Purezento

Bezimienna bohaterka (gdzieś całkiem niedawno widziałam ten pomysł, co za zbieg okoliczności) cierpi po utracie chłopaka, naucza obcokrajowców polskiego, i spotyka Panią Myoko, która zaproponuje jej wyjazd do Japonii. Tam narratorka zajmie się sklejaniem ceramiki oraz serca. To jest miła ciepła opowiastka ku pokrzepieniu ducha, polsko – japońska „Czekolada”. Napisana zresztą bardzo dobrze. Zazwyczaj serdecznie nienawidzę wyliczanek, co bohater kupił, upichcił i zjadł, ale w wykonaniu Bator przechodzi to bardzo gładko. Oczywiście, że jestem rozczarowana, autorkę stać bowiem na więcej, ale 

– To idź se znowu czytaj „Rok królika„, jak chcesz ambitną literaturę! – syczał mi do ucha wewnętrznego głos w umyśle, i musiałam mu przyznać trochę racji. Nie jestem targetem tej książki, a któż może winić pisarza, że poszerza grono swoich czytelników, zwłaszcza że wykonanie jest porządne, ładne i przyjemne. Jeśli ktoś nic nie wie o Japonii, mimochodem może trochę wiedzy posiąść, mnie po Bruczkowskim i samej Bator już nic tu nie zaskoczyło. 

Kiedy byliśmy sierotami

Anglia, 1923. Bardzo młody pierwszoosobowy narrator, Christopher Banks skończywszy studia osiedla się w Londynie i zaczyna realizować swoje marzenie: stać się detektywem. Szybko się dowiadujemy, że dzieciństwo spędził w Szanghaju, że jego rodzice zostali tam porwani, a jego wychowywała ciotka. Miał japońskiego przyjaciela Akirę. W Londynie poznaje Sarę Hemmings, również osieroconą, która próbuje coś zrobić ze swoim życiem. Banks, już uznany detektyw, wraca do Szanghaju w 1937, tu się rozgrywa właściwa akcja książki: uczestniczy w bitwie o Szanghaj, kiedy Japończycy postanowili go podbić.

Nie do końca wiem, co myśleć o tej powieści. Sława narratora jako detektywa jest strasznie sztuczna, nie ma tu żadnych detali dotyczących jego pracy, czyta się to trochę jak opowieści dziecka z rodzaju „będę sławnym policjantem i będę walczyć ze złem”. Długą chwilę myślałam, że to właśnie jest tematyka Ishiguro: że chce pokazać człowieka, który się przechwala (udając skromność) ważnością swojej pracy, ale nie. Cała pierwsza część brzmi jednak trochę jak „Okruchy dnia”. Przy postaci Sary między wierszami domyślamy się, że bohater powinien się nią zainteresować i może poślubić, ale tego nie robi, adoptuje natomiast inną osieroconą dziewczynkę (no co, to jest właśnie Ishiguro – jak w tytule są sieroty, to w powieści musi być ich przynajmniej troje, przecież nie będzie się rozdrabniał). Druga część jest natomiast zupełnie inna w tonie. Wojna w Szanghaju opisana jest zaskakująco brutalnie, natomiast ma się tutaj wrażenie oglądania przerysowanego filmu wojennego. Epilog oczywiście wyjaśni wszystko, poza tym, o co mianowicie chodziło autorowi. Może o pokazanie kawałka historii chińsko-japońskiej, co niestety nie całkiem wyszło, jest to bardzo fragmentaryczne. Tytuł z kolei każe się uczepić nieszczęsnych sierot, które zdaniem Ishiguro najwyraźniej z natury nie umieją sobie ułożyć życia i są skazane na porażkę mimo wysiłków otoczenia. Trochę wątpię w tę prawdę objawioną, ale nawet gdyby tak było, to co moglibyśmy na to poradzić?

Exodus

Jestem absolutną fanką stylu Orbitowskiego. W oszałamiający sposób łączy potoczystość z precyzją, prostotę z oryginalnymi metaforami. To wygląda na pisane ciurkiem w gorączkowym natchnieniu, bez sprawdzania, a jednocześnie nie ma tam żadnej niezgrabności stylistycznej, żadnego zbędnego słowa. Nie rozumiem jak on to robi, i dlaczego inni tak nie umieją, ale zachwyt mi wystarczy.

