Tamte dni, tamte noce (film)

Kolejnym filmem oskarowym (otrzymał za najlepszy scenariusz adaptowany, plus trzy inne nominacje) były „Tamte dni, tamte noce”, które jest mi trudno obiektywnie ocenić, zapałałam bowiem natychmiastową, nieuzasadnioną i żywiołową antypatią do Olivera, i kiedy się film skończył, odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już na tę wstrętną blond gębę patrzeć. Pomijając osobiste animozje, nazajutrz doszłam do wniosku, że jest to bardzo ładny film, w którym wszystko jest wyidealizowane: Włochy przepiękne, upał porażający, dom obłędny, młodzianek genialny, rodzice cudownie i nadmiernie wyrozumiali. To zabieg celowy, ten film opowiada o wspomnieniach (i tu wyjątkowo polskie tłumaczenie jest właściwie lepsze od oryginalnego tytułu, ale to zasługa tłumacza powieści), a wszyscy mamy tendencję do ich idealizowania. Niepotrzebne jest tylko nadmierne rozgadanie ojca pod koniec, wszystko zostało wystarczająco jasno pokazane wcześniej. Gdybym bardziej polubiła głównego bohatera, byłabym urzeczona całością. Reżyserowi w szczególności udało się bardzo pięknie pokazać fizyczną stronę namiętności: zazwyczaj wychodzi albo porno, albo przeestetyzowane przemilczenie.  Tu natomiast jest prawda, a przynajmniej ten rodzaj prawdy, jaki przechowujemy w pamięci.

Filmy oskarowe

Obejrzałam ostatnio parę filmów oskarowych, zaczynając od tego najbardziej nagrodzonego, czyli „Kształtu wody„. Jest bardzo ładny wizualnie, ale jakoś mnie nie przekonał, pewnie dlatego, że od najlepszego filmu chciałabym czegoś więcej, niż ładnej bajki. Gdybym go oglądała bez tego obciążenia, zachwyciłby mnie szczególnie antagonista i jego palce, rodem z filmu noir.

Na „Lady Bird” okazałam się zwyczajnie za stara – to jest film dla ludzi w wieku najwyżej studenckim, albo mających nastoletnie dzieci. Utożsamiałam się wyłącznie z matką, wzdychałam, wywracałam oczami i umęczyłam się okropnie.

Zachwycił mnie natomiast biograficzny film „Ja, Tonya„, w którym aktorzy co pewien czas odrywają się od tego, co akurat odgrywają i wygłaszają komentarz do kamery. Kocham teatralność, więc ten chwyt mnie urzekł. Poza tym świetnie pomyślane jest przeplecenie akcji wypowiedziami bohaterów, wyjętymi rzekomo z wywiadów, a matka jest wspaniale zagrana, i zresztą nie tylko ona. Świetny film o naprawdę ciekawym kawałku życia, nie do końca jednoznaczny, choć z dużą dozą sympatii dla bohaterki.

„Intryga małżeńska” Jeffrey Eugenides

„Samobójczynie”, które czytałam bardzo dawno temu i jeszcze pod tytułem „Przekleństwa niewinności” bardzo mi się podobały, „Middlesex” również, chociaż zarzucałam mu pewien brak oryginalności, sięgnęłam więc po trzecią powieść autora publikującego raz na dziesięć lat, „Intrygę małżeńską”. Zastanawiałam się długi czas nad sensem pisania w 2011 o nowojorskich studentach w 1982, dochodząc do wniosku, że z naszej perspektywy to był oczywiście czas utraconej niewinności, czyli ukochany temat autora. Problem w tym, że to nie jest na tyle dawno, żeby było jakoś odkrywcze, a też nie na tyle blisko, żebym czuła, że czytam o sobie. A jednak – wciąga.

