Zgiełk czasu

Miał mieć na imię Jarosław, ale nie zgodził się pop. Rodzice ustąpili i przyszły kompozytor nazwany został Dmitrij Dmitrijewicz Szostakowicz. W niełaskę Stalina wpadł w roku 1936. Nie miał jeszcze 30 lat, miał żonę i małe dziecko, właśnie wystawił swoją operę „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, która okazała się nie do przyjęcia dla Stalina, wszechwiedzącego i wszechmocnego znawcy i reprezentanta ludu, który w tamtym czasie był właścicielem muzyki, gdyz jak rzekł Lenin, „sztuka należy do ludu”. Melodie miały więc być proste, nieskomplikowane i cieszące ucho robotnika, a nie wymyślne, podstępnie nowoczesne i przeznaczone dla elity muzykologów. Szostakowicz spodziewał się zabrania do aresztu, i spędzał w noce na korytarzu obok windy – a przynajmniej tak go portretuje Barnes w pierwszej części „Zgiełku czasu”.

To Barnes, więc nie jest to zwykła biografia. Mamy tu trzy obrazy z życia, i dokładnie widzimy, jak działała stalinowska władza. Łatwo z perspektywy powiedzieć „zmarnował talent”. Czy w ogóle miał jakikolwiek wybór? Dać się zabić, to tak; i poświęcić również rodzinę? Nie każdy jest bohaterem. Nie każdy jest też urodzonym oportunistą potrafiącym lawirować. Barnes pokazuje, że Szostakowicz chciał jakoś protestować, nie udawało mu się. To czekanie przy windzie na wyrok było równie trudne jak późniejsze niechciane zaszczyty, za którymi szedł przymus zapisania się do partii. „Najgorszy czas to nie to samo co czas najbardziej niebezpieczny. Bo czas najbardziej niebezpieczny to nie czas, kiedy grozi ci największe niebezpieczeństwo.”

Ta biografia skłania do myślenia. Po pierwsze, jak łatwo jest z perspektywy i z wygodnej kanapy krzyczeć „co za tchórz, ja bym…!” Nic byś nie. Bohaterów było bardzo niewielu, a i to często zmuszonych przez okoliczności. łatwo być bohaterem we własnej wyobraźni, nie płacąc za to żadnej ceny. Po drugie, jak przewrotnie to w naszych czasach został zrealizowany postulat „sztuka dla ludu”. Nie żadne odgórne nakazy, tylko prozaiczne względy ekonomiczne sprawiają, że wszędzie mamy sieczkę dostosowaną do tych najmniej wysublimowanych gustów. Rzeczy ambitniejsze nie przynoszą wszak należytego dochodu. Lenin byłby zachwycony naszą codziennością.

The Crow Road

Pragnienie ponownego przeczytania „Ulicy Czarnych Ptaków” dręczyło mnie chyba od roku, natrętnie powracały do mnie sceny z powieści. Na przeszkodzie stał brak ebooka po polsku. Można oczywiście kupić za drobny pieniądz używany egzemplarz papierowy, o czym zapomniałam będąc w Polsce. Rozważając możliwość kupna z wysyłką do Francji pomyślałam, żeby wypożyczyć francuskie tłumaczenie z biblioteki. Okazało się, że francuskie tłumaczenie nie istnieje. (Oni teoretycznie żyją, chodzą po powierzchni Ziemi, jakieś 60 milionów Francuzów, i nie mogą przeczytać „Ulicy Czarnych Ptaków”; nie wiem, co takie życie może być warte.) Mogłabym wprawdzie przeczytać oryginał, tu jednakże gwałtownie protestowała szara masa w mojej czaszce, szumnie zwana mózgiem, mówiąca „to jest szkocki pisarz, pisał po szkocku, nie znamy szkockiego, nie możemy czytać oryginału”. Impas. Tymczasem pragnienie lektury się nasilało. Niezobowiązująco rzuciłam okiem na Amazon, gdzie ebook okazał się kosztować niecałe 2€.
– Za 2€ to ja mogę to sobie kupić nawet PO SZKOCKU i położyć, żeby leżało – oświadczyłam mózgowi, kupiłam, i rzuciłam okiem na słynne pierwsze zdanie. Dwie godziny później…

