy są lepsze niż prawdziwe, aktorzy są dobrani cudownie, oraz obdarci i brudni we właściwych chwilach; to się zresztą nie da opisać, tam się po prostu jest, a potem się wychodzi i „jak to, to świat tak nie wygląda?”. Fabularnie jest zupełnie dobrze: Tyrrella przejął niejaki Wallace, robi nowych replikantów, starych trzeba usuwać, czym się zajmuje Blade Runner agent K. Natomiast cała reszta to już stąpanie po cienkiej linie de gustibusa. Droga agenta K jest dość oczywista, prostolinijna i nie budzi wątpliwości. Motywacje Wallace’a mnie osobiście przekonały, aczkolwiek zrozumiałabym opinie, że jest przerysowany, i że jego pomysły są bez sensu. Moim zdaniem jest doskonale Dickowski. Natomiast moje wątpliwości wzbudziła Madame, która się miota, a potem radośnie akceptuje informację, że sprawa jest załatwiona, nie żądając żadnego dowodu. Wyszedłszy z kina i ochłonąwszy wzdychałam jednak z żalem, że to nie jest poziom oryginalnego filmu (nie jest to również poziom „Arrival”). Nie ma tu za bardzo co cytować, najlepsze kawałki to już są cytaty. 
Pierwotny Blade Runner opierał się na głębokim przekonaniu, że androidy nie są ludźmi, oraz na nienawiści do replikantów Deckarda twierdzącego, że tylko wykonuje swoją pracę. Zderzenie tego podejścia z tym, czego się dowiaduje i co przeżywa, tworzy oś filmu, i nadaje mu głęboki sens. Tutaj tego zabrakło (jak również Roya Batty’ego, choć na to już nic się nie poradzi). Oczywiście Villeneuve wpisuje się doskonale w aktualne walki rozmaitych ludzi z innymi ludźmi z powodu, że na przykład mieszkają w innym kawałku świata. Nie ma tu jednak jakiegoś wyraźnego akcentu. Wprost przeciwnie: zamiast powiedzieć wyraźnie agentowi K, że avr zn manpmravn, j wnxv fcbfóo cbwnjvł fvę an śjvrpvr, jvqmn mbfgnjvn fvę m cemrśjvnqpmravrz, żr wrqanx zh fvę avr cbfmpmęśpvłb. 
Mam ochotę się pożalić, że choć siedziałam ponad dwie godziny z otwartą buzią, to jednak zabrakło mi oryginalnej magii, ale to nie restauracja i nie wypada krzyczeć „hej, reżyser, w moim filmie nie ma magii!”. Sam Villeneuve przyznaje się do bycia hardkorowym fanem oryginału. Zupełnie się nie dziwię, że pokusa nakręcenia kontynuacji była silna, i zresztą wcale nie żałuję obejrzenia, ba – przewiduję jeszcze parę kolejnych razy. Nie wiem, co ten film musiałby mieć, żebym nie narzekała. Może jednak trochę lepszy scenariusz, bo niby co reżyser mógł bez tego zrobić. A i tak wszystko wygrywa pies Deckarda. 

Byłam tam

– Słuchajcie koledzy – zagaił przewodniczący Akademii Szwedzkiej. – Nobla w tym roku musimy dać jakiemuś solidnemu powieściopisarzowi, takiemu co go ludzie czytają i rozumieją, bo znowu będą gadali.
Szacowne grono pomrukiwało przytakująco.
– I żeby

Osiecka, dziennik 1953

Nadal doskonała lektura, nastoletnia Osiecka napisałaby, że „cudna”, nadużywała tego słowa. Kolejny raz zdumiewa mnie jej dojrzałość, ta szesnastolatka doskonale zdaje sobie sprawę choćby z tego, że tworzymy sobie wyidealizowane wyobrażenia celów i marzeń, stąd potem często rozczarowanie, gdy marzenie uda się urzeczywistnić. Widzi nawet to, że jej zakochanie w Jerzym Rajskim było fantasmagorią. Co nie przeszkadza jej regularnie wzdychać, że chciałaby spotkać kogoś, kogo mogłaby naprawdę pokochać – zdaje się, że to pragnienie towarzyszyło jej całe życie. Jest fantastyczną obserwatorką ludzi, analizującą ich bezlitośnie, z wyżyn swojej inteligencji i intelektualizmu. Mnie to nigdy w tym wieku nie przyszło do głowy, a nawet i dzisiaj miałabym z tym problemy.