Fabularnie jest prosto: pierwszoosobowy narrator, trzydziestoparolatek, w pośpiechu wyjeżdża z Warszawy oraz Polski. Przed czymś ucieka, nie wiemy przed czym. Boi się policji, choć dość szybko podkreśla, że nikogo nie zamordował. Likwiduje konta, niszczy dokumenty, prosi o bilet gdziekolwiek na Zachód, wysiada w Berlinie, a my razem z nim: opisy są niewiarygodnie plastyczne, byłam tam wszędzie i widziałam ludzi, których spotyka. Bohater działa pośpiesznie i w przerażeniu, nadużywa też często alkoholu, a jednak jego relacja jest dokładna i rzeczowa.

Wątek teraźniejszy przeplatany jest retrospekcjami: widzimy młodość bohatera, jego matkę i pierwszą ukochaną, która potem stała się jego żoną. Książka składa się z czterech części zatytułowanych nazwami czterech Hipokratesowych humorów i odpowiadającym kolejnym miejscom, w których Janek usiłuje ułożyć sobie życie. Części podzielone są na numerowane rozdziały. Na początku każdego rozdziału przewija się specyficznie skonstruowany refren, z którego dowiadujemy się dość szybko, co właściwie spowodowało ten gwałtowny zwrot w życiu bohatera, ale to nadal nie tłumaczy, przed czym ucieka ani dlaczego boi się policji.

Janek usiłuje czynić dobro. Pragnie odpokutować. Nie udaje mu się to, mimo wszelkich wysiłków pozostawia za sobą zgliszcza. A przynajmniej tak to wygląda aż do końcówki, która rzuca inne światło na postępowanie bohatera. To jest powieść o stracie i o nieumiejętności poradzenia sobie z cierpieniem. Orbitowski pokazuje, jak fałszywe jest przekonanie, że dostaje się tylko tyle, ile potrafi się unieść. Niektórzy dostają więcej. I nie, nie umierają od tego – nie ma tak prosto.

Grotte Chauvet

Z Orange pojechaliśmy do Grotte Chauvet, przejeżdżając przez malownicze gorges de l’Ardèche i zatrzymując się co chwila, żeby podziwiać widoki (oraz dać się przewiać mistralowi, choć za to wyszło słońce). Jaskinia Chauveta odkryta została w 1994, znajdują się w niej jedne z najstarszych na świecie malowideł naskalnych, i nie wolno jej zwiedzać. Wstęp jest ograniczony, tylko dla naukowców. 3 kilometry dalej w linii prostej została zbudowana jej replika (la Caverne du Pont-d’Arc) otwarta w kwietniu 2015. Z wyjątkiem klimatu nie widać, że rzecz jest sztuczna, zresztą dołożono ogromnych starań, żeby uzyskać efekt identyczny z oryginałem: zrobiono cyfrową replikę wnętrza prawdziwej groty, i wykonano 4 tysiące zdjęć w wysokiej rozdzielczości. Zdjęcia malowideł były rzutowane na skałę i artyści po nich malowali używając tej samej techniki, którą stosowali nasi przodkowie 36 tysięcy lat temu: węgla, hematytu, bądź drapania palcami w glinie. Jaskinia jest natomiast mniejsza od oryginału, i oczywiście jest tam zainstalowane odpowiednie oświetlenie oraz zrobiony wygodny chodniczek, czego w prawdziwej raczej nie można by było zrobić.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, sądziłam, że rysunki będą schematyczne i pojedyncze. Byłam absolutnie zafascynowana widząc ich jakość. Nie narysowałabym czegoś takiego nawet mając przed oczami zdjęcie, pod ręką najlepsze przybory i wygodnie siedząc, a przecież tamci artyści rysowali z pamięci, przy kiepskim oświetleniu, używając kawałka węgla albo skały, i pewnie na stojąco. No właśnie, przewodnik oznajmił, że z wysokości, na jakiej znajdują się rysunki, można wywnioskować, że malarz miał przynajmniej 175 cm wzrostu. Zastanawiam się, skąd wiadomo, że nie wszedł po prostu na jakiś pień drzewa, który potem został spalony. Albo na bryłę lodu. Zastanawiam się też, dlaczego nie malowali siebie nawzajem, albo drzew czy kwiatów; wyłącznie zwierzęta. A jeszcze bardziej fascynuje mnie, że nikt nie zatarł tych malunków. Być może wchodzili do tej jaskini tylko przez chwilę – żyły tam niedźwiedzie i lwy jaskiniowe. Było ich w każdym razie na pewno co najmniej kilku, zadziwiające, że nie byli o siebie zazdrośni, że nie wymazywali tego, co narysował poprzednik. Po paru tysiącach lat jaskinię odkryła kolejna grupa ludzi, oni też nie pomyśleli o zniszczeniu twórczości naskalnej. Przyszło mi do głowy, że było ich mniej, dbali o siebie nawzajem, zależało im na przetrwaniu, nie byli agresywni. Potem przyszli rozmaici najeźdźcy, których my jesteśmy potomkami. Jest nas też tak dużo, że mamy podświadomą ochotę pozabijać się nazwajem, stąd cała ta narastająca agresja w różnych społeczeństwach.

Jak zostałam dilerem

Mam kurtkę od deszczu, która jest czarna, bo tylko ta była przeceniona, a wcale nie chciałam dopłacać mnóstwa pieniędzy tylko za kolor. Ma również duży kaptur, który normalnie zakładam na kask, a kiedy nie mam kasku, mogę go zmniejszyć sprytnym ściągaczem. Ale kiedy wychodziłam w sobotę o 17:30 odebrać dziecko, które poszło ze świetlicą do kina, nie chciało mi się przy tym manipulować, kaptur spadał mi więc na oczy. Wcisnęłam się razem z kapturem w kąt pod świetlicą i czekałam. I czekałam. O 18 miałam już przed oczami wizje szpitali, nieszczęść, nagłych wypadków, kosmitów porywających dzieci, i uporczywie zastanawiałam się, dlaczego nie zadzwonili, co obiecali w razie spóźnienia. Przyszło mi do głowy, że może wrócili, syn poszedł prosto do domu, i czeka pod klatką na tym zimnie. Wylazłam z bramy i poszłam pod dom, rozglądając się pilnie spod kaptura, czy czasem właśnie nie idą. Pod klatką go nie zastałam, wróciłam więc pod świetlicę, rozglądając się w tym samym celu, i wcisnęłam się z powrotem w kąt. Po chwili zjawił się chłopaczek z szalikiem na pół twarzy.
– Przepraszam – zagaił nawet uprzejmie – mieszkasz tu?
Wymyśliłam w ułamku sekundy, że chce na pewno się dowiedzieć o jakiegoś lokatora klatki, pod którą stoimy, więc odparłam, że nie.
– To co tu robisz? – zapytał dalej. Zatkało mnie. Już się rozpędziłam, żeby gówniarzowi się spowiadać.
– Nie twoja sprawa – odparłam rzeczowo.
– Dlaczego tak tu chodzisz? – indagował dalej, niezrażony. W mojej duszy rozpętał się sztorm, śledzi mnie gówniarz jeden!
– Spaceruję sobie! – wydarłam się.
– Na pewno chcesz TU spacerować? – zapytał takim tonem, że nagle część mojego mózgu połączyła fakty: czarną kurtkę, kaptur na oczach, dziwnie z zewnątrz wyglądającą przechadzkę, wciśnięcie w bramę – oczywiście, że to jeden z miejscowych dilerów wziął mnie za konkurencję. Druga część mózgu zamierzała już wybuchnąć radosnym rechotem, ale pierwsza rzekła spokojnie „i z pewnością ma przy sobie co najmniej nóż, a jak nie, to ma w pobliżu kolegów, lepiej zrób coś TERAZ”.
– Mieszkam tu, na sąsiednim podwórku – spuściłam więc z tonu, ale chłopaczek już gdzieś dzwonił. Usłyszałam niewyraźne „nie mieszka tu”, po czym wręczył mi telefon.
– Mów! – Na wyświetlaczu widniało „Le Sang”, „Krew”, część mojego mózgu nadal strasznie chciała się bardzo głośno śmiać, druga część natomiast brzęczała „idiotko, teraz się lepiej starannie tłumacz, serio chcesz z nimi zadzierać?”
– To pomyłka, mieszkam tu, na sąsiednim podwórku – rzekłam do domniemanego szefa – tu jest świetlica, stoję pod nią, czekam na syna – ze stresu zrobiłam się gadatliwa. Szef najwyraźniej uznał, że tak idiotycznej konkurencji nie musi się obawiać, coś burknął, chłopaczek zabrał telefon i oddalił się szybkim krokiem. Za chwilę pojawiło się w końcu dziecko. Bardzo się pilnowałam, żeby w drodze do domu się nie rozglądać.