Dwudziestoletni Prentice w 1989 przyjeżdża do rodzinnej zachodniej Szkocji na pogrzeb babci, która wybuchła w krematorium (takie rzeczy zdarzają się w jego rodzinie). Spotyka swoją krewniaczkę Verity, która została poczęta pod magicznym drzewem (takie też), i w której jest zakochany. Wspomina, szczególnie swojego zaginionego wujka Rory’ego. Dobra, przyznaję – miałam lekkie obawy, ponieważ od czasu pierwszych lektur „Ulicy” przeczytałam ze sto powieści opartych na tej zasadzie. Otóż obawy były niesłuszne, „Ulica” nadal jest po prostu zachwycająca. Stylistycznie: jak to jest przepięknie napisane! Bohaterzy: jacy oni są prawdziwi. Jakie to jest wszystko plastyczne i trójwymiarowe, i jak jest pozbawione jakiejkolwiek egzaltacji. Podejrzewam, że Banks zapytany, co to jest egzaltacja odparłby, że obce słowo. Nadal urzeka mnie, że autor potrafiący topić swojego bohatera w wychodku (we Phlebasie), nie wspominając o innych występkach i koszmarach, umiał również napisać coś tak ciepłego, co jest przy okazji zabawne, prawdziwe, wzruszające, śmieszne. I doskonale napisane. DOSKONALE. Bawi tu natomiast podejście bohatera do maila: nieufnie żąda, żeby wysłać mu zza oceanu wydruk pliku tekstowego, bo jak to komputerem. Ledwie 25 lat minęło.

Ta powieść jest oczywiście o dojrzewaniu. Nastoletni zarozumiały i zagubiony gówniarz Prentice, przekonany o swoich racjach i słusznościach, pod koniec powieści staje się dorosłym człowiekiem. Akceptującym życie ze wszystkimi jego problemami i wspaniałościami. Osiągającym wewnętrzny spokój. A siła tej książki polega na tym, że choć mi właściwie bliżej teraz do jego matki (a sam autor nie miał jeszcze 40 lat pisząc to), nie mam żadnego problemu z utożsamieniem się z bohaterem, ani ze zrozumieniem jego poplątanych uczuć: ponieważ ta dojrzałość nie jest zależna od wieku. „My father taught us that there was, generally, a fire at the core of things, and that change was the only constant, and that we – like everybody else – were both the most important people in the universe, and utterly without significance, depending (…)”

To jest chyba najbardziej niedoceniony pisarz anglojęzyczny. Był niewiarygodnie wszechstronny, nie wiem czy istnieje ktoś jeszcze, kto pisał jednocześnie tak dobrą hard sf i główny nurt (oczywiście Lem, chociaż z tym głównym nurtem to trochę naciągane. I chyba nikt więcej), nie unikając też rozmaitych eksperymentów, za każdym razem zaskakując, wzruszając, dając do myślenia, zostając w pamięci. Jest mi teraz smutno, że umarł przedwcześnie, chociaż mam jeszcze sporo jego dorobku do nadrobienia.

Poniedziałek

Poniedziałkiem oczywiście jest ten dzień, w którym klamka w drzwiach łazienki pozwala mi tam normalnie wejść, po czym się podstępnie psuje i wyjść już nie pozwala, znajduję się więc zablokowana we własnej łazience i cieszę się tylko, że przynajmniej mam dostęp do wody, umrę więc z głodu, nie z pragnienia. Obudzone dziecko lata po dozorcach, wraca z Jakimś Panem, powodując u mnie zawał na skutek wyobrażania sobie, co może zrobić Jakiś Pan, gdy pani domu tkwi beznadziejnie zamknięta w ciasnym pomieszczeniu. Jakiś Pan okazuje się jednak bardzo miłym i uczynnym sąsiadem, który z pomocą dozorcy pojawiającego się chwilę później sprawnie rozkręca cały zamek i mnie uwalnia. Nawet się nie spóźniam tak bardzo do pracy, a cała impreza kosztuje mnie tylko nową klamkę i fobię przejawiającą się zostawianiem otwartych drzwi do wszystkich pomieszczeń.

