Piąty Beatles

Czwarta i ostatnia część kryminalnego cyklu Mariusza Czubaja. Czerwiec 2012. W Pile, gdzie Heinz jest na gościnnych występach, policja znajduje ciało niespełna dwudziestoletniego syna śląskiego prominenta. Śledztwo przejmą Katowice. Muzyka Beatlesów odgrywa tu dość istotną rolę, choć ofiara była raperem. Męcząca w tej części jest zmiana narracji między pierwszą a trzecią osobą (trzeciej jest więcej), wolałabym już się trzymać jednego sposobu. Miłe jest to, że Heinz ma w końcu kobietę, w poprzednich tomach trudno było mi uwierzyć, że po tylu latach od śmierci żony komisarz nikogo sobie nie znalazł.

Kołysanka dla mordercy

Drugi tom cyklu Mariusza Czubaja. Na początku oglądamy psychopatę mordującego bezdomnych w październiku 2008 w Warszawie. Potem centrum uwagi przenosi się na osobę komisarza Rudolfa Heinza, kolejny raz oddelegowanego do stolicy do pomocy w tej sprawie. Heinz nie protestuje, czuje się dość samotny w katowickim mieszkaniu, które opuścił jego syn, studiujący w Gdyni. Zaczyna się również odzywać ojciec, czego komisarz wcale sobie nie życzy. Jak zwykle swój epizod ma mistrz karate Kastoriadis. Pojawia się też dziennikarz interesujący się osobą siedzącego w psychiatryku złapanego przez Heinza mordercy zwanego Inkwizytorem, czyli kontynuacja wszystkich wątków z „21:37„. Ponieważ zaczęłam lekturę cyklu od trzeciego tomu, mogę docenić, jak to jest wszystko ładnie skomponowane i od początku przemyślane, aczkolwiek pozbawiłam się w ten sposób suspensu, bo wiem już, jak się te sprawy zakończą.

21:37 Mariusz Czubaj

Kwiecień 2007. W Warszawie policja znajduje zwłoki dwóch młodych kleryków. Do pomocy przyjeżdża z Katowic profiler Rudolf Heinz, chociaż niechętnie, bo ma na głowie seryjnego mordercę kobiet na swoim terenie, oraz maturę syna. Z tym ostatnim kontakt ma słaby, choć wychowuje go samotnie – żona zginęła w wypadku szesnaście lat wcześniej. Heinzem interesuje się też siedzący w psychiatryku morderca zwany Inkwizytorem, którego komisarz pomógł ująć.

Bardzo dobre otwarcie cyklu, wciągające, dobrze napisane, chociaż po „Zanim znowu zabiję” byłam przez chwilę rozczarowana, że tu Heinz nie przemawia w pierwszej osobie. Fajne postaci, sprawna narracja, świetne tło obyczajowe.

Zanim znowu zabiję

Bohaterem jest Rudolf Heinz, komisarz, wdowiec z dorosłym synem, z którym nie bardzo ma kontakt. Nie ma go też z własnym ojcem, który jednak się nagle pojawi i odegra istotną rolę w wydarzeniach zaczynających się samobójczą śmiercią młodego piłkarza. Jest rok 2010, większość fabuły rozgrywa się na Śląsku, a z psychiatryka ucieka morderca, który ma z komisarzem na pieńku. Polubiłam Heinza od razu, czyta się doskonale, chociaż trochę się naśmiewałam z tych krótkich męskich zdań. Końcówka ma trochę za dużo „nagle sobie uświadomiłem, co przeoczyłem” czy „jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć”. Ale wciąga uczciwie. To trzecia część cyklu i moje pierwsze spotkanie z Czubajem w roli twórcy kryminałów, nadal bowiem nie przeczytałam efektów współpracy z Krajewskim, chociaż mam je w kolejce – ale najpierw poprzednie o Heinzu.

„Niksy” Nathan Hill

Późne lato 2011, Chicago. Niemłoda kobieta pod wpływem impulsu rzuca żwirem w spacerującego tam gubernatora, pomniejszego kandydata na prezydenta. Rozpoczyna się burza w mediach, wszyscy usiłują ustalić kim jest atakująca. W tym samym czasie na uniwersytecie w Chicago siedzi Samuel, wykładowca literatury, i z zapałem gra w sieciową grę Elflandię. W prologu widzieliśmy, jak w 1988 roku porzuciła go matka, zostawiając z ojcem. Kiedy Samuel dowie się o ataku na gubernatora, ze zdumieniem odkryje, że zrobiła to jego własna matka, od której nie miał żadnych wieści przez ponad dwadzieścia lat. I to jest początek tej wciągającej historii, która stopniowo odkrywa tajemnice Samuela i jego matki, przerzucając się między 1968, 1988 oraz 2011.
Jest tu tyle tematów, że spokojnie starczyłoby na dwie powieści, a bez paru wątków spokojnie można było się obejść, zwłaszcza przerysowanego i melodramatycznego Pwnage’a. Mamy protesty w Chicago w 1968, wzmianki o Wietnamie, kawałek wojny w Iraku, molestowanie, uzależnienie od gier komputerowych, nieumiejętność wychowania dziecka, autoironiczne wzmianki o procesie pisania książki, norweską mitologię ludową, satyrę na współczesnych studentów robiących wszystko, żeby uniknąć nauki, znęcanie się nad kolegami w szkole, młodzieńczą miłość, upadek amerykańskich mitów, i tak dalej, plus Allen Ginsberg na okrasę. Hill wszystko to umiejętnie ogarnia, gładko łączy, miesza stylistyki, za jedną tajemnicą kryje się druga, czyta się z zapartym tchem – mniej więcej do 85%, kiedy stwierdziłam, że jednak trochę przesadził z objętością i lekko mnie nuży. Nie jest to bowiem rzecz oryginalna, wszystko to już było. Sekrety nie są bardzo zaskakujące, ponieważ autor wprowadza je stopniowo, nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji.
Mottem powieści jest buddyjska przypowieść o ślepcach dotykiem badających słonia: każdy wnioskował o jego wyglądzie na podstawie jednego fragmentu (trąby, ucha, ogona…) i każdy był święcie przekonany o własnej racji. Hill pokazuje, że życie ludzkie jak ten słoń, jest ogromnie skomplikowanym splotem okoliczności, decyzji (złych; to nie jest szczególnie radosna książka), relacji z innymi. Że nie można go oceniać na podstawie jednego fragmentu. Choć jest i druga strona medalu. Każdy ślepiec miał rację, kawałki słonia są jego integralną częścią. Każda podejmowana przez nas decyzja, czasem jedno wypowiedziane słowo, ma wpływ na resztę naszego życia. Czasem potworny. Czasem aż chce się krzyczeć o niesprawiedliwości tego wpływu. Przyznam, że pod koniec mamrotałam do kindla „ale może byś tak jednak zakończył to jakoś w miarę łagodnie, ci ludzie naprawdę nie zasłużyli na to wszystko”, a przecież szczerze nie lubię happy endów. I kto z nas niby zasłużył; a jednak.
Końcówka jest niestety okropna, przeraźliwie łopatologiczna. Nigdy nie zrozumiem pomysłu, żeby przez dziesięć lat pisać siedemset stron, wymyślić licznych bohaterów i ich szczegółowe losy, wprowadzić duchy i inne symbole, po czym pod koniec nagle zwątpić i zacząć z ambony wyjaśniać, o co chodziło autorowi. To trzeba było się może jednak ograniczyć do krótkiego eseju? Albo zatrudnić się jako nauczyciel, skoro się taką ma potrzebę wyjaśniania i wskazywania słusznej drogi… chwileczkę, sprawdzam zawód autora… i wszystko jasne.

Artemis

Przeczytawszy wzmiankę u Barbarelli natychmiast pobiegłam szukać książki i nie żałuję. Weir zachowuje swoją stylistykę kosmicznego MacGyvera, tym razem na Księżycu. Dużo tu użycia palnika acetylenowego, nieustannie trzeba pamiętać o braku atmosfery oraz mniejszej grawitacji (autor raz zapomina, nikt nie jest doskonały), przydaje się znajomość składu skał księżycowych, pełno tu liczb. Miód na moje serce, wszystkie książki powinny tak wyglądać, aczkolwiek mogę być tym poglądzie odosobniona. Chociaż muszę zauważyć, że kiedy bohaterka ma czterocyfrowy kod składający się z trzech cyfr, to źle liczy liczbę możliwych różnych kombinacji (36, Weir podaje 54).
Akcja daje radę. Na Księżycu jest miasto, niewielkie, ale zawsze, regularnie przylatują tam bogaci turyści (za pomysł spaceru w chomiczych kulach wybaczam Weirowi dużo), mieszkają biznesmeni w luksusach oraz obsługujący – zdecydowanie bez luksusów. Jedną z obsługi jest bohaterka Jazz, kurierka oraz przemytniczka. Udanym pomysłem było umieszczenie na końcu każdego rozdziału maili pisanych przez nią do kolegi z Ziemi od dziesiątego roku, w ten sposób poznajemy jej historię. Resztę wyjaśnia sama, co literacko jest takie sobie, ale nie zwracałam na to uwagi, bo bardziej interesowały mnie szczegóły techniczne, które są wielce wciągające i realistyczne. Najsłabsza jest warstwa obyczajowa, ten wątek ze Svobodą oraz Tylerem to wydawca chyba z Weira wyduszał bijąc go w pięty żelazną rurką, nawet piętnastolatki się nie wzruszą. W samej akcji sensacyjnej też znalazłoby się parę rażących niedociągnięć (qhżl snprg ovwr qmvrjpmlaę j tłbję, n ban fvę anjrg avr cemrjenpn, wnfar. Cbmn glz qynpmrtb avr mqneł wrw cb cebfgh znfxv?). Ale nikt nie jest doskonały, jako się rzekło. Mam nadzieję, że napisze jeszcze coś w tym stylu: o technologię mi chodzi, nie o księżycowe romanse i bijatyki.

Ostatnie historie

Przepięknie skomponowany tryptyk (2004). W pierwszej części jest zima 2003, Ida (urodzona 29 stycznia 1950, o równo 12 lat starsza od autorki) jedzie drogą do Kłodzka, jest mnóstwo śniegu, nie zauważa zakrętu, wpada w poślizg i do rowu. Wydostaje się z samochodu, odnajduje pobliski dom, gdzie prosi o nocleg. Rozmawiając z gospodarzami wspomina swoją córkę, która pracuje pisząc przewodniki po egzotycznych miejscach, oraz swoich nieżyjących rodziców, których stary dom chciała odwiedzić. Narratorką drugiej części jest Parka (Paraskewia), żyjąca w domu na górze staruszka, której mąż Petro właśnie zmarł. Jest uwięziona w domu z powodu ciężkiej zimy. Opowiada swoją historię, jest Ukrainką przesiedloną po wojnie z mężem na zachód Polski. Kiedy wspomina, że córka nazywa się Ida, staje się jasne, że oglądamy wcześniejszą część poprzedniej historii, a Parka to matka Idy. Łatwo już zgadnąć, że bohaterką trzeciej historii jest Maja, córka Idy. Aktualnie, czyli równolegle do pierwszej części, na jakiejś filipińskiej czy indonezyjskiej wyspie. Zmiana scenerii jest gwałtowna, w poprzednich dwóch częściach był obfity śnieg i zima, tu mamy upał i morze.
W tej misternie skonstruowanej książce Tokarczuk mówi o śmierci i życiu, o zmianach świata, o sztafecie pokoleniowej, o nieoczywistości powiązań między rodzicami a dzieckiem. Można bez końca wyszukiwać podobieństwa między bohaterkami i przeciwstawiać im różnice. Maja pisze kartki zdaniami od myślników, jak jej ojciec. Parka i Ida używają tych samych słów obserwując własne przemijanie. Bezimienny syn Mai mówi, że każdy ma swoją właściwość, jak kiedyś mówiła jego prababka. Maja pisze przewodniki, Ida pracuje jako przewodnik. Babka odbyła tylko jedną podróż w życiu, wbrew własnej woli; matka jest obywatelką Europy, oprowadzając wycieczki po Wiedniu, Pradze i Berlinie; córka porusza się swobodnie po świecie, odnajdując się na egzotycznej wyspie. Tej pierwszej mąż jest obecny w historii, choć jako zwłoki. Tej środkowej jest wspominany. W historii tej najmłodszej nie ma nawet najdrobniejszej wzmianki o ojcu jej dziecka, choć pada sugestia o porzuceniu. Paralele można mnożyć: u Tokarczuk jest jak w życiu, wszyscy mamy własne katalogi podobieństw i różnic nawet z bliskimi znajomymi, a co dopiero z tą najważniejszą rodziną. Tak właśnie się definiujemy.
Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie trzy w tych historiach stają się mimowolnymi towarzyszkami umierania i śmierci. Każda w inny sposób, lecz wobec ostateczności wszyscy jesteśmy równi. W pierwszej części kpiącym tonem Ida rozważa możliwość zorganizowania warsztatów z umierania. Ma rację w tym, że coraz bardziej nie umiemy sobie poradzić z nieuchronnym, że nie godzimy się na własną bezradność w obliczu kostuchy. Zatraciliśmy posiadaną przez wieki umiejętność łagodnej akceptacji śmierci, którą tu ma jeszcze Parka, ale jej córka i wnuczka już nie. To bardzo bliska mi obserwacja.

Drogie życie

To najnowszy oryginalny zbiór opowiadań Alice Munro, z 2012, chociaż spora część opowiadań publikowana była już wcześniej. Jest ich dziesięć plus cztery, oddzielone podtytułem „Finał”. Kanadyjska noblistka tłumaczy w nocie równie zwięzłej i precyzyjnej co jej proza, że są tak autobiograficzne, jak nigdy wcześniej i nigdy później.
Wróciłam do Munro i pewnie wracać będę jeszcze nieraz. Przepadam za jej spokojną i gładką hiperrealistyczną narracją, za szczegółami, za przejrzystością prozy, za mistrzowskim przeplataniem przeszłego z teraźniejszym. A najbardziej za tym, że na ogół nie tłumaczy swoich bohaterów. Streszczanie tych opowiadań jest niemożliwe, zawierają zbyt dużo detali, każde zdanie ma tu znaczenie: a przecież absolutnie nie ma się wrażenie przeładowania, wręcz przeciwnie, zawsze o niej myślę jako o minimalistce. Nie ma tu żadnych ozdobników stylistycznych, a poza tym mało tu uczuć, chociaż Munro pisze głównie o uczuciach, ale z pewnego dystansu. A właściwie inaczej: ona miesza obserwacje bohaterów z odległości i z bardzo bliska. Jakby tę samą rzecz portretować z lotu ptaka i spod mikroskopu. Motywacje postaci pozostają nieprzeniknione. W pewnym momencie staje się jasne, że właściwie nie ma sensu ich szukać. Tak po prostu wygląda życie. Zawiera idiotyczne decyzje, które zmienią czyjeś życie, chwile strachu, zachwytu. Wszystkie staną się przeszłością. Takie właśnie zostały przez Munro uchwycone jak mucha uwięziona na wieczność w jasnym kawałku bursztynu.

Ladies of Grace Adieu and other stories

Mimo przeczytania 800 stron i 186 przypisów nie mogłam się rozstać z dziewiętnastowieczną angielską magią Susanny Clarke, i natychmiast zaopatrzyłam się w zbiór „Ladies of Grace Adieu and other stories”. (Z niejasnych przyczyn przekonana byłam, że w ogóle nie ma go po polsku, i dopiero w 73% lektury sprawdziłam, że owszem, jest – „Damy z Grace Adieu i inne opowieści”.) Są to opowiadania osadzone w tym samym świecie, co powieść. Tytułowe jest właściwie jej fragmentem, ponieważ Clarke pracowała już nad swoim dziełem, kiedy poszła na kurs pisania. Prowadzący go Colin Greenland (który chwilę później stał się jej życiowym partnerem) zażądał od uczniów opowiadań, co Clarke mocno zdenerwowało – nie chciała pisać krótkich tekstów, chciała napisać tysiącstronicową powieść. Ale wyciągnęła ze swoich notatek opowieść o damach z Grace Adieu i dała Greenlandowi, który posłał ją Gaimanowi, i wkrótce została opublikowana. Pojawia się tu Jonathan Strange, w gościnie u brata żony, gdzie przebywają trzy damy, które oczywiście wcale nie zajmują się magią, bo kobiety się tym nie zajmują, jak powszechnie wiadomo. To opowiadanie w ten absolutnie cudowny, zadziwiający sposób jest w stylu fantasy pisanej przez Jane Austen, i zauroczyło mnie kolejny raz, chociaż miałam już za sobą lekturę ośmiuset podobnych stron. Clarke zrobiła właściwie tylko dwie rzeczy: po pierwsze wcieliła się w najlepszych dziewiętnastowiecznych angielskich pisarzy, po drugie dodała do tego świata magię w ujęciu idealnie realistycznym i wręcz przyziemnym. Prościzna. Dlaczego nikt przedtem na to nie wpadł?

Drugie opowiadanie zbioru, „On Lickerish Hill”, jest trudniejsze w odbiorze, napisane jest bowiem archaicznym językiem. Prosta dziewczyna z Suffolk opowiada historię początku swojego małżeństwa, która nawiązuje do znanej baśni o Rumpelstiltskinie.

Bohaterka „Mrs Mabb” została porzucona przez narzeczonego, który uległ wdziękom mieszkającej w pobliżu elfki (fairy). Postanawia go odzyskać, choć otoczenie uważa, że oszalała. Elfką jest natomiast Szekspirowska Królowa Mab.

„The Duke of Wellington Misplaces His Horse” jest literackim dowcipem. Książę Wellington przebywa w wiosce Wall (z „Gwiezdnego pyłu” Gaimana), przestawiają mu konia za mur, idąc za nim trafia do Faerie i do elfki haftującej gigantyczny gobelin przedstawiający jego losy.

„Mr Simonelli, or the Fairy Widower” to dziennik Alessandra Simonelli, który jest mniej więcej Williamem Collinsem z „Dumy i uprzedzenia”. Młody pastor, przeniesiony do małej miejscowości, udziela tajemniczemu dżentelmenowi pomocy (natychmiast się domyślamy, że to elf, ale narrator tego nie wie), i spotyka pięć uroczych sióstr (jedna z nich nazywa się Kitty).

„Tom Brightwind, or How the Fairy Bridge was Built at Thoresby”. Osiemnastowieczny żydowski lekarz, David Montefiore przyjaźni się z elfem Tomem Brightwindem, który towarzyszy mu w odwiedzinach u umierającego pacjenta, ale po drodze jest miasteczko, któremu przydałby się most.

Antickes and Frets„. W szesnastym wieku królowa szkocka chce się zemścić na więżącej ją królowej angielskiej.

„John Uskglass and the Cumbrian Charcoal Burner”. Przypowieść o tym, jak John Uskglass, Król Kruków, przegrał spór z węglarzem, wspieranym przez chrześcijańskich świętych.

Nie ma w tym zbiorze „Stopp’t-Clock Yard”, które wydrukował Neil Gaiman w „The Sandman: Book of Dreams”, i które opowiada o dwóch magach sprowadzających umarłych z królestwa Morfeusza.

Alexia

Spora część Francji żyje od dwóch dni aferą Alexii Daval, dwudziestodziewięciolatki znalezionej pod koniec października w lasku. Jej ciało było częściowo spalone, a ona ubrana w strój do joggingu, padł więc blady strach na wszystkie samotnie biegające kobiety. Przedwczoraj serwisy informacyjne powiedziały, że jej mąż, trzydziestoczteroletni informatyk, został zatrzymany przez policję do wyjaśnień. Jego teściowie twierdzili, że nie mógł mieć ze sprawą nic wspólnego i wyrażali pewność, że wkrótce zostanie wypuszczony. Nie został, ponieważ się przyznał. Alexia wcale nie poszła biegać, udusił ją w nocy, a potem wywiózł ciało, choć do spalenia się nie przyznaje.

Adwokaci Jonathanna twierdzą, że był to wypadek (przed chwilą jednak przyznali, że to niepoprawne określenie), że właściwie on jest drugą ofiarą tej sytuacji, że młoda kobieta miała osobowość dominującą, że w związku było mnóstwo napięć, z którymi nie umiał sobie poradzić. Większej bzdury dawno nie słyszałam, a najgorsze jest to, że przez trzy miesiące facet znakomicie zgrywał zrozpaczonego wdowca. Uczestniczył w białym marszu i domagał się znalezienia mordercy. Umiałabym zrozumieć działanie w pierwszym szoku, ale nie przez tyle czasu, choć według specjalistów jest to typowe zachowanie w 30-40% przypadków zbrodni w rodzinie. W dodatku zwodził rodziców żony, którzy są tutaj chyba największymi ofiarami. Stracili nie tylko córkę, ale i zięcia, którego traktowali jak syna. Nie umiem sobie tego w ogóle wyobrazić. W każdym razie znów potwierdza się zasada, żeby wystrzegać się spokojnych i uprzejmych introwertyków.