Handlarze czasem. Tomasz Jachimek

To satyra, a nie fantastyka. Co by się stało, gdyby dało się we współczesnej Polsce handlować czasem: bezrobotny sprzedaje parę godzinek potrzebującemu biznesmenowi? Główni bohaterowie to genialny wynalazca wujo Franek i jego rodzina, w tym babcia mistrzyni gry w domino. Niektóre rozdziały opowiadają jednak historie zupełnie innych ludzi. W logice są dziury: najpierw sprzedaż czasu powoduje rozjechanie się dat w kalendarzach poszczególnych osób, potem nagle sprzedaż piętnastu lat działa odmładzająco. Dość zabawne, lekkie, przegadane, przydałaby się redakcja.

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz (Anna Kamińska)

Wanda Rutkiewicz lecąc zdobywać Mount Everest (dla przypomnienia: żaden Polak przed nią tam nie wszedł, zapisała się w historii) na lotnisku się zorientowała, że nie ma paszportu. Jeździła po Warszawie w jego poszukiwaniu, było rok 1978, korki jeszcze nie osiągnęły dzisiejszych rozmiarów, a samolot na nią zaczekał. Poza tym miała anemię i lekarz nie chciał jej zezwolić na wyjazd. Podpisała oświadczenie, że robi to na własną odpowiedzialność, i pojechała (wioząc 25 puchowych kurtek). To akurat była słuszna decyzja, góry na anemię robią dobrze. Sama (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) testowałam to swego czasu w Tatrach. Poza tym zatkało mnie, kiedy przeczytałam, jak zginął jej ojciec – został zamordowany. Jej starszy brat natomiast zginął w wieku 9 lat, bawiąc się niewybuchem tuż po wojnie. Wandy tylko przypadkiem przy tym nie było.

Cała ta biografia jest niezwykle wciągająca i bardzo żywa. Nie mogłam się oderwać, choć przecież wiedziałam, co się wydarzy. Kamińskiej udało się doskonale odmalować swoją pełną sprzeczności bohaterkę: doskonale wychowaną, uprzejmą, umiejącą osiągać swoje cele, chorobliwie ambitną, nie przywiązującą się do ludzi. Autorka sugeruje, co mogło być tego przyczyną, ale robi to dość subtelnie. Opowiada o rodzicach, przepytuje przyjaciół i znajomych, w niektórych miejscach przytacza dosłownie ich opinie i wspomnienia, nieraz drastycznie sprzeczne: świetny chwyt.

Ta biografia próbuje dociec, czy Rutkiewicz świadomie wybrała swoją drogę przez życie. Niesłusznie, moim zdaniem. Wszyscy czasem rozpamiętujemy dokonane wybory, i mamy tendencje do wyobrażania sobie wyidealizowanych możliwości, których nie zrealizowaliśmy. Jestem absolutnie pewna, że Wanda w Himalajach niejednokrotnie wyobrażała sobie, że mogłaby zamiast tego siedzieć w ciepłej pracy i wracać do domu pełnego radosnych dzieci. Gdyby ta wersja się ziściła, byłaby zapewne nieszczęśliwą kobietą marzącą o wyrwaniu się z uprzykrzonej codzienności. Lub niekoniecznie per se nieszczęśliwą, ale wcale nie szczęśliwszą. Zdarza mi się nostalgicznie myśleć, że mogłam zostać we Wrocławiu. Mam jednak świadomość, że siedziałabym tam, w miarę pewnie zadowolona z życia, regularnie rozpamiętując, że mogłam wyjechać do Paryża. Nie wierzę w obiektywną lepszość któregoś rozwiązania. Idziemy w naszym życiu drogą wybraną przez serce, rozum, podświadomość, intuicję, splot różnych okoliczności, albo czysty przypadek. Z wyjątkiem skrajnych sytuacji to, dokąd trafiamy, jest najlepszym z możliwych dla nas miejsc (i w ten sposób w końcu zrozumiałam, o co chodziło Leibnizowi).

