Mock. Ludzkie zoo.

1914, czyli rok po wydarzeniach z „Mocka„. Mock ma lat 31, nadal jest kawalerem, i spotyka się z Marią, która nocami słyszy płacz dzieci i krzyki kobiet. Mock szybko wykrywa skąd te odgłosy dobiegają, a potem pakuje się w środek afery. Mocno przewidywalnej. Nie umiem się zdecydować, czy będące emblematem tego cyklu opisy jedzenia cieszą jak zwykle, czy jednak już nużą, ale raczej to drugie. Najbardziej jednak nudzi i męczy kolejna zdeprawowana niemiecka arystokratka: wzdychałam głośno i wywracałam oczami, bo ileż można. U Sapkowskiego w „Wieży Jaskółki” pojawia się przelotnie jedna taka hrabina z zamiłowaniem do sadyzmu, i ona jest lepiej napisana. Mock zaś wcale nie chce się żenić z Marią, i te fragmenty są tu chyba najlepsze, ponieważ cała reszta robi wrażenie pisanej na kolanie. Nie ma trupów, nie ma żadnej zagadki, bo wszystko właściwie wiadomo od początku. Opisy tego, co zwyrodnialec zamierza zrobić kolejnej ofierze, są ohydne i męczące, nie wspominając o tym, że „nie zabijemy cię, bo NIE MOŻEMY, ale będziemy cię dręczyć” jest kompletnie idiotyczne i wydumane. Dobiło mnie pięciokrotne informowanie w przypisach, że należy sięgnąć po poprzedni tom. Brakuje doprawdy tylko linka do księgarni internetowej. Mam nadzieję, że kolejnej z cyklu już nie będzie.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Nastoletnia córka Mildred Hayes została dziesięć miesięcy temu brutalnie zgwałcona i zamordowana. Sprawców do tej pory nie znaleziono, jej matka wykupuje więc trzy stare billboardy przy nieuczęszczanej drodze i umieszcza tam oskarżenie pod adresem lokalnego szefa policji Willoughby’ego. Ten ma raka, nie zostało mu wiele życia, ale to nie powstrzyma Mildred. A to dopiero początek całej plątaniny zdarzeń, strasznych, bolesnych, a miejscami śmiesznych. Zapomniałam już, jak to jest jednocześnie płakać i śmiać się. McDormand w roli Mildred jest obłędna w każdej sekundzie, absolutnie przekonująca, twarda, zrozpaczona, zdeterminowana. Rewelacyjnie – i oszczędnie – pokazana jest jej relacja z byłym mężem, bardzo trudna, rozstali się w złych okolicznościach, ale przecież nadal łączą ich dzieci i jakieś wspomnienia. To wszystko w może trzech scenach. Przerysowana jest natomiast postać Dixona, ale nie dziwię się, że twórcy chcieli zrównoważyć dramatyzm, poza tym potrzebny był jakiś zwrot akcji, jeśli nie miał powstać dramat polski z kategorii ciężkich*.

Nie obejrzałabym tego filmu, bo trailer mnie zupełnie nie zachęcił. Zrobiły to jednak dwie wzmianki na fejsie, w tym Zuzanki, która ma całkowitą rację pisząc, że to najlepszy ubiegłoroczny film. I w dodatku jest to pierwszy w moim życiu film amerykański, który skończył się dokładnie w tym momencie, w którym pomyślałam „o – i tu może być koniec”. No dobrze, brytyjsko-amerykański, więc pewnie się jednak nie liczy.

_______
*K.I. Gałczyński „Zielona Gęś”

Frappe-toi le coeur

W roku 1971 Marie, najpiękniejsza z całej wioski, ma lat 19 i lubi, żeby otoczenie jej zazdrościło. Zdobywa przystojnego Oliviera, głównie dlatego, że jest upragniony przez wszystkie, a przecież to ona musi mieć, co najlepsze. Błyskawicznie zachodzi w ciążę, i ma poczucie, że jej życie się właśnie skończyło. Córeczka Diane jest prześlicznym dzieckiem, więc Marie z zazdrości ją odrzuca, nie okazując jej żadnej czułości ani zainteresowania. Wszystko się zmienia, kiedy na świat przychodzi Nicolas, którego Marie bardzo kocha. Diane tłumaczy sobie, że to z powodu płci. Za chwilę Marie znów zachodzi w ciążę, i Diane ma nadzieję, że to znów będzie chłopiec, żeby nie cierpiał tak jak ona z powodu odrzucenia przez matkę. Co stanie się dalej z tą śliczną, inteligentną i mądrą dziewczynką, która z powodu tytułowego fragmentu z de Musseta chce zostać kardiologiem?