Madeleine pragnie zostać wiktorianistką, w 1982 kończy studia w Nowym Jorku, kocha się w Leonardzie, który ma depresję i bierze lit. W niej z kolei kocha się Mitchell Grammaticus, o korzeniach greckich, nie tylko z ich powodu podejrzewam, że jest alter ego autora. Mitchell wyjeżdża na parę miesięcy do Europy i do Indii, jak to młody amerykański student, bohaterowie czytają Derridę i Lacana, mnóstwo dyskutują oraz rozważają religię i filozofię, klasyczny nowojorski intelektualizm. W Paryżu Mitchell czyta oczywiście „Ruchome święto” (też czytałam) studiująca tam Amerykanka, dziewczyna kumpla wyśmiewa go, że ciągle czyta tego macho Hemingwaya, i z takich obrazów składa się książka; jeszcze jedna rzecz o dojrzewaniu i szukaniu swojego miejsca w świecie.

Tytuł sugeruje nawiązanie do powieści wiktorańskich, Eugenides tego nie pociągnął stylistycznie, w  akcji natomiast poniekąd, co jest dość oczywiste.

„Człowiek, którego prześladował czas” Diane Setterfield

Dziesięcioletni William Bellman zabija z procy młodego kruka. Kiedy dorasta, jego wuj proponuje mu pracę w rodzinnej fabryce materiałów wełnianych, mimo sprzeciwu dziadka, który miał ojcu Williama za złe mezalians, i nie miało znaczenia, że ten opuścił żonę i noworodka nie dając już nigdy znaku życia. William natomiast prosperuje znakomicie. Opisy udoskonalenia fabryki są z jednej strony raczej naiwne, z drugiej jednak wciągające, i poza tym nie o to tu chodzi, co nie od razu jest jasne. Kiedy zaczynają się w rodzinie pogrzeby, William spotyka na każdym tego samego człowieka, którego nikt w okolicy nie zna. Przewijają się tu poza tym nieustannie kruki. Co jakiś czas mamy wstawki o ich życiu, niekoniecznie realistyczne biologicznie, jest to bowiem raczej wiktoriańska opowieść niesamowita. Bardzo lubię takie klimaty, jeśli dobrze zrobione, to znaczy z dużą dozą subtelności. Ten jest.

Przydaje się wiedza, że po angielsku istnieją rozmaite, czasem dziwne, nazwy na stada różnych zwierząt, i na przykład o krukach właśnie mówi się „a murder of crows”. Autorka to wykorzystuje, w tłumaczeniu oczywiście nie dało się tego oddać. Udało się za to niepotrzebnie udziwnić tytuł, w oryginale po prostu „Bellman & Black” – to już francuska wersja „Człowiek w czarnym płaszczu” (podobnie w rosyjskim tłumaczeniu) ma więcej sensu. Jest to poza tym dopiero druga książka Setterfield po „Trzynastej opowieści„, trzecia będzie w tym roku.

Grace i Grace

Rok 1859, Kanada: Grace Marks ma 32 lata i siedzi w więzieniu od szesnastu, za współudział w zabójstwie swojego chlebodawcy i jego gospodyni Nancy. Jej wspólnik został od razu powieszony, jej za młody wiek darowano życie. Interesuje się nią doktor Simon Jordan, który chce zbadać jej szaleństwo, więc regularnie przychodzi z nią rozmawiać. Książka składa się z bardzo szczegółowej – i coraz bardziej wciągającej – opowieści Grace, przeplatanej wzmiankami o doktorze.

Atwood odmalowuje precyzyjny obraz życia w Kanadzie w połowie XIX wieku, z punktu widzenia osoby stojącej niemal najniżej na drabinie społecznej: młodziutkiej służącej, która przybyła tu z Irlandii jako dziecko, nie ma rodziny, nie ma niczego. Grace haruje od świtu do nocy za nędzne grosze, mieszka na nieogrzewanym poddaszu. I nie narzeka, ma co jeść, nikt jej nie bije. Obawia się tylko losu gorszego od śmierci, czyli bycia zbałamuconą i zajścia w ciążę, bo wtedy zostanie jej już tylko ulica. A odmawiać dżentelmenowi, który pragnie bałamucić, też nie bardzo można, pod ryzykiem wyrzucenia z posady. Ale kiedy Grace trafia do pana Kinneara, wydaje się, że jest w doskonałym miejscu. Pan jest bardzo ludzki, gospodyni Nancy miewa wprawdzie humory, ale bywa też miła i serdeczna, co zatem doprowadzi do tej strasznej zbrodni? Zwłaszcza że Grace szczerze nie znosi swojego przyszłego wspólnika, chamowatego stajennego.