Wanda nie wróciła z Kanczendzongi, i w pierwszym odruchu myślimy, że nieszczęście, że mogła jednak wybrać inaczej. A gdyby wróciła – co ją czekało? Nieuchronne samotne starzenie się. Świadomość, że już wszystko za nią, już nie wróci w góry, już nic nowego nie osiągnie, gdy tymczasem coraz młodsi zdobywają coraz więcej. Świadomość wyjątkowo dla niej bolesna. Czy myślała o tym na tym ostatnim biwaku? Jeśli nie wtedy, to na pewno wcześniej. W pewnym sensie skończyło się najlepiej, jak mogło.

Shantaram

Tę powieść polecano mi bardzo dawno temu na blogu, i ja ją nawet kupiłam w Merlinie, bo jeszcze wtedy kupowało się papierowe książki w Merlinie (wydaje się, że to w zeszłej erze było), po czym Merlin mi jej nie przysłał mówiąc, że nie ma. Machnęłam ręką mówiąc sobie, że będzie okazja. Jak to zwykle bywa, nie było. W erze ebooków nawet sobie kiedyś przypomniałam, że był taki tytuł, i zdaje się wtedy w ebooku nie występował. Machnęłam ręką kolejny raz. Na początku miesiąca natknęłam się na informację o akcji czytajPL, w ramach której przez listopad można wypożyczyć za darmo jakiś ebook, w tym właśnie „Shantaram”. Drobnym utrudnieniem był fakt, że w Paryżu ta akcja nie działa, zupełnie nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o lektury, to nie ma takich kłód pod nogami, których bym nie przeskoczyła, z pomocą rozumiejących przyjaciół; i tak ostatecznie zabrałam się za tę lekturę.
 
Zaczyna się dość grafomańsko, więc mruknęłam do siebie z przekąsem „no przecież wiedziałam, że te znane i popularne powieści to zawsze tak”, po czym okazało się, że nie jest tak źle. Owszem: Roberts ma regularnie grafomańskie wstawki, niebo jest jak surowy jedwab, a usta jak różne rzeczy, regularnie uderza w strasznie wysokie c – ale między tymi kawałkami jest masa niewiarygodnie plastycznej i solidnie wciągającej narracji. Autor, Australijczyk, uciekł w 1982 z więzienia o zaostrzonym rygorze i ukrywał się w Indiach. Siedział za napady z bronią w ręku, pod wpływem heroiny, więc nie pomyłkowo ani za niewinność, natomiast co chwila w książce powtarza, ile zrozumiał i jak żałuje. Z drugiej strony w Indiach też parał się nielegalną działalnością, co oczywiście łatwo oceniać z perspektywy wygodnego łóżka i ebooka w dłoni. Bohater generalnie jest bandziorem o złotym sercu, oraz krzyżówką Chucka Norrisa z matką Teresą: ratuje slumsy przed pożarem, ludzi przed cholerą, bawi się w lekarza i regularnie przyjmuje pacjentów (bo ma apteczkę), walczy z dzikimi psami, ratuje ćpuna, naucza dzieci angielskiego, jedzie na wojnę do Afganistanu, i parę jeszcze innych drobiazgów by się znalazło. w połączeniu z rozmaitymi „błękitnymi labiryntami jej oczu” rzecz byłaby kompletnie niestrawna, na szczęście Robertsa ratuje poczucie humoru. Nie jest najwyższych lotów, ale parę razy śmiałam się naprawdę głośno. Autor ma jednak dystans do stworzonej przez siebie postaci, oczywiście nieźle podkoloryzowanej.

Indie natomiast zapewne przerysowane nie są, bo to się nie da. Widać rzeczywistą fascynację autora tym światem pełnym sprzeczności, tą naprawdę odmienną kulturą. Roberts umie to przekazać mimo wszelkich stylistycznych niezgrabności. Nawet jeśli chwilami irytuje tymi nieco naiwnymi „z oczu mu dobrze patrzyło, od razu go pokochałem”, to jednak wychodzi tam prawdziwa pasja, a ja mam do tego słabość.  Jest tu akcja, brutalność, wzruszenie, humor. Doskonałe czytadło.