To jest Nothomb ze tym swoim specyficznym sposobem narracji, który nadal jest mi trudno sklasyfikować. Ta książka przypomina prześwietlone zdjęcie: ona stawia swoich bohaterów na scenie w ostrym świetle reflektorów, i dokonuje wiwisekcji. Być może są przejaskrawieni, być może brakuje tu cieni, ale pozostają przy tym ludzcy. To wydaje się zwodniczo proste, czytałam zdanie po zdaniu mrucząc do siebie „no przecież też bym tak umiała, nawet po francusku… a może jednak nie”. Zawsze tak mruczę przy Nothomb, i zawsze mnie powala jej absolutna konsekwencja oraz precyzja i jasność wykonania. Wracając do tej powieści, jest o macierzyństwie, związku matki z córką, wychowaniu dzieci, dojrzewaniu, związkach międzyludzkich, rozmaitości uczuć. Dużo zaskakująco poważnych tematów. Nothomb kolejny raz potwierdza moje poczucie, że potrafi napisać wszystko, pozostając jednocześnie niezmiennie sobą. Oczywiście w tej książce również pojawia się słowo pneu (opona), jak we wszystkich innnych, przynajmniej tych wydanych (podobno ma ich w zapasie o wiele więcej, bo pisze 3-4 rocznie, wydaje jedną).

The Post

Rok 1966, Wietnam. Dziennikarz Daniel Ellsberg obserwuje działania militarne, i nie podoba mu się to, co widzi. Ale sekretarz obrony Robert McNamara nie chce o niczym słyszeć, wie przecież lepiej. Pięć lat później Ellsberg wykrada tajne rządowe raporty, z których wynika, że władza niemal od początku zdawała sobie sprawę z daremności tej wojny, a jednak kontynuowała wysyłanie młodych ludzi do Wietnamu. Ellsberg przekazuje papiery do „The Times”. Wybucha afera, gazeta otrzymuje sądowy zakaz publikowania dalszych tekstów na ten temat. Równolegle na giełdę wchodzi „The Washington Post”, lokalny dziennik rządzony przez Katharine Graham, po samobójczej śmierci jej męża. Kay musi się liczyć z inwestorami, ale jednocześnie chciałaby, żeby gazeta stała się bardziej wpływowa.

Spielberg zrobił klasyczny film pełen amerykańskiego dramatyzmu, ale to wysokie c się tutaj broni. Trzyma w napięciu do końca, nawet jeśli doskonale wiemy, co się wydarzy. Meryl Streep jest oczywiście niezrównana, inni aktorzy też są bardzo dobrzy. Patetyczne pytania, komu ma służyć prasa, brzmią w tym kontekście naturalnie. Poboczne kwestie, jak przyjaźń dziennikarzy z politykami, też są tu ładnie pokazane. Scena finałowa urocza.

Krótkie opowiadania nominowane do Nebuli 2017

Fandom for Robots”, Vina Jie-Min Prasad.
Świadomy robot Computron odkrywa anime, a potem fanfiki. Następnie zaczyna pisać własne. Bardzo zabawne, w ogromnej części napisane jako wymiana maili albo postów na forum, doskonale podrobiony styl.

Welcome to Your Authentic Indian Experience™”, Rebecca Roanhorse.
Drugoosobowa narracja, za którą nie przepadam. Bohater jest Indianinem i przewodnikiem w VR Indian Experience™, czyli pozwala Turystom poczuć autentyczne życie indiańskie. Dopóki jeden Turysta nie poczuje się rozczarowany. Bardzo dobre, niejednoznaczne.

Utopia, LOL?”, Jamie Wahls.
A tu z kolei bohaterka jest przewodnikiem po przyszłości i odbiera kolejnego zamrożeńca z naszych czasów. Przewodnik nie jest całkiem taki, jakiego oczekiwalibyśmy, my XXI-wieczni homo sapiens. Dość ładne, dość oczywiste.

Clearly Lettered in a Mostly Steady Hand”, Fran Wilde.
W drugiej osobie i trybie rozkazującym, narrator jest bowiem przewodnikiem (oni to robią specjalnie?) po bardzo szczególnej wystawie. Minimialistyczne, prawdziwie mroczne, niepokojące.

The Last Novelist (or A Dead Lizard in the Yard)”, Matthew Kressel.
Wiekowy pisarz, ostatni z tego rodzaju, przylatuje na odległą planetę, żeby tam umrzeć, a przy okazji skończyć jeszcze jedną powieść. Aluzje są bardzo oczywiste „I imagine wistfully what it must have been like in the ancient days, when authors were renowned across the Solar System, welcomed as if we were dignitaries from alien worlds. Now mentshen revere only the grafters and sense-folk for sharing endless arrays of vapid experiences with their billion eager followers.” Następnie spotyka miejscową dziewczynkę. Mocno naciągane, profesjonalnie duszoszczypatielne.