Kostucha

W ciągu jednej doby Francja straciła dwóch ludzi wielkiego formatu, bardzo odmiennych, lecz każdy zdawał się wieczny. 5 grudnia zmarł Jean d’Ormesson, pisarz, akademik od zawsze, nadal aktywny mimo swoich 92 lat. Za parę tygodni wyjdzie jego ostatnia książka, o znamiennym tytule „A ja nadal żyję”. Uroczystości pogrzebowe mają się zacząć jutro u Inwalidów.

Wczoraj natomiast ranek powitał nas wieścią o śmierci Johnny’ego Hallyday’a, co wszyscy przyjęli z ogromnym zaskoczeniem, choć było od dawna wiadomo, że jest poważnie chory. Zdawało się jednak, że kolejny raz z tego wyjdzie, jak zawsze. Usłyszałam o nim podczas mojego pierwszego pobytu we Francji, nie miałam jeszcze dwudziestu lat. Znajoma czternastolatka zapytała czy go lubię – nawet nie pytała, czy znam, jakby to było absolutnie oczywiste. Zgłupiałam totalnie, nazwisko brzmiało angielsko, a ja oglądałam MTV, nie mogłam pojąć, jakim cudem nawet nie kojarzę tak znanej postaci. To jeszcze nie były czasy przepaści pokoleniowej. Potem do mnie dotarło, że sławny jest głównie we Francji – za to totalnie. Znali go wszyscy: od niemowląt do stulatków. Kiedyś przypadkiem odkryłam cały sklep poświęcony wyłącznie Hallydayowi. W którymś momencie śmiałam się, że znam dokładnie jego życie prywatne i stan zdrowia, nie dało się bowiem uniknąć wzmianek, natomiast tak naprawdę nie słyszałam żadnej jego piosenki. Przestałam, kiedy pewnego dnia leciało w radiu coś, co mimochodem zidentyfikowałam jako piosenkę Hallydaya. Nawet nie wiem skąd i jak, jakoś przez osmozę. W sobotę Polami Elizejskimi ma przejść kondukt pogrzebowy Johnny’ego, natomiast zapowiadany w pierwszym momencie koncert jednak się nie odbędzie.

Orange

Z Avignon pojechaliśmy do miasta Orange, od którego nazwę wzięło późniejsze księstwo Oranii. Samo miasto powstało natomiast parę lat przed naszą erą, zbudowali je Rzymianie, którzy postawili tam około roku 20 również łuk triumfalny, żeby upamiętnić zwycięstwa Germanika, ojca Kaliguli i dziadka Nerona. Potem został nieco zabudowany, a w 1820 odrestaurowany pieczołowicie. Nadgryzł go nieco ząb czasu, ale jest bardzo piękny. Wokół najwyraźniej ostatnio zrobiono śliczne rondo, lśniące nowością.

W Orange jest też teatr rzymski, również pochodzący z samego początku naszej ery. Zamknięty został w 391, ale potem używany był do innych celów, dzięki czemu zachował się w dobrym stanie aż do gruntownych remontów w XIX wieku. Ma imponującą fasadę, która niestety jest aktualnie w remoncie, w całości zasłonięta rusztowaniem, i jeszcze trochę tak będzie. Trzeba będzie tam wrócić. Obejrzeliśmy go z pobliskiego wzgórza Saint-Eutrope, gdzie kiedyś był zamek książąt orańskich, i które może i jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale jest również niewiarygodnie przysypane potłuczonym szkłem. Co nawet mnie nie dziwi, zważywszy, że w grudniową niedzielę po południu miasto Orange było kompletnie wymarłe, nie znaleźliśmy ani jednej czynnej kawiarni, ani właściwie niczego.

Wracając z Orange zahaczyliśmy o Pont du Gard, również pochodzący z pierwszego wieku i zbudowany przez Rzymian. Stanowił część pięćdziesięciokilometrowego akweduktu doprowadzającego wodę do pobliskiego miasta Nîmes. Ten wodociąg funkcjonował przez pięćset lat. Most ma trzy piętra, w sumie 48 metrów wysokości, i jest wspaniały. Są na nim wyryte rozmaite napisy po łacinie, zawsze mnie wzrusza, że pisali to dwa tysiące lat temu, w ogóle nie myśląc, że to przetrwa tyle czasu i będzie hołubione. Most zachował się w doskonałym stanie, bo był remontowany od szesnastego wieku. Zwiedzanie jest płatne, przechodzi się przez budynek, w którym jest również muzeum. Można natomiast z samego mostu wyjść na szlak. Kiedyś to zrobię.