The Rise and Fall of D.O.D.O.

Gdyby mi kto powiedział, że połączy magię czarownic z podróżami w czasie i fizyką kwantową, to bym się wzdrygnęła. Gdyby mi kto powiedział, że zrobi to Neal Stephenson, to bym się udławiła własną śliną, więc może i dobrze, że tego nie wiedziałam zaczynając czytać „The Rise and Fall of D.O.D.O.” (napisane wspólnie z bliżej mi nieznaną Nicole Galland). Oczywiście magia i technologia współistnieją w innych książkach, ale na ogół na zasadzie urban fantasy, w równoległych światach, tylko czasem się stykających, żeby bohater mógł się przenieść z jednego do drugiego. Chyba jeden Tom Holt zrobił współistnienie technologii i magii w „Przenośnych drzwiach„, wymyślając firmę, która czerpie korzyści z magicznych artefaktów. I oczywiście Stross w Laundry Files, ale to szczególny rodzaj magii. Tymczasem w „D.O.D.O.” do działania magii, uprawianej przez czarownice, niezbędna jest fizyka kwantowa.

Zaczynamy od dziennika (diachronicle) Melisande Stokes, która siedzi uwięziona w 1850 roku i spisuje wspomnienia. Była lingwistką, doktorem uniwersytetu w Bostonie, kiedy spotkała przypadkiem Tristana Lyonsa – to spotkanie jest rozegrane à la Connie Willis. Tristan zaproponował jej pracę przy tłumaczeniach starych dokumentów. Szybko zorientowała się, że one wszystkie mówią o istnieniu magii – która najwyraźniej naprawdę istniała, ale przestała działać w połowie XIX wieku. Tristan i jego tajemnicza organizacja rządowa chcą się dowiedzieć dlaczego, a potem wpadają na pomysł, jak zaawansowaną fizykę kwantową można ewentualnie wykorzystać do jej wskrzeszenia. Następnie zaczyna się właściwa akcja, przeraźliwie wciągająca. Diachronicle przeplatana jest innymi materiałami: zapiskami innej bohaterki, listami pewnej czarownicy z 1601 roku, wymianą maili, prezentacjami Powerpointowymi, i tak dalej. Zastanawiałam się, jak bardzo będzie widać, że to nie jest samodzielna powieść Stephensona: otóż nie widać. Narracja jest jego, akronimy również, i tak samo świat przedstawiony, jak zwykle z powalającym rozmachem sięgający od Konstantynopola w XIII wieku przez siedemnastowieczną Anglię i Amerykę, po współczesność.

Byłam gotowa się zakładać, że po „Seveneves” i paru innych powieściach Stephenson już nic nie wymyśli, przecież to niemożliwe. Byłam również głęboko przekonana, że o podróżach w czasie napisano już z całą pewnością wszystko. Myliłam się w obu przypadkach. Połączenie pomysłów jest tutaj naprawdę oryginalne, przezabawne, wciągające, fascynujące. Myślenie o powieściach Willis jest nieuchronne, ale to jest zupełnie inny styl. Pod sam koniec domyśliłam się większości rozwiązań fabularnych, ale nie głównego.

Rzeczy, które wzbudziły moje wątpliwości:

  • Okropne zdziwienie i niezrozumienie ze strony Tristana i Mel, kiedy okazuje się, że Erszebet ich zna i o wszystkim wie. A niby tacy inteligentni oboje. No dobrze, mogli nie mieć tej wiedzy, którą ma czytelnik.
  • Postaci negatywne są negatywne w nieco przerysowany sposób, i natychmiast wiemy, że zostaną ukarane.
  • Dlaczego, do licha, nie cbebmznjvnyv m Shttrefrz, xvrql whż fvę bxnmnłb, żr wrfg qbtłęoavr jzvrfmnal j snohłę, n an crjab xvrql xhcvł xfvążxę? Mbevragbjnyv fvę cemrpvrż, żr jvr, anghenyalz bqehpurz olłb cbtnqnć b glz, gb avr, cemrzvypmzl qyn qboen gnwrzavpmbśpv nxpwv.
  • Czekałam, aż Erszebet powie „yet”.