Carnival Nine”, Caroline M. Yoachim.
O swoim życiu opowiada nakręcana dziewczynka, a potem kobieta. Cudownie zaskakujące, błyskotliwe, pod koniec nadmiernie łopatologiczne, bez ostatnich dwóch akapitów byłoby lepsze.

Najoryginalniejsze z tego jest „Clearly Lettered”, naprawdę przejmujące zimnym dreszczem. „The Last Novelist” powinno być zdyskwalifikowane za tendencyjność i bezsens. Mam nadzieję na Nebulę dla „Carnival Nine”, a jeśli nie, to obstawiam wygraną „Indian Experience”.

Arystokratka na koniu

Nie napisałam o drugiej części „Arystokratki„, a przecież czytałam, i irytowałam się, że urywa się w środku akcji. W trzeciej w zamku Kostce pojawia się trumna, bo narratorka Maria ma już 19 lat, a według klątwy rodzinnej powinna umrzeć przed dwudziestymi urodzinami, co Milada zamierza wykorzystać do przyciągnięcia turystów. Maria umierać nie zamierza w przeciwieństwie do hipochondrycznego ogrodnika, nic nowego. Pojawia się również znienacka bardzo wiekowa ciotka cierpiąca na narkolepsję, a w ogóle jest lato 1997, co oznacza, że matka Marii wielbiąca księżnę Dianę przeżyje spory szok. Czyta się nieźle, chociaż nie śmiałam się głośno, jest krótkie i znowu urywa się znienacka, mam wrażenie, że potencjał nie został wykorzystany. Może jeśli Boček napisze tego jeszcze ze trzy części, jakoś zakończy i wyda w jednym tomie, będzie to całkiem porządne czytadło. Chociaż nie wiem, czy wtedy nie okazałoby się jednak zbyt męczące, bo bazuje cały czas na tych samych gagach.

Natomiast jednak zapada w pamięć: od czasu poprzedniej części zwiedziłam dwa takie zamki, jeden w Belgii, drugi we Francji, obydwa zamieszkane przez potomków hrabiów czy innej arystrokacji, i za każdym razem wspominałam powiastki Bočka, zastanawiając się, jakie perypetie towarzyszą tym prawdziwym mieszkańcom. Oczywiście urodzić się w takim zamku to zupełnie co innego, niż przyjechać z Ameryki do Czech, w ubiegłym wieku w dodatku… no właśnie. Wspominałam, że mam poczucie niewykorzystanego potencjału tego pomysłu?

6% na końcu mojego ebooka zajmują reklamy współczesnych powieści czeskich, i ja nie mam w zasadzie wiele przeciwko, ale to powinno w takim razie kosztować złotych 9, a nie 17.

Kataklizm

Z opóźnieniem odnotowuję kataklizm, jaki mieliśmy w Paryżu i okolicach od 7 lutego, kiedy to spadł śnieg. Padał już poprzedniego dnia, ale się roztapiał, w nocy jednak był mrozek i obudziliśmy się z widokiem na biały świat, co jest tu relatywnie rzadkie i zawsze krótkotrwałe. Natychmiast przestały jeździć wszelkie autobusy, media stanowczo prosiły o niewyjeżdżanie na drogę, a transport szkolny został odwołany. Śniegu były mniej więcej dwa centymetry, ale obśmiawszy się z tego należycie stanęłam jednak przed konstatacją, że dziecko do szkoły nie pójdzie, bo nie ma jak. Na letnich oponach nie wyjadę na lód, rowerem tym bardziej, transportu miejskiego nie ma, transportu szkolnego też nie. Uświadomiłam sobie przy okazji, że dziecko nie posiada również odpowiednich na okoliczność butów, całą zimę kalendarzową przechodziło bowiem odpowiednio do aury w adidaskach.

Śniegu jeszcze nam dopadało do jakichś 5 cm, czyli mniej niż poprzednio. Radio powiedziało, że tysiąc osób spędziło noc w samochodach na autostradzie. W dzień opad się topił, w nocy zamarzał, transportu szkolnego nie było do końca tygodnia, ale w piątek obejrzawszy ulicę, którą zdążyli odśnieżyć, wyciągnęłam samochód z garażu i dojechałam do szkoły. Niedługo się cieszyłam tym sukcesem. W samo południe zadzwonili z prośbą, żeby przyjechać po dziecko niezwłocznie, gdyż pada śnieg. Padał istotnie, dokładnie w czasie kiedy jechałam i wracałam. Przestał, gdy tylko dojechałam do domu. W weekend natomiast temperatura wzrosła i w poniedziałek trudno już było uwierzyć, że dopiero co mieliśmy jakieś problemy z powodu odrobiny zamarzniętej wody.