Właściwie dopiero w połowie książki zaczynamy się zastanawiać, czy opowieści Grace można ufać. Dlaczego niby akurat doktorowi Jordanowi miałaby powiedzieć prawdę i całą prawdę? Atwood dodatkowo umiejętnie i subtelnie zaciemnia obraz. Kończymy lekturę ze świadomością, że prawdy nie da się poznać – i że to nie ma znaczenia. Bez względu na rzeczywiste pobudki i działania Grace, w wieku 40 lat z całą pewnością nie jest tą samą osobą, którą była mając 16. A autorka pokazuje dodatkowo, jak się czuje wychodzący z więzienia człowiek, który spędził w nim całe swoje dorosłe życie.

Ta powieść uświadomiła mi kolejny raz głupotę i nielogiczność homo sapiens. Jaki sens miało na nowych ziemiach kurczowe trzymanie się starych purytańskich zwyczajów? Ziemi było pod dostatkiem, każde ręce do pracy były potrzebne, dlaczego nie przyjmować każdego dziecka z otwartymi ramionami? Oczywiście rozumiem dlaczego, trzymali się zasad, bo zdawało im się, że to ich definiuje. Strach przed nieznanym najłatwiej było odgonić opancerzywszy się gorsetem, doszukując się w każdym najdrobniejszego przejawu nieprzyzwoitości, i głośno krzycząc o zamachu na starą dobrą moralność. I to przecież nie tylko XIX wiek w Kanadzie, w naszym dobrym rzekomowo nowoczesnym 2018 jesteśmy nadal tak samo obłudni; ciągle przecież uważa się, że widok kobiecego sutka mógłby stanowić dla oglądającego straszne zagrożenie, na pewno większe niż widok zakatowanego zwierzęcia.

Nowele nominowane do Nebuli 2018

Richard Bowes – „Dirty Old Town”. Narrator już jest stary, ale wspomina. Szczególnie swoją babcię imigrantkę, która nauczyła go jednego zaklęcia, oraz swojego wroga ze szkoły, którego potem spotykał jeszcze wielokrotnie, i z którym połączyła go szczególna więź (bxnmnłb fvę, żr ebqmvpr olyv cemlebqavz ebqmrńfgjrz v znwą jfcóyartb qmvnqxn). Ja rozumiem, że jak człowiek czyta „The Paper Menagerie” i dowiaduje się, ile nagród zgarnęła, to też tak chce, ale to nie jest jeszcze wystarczający powód, żeby temu ulegać. Oczywiście nieźle napisane, ale potwornie przegadane, nudne, wtórne, bez głębszego sensu. Żeby to chociaż było w kategorii krótkich opowiadań, ale nie: autor nawsadzał tam fragmentów opowieści narratora, który jest pisarzem, żeby tak bardziej oryginalnie było.

Jonathan P. Brazee – „Weaponized Math”. Na dachu siedzą snajperzy i się nudzą. Jest bliska przyszłość, snajperzy mają wspomaganie AI, zabijanie polega głównie na precyzyjnych obliczeniach. A potem zaczyna się akcja, dość wciągająca, ale przede wszystkim są tu wyliczenia.

Sarah Pinsker – „Wind Will Rove”. Narratorka zaczyna od historii opowiadanej o jej babci: że grała kiedyś na skrzypcach podczas wyjścia ze statku w próżnię. Następnie udowadnia, że to niemożliwe, choćby dlatego, że nie wychodzimy w próżnię, bo prędkość jest za duża i sam statek również. To bardzo ładnie sytuuje nam miejsce i czas opowiadania. Jego tytuł jest tytułem ulubionej piosenki babci, po której narratorka te skrzypce odziedziczyła. Dalej dowiadujemy się tego, co już było jasne od początku: że wyprawa jest w jedną stronę, że dzieci się buntują nie chcąc się uczyć o jakiejś nikomu niepotrzebnej ziemskiej historii, i tak dalej, było milion razy. Bardzo dużo stron, żeby w końcu dojść do sedna: lata temu bazy kulturalne i historyczne pożarł wirus. Ludzie odtworzyli to, co pamiętali, ale masa spuścizny ludzkości przepadła. Czy to problem? Ładna rzecz, tylko co najmniej o 80% za długa.

Vina Jie-Min Prasad – „A Series of Steaks”  Autorka ma również nominację w kategorii krótkich opowiadań, ale raczej zabawkową, to jest natomiast poważniejsze – i świetne. Bohaterka zajmuje się fałszowaniem wołowiny, otrzymuje zamówienie na 200 steków T-bone od anonimowego klienta, który wie o niej zdecydowanie za dużo. Narracja przypomina Stephensona z Zamieci (iKontakts, darknet, i tak dalej). To pierwsze opowiadanie z tej listy, w które wsiąkłam od razu, bez ziewania, wzdychania ani wywracania oczami na boki.

Kelly Robson – „A Human Stain”. Jakiś początek XX wieku, bohaterka przyjeżdża ze znajomym do mrocznego zamczyska w Niemczech należącego do jego zmarłego brata, trzeba się zająć jego sześcioletnim osieroconym synkiem. Zostaje sama wśród ponurych starych służących mówiących niezrozumiałym dialektem, z francuską guwernantką do towarzystwa. Sceneria jak z Drakuli, i istotnie jest to horror, dobrze napisany, bardzo klasyczny i dość oczywisty. Umyka mi cel pisania takiego opowiadania w roku 2017.

K.M. Szpara – „Small Changes Over Long Periods of Time”: „I’m trying to piss against a wall when the vampire bites me.” I takie otwarcia rozumiem. A dalej jest jeszcze lepiej. Wampiry istnieją, ale są zarejestrowane i nie mogą gryźć ludzi bez wyraźnego zezwolenia. Chyba że akurat jednak ugryzą, co właśnie przydarza się bohaterowi. Który do tego jest transseksualistą FTM, co owszem, jest bardzo istotne dla akcji. Świetna rzecz, naprawdę świetna, oryginalna, bardzo inteligentna, niezwykle odważna, i zabawna. Również niemal przesadnie mięsista, krwista, i obrazowa, ocierająca się wręcz o porno, ale fantastycznie trzymająca poziom do samego końca.

Najlepsze zdecydowanie „Small Changes” i myślę, że ma szansę na wygraną, chociaż nie wiem, czy te erotyczne wstawki nie będą przeszkodą. Ucieszyłaby mnie też Nebula dla „A Series of Steaks”, ale to mało prawdopodobne; obawiam się, że za głęboki i obszerny humanizm dostanie „Wind Will Rove”, ale naprawdę smutno mi będzie, jeśli otrzyma ją Bowes.

Wzgórze psów

Justyna właśnie straciła pracę, jej mąż Mikołaj od dawna zarabia dorywczymi fuchami, których jakoś nie widać, tymczasem kredyt za mieszkanie na warszawskiej Ochocie trzeba spłacać. Ta para trzydziestoparolatków wynajmuje je więc Portugalczykom i przeprowadza się na Mazury do ojca Mikołaja. Ten, były alkoholik, mieszka z nową żoną i nastoletnimi dziećmi. Na miejscu okazuje się, że najbliższy przyjaciel ojca właśnie zaginął. Być może uciekł z kolejną kobietą, skoro już raz zostawił żonę dla sekretarki, ale wygląda na to, że stało się coś gorszego. Sprawy nie ułatwia fakt, że Justyna świeżo zdradziła męża i powiedziała mu o tym.

