„Róże cmentarne” Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Lepsza od poprzedniej, i nie wiem czy w ogóle nie najlepsza w dorobku obu panów razem wziętych, nie licząc tylko pierwszych Mocków. Rok po wydarzeniach w domu seniora Eden nadkomisarz Pater wybiera się na wakacje, tym razem prawdziwe, do Grecji, w dodatku ze świeżo poznaną kobietą. Nic więc dziwnego, że anulowanie urlopu przyjmuje z rozpaczą. Jest jednak poważny powód, w Polsce pojawił się seryjny morderca, naśladujący innych znanych zbrodniarzy. Zapowiada, że zaatakuje nad morzem, i kiedy faktycznie to się staje, do Patera wraca jego najgorszy koszmar: nierozwiązana trzy lata wcześniej sprawa zabójstwa dwóch studentek. W dodatku w lokalnym tartaku odnajdują się zasuszone zwłoki. Dużo tych trupów, a tropów znacznie mniej. Wartka akcja, przeplatana perypetiami Patera z jego ukochaną, bardzo sprawnie napisane, bardzo mi się podobało rozwiązanie zagadki. Może tylko ten pomysł, że policjant pójdzie sam na spotkanie ze zbrodniarzem, nic nikomu nie mówiąc, bo on tu sam musi, jest naprawdę wybitnie idiotyczny, acz oczywiście dodaje koniecznego dramatyzmu. Mizantrop Pater jest fajną postacią, Czubaj wrócił do niego na chwilę w „Piątym Beatlesie” pokazując go oczami Heinza.

Aleja samobójców

Krajewskiego kryminalną twórczość znam, Czubaja ostatnio też poznałam, ciekawa byłam bardzo, jak wygląda efekt ich współpracy. Nadkomisarz Jarosław Pater słucha dużo muzyki, to pewnie rys ojca Mariusza, oraz jest bardzo wrażliwy na zapachy, to zapewne wkład ojca Marka. Poza tym jest z wykształcenia polonistą przeczulonym na punkcie poprawności językowej, na przykład żąda e ruchomego w odmianie swojego nazwiska. Jest szczupłym czterdziestoletnim szpakowatym brunetem porzuconym przez żonę, mieszka w Gdańsku i w lecie 2006 zajmuje się sprawą morderstwa w domu seniora. Ale na własną rękę, ponieważ natychmiast odsunęła go od tego ABW, co było motywem również u Czubaja. To chyba jest tutaj najmniej prawdopodobne, już widzę jak policjant dobrowolnie bierze urlop, żeby wbrew zwierchnikowi tropić jakiegoś zabójcę, zwłaszcza że ofiarą nie jest bezbronne dziecko. Jest to uzasadnione niechęcią żywioną przez Patra do ABW. Powieść zaczyna się nieźle, pomijając kiczowaty, ale króciutki prolog, na pewno dzieło Krajewskiego, potem trochę grzęźnie w upale i niemożności posunięcia akcji do przodu. Pater ma przebłyski na granicy świadomości, że właśnie usłyszał coś ważnego, tylko nie wie co dokładnie – co mnie już u Czubajowego Heinza drażniło. Ale czyta się bardzo dobrze.

Le MoMA à Paris

Wahałam się nad wystawą „Le MoMA à Paris”, bo opinie były podzielone, niektórzy mówili, że za skromna. W końcu ciekawość zwyciężyła, i nie żałuję. Żadne „za mało” – jasne, to jak kropla w morzu w porównaniu ze zbiorami MoMA, ale przecież całego przewieźć nie mogli. Jest natomiast „The Persistence of Memory” Dalego, widziałam je prawdziwe, byłam w szoku, że jest takie malutkie, ale jestem szczęśliwa. Są dwa Picassy, jeden abstrakcyjny, a drugi wprost przeciwnie. Jest „Le faux miroir” Magritte’a, Klimt, Picabia, Chirico, Matisse, „Le Baigneur” Cézanne’a, koło rowerowe Duchampa, fotografie Maxa Ernsta, Paul Signac, nie do opisania piękny ptak Brancusiego, a także pierwszy udźwiękowiony film Disney’a z Myszką Miki: to wszystko na pierwszym poziomie, zakończonym Pollockiem i Rothką, których nigdy nie rozumiałam i zapewne już nigdy nie zrozumiem.
Wyżej przenosimy się do czasów nowocześniejszych, a tam biały kwadrat Malewicza, „Identical Twins” Diane Arbus, oraz oczywiście zupa Warhola: 32 obrazy malowane ręcznie, przedstawiające 32 ówcześnie sprzedawane smaki zupy. Tegoż Warhola również podwójny Elvis, a dalej Edward Krasiński, który podobno odgrywał znaczącą rolę na scenie artystycznej Europy Wschodniej w latach sześćdziesiątych, na co się zakrztusiłam, bo w życiu nie słyszałam nazwiska. Jego znakiem rozpoznawczym była niebieska taśma samoprzylepna (skąd on wziął niebieską taśmę w Polsce w latach sześćdziesiątych?!) i taką instalację pokazało nam MoMA, zawierającą między innymi czarny telefon tarczowy. Dalej piętro z eksperymentami, i nagle w kącie sterta czegoś w kolorach flagi amerykańskiej. Jakaś zwiedzająca podeszła i wzięła sobie jedno coś, okazało się, że to… cukierek, stanowiący integralną część dzieła Felixa Gonzalesa Torresa „Untitled (USA Today)” z roku 1990, to znaczy cukierki są chyba bardziej współczesne. Należy się częstować, w ten sposób wchodząc w interakcję ze sztuką. Nie zostało wyjaśnione, czy należy ją zjadać, czy może lepiej przechowywać jako relikwię. Zastanawia mnie w jaki sposób kupuje się takie dzieło, o postaci zmiennej w czasie i wymagające ciągłej inwestycji.
Pod koniec cała mała salka obwieszona fotografiami Cindy Sherman, odtwarzającej kadry z filmów hollywoodzkich z lat 50 i 60. Dające do myślenia na temat modelu kobiety w ówczesnej zbiorowej nieświadomości, ale równie dobrze mogłabym to chyba obejrzeć w spokoju na komputerze. Jeszcze dalej wiek XXI: cała ściana emoji, dzieło interaktywne trawestujące gry na Atari, i rekonstrukcja kiosku z metra nowojorskiego, z roku 2013. Po drodze jeszcze sala z „Measuring the Universe” Ondaka, wszechświatem są tutaj widzowie. A na sam koniec sala, w której rozstawione jest czterdzieści głośników, każdy odtwarzający głos pojedynczego śpiewaka z chóru wykonującego polifoniczną pieśń szesnastowiecznego kompozytora Thomasa Tallisa, i jest to rzecz tak piękna, że dech zapiera. Można i należy chodzić po sali przysłuchując się każdemu głośnikowi z osobna i wielu razem, a dzieło nazywa się „The Forty-Part Motet” Janet Cardiff: i taką sztukę rozumiem, idealne połączenie nowoczesności i tradycji, indywidualizmu i zbiorowości, genialne w swej prostocie.
To była moja pierwsza wizyta we wnętrzu relatywnie nowej Fondation Louis Vuitton, którą nie tak dawno temu widziałam w budowie i której przedziwne kształty wpisały się w krajobraz Jardin d’Acclimatation (aktualnie w renowacji). Wnętrze jest nie tak udziwnione jak się obawiałam, można wyjść na wielopiętrowe tarasy i podziwiać zachód słońca nad Laskiem Bulońskim oraz wieżowce La Défense na bliskim horyzoncie. A na zakończenie wizyty, po ponownym obejrzeniu „The Persistence of Memory”, zjechaliśmy do Grotto na dole, które gości instalację „Inside the horizon” Olafura Eliassona, tego samego, w którego twórczości zakochałam się parę lat temu w Wersalu. W łagodny łuk ustawione są 43 kolumny lustrzane, wszystko oblane żółtym światłem, w tle dziwne dźwięki, niezwykle kojąca przechadzka. Wiem, że sztuka nie ma być kojąca, ale estetyka Eliassona podoba mi się tak bardzo, że można to sobie zwać jak się chce. Zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem tej wystawy.

Piąty Beatles

Czwarta i ostatnia część kryminalnego cyklu Mariusza Czubaja. Czerwiec 2012. W Pile, gdzie Heinz jest na gościnnych występach, policja znajduje ciało niespełna dwudziestoletniego syna śląskiego prominenta. Śledztwo przejmą Katowice. Muzyka Beatlesów odgrywa tu dość istotną rolę, choć ofiara była raperem. Męcząca w tej części jest zmiana narracji między pierwszą a trzecią osobą (trzeciej jest więcej), wolałabym już się trzymać jednego sposobu. Miłe jest to, że Heinz ma w końcu kobietę, w poprzednich tomach trudno było mi uwierzyć, że po tylu latach od śmierci żony komisarz nikogo sobie nie znalazł.

Kołysanka dla mordercy

Drugi tom cyklu Mariusza Czubaja. Na początku oglądamy psychopatę mordującego bezdomnych w październiku 2008 w Warszawie. Potem centrum uwagi przenosi się na osobę komisarza Rudolfa Heinza, kolejny raz oddelegowanego do stolicy do pomocy w tej sprawie. Heinz nie protestuje, czuje się dość samotny w katowickim mieszkaniu, które opuścił jego syn, studiujący w Gdyni. Zaczyna się również odzywać ojciec, czego komisarz wcale sobie nie życzy. Jak zwykle swój epizod ma mistrz karate Kastoriadis. Pojawia się też dziennikarz interesujący się osobą siedzącego w psychiatryku złapanego przez Heinza mordercy zwanego Inkwizytorem, czyli kontynuacja wszystkich wątków z „21:37„. Ponieważ zaczęłam lekturę cyklu od trzeciego tomu, mogę docenić, jak to jest wszystko ładnie skomponowane i od początku przemyślane, aczkolwiek pozbawiłam się w ten sposób suspensu, bo wiem już, jak się te sprawy zakończą.

21:37 Mariusz Czubaj

Kwiecień 2007. W Warszawie policja znajduje zwłoki dwóch młodych kleryków. Do pomocy przyjeżdża z Katowic profiler Rudolf Heinz, chociaż niechętnie, bo ma na głowie seryjnego mordercę kobiet na swoim terenie, oraz maturę syna. Z tym ostatnim kontakt ma słaby, choć wychowuje go samotnie – żona zginęła w wypadku szesnaście lat wcześniej. Heinzem interesuje się też siedzący w psychiatryku morderca zwany Inkwizytorem, którego komisarz pomógł ująć.

Bardzo dobre otwarcie cyklu, wciągające, dobrze napisane, chociaż po „Zanim znowu zabiję” byłam przez chwilę rozczarowana, że tu Heinz nie przemawia w pierwszej osobie. Fajne postaci, sprawna narracja, świetne tło obyczajowe.

Zanim znowu zabiję

Bohaterem jest Rudolf Heinz, komisarz, wdowiec z dorosłym synem, z którym nie bardzo ma kontakt. Nie ma go też z własnym ojcem, który jednak się nagle pojawi i odegra istotną rolę w wydarzeniach zaczynających się samobójczą śmiercią młodego piłkarza. Jest rok 2010, większość fabuły rozgrywa się na Śląsku, a z psychiatryka ucieka morderca, który ma z komisarzem na pieńku. Polubiłam Heinza od razu, czyta się doskonale, chociaż trochę się naśmiewałam z tych krótkich męskich zdań. Końcówka ma trochę za dużo „nagle sobie uświadomiłem, co przeoczyłem” czy „jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć”. Ale wciąga uczciwie. To trzecia część cyklu i moje pierwsze spotkanie z Czubajem w roli twórcy kryminałów, nadal bowiem nie przeczytałam efektów współpracy z Krajewskim, chociaż mam je w kolejce – ale najpierw poprzednie o Heinzu.