Nominacje do Hugo i Nebuli za opowiadanie: 2015

Nominacje do Hugo, która nie została przyznana:
Lou Antonelli ”On a Spiritual Plain” westchnęłam nad tym jakieś dwieście trzynaście razy, powodując zapewne huragan na półkuli południowej. Sucho i straszliwie niezgrabnie napisana historyjka o duchu na obcej planecie, na której duchy zmarłych są na porządku dziennym z powodu silnego pola magnetycznego. Poziom w miarę sprawnego, acz niezbyt zdolnego dwunastolatka – „on powiedział, ja powiedziałam, on powiedział” (nie przesadzam). Bardzo złe.

Steven Diamond ”A Single Samurai” niedostępne elektronicznie, ale jak widzę z recenzji, na przykład tej, to znacznie lepiej dla niedoszłej czytelniczki.

John C. Wright ”The Parliament of Beasts and Birds”  nie mogę tyle wzdychać, to na pewno powoduje rozedmę płuc. Cudowne Miasto Człowieka nagle wymarło, więc rozmawiają czarny Wilk z czarnym Krukiem, a potem proszą Psa, Konia i Byka o pomoc, i wszystko to jest nadęte i wszyscy są czarni, Lew i Lis też. Następnie zwierzęta się kłócą, kto ma zostać panem stworzenia, skoro człowieka już nie ma, i na chwilę robi się jakby lepsze, ale potem kompletnie przestałam rozumieć o co chodzi, i nie zrozumiałam już do końca.

Steve Rzasa ”Turncoat” przemawia maszyna bojowa. Straszliwie przegadane. Straszliwie.

Kary English ”Totaled” bohaterka zginęła w wypadku samochodowym, ale zajmowała się pracą nad ożywianiem samego mózgu, i służy jako materiał do doświadczeń. Byłam zdziwiona, że to opowiadanie nie wygrało, odstaje od reszty jak perła od grzybów. Po czym po skończonej lekturze uświadomiłam sobie, że ja już takie coś czytałam, bardzo dawno temu. Nie pamiętam co, więc nie mogę porównać, ale może głosujący mieli lepszą pamięć i właśnie dlatego tej Hugo nie dostała.


Nebula

Zwyciężczyni Ursula Vernon ”Jackalope Wives” baśń o babce i wnuku, który zrobił głupstwo, cierpieniu i poświęceniu. Zupełnie nihil novi, i oczywiście wiadomo kto jest kim, ale nadzwyczaj ładnie napisane. Coś tu z Babci Weatherwax. „But when it’s over, you’ll be all the way something, even if it’s just all the way dead.” „You get over what you can’t have faster that you get over what you could„.

Aliette de Bodard ”The Breath of War” jesteśmy na Voc, właśnie zakończyła się wojna z rebeliantami, ciężarna bohaterka musi się udać w góry w poszukiwaniu swojego breath-sibling, którego niegdyś wyrzeźbiła z kamienia i tchnęła weń życie; ja wiem jak to brzmi w streszczeniu, ale czyta się zaskakująco świetnie. Miałam pewne skojarzenia z „Piątą porą roku”, ale to opowiadanie jest zdecydowanie wcześniejsze. Jest bardzo piękne, dramatyczne i wyważone. Wolałabym widzieć je nagrodzone.

Eugie Foster ”When It Ends, He Catches Her”. Primabalerina tańczy samotnie w opuszczonym teatrze, pojawia się jej były partner. Kolejne opowiadanie z rodzaju nietypowe wykorzystanie zombich w literaturze, takie sobie, dość przewidywalne.