To co streściłam, Żulczyk przekazuje w fantastycznie skomponowanym wielogłosie: mówią na przemian Justyna i Mikołaj, a w niektórych momentach wchodzą inni narratorzy. Skaczemy również w czasie, a jednak ani na sekundę nie można się tu zgubić. Świetny autor, idealnie panujący nad materią swojej opowieści, znakomicie umiejący oddać sposób mówienia ludzi. Doskonałe są tu też wielowymiarowe portrety psychologiczne, widzimy Justynę oczami Mikołaja, i na odwrót; ojca Mikołaja też każde postrzega inaczej, syn przez pryzmat trudnego dzieciństwa, synowa na swój sposób.

Akcja się następnie zagęszcza bardziej, a potem jeszcze bardziej, i tak przez cztery obszerne części. Jeśli istnieje jakaś bardziej makabryczna powieść, to ja nie chcę jej czytać, oraz nie wiem, czy odważę się na kolejną książkę Żulczyka. Przy czym oczywiście jest to napisane świetnie, nawet jeśli nieco przegadane i z drobnymi niezgrabnościami stylistycznymi, które dodają realizmu (aczkolwiek autor chyba zapomniał, że w 2000 nie mówiło się jeszcze „szanuję to”). Wspaniale pokazany jest zwłaszcza ten zaciskający się coraz mocniej gordyjski węzeł powiązań rodzinnych i przeszłości.

Jest to współczesna, niejednoznaczna opowieść o zbrodni i karze, pokucie, zemście, krzywdzie, szukaniu sprawiedliwości. Większość głównych bohaterów jest tu jakoś winna, większość płaci jakąś cenę, i można w każdym przypadku się kłócić, że niewspółmierną. Tylko właściwie kim jesteśmy, żeby oceniać ogrom cudzej straty i cierpienia. Jak dobrać odpowiednią karę do przewiny. Jakie logiczne argumenty mogą być stosowne do działań, w których nie ma żadnej logiki. Nie umiem zaakceptować rozwiązania ostatecznego: nie ma w nim sensu, nie ma w nim niczego ludzkiego. Być może celem Żulczyka był właśnie ten brak akceptacji u czytelnika, chcę tak myśleć. Nie umiem się zgodzić z twierdzeniem, że skoro ten świat jest zły, to można czynić zło. Ta powieść pokazuje też, że nie wystarczy żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Choć może jednak wystarczyłoby, gdyby się nie trafiło na domorosłych mścicieli. To jest w ogóle bardzo kuszący pomysł, ten wymierzający słuszną sprawiedliwość bohater rodem z komiksu. Sama chciałabym takiego na podorędziu, odważnego, twardego, nieomylnego, zawsze gotowego do działania. Pan nadepnął mi na nogę i nie przeprosił? Obetnijmy mu nogę, więcej nikomu nie nadepnie, proste. Problem tylko w tym, że takiego mściciela na własne usługi każdy by chciał mieć. Pytanie, czy na pewno chcielibyśmy żyć w takim świecie.

Jest tu o parę rozdziałów za dużo, fałszywie brzmi zwłaszcza ten o roku 1930, który miał zdaje się przydać tajemniczej mroczności. Chybiony pomysł, odpowiedzialność pokoleniowa nigdy do mnie nie przemawiała, ani sugestia, że zło czaiło się zawsze na tej ziemi. Zło jest związane z ludźmi, nie z ziemią. Nie podoba mi się też fatalizm. Mikołaj twierdzi, że nie mógł postąpić inaczej. O ile nie ma sensu nurzanie się w poczuciu winy i rozdrapywanie minionych ran, o tyle w teraźniejszości zawsze ma się jeszcze wybór. Mozna postąpić inaczej. Można wyciągać wnioski. Chciałabym również, żeby autor nie wykluczył sugestii, że ta, którą czytamy, jest tożsama z książką Mikołaja. Widziałabym tu końcówkę, w której się okazuje, że Justyna rzuciła Mikołaja, przyjechał do Zyborka sam, do ojca alkoholika i brata w depresji, i napisał tę książkę, próbując choć w ten sposób znaleźć sens.