Avignon

Okazało się niedawno, że pociąg z Paryża do Avignon jedzie dwie i pół godziny. Sprawdzałam trzykrotnie, czy to aby TO Avignon, oraz odległość na mapie, bo wydawało mi się to jednak niemożliwe: drogami jest to 687 km. Wychowałam się w kraju, gdzie z Krakowa do Zakopanego jechało się pociągiem cztery godziny, nie pytajcie dlaczego jechałam pociągiem, zrobiłam to raz i nigdy więcej. Upewniwszy się solennie, że naprawdę dotrę do tego właśnie miasta Avignon na południu Francji, nabyłam bilety na TGV, w którym było wifi. Pociąg łączy się z rozstawionymi po drodze nadajnikami, w zasięgu jednego pozostaje około trzech minut, ale połączenie jest naprawdę niezłej jakości, i wcale się nie rwie. Można też w czasie rzeczywistym śledzić swoje położenie na mapie i aktualną prędkość (około 300 km/h). W TGV jest też bar, w którym zażądałam herbaty, pani ze smutkiem oświadczyła, że ma tylko o smaku czerwonych owoców, zaakceptowałam, lecz nagle obok ujrzałam uwielbiany przez mnie rooibos i poprosiłam raczej o niego.
– To nie jest thé, to jest infusion – odparła na to pani z oburzeniem. Jakoś ją przekonałam, że róża pod inną nazwą równie pięknie by pachniała, i naprawdę mam takie życzenie.

Jadąc na południe sprawdziłam prognozę pogody, miało być nieco cieplej niż w Paryżu, koło 5 stopni. Wysiedliśmy w Avignon i prawie przewrócił nas mistral. Odczuwalna temperatura była ujemna, wicher był lodowaty i przenikający wszystkie warstwy ubrań, pocieszające był tylko brak opadów. Następnego dnia wiatr wcale nie ustał, zaczęłam nawet myśleć, że przyjazd był złym pomysłem, i że może by przesiedzieć ten weekend w hotelu, ale jednak wyszliśmy i dotarliśmy do Palais des Papes. Miałam plan, żeby najpierw objechać miasto pociągiem turystycznym, z nadzieją schronienia się w ten sposób przed wiatrem, ale pociągu nie było widać, a bardzo miła sprzedawczyni pamiątek orzekła, że pewnie z powodu pogody go nie ma, i może po południu będzie jeździć. Poszliśmy więc zwiedzać wnętrze pałacu.

Dominujący nad miastem pałac papieski ma zachwycające kwadratowe wieże, pochodzące z pierwszej połowy czternastego wieku. Budowało go dwóch francuskich papieży, po tym jak Jan XXII przeniósł się do Avignonu, potem mieszkali tam kolejni. Po Rewolucji były tam koszary, potem więzienie. Do zwiedzania otrzymuje się tablet z mapą pałacu, już odwiedzone sale zaznaczają się na niej na zielono, oraz automatycznie włącza się nagranie objaśniające, co widzimy. Niestety nie ma wersji dla dzieci, jest za to inna rozrywka: w najważniejszych salach umieszczony jest na środku medalion, na który należy naprowadzić kamerę tabletu, i wtedy „przenosimy się w czasie”: oglądając salę przez tablet widzimy wystrój, jaki mógł się tam znajdować w czasach świetności pałacu. W niektórych kątach ukryte są skarby, bardzo to jest sprytnie zrobione, najwyraźniej losowo – nigdy nie miałam skarbu w tym samym miejscu, co dziecko, więc mieliśmy podwójną radość. Poza tymi urozmaiceniami wnętrza są dość skromne, delikatnie mówiąc, choć architektonicznie wspaniałe. Tym większe wrażenie robią trzy sale, w których zachowały się malowidła na ścianach. W trakcie zwiedzania wychodzi się na taras na dachach, z którego jest bardzo malowniczy widok na okolicę, ale nie napawaliśmy się nim długo ze względu na pogodę. Myślę, że papieże też tam nie wychodzili w czasie zimowego mistralu. Zachwyciły mnie natomiast sklepienia (oryginalnie przepięknie zdobione), a zwłaszcza kuchnia, która jest gołym i pustym pomieszczeniem, więc turysta wzrusza ramionami, po czym niechcący spogląda w górę, i już tak zostaje z szeroko otwartymi oczami, sufit bowiem jest wysklepiony, bardzo wysoki, i zwężający się w fantastyczny komin.