Matthew Kressel ”The Meeker and the All-Seeing Eye” „As the Meeker and the All-Seeing Eye wandered the galaxy harvesting dead stars, they liked to talk.” a potem znajdują niezidentyfikowany obiekt, i robi się zdumiewająco makabrycznie, żeby potem wykonać jeszcze ze dwa twisty. Doskonała rzecz, gdzie ta nagroda dla niej?

Usman T. Malik ”The Vaporization Enthalpy of a Peculiar Pakistani Family”. Pakistan, bohaterkę w wieku 16 lat wydano za mąż, mając 21 jest wdową, traci brata, chce iść do szkoły, spotkać takich jak ona, pragnących wiedzy. I różniących się czymś jeszcze. Od brutalnego realizmu płynnie przechodzimy w stronę mrocznej fantasy, z naukowymi wstawkami o stanach skupienia materii. Anturaż oryginalny, wykonanie świetne, szkoda, że końcówka bardzo oczywista.

Sarah Pinsker ””. Dwudziestoletni chłopak budzi się w szpitalu bez prawej ręki, ale ze sztucznym zastępstwem podłączonym bezpośrednio do mózgu. Jego praktyczni rodzice farmerzy z Saskatchewan podjęli decyzję za niego. Ręka okazuje się jednak… być czym innym i gdzie indziej. Aż do końca nie miałam pojęcia, dokąd to zmierza, a zakończenie jest nagłe i dość zabawne.

Alyssa Wong ”” „No one can grow up along the Mekong without learning two things: how to swim, and how to avoid the mermaids.” Syreny są bardzo realistyczne, piętnastoletnia narratorka jest natomiast córką rybaka, wypływa z nim na rzekę, i to też jest bardzo realistyczne. Po czym łowią to, co mają złowić, aż do przewrotnego zakończenia. Mój faworyt na tej liście.

->

Nie opuszczaj mnie

Wciąga niesłychanie. Narratorka jest opiekunką, nieco przesadnie dumną ze swojej pracy, trochę przywodzi na myśl Stevensa z „Okruchów dnia„. Przez chwilę wydaje się, że jest opiekunką ludzi terminalnie chorych, ale po chwili pada tajemnicze słowo donacje, które będzie się nieustannie przewijać. Kathy była wychowanką szkoły w Hailsham, czym również się szczyci, i szybko zaczyna opowiadać wspomnienia z tamtych czasów. To nie wyjaśnia tajemnicy, co chwila przewijają się sugestie, że te dzieci nie były takie jak inne, że wiedziały o czekających je donacjach, ale nikt niczego nie mówił otwarcie. Lekko irytujące – i fascynujące. Moja wyszkolona na sf wyobraźnia natychmiast podsunęła mi rozmaite obrazy kosmitów hodujących ludzi na organy, z pewnym trudem uświadomiłam sobie, że to jednak raczej nie będzie ten trop (choć owszem, jest to fantastyka). Bardzo chcemy się dowiedzieć, o co tu chodzi, kim są dzieci, i kim jest tajemnicza Madame, która co pewien czas przyjeżdża i zabiera ich prace. 
Odnalazłam tu tematy z dwóch poprzednich czytanych przeze mnie powieści („Nie opuszczaj mnie” ukazało się w 2005, bezpośrednio poprzedza najnowszego „Pogrzebanego olbrzyma„). Wspominanie i próba zrozumienia przeszłości, po pierwsze, jak w „Okruchach dnia”. Wiara, że prawdziwa miłość mogłaby być jakoś oceniona przez kogoś z zewnątrz, i nagrodzona – ten przedziwny pomysł wróci w „Olbrzymie”. Bardziej zaskakujący jest natomiast świat stworzony tu przez Ishiguro. Czytelnik ma ochotę wrzeszczeć do postaci „ale zbuntujcie się, zróbcie coś, nie pozwólcie się tak wykorzystywać”, psioczy na ten pomysł, wydziwia, że ktoś w ogóle mógł tam na to pozwolić. A potem uświadamia sobie, w jakim świecie sam żyje: parę godzin lotu samolotem ode mnie dzieci umierają z głodu. O ginących w wojnach nawet nie wspominam, przywykliśmy. Masowe hodowanie zwierząt na mięso i ich zabijanie też nie budzi żadnej emocji, przyczyniam się do tego sama codziennie, niestety. Dlaczego nie mielibyśmy pewnego dnia zaakceptować tego, co proponuje Ishiguro. 
Stevensa z „Okruchów” łączy z Kathy pragnienie poczucia się ważnym. W przypadku kamerdynera widzimy, co przeziera spod jego monologu. Im bardziej próbuje nas i siebie przekonać do swoich racji, tym bardziej żałosny się staje. Widzimy, że mógł otworzyć oczy, zobaczyć, co naprawdę jest istotne, i przeżyć satysfakcjonujące życie porządnie, a nie oszukiwać się. Z Kathy jest inaczej. Kiedy już poznajemy zasady rządzące jej światem (poznajemy – to Ishiguro, wyjaśni wszystko szczegółowo, dla pewności dwa razy) okazuje się, że nie miała wyboru. Wyższa instancja też jest bezradna.
Kolejny raz mam problem z tym, co autor chciał powiedzieć. Jeśli jego bohaterowie są alegorią nas samych, to konkluzja jest głęboko pesymistyczna. Iluzoryczna jest nasza wiara w możliwość zmiany przeznaczenia (i to mogłoby się się raczej znaleźć w uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej, którego nadal nie umiem przyłożyć do żadnej z tych książek). Trzepoczemy się jak motyle na szpilce, możliwości odwołania nie ma. Nie tego oczekiwał Alfred Nobel. A może przeciwnie: może Ishiguro chciał przekornie powiedzieć czytelnikowi „nie jesteś moim bohaterem, możesz kształtować swój los”. Lecz raczej widzę tu namowę do bezwarunkowej akceptacji zasad, nieważne jak okrutnych, do cieszenia się tym, co mamy. Ostatecznie wszystkich nas wcześniej czy później spotka ten sam los, wbrew tytułowi (oryginalne „Never Let Me Go” jest jeszcze wymowniejsze) opuszczą nas wszyscy. Umieramy w samotności.