W 1953 Osiecka była studentką wydziału dziennikarstwa, skończyła treningi pływackie (kolejna zdumiewająco dojrzale uzasadniona decyzja), zerwała z jednym chłopakiem, flirtowała z całą masą kolejnych, zaczęła być z następcą: i tu widzimy trochę więcej jej stosunków domowych, dość dziwacznych. Ojciec w którymś momencie wybucha, że ma już dość tych ludzi (jej znajomych) w swoim domu. Matka z kolei ma pretensję, że związała się z jednym chłopakiem, dość zaskakującą: nie czepiała się późnych powrotów córki, jej samodzielnych wyjazdów, przebywania w bardzo rozmaitym towarzystwie, picia alkoholu, a tu nagle ma zastrzeżenia. Jest tu też opis wyrzucenia z ZMP, co Agnieszka oczywiście bardzo przeżyła – po czym po paru dniach nagle pisze, że jakim właściwie prawem ci ludzie ją oceniali, nic tak naprawdę nie wiedząc. Prezentuje tu kolejny raz wnikliwą ocenę sytuacji, zauważa, że była kozłem ofiarnym i że nie wszystko w tym nowym socjalistycznym świecie jest tak doskonałe, jak chciała to widzieć.

Poza tym jak poprzednio: pisze po niemiecku, czyta po francusku, angielsku, cytuje Puszkina w oryginale, bezustannie chodzi do teatrów, analizuje przedstawienia i lektury. Jest oszałamiająca. Dziwi może tylko to, że późniejsza autorka piosenek nie próbuje tutaj w ogóle swoich sił w żadnej poezji. Być może miała w tym celu oddzielne zeszyty – ale edytorka wspomina, że złożyła w całość wszystkie zapiski i bruliony Osieckiej z tamtego okresu: włączona do tego tomu jest na przykład korespondencja z kolegą ze studiów.

„Problem trzech ciał”

Co za dziwna książka (Hugo 2015). W 40% nadal nie wiedziałam, co to w ogóle jest i dokąd to zmierza. Ale czytając chińską fantastykę człowiek (ja) chciałby chińszczyzny, a nie amerykańskości wyobrażonej przez Chińczyka, i tutaj ten cel osiąga w pełni. Postaci nazywają się Ye, Yang, Dong, Weng, i tak dalej, musiałam się kilkakrotnie odwoływać do umieszczonego na początku spisu bohaterów, bo trochę mi się myliło kto jest kim. Zaczynamy realistycznie, 1967 rok (autor urodził się w 1963), fizyk relatywistyczny ma się wyprzeć swoich eksperymentów, bo są niezgodne z dialektyką marksistowską (czytelnik polski kiwa głową ze zrozumieniem). Jego córka, też fizyk, bo wszyscy tu są fizykami, będzie bohaterką dalszej części akcji, jako podejrzana trafi do tajnej bazy Czerwony Brzeg, gdzie będzie się zajmować niezrozumiałymi badaniami.

Współcześnie natomiast kolejny fizyk zajmujący się nanomateriałami wplątany zostanie w wir bardzo dziwnych wydarzeń, które klimatem kojarzą sie z „Ubikiem”, chociaż tematyka nie ma z nim absolutnie nic wspólnego. W ramach wydarzeń ma grać w przedziwną grę VR, i w tym momencie mamy coś w rodzaju skrzyżowania „Ubika” z „Grą Endera”, jakkolwiek by to nie brzmiało. Cixin Liu odwołuje się również do historii Chin, dawnej i nowszej, wplata tu mnóstwo fizyki, i całość jest mocno zaskakująca. Przynajmniej do połowy, bo potem jest już jednak dość przewidywalnie, a potem się okazuje, że są kolejne części. Trochę się obawiam, że to będzie przypadek „Hyperiona”.