Potem przechodząc pod bardzo pięknymi i nieco się rozsypującymi czternastowiecznymi murami obronnymi (tabliczki ostrzegają, żeby uważać na spadające kamienie) zeszliśmy nad Rodan rzucić okiem na most. Tylko tyle mogliśmy zrobić, bo most był zamknięt z powodu wiatru, oczywiście. Oficjalnie nosi nazwę Pont Saint-Bénézet, most świętego Bénézeta, tak nazywano bowiem chłopca, który w 1177 mając 12 lat otrzymał rozkaz boski, aby zbudować w Avignon most. Przekonał miejscowego biskupa i most powstał dość szybko (ukończony w 1185), swoją drogą wiara w wolę boską w tamtych czasach była znacznie potężniejsza, jakoś dzisiaj się nie słyszy o nikim, kto przekazywałby architektoniczne życzenia z niebios. W każdym razie młody Bénézet ukończenia budowy pono nie dożył, a musiała być wspaniała: 915 metrów długości i 22 łuki. Przypływ Rodanu zniszczył most w siedemnastym wieku, zostały z niego tylko cztery łuki, które stoją tam  do dzisiaj. Na drugi brzeg dojść już nie można. Wbrew popularnej piosence Awiniończycy wcale na nim nie tańczyli, ale możliwe, że pod nim i owszem.

Po obiedzie rzeczywiście pojawił się na placu pociąg turystyczny, i pozwolił nam objechać centrum miasta bez narażania się na przewianie do szpiku kości. Najpierw się wjeżdża na Rocher des Doms, gdzie jest park. Musi tam być pięknie wiosną i latem, my się nacieszyliśmy głównie widokiem na most. Obejrzeliśmy też parę pięknych fasad, Operę, ratusz czy L’Hôtel des Monnaies. Potem zajrzeliśmy do Musée Requien, gdzie jest mnóstwo wypchanych zwierząt, w tym wilki, ku radości mego dziecka.

Miasto Archipelag. Filip Springer

Pomysł był prosty: napisać o wszystkich tych miastach, które utraciły status wojewódzkich po reformie w 1998. Springer opowiada, jak sobie uświadomił, że nie można ich połączyć żadną linią, ani na mapie, ani w przenośni: ma do czynienia z archipelagiem miast i opowieści. Taka jest też struktura tego zbioru reportaży, niektóre miasta mają jakiś temat wspólny (rzeka, kopalnia), inne są zupełnie odrębne. Niemal wszystkie łączy jednak odpływ mieszkańców między 1999, a teraźniejszością. Autor stara się pokazać, dlaczego. Rozmawia z mieszkańcami, drąży tematy, i wstawia migawki z drogi, podróżuje bowiem komunikacją publiczną, pociągami i autobusami. W tej Polsce to metoda zawodna. W tej Polsce, której przyznaję, nie znam, całe życie mieszkanka wielkich miast. Niegdyś regularnie bywałam w Wałbrzychu, ale jeszcze był miastem wojewódzkim; parę razy w Jeleniej Górze, Bielsku-Białej, Nowym Sączu, w tym roku odwiedziliśmy Chełm, Przemyśl i Zamość: to wszystko z listy trzydziestu jeden przecież sporych miast, których nazwy znam ze szkoły.

Springer pokazuje ludzi, którzy wiedzieli, że muszą wyjechać, że tu (gdziekolwiek by tu się nie znajdowało) nie mają przyszłości. Są tu też tacy, którzy wrócili, wbrew wszelkiej logice. Najbardziej chyba porusza ta Ukrainka z Przemyśla, mająca w rynku domową piekarnię (bardzo żałuję, że nie przeczytałam tego przed sierpniową wizytą w tym mieście). I ta dwójka z Suwałk, którzy wbrew wszystkiemu założyli tam firmę informatyczną, obsługującą klientów zagranicznych. Ich biurowiec stoi w szczerym polu. Przejmująca, choć jakby z innej bajki, jest też opowieść o Dagaramie, tarnowskim szaleńcu i genialnym architekcie wizjonerze. Wszystko czyta się świetnie, nawet jeśli dominuje tu ton minorowy.

Dwa razy większa od Polski Francja, mająca półtora raza więcej mieszkańców, dzieli się na 96 departamentów. Ten pomysł Gierka stworzenia 49 województw zdaje się więc być proporcjonalnie sensowny. Francuzi jednak ten podział mają od czasu rewolucji francuskiej, a poza tym zorientowali się, że departamenty są za małe i za słabe gospodarczo, wprowadzili więc dodatkowy podział na regiony. Może to byłby sensowny pomysł na reformę w roku 1999, stało się jednak inaczej.