Jak zostałam dilerem

Mam kurtkę od deszczu, która jest czarna, bo tylko ta była przeceniona, a wcale nie chciałam dopłacać mnóstwa pieniędzy tylko za kolor. Ma również duży kaptur, który normalnie zakładam na kask, a kiedy nie mam kasku, mogę go zmniejszyć sprytnym ściągaczem. Ale kiedy wychodziłam w sobotę o 17:30 odebrać dziecko, które poszło ze świetlicą do kina, nie chciało mi się przy tym manipulować, kaptur spadał mi więc na oczy. Wcisnęłam się razem z kapturem w kąt pod świetlicą i czekałam. I czekałam. O 18 miałam już przed oczami wizje szpitali, nieszczęść, nagłych wypadków, kosmitów porywających dzieci, i uporczywie zastanawiałam się, dlaczego nie zadzwonili, co obiecali w razie spóźnienia. Przyszło mi do głowy, że może wrócili, syn poszedł prosto do domu, i czeka pod klatką na tym zimnie. Wylazłam z bramy i poszłam pod dom, rozglądając się pilnie spod kaptura, czy czasem właśnie nie idą. Pod klatką go nie zastałam, wróciłam więc pod świetlicę, rozglądając się w tym samym celu, i wcisnęłam się z powrotem w kąt. Po chwili zjawił się chłopaczek z szalikiem na pół twarzy.
– Przepraszam – zagaił nawet uprzejmie – mieszkasz tu?
Wymyśliłam w ułamku sekundy, że chce na pewno się dowiedzieć o jakiegoś lokatora klatki, pod którą stoimy, więc odparłam, że nie.
– To co tu robisz? – zapytał dalej. Zatkało mnie. Już się rozpędziłam, żeby gówniarzowi się spowiadać.
– Nie twoja sprawa – odparłam rzeczowo.
– Dlaczego tak tu chodzisz? – indagował dalej, niezrażony. W mojej duszy rozpętał się sztorm, śledzi mnie gówniarz jeden!
– Spaceruję sobie! – wydarłam się.
– Na pewno chcesz TU spacerować? – zapytał takim tonem, że nagle część mojego mózgu połączyła fakty: czarną kurtkę, kaptur na oczach, dziwnie z zewnątrz wyglądającą przechadzkę, wciśnięcie w bramę – oczywiście, że to jeden z miejscowych dilerów wziął mnie za konkurencję. Druga część mózgu zamierzała już wybuchnąć radosnym rechotem, ale pierwsza rzekła spokojnie „i z pewnością ma przy sobie co najmniej nóż, a jak nie, to ma w pobliżu kolegów, lepiej zrób coś TERAZ”.
– Mieszkam tu, na sąsiednim podwórku – spuściłam więc z tonu, ale chłopaczek już gdzieś dzwonił. Usłyszałam niewyraźne „nie mieszka tu”, po czym wręczył mi telefon.
– Mów! – Na wyświetlaczu widniało „Le Sang”, „Krew”, część mojego mózgu nadal strasznie chciała się bardzo głośno śmiać, druga część natomiast brzęczała „idiotko, teraz się lepiej starannie tłumacz, serio chcesz z nimi zadzierać?”
– To pomyłka, mieszkam tu, na sąsiednim podwórku – rzekłam do domniemanego szefa – tu jest świetlica, stoję pod nią, czekam na syna – ze stresu zrobiłam się gadatliwa. Szef najwyraźniej uznał, że tak idiotycznej konkurencji nie musi się obawiać, coś burknął, chłopaczek zabrał telefon i oddalił się szybkim krokiem. Za chwilę pojawiło się w końcu dziecko. Bardzo się pilnowałam, żeby w drodze do domu się nie rozglądać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s