Nie rozumiem

Czym starsza jestem, tym mniej rozumiem ludzi, choć niegdyś myślałam, że będzie na odwrót. Przekonania, że jak osobnik o czymś nie wie, to pojęcie to nie istnieje, nie rozumiem zwłaszcza. I analogicznie – że jego prawda jest jedyną słuszną prawdą. Czy żyjemy w jakichś wyjątkowo egocentrycznych czasach, czy tych z przerostem ego po prostu słychać najbardziej?
Znajoma Francuzka, wieku nie będę wytykać, ale jest energiczną babcią kilku wnuków, parę dni temu nie chciała mi uwierzyć w rzucone mimochodem, że po angielsku słowo „wee” oznacza „malutki”. Ona ma męża Amerykanina – nieważne, że od pół wieku rozmawiają po francusku – i nigdy w życiu tego nie słyszała, niemożliwe, co ja tam mogę wiedzieć, w końcu nie Amerykanka. Uprzejmie i cicho zasugerowałam, że to dość potoczne, mogła nie zwrócić uwagi – nie, niemożliwe, na pewno nie istnieje, bo ONA nie zna.
Nie pojmuję też, jak publicznie, będąc osobą publiczną, można się rzucać w obronie znajomego, który postąpił po chamsku, nie pierwszy raz zresztą. Osoba z jednej strony przyznaje więc, że on tak ma, i natychmiast używa tego jako argumentu, że obrażać się nie powinno, bo on tak ma. Logiczne. Grube słowo należy  przyjąć jako komplement, bo koleżanka gbura tłumaczy z ogniem, że to porządny człowiek i tak tylko gada, a naprawdę co innego myśli. Mam od razu ochotę iść strzelać do homo sapiens tłumacząc z uśmiechem, że ja tak mam, nie znoszę gatunku, więc musicie mi to wybaczyć, bo z gruntu dobra kobieta jestem, i mam tylko taką drobną przypadłość, wybaczalną, prawda?