Jest to również ten sam dzień, w którym wpół do jedenastej wieczorem przed moimi drzwiami zjawia się policja w liczbie czterech rosłych i okamizelkowanych funkcjonariuszy, którzy twierdzą, że ich wzywałam, gdyż molestuje mnie były współlokator. Tłumaczenia, że nie dzwoniłam na komisariat, nie mam współlokatora, nigdy nie miałam, sąsiednie mieszkanie jest puste, i w ogóle nic nie rozumiem, przyjmują cierpliwie, ale z pewną nutą podejrzliwości.

Uważam, że na 2018 limit wydarzeń niecodziennych mam wyczerpany.

Hamlet

Pamiętam, jak czytałam pierwszy raz „Makbeta”, był lekturą szkolną, miałam może 16 lat, i nastawiałam się na jakieś okropne nudziarstwo, jak poprzednie lektury, z których niewiele mnie zachwyciło. Pamiętam nawet, gdzie go czytałam: u ciotki, zwinięta na fotelu z małą lampką obok, wzięłam domowe wydanie, Biblioteki Narodowej w tłumaczeniu oczywiście Paszkowskiego. I wsiąkłam, urzekło mnie wszystko: krew na rękach, trzy wiedźmy, chodzący las i mąż niezrodzony z kobiety. Z rozpędu potem przeczytałam „Hamleta”, który podobał mi się jeszcze bardziej, i którego od tego czasu czytuję regularnie. Ostatnio zajrzałam do tłumaczenia Barańczaka, kolejny raz stwierdzając, że Szekspir znakomicie umiał tworzyć należyty dramatyzm.

Doskonale współcześnie zrozumiała jest pierwotna reakcja Hamleta: nie tylko świeżo stracił ojca, ale jeszcze matka pośpiesznie wyszła ponownie za mąż. W dodatku nie za jakiegoś bohatera, którego można by ewentualnie szanować, tylko za doskonale znanego nudnego stryja. Nic dziwnego, że Hamlet się buntuje i narzeka. Matka, zamiast okazać mu współczucie, bagatelizuje i powiada „wszyscy umrzemy, taki los, lepiej się uśmiechnij”, a nowy król nazywa synem. Nie znali się na psychologii ci duńscy władcy. Pojawia się duch, i to budzi mój niesłabnący zachwyt. Można było po prostu wprowadzić jakiegoś zaufanego sługę, który przypadkiem widział coś podejrzanego. Nie – duch. Szekspir doskonale wiedział, że gawiedź przychodzi do teatru szukając zadziwienia, nie realizmu, i dał jej to. Reakcja Hamleta jest natomiast bardzo rozsądna i godna pochwały: może to i duch ojca, może i mówi prawdę, ale sprawdźmy to. To dość zaskakujące, bo właściwie nieszczęśliwy syn powinien natychmiat pognać z rapierem w dłoni do mordercy, a tu proszę, dystans i na chłodno obmyślona intryga z aktorami. Hamletowi jakoś nie przychodzi do głowy, że człowiek, który z zimną krwią zamordował brata, może potrafić zachować spokój również w obliczu dodatkowej sceny w sztuce. Szekspirowi pewnie też nie, ponieważ wierzy w wyrzuty sumienia, albo przynajmniej chce, żeby wierzyli w nie widzowie. Król więc reaguje jak przewidziano, Hamlet zyskuje pewność, i czy teraz biegnie z rapierem pomścić ojca? Ależ oczywiście, że nie. Skrada się i niechcący zabija Poloniusza. Jak reaguje facet, który zamordował teścia in spe, i który podobno Ofelię kocha? Typowo po męsku: udaje, że nic się nie stało i mówi „idź do klasztoru”. Istotna jest przecież w tej chwili wyłącznie zemsta. Nie żeby miał jakiś na nią pomysł (dlaczego nie pójdzie w ślady stryja i nie użyje trucizny? Bo to niemęskie?), pozwala więc się odesłać w eskorcie Rosencrantza i Guildensterna, po czym niczym szesnastowieczny James Bond: wykrada listy, podmienia, ucieka, myli tropy, i wraca. Czy teraz w końcu wpadnie z rapierem i wrzaskiem? Ależ oczywiście, że nie, będzie się snuł, weźmie udział w ustawce z Laertesem, bo oczywiście nie przyjdzie mu jakoś do głowy, że stryj truciciel mógł zatruć jeszcze parę rzeczy; a na końcu Szekspir gęsto zaściele trupem scenę i postawi na niej Fortynbrasa.

Uwielbiam ten dramat.

Koniec śmierci

Zaczęłam czytać „Koniec śmierci”, trzeci tom nagradzanej trylogii Cixina Liu, i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, zaczyna się bowiem upadkiem Konstantynopola i obecną przy nim czarodziejką.
– Ale co to nagle jest, jakieś fantasy historyczne? Ja nie za to płaciłam! – wrzasnęłam do kindla. Na szczęście po tym wstępie wracamy do normy, czyli wydarzeń początkowo równoległych do dwóch poprzednich tomów. Pierwszy rok ery kryzysu, a potem rok 208, czyli tuż po „Ciemnym lesie„. Dość długo nie ma tu jednego bohatera, co przypomina nieco „Długą Ziemię”, a rozmach tej wizji nadal kojarzył mi się z „Fundacją”. Liu świetnie łączy elementy kompletnie fantastyczne z całkiem twardo naukowymi, i jest oryginalny do końca, dość powiedzieć, że w 43% trzeciego tomu trylogii nadal nie wiedziałam, co zdarzy się za chwilę. Ten tom otrzymał Locusa oraz nominację do Hugo 2017, które przegrał z „Obelisk Gate„.

Oczywiście do paru rzeczy można tu się przyczepić. Qynpmrtb Gevfbynevnavr avr jlfłnyv bqjrgbjrw vasbeznpwv b cbłbżravh Mvrzv qb pvrzartb ynfh? Mr fmpmrerw antłrw flzcngvv nyob jfcółpmhpvn? Pb fvę fgnłb mr fcłnfmpmnavrz Jfmrpuśjvngn qb qjópu jlzvneój? Nhgbe mncbzavnł?

Broniewski. Miłość, wódka, polityka.

Ta biografia powinna być lekturą obowiązkową dla kobiet. Broniewski był przeuroczym kobieciarzem zaangażowanym, z tych co to zakochują się bez pamięci, absolutnie szczerze – na dwa tygodnie. Potem obiekt muszą zmienić. Są to ludzie, którzy nie pojmują, że druga osoba ma do nich jakieś roszczenia, a choćby proste pytania: odbierają to tak, jakby kotlet schabowy zeskoczył z restauracyjnego stołu i biegł za nimi po ulicy pytając z żalem, dlaczego dzisiaj nie je go na obiad. No nie je, oczywiście smakowało mu wczoraj i przedwczoraj, ale dzisiaj idzie gdzie indziej, przecież to normalne, z czego tu się tłumaczyć? Była miłość, namiętna, gorąca i prawdziwa, ale się skończyło, cześć. Przy czym osobnik nieustannie szuka prawdziwej miłości na całe życie i za każdym razem jest przekonany, że w końcu ją znalazł. W obecnych czasach pełno takich w internetach, gdzie się czują jak łasuch w wielkim sklepie z cukierkami. Natomiast przed wojną było inaczej. Broniewski się ożenił, co skończyło się oczywiście dość szybkim rozstaniem, aczkolwiek żona była wyrozumiała i przyjaźnili się jeszcze bardzo długo. Chodziła na przykład z listem do niechcianej już kochanki oraz wysłuchiwała żali, że jakaś inna nie chce ciąży usunąć. Po rozstaniu zaś mieszkali w jednym dwupiętrowym domu: była żona z nowym partnerem na górze, Broniewski z partnerką i jej córką na dole.

W warstwie pozaobyczajowej wiadomo, w dwudziestoleciu poeta był komunistą ideowym i zaangażowanym, siedział za to w więzieniach. Te wszystkie żelaza, krwi, bagnety i zaciśnięte pięści w jego wierszach są wyