Jonathan Strange i pan Norrell

To kolejna książka, której tytuł znam od lat (powieściowe Hugo 2005 i parę innych nagród), a której przeczytanie odkładałam również od lat, myśląc, że to znowu jakaś tam fantasy, o magach, pewnie taki Harry Potter dla nie całkiem dorosłych… Nic bardziej mylnego. Owszem, to jest o magach, natomiast to jest wiktoriańska powieść o magach, i Clarke kupiła mnie natychmiast całkowicie. Rzecz dzieje się w początkach XIX wieku, magowie wyłącznie studiują magiczne księgi zamiast cokolwiek praktykować, aż okazuje się, że jest taki, który owszem – praktykuje. To pan Norrell. Drugi bohater tytułowy pojawia się dość późno, za to od razu włącza się do akcji. Jego pomoc okazuje się niezbędna w trakcie wojen napoleońskich, choć w pierwszej chwili Wellington oznajmia, że bynajmniej nie potrzebuje maga i ten będzie musiał mocno się natrudzić, żeby udowodnić własną przydatność. W tle tajemniczy dżentelmen o włosach jak puch ostu snuje swoje złowrogie knowania, oraz przewija się parę innych intryg drugoplanowych.

Nie wiem, co zachwyca mnie w tej powieści najbardziej, a jest z czego wybierać. Przede wszystkim magii można tutaj zwyczajnie nauczyć się z ksiąg, jest częścią życia, w szkole uczy się jej historii, a prawie nikt się nią nie zajmuje, bo nie ma ochoty. Coś jak fizyka, wszyscy uczymy się w szkole podstaw i teorii, ale żeby jakiś praktyczny użytek z niej zrobić, to tylko wybrańcy. Magia w ogóle jest bardziej ciężką pracą niż darem, bardziej na sposób Le Guin niż Tolkiena z jego machnięciem różdżką. Następnie bohaterowie, są zachwycający – oraz irytujący – w swojej zmienności i pełnowymiarowości. Relacja łącząca Strange’a i Norrella jest skomplikowana, zmienia się w czasie, ani to wrogowie ani przyjaciele, żadnej tu łatwej jednoznaczności. Potem Anglia i jej historia, Clarke powtarza tysiąc razy, że chodzi tu specyficznie o magię angielską. I w końcu miłość do ksiąg, historia – alternatywna, ale jednak solidny kawałek historii, stylistyka, Król Kruków,  aluzje literackie, pomysłowość, dygresje, opowieści, przypisy, przypisy, przypisy (z nich samych mogłaby parę opowiadań wykroić, jest ich 187: ktoś, kto tak kocha przypisy, musi być moją bratnią duszą), wszystko!

Autorka fantastycznie godzi tajemnicze i niepojęte z przyziemnym i codziennym, ta mieszanka przywodzi na myśl dziewiętnastowieczną opowieść niesamowitą, ale jest swoista i oryginalna. Najlepiej chyba podsumowuje jej klimat fragment, w którym Wellington pyta powątpiewająco, czy mag może zabić magią człowieka, na co Strange odpowiada, że mag pewnie tak, natomiast dżentelmen nie powinien. Clarke doskonale panuje nad materią swojej powieści; mimo specyficznej drobiazgowości i braku wyraźnej akcji, ani przez chwilę nie nudzi czytelnika. A wręcz ze dwa razy mnie zaskoczyła, ale nic w tym dziwnego: tu jak w życiu, nie wiadomo co za chwilę się stanie. Jest znakomita aż do dramatycznej, świetnie wyważonej końcówki. Mimo objętości miałam niedosyt, czytałabym dalej.

Makuszyński. Mariusz Urbanek

W biografii Makuszyńskiego najbardziej mnie zaskoczył jego smutny koniec życia, w biedzie i zapomnieniu, a raczej odrzuceniu w nowych powojennych czasach jego twórczości. Niby wiedziałam, a jednak – przecież to Makuszyński. Zmarł w 1953 przed siedemdziesiątką, a gdyby pożył jeszcze parę lat, zobaczyłby swoje książki na nowo wydawane. Do dziś pamiętam, jak nad „Awanturą o Basię” chyba pierwszy raz w życiu płakałam nad książką. I jak mnie wciągnął „Szatan z siódmej klasy” i „Panna z mokrą głową”, mimo realiów odbiegających od moich ówczesnych. Urbanek nie oszczędza swojego bohatera, wypomina mu mizoginizm i antysemityzm, zaskakujące u kogoś, kto w wielu książkach miał pozytywne bohaterki, przyjaciół Tuwima i Słonimskiego, i widział świat w złotych kolorach. Zdziwiło mnie też, że nie miał dzieci, choć miał dwie żony (po kolei, nie jednocześnie). Interesująca biografia.

Vélib’

System rowerów miejskich Vélib’ (od vélo – rower i libre – wolny) wprowadzony został w Paryżu dziesięć lat temu, przyjął się znakomicie. Widok cyklisty na szarym rowerze stał się częścią codziennego krajobrazu, samej parokrotnie zdarzyło mi się skorzystać z usługi. W ubiegłym roku stołeczni włodarze postanowili ulepszyć dobre i ogłosili przetarg na Vélib’ drugiej generacji. Dotychczas zajmująca się tym firma przegrała, przyszło nowe. Miało być 600 stacji na 1 stycznia, 26 stycznia jest ich… 107. Mer Paryża Anne Hidalgo wyraża niezadowolenie i straszy karami finansowymi, Smovengo tłumaczy się złą jakością podłoża i obiecuje poprawę.

Tymczasem z okazji skorzystali inni gracze, w grudniu pojawiły się w mieście rowery trzech marek, które nie mają stacji, bierze się je prosto z ulicy korzystając z geolokalizacji i tamże  zostawia. Brzmi świetnie. W praktyce dwie z tych firm już zbankrutowały z powodu kradzieży i zniszczeń sprzętu. Władze Paryża krytykują pomysł, ponieważ zostawianie rowerów byle gdzie zaśmieca ulice i chodniki. Przedwczoraj jednak przeczytałam, że na ulicach pojawią się kolejne rowery chińskiego operatora Mobike. Mają być odporniejsze na zniszczenia.

Katar

Na fali Lema zakończyłam ubiegły rok „Katarem” (1975). Narrator jedzie z Neapolu do Rzymu, wcielając się w innego mężczyznę, co z początku jest dość dezorientujące. Dość szybko jednak dowiadujemy się, że tamten nie żyje, i że trasa bohatera ma pomóc odtworzyć, co się właściwie wydarzyło. Potem okazuje się, że podobnych śmierci było więcej, wyglądających w zasadzie na samobójstwa, ale w zdumiewająco niejasnych okolicznościach. Pięćdziesięcioletni narrator jest byłym astronautą, drobiazgowość opisu jego podróży miesza się ze wspomnieniami, bardzo to jest ładnie zrobione. Że to Lem, widzimy wyraźnie w drugiej połowie książki, gdzie narrator zwraca się z prośbą o pomoc do znajomego, który do śledztwa wykorzystuje komputer. Tam też rozgrywają się kluczowe sceny książki, mówiące o rozkładzie prawdopodobieństwa i prawie wielkich liczb.

W „Katarze” jest też mimochodem kawałek futuryzmu: Lem przepowiada ze zdumiewającą trafnością zamachy i kwestie bezpieczeństwa na lotniskach (choć terrorystą czyni Japończyka). Niesympatyczny natomiast jest akapit o „podziemiu feministycznym” porywającym mężczyzn. Narrator zastanawia się, czegóż te baby chcą, przecież on im nie chce krzywdy robić – a skoro on nie, to na pewno nikt. Z trudem, ale wybaczam ulubionemu pisarzowi ten debilizm. Lem szczerze wierzył, ze wystarczą odpowiednie zalety umysłu, żeby osiągnąć, czego się pragnie, że inne okoliczności nie mają znaczenia, i że jeśli kobiety nie latają w kosmos, to tylko dlatego, że po prostu nie chcą. Sama w młodości byłam podobnego zdania; potrzebowałam doświadczenia i aktualnej wiedzy, żeby zrozumieć więcej. Wierzę, że gdyby Lemowi było to dane, nie pisałby takich głupot.

Opowiadania Hugo i Nebula: 2013

Nebula
Otrzymała Aliette de Bodard za ”Immersion”, nominowane również do Hugo. Znakomite. Galaktyczne imperium rządzi światem, na małej orbitalnej stacji żyją sobie lokalni, czasem noszą otrzymane od Galaktyków immersery, do wirtualnej rzeczywistości, ale bardziej, bo zmieniają i wygląd człowieka w realu. Narracja podzielona jest na dwa wątki, jednego bohaterką jest miejscowa siostrzenica właściciela restauracji, a drugiego bezimienna z początku kobieta. Jest to może nie do końca oryginalne, ale świetnie pomyślane, odmalowane i napisane. Autorka jest córką arystokraty francuskiego i Wietnamki, mieszka w Paryżu, ale urodziła się w Nowym Jorku i pisze po angielsku. Będę ją na pewno jeszcze czytać.

Nominowane były:
Helena Bell ”Robot”. Obłędne, niezwykłe, przejmujące, dopracowane, prawdziwie poetyczne.

Tom Crosshill ”Fragmentation, or Ten Thousand Goodbyes”  Narrator ma starzejącą się matkę oraz zaawansowaną wirtualną rzeczywistość. Nie przekonało mnie kompletnie. Przegadany melodramat.

Leah Cypess ”Nanny’s Day”  Wszyscy wiedzą, że niani nie trzyma się dłużej niż trzy miesiące. Tylko że narratorce trzy miesiące zleciały nie wiadomo kiedy, i kiedy w końcu ma wolny weekend, który może spędzić z trzyletnim synkiem, ten robi aferę, że chce, aby to opiekunka się nim zajmowała cały czas. Tymczasem nianie wygrywają sprawy o opiekę nad dzieckiem, ponieważ od więzów biologicznych (potępiany bioizm) ważniejszy jest w tym świecie czas mu poświęcany. Błyskotliwe w każdym calu. Autorka ma dzieci nie jedno, tylko czworo, oraz owszem studiowała prawo i pracowała w zawodzie.

Maria Dahvana Headley ”Give Her Honey When You Hear Her Scream”. Zabawne, doskonale napisane, oryginalne opowiadanie o miłości, zdradzie i zemście. Tak, to właśnie napisałam, „ORYGINALNE opowiadanie o miłości, zdradzie i zemście”, będąc w pełni rozumu.

Ken Liu ”The Bookmaking Habits of Select Species” (polski przekład). Pisałam o nim, bardzo mi się podobało.

Cat Rambo ”Five Ways to Fall in Love on Planet Porcelain”. Protagonistka pracuje w biurze turystycznym na planecie Porcelanie, zrobiona jest z fajansu, a jej szef z porcelany. Absolutnie zaskakujące.

Do Hugo nominowane było jeszcze, oprócz zwycięskiego Kena Liu „Mono no Aware” (opisałam), Kij Johnson ”Mantis Wives”. Przedziwna wyliczanka sposobów, w jakie modliszka może uśmiercić swego męża, noszących nazwy kojarzące się z Kamasutrą albo ze sztukami walki. Połączenie obu jest tu oczywiście głównym tematem, nie do końca mnie przekonało, ale ciekawa pisarka to jest, będę do niej jeszcze wracać.

-> 2014

Downsizing

Jeśli się widziało trailer, to pierwsza połowa filmu jest jego rozwlekłym powtórzeniem, można by się na nią spóżnić, albo przedrzemać. Norweski naukowiec wynajduje metodę zmniejszania ludzi do 12 cm; równolegle widzimy naszego głównego bohatera, Paula Safranka z Omahy (Matt Damon) opiekującego się umierającą matką. Dziesięć lat później zmniejszeni ludzie żyją w luksusach i namawiają wszystkich na ten nieodwracalny krok, a Safranek razem z żoną się wahają. Właściwie byłam niesprawiedliwa z tym drzemaniem na początku: dużo tu przepięknych scen i fantastycznego zmysłu obserwacji, lekko satyrycznego, za który uwielbiam Payne’a nie od dziś. Mimochodem na przykład przewija się pogląd, że pomniejszeni nie powinni mieć normalnego prawa głosu: nie wytwarzają PKB. W końcu Paul decyduje się na zmniejszenie i zamieszkanie w Leisurelandzie. Tu zaprzyjaźnia się ze swoim sąsiadem Dušanem – absolutnie cudowny Christoph Waltz, którego żywiołowo nienawidziłam po „Big Eyes” Burtona. Poznaje również wietnamską dysydentkę, zmniejszoną przez swój rząd za karę, aktualnie sprzątającą mieszkania oraz niosącą pomoc, ponieważ Leisureland wbrew reklamom i nadziejom oczywiście wcale nie jest rajem na Ziemi.
Zmniejszanie ludzi ma być remedium na przeludnienie Ziemi i uratować ją przed katastrofą ekologiczną, która jednak i tak nastąpi. Postać szlachetnej twardzielki Ngoc Lan Tran jest straszliwie przesłodzona, ale zagrana tak uroczo, że nie miałam serca się czepiać. Wymowa filmu jest tutaj mocno tendencyjna, a sama końcówka oczywista, przegadana i płaska. Payne jednak dotyka naprawdę interesujących tematów. Przyznaję, że przez chwilę marzyłam o tym, żeby zmniejszenie było naprawdę możliwe, chociaż reżyser dość brutalnie pokazuje całą procedurę, i sugeruje, że w niektórych przypadkach kończyła się fatalnie. To te liczne szczegóły sprawiają, że mimo oczywistych wad nie do końca umiem się zgodzić z relatywnie słabymi ocenami filmu. Na pewno za dużo tu srok łapanych za ogon: i społeczna degrengolada, i altruizm, i ekologia, i durnawe dowcipy, i masa innych rzeczy. Zdecydowanie wolałabym inne zakończenie, i wolałabym innego aktora do roli Safranka, Damon jest męczący w charakterze amerykańskiego wioskowego głupka, natomiast doceniam odwagę i rozmach Payne’a. To mógł być genialny film. Nie jest – ale to był upadek z naprawdę wysokiego konia, nie pomniejszonego.

Henderson król deszczu

Lem, krytykujący niemal całą istniejącą literaturę (i trochę nieistniejącej) w pewnym momencie wyznaje w listach do Kandla, że specjalnie dla niego została napisana powieść Bellowa „Henderson król deszczu”. Zachłysnęłam się z wrażenia, bo to była moja absolutnie ukochana książka w młodości. Nie czytałam jej od wielu lat, chociaż nadal doskonale ją pamiętam i znam na pamięć zakończenie. Przez Lema wróciłam do niej teraz, oczywiście nie bez obaw – a co, jeśli się zestarzała, albo nie będzie mi się podobać? Niesłusznie się martwiłam, nadal jest wspaniała.

Bellow zbudował całą powieść na swoim bohaterze, nie mającym sobie równych w literaturze. Kiedy poznajemy Hendersona, jest wielkim, potężnym pięćdziesięcioletnim Amerykaninem, bogatym po ojcu, porywczym, agresywnym, nieokrzesanym – i szukającym sensu życia. Posiadającym miliony wędrowcem i podróżnikiem. Człowiekiem brutalnym wygnanym w świat. Człowiekiem, który uciekł z własnej ojczyzny założonej przez jego przodków. Człowiekiem, którego serce mówiło: Ja chcę! Który grał w rozpaczy na skrzypcach, szukając głosu aniołów. Który musiał zbudzić duszę ze snu, bo inaczej… Ma w głowie głos powtarzający uporczywie „ja chcę”, próbując go zaspokoić rzuca się w wir coraz to nowych szalonych pomysłów, aż w końcu wyjeżdża do Afryki, i o tym jest książka (przy czym nie należy się spodziewać realistycznego obrazu Afryki). Niewiarygodną jej siłą jest sposób narracji: autoironiczny, a jednocześnie prawdziwszy niż życie. Bellow uzyskuje jakąś oszałamiającą, natchnioną równowagę między ironią, zabawą, łagodną kpiną, a autentycznym wzruszeniem. Od początku do końca oglądamy świat oczami Hendersona, a jest to punkt widzenia tyleż bardzo ludzki, co egzotyczny.

Nie umiem pisać o tej książce, za bardzo ją lubię. Jest naprawdę wyjątkowym dziełem. Bellow stworzył zdumiewającą mieszankę pomysłów i znaczeń, widzę ją jak oszlifowany diament każdą fasetką odbijający światło innego koloru i w inną stronę. I to jest rzadki przypadek literatury doskonałej, a jednocześnie pozytywnej – choć tu kolejna sprzeczność, jest w niej często mowa o śmierci. Lecz Henderson ze swoją witalnością śmieje jej się w twarz. Podejrzewam, że Hal Bregg z „Powrotu z gwiazd” ze swoją absurdalną fizycznością był nieco inspirowany bohaterem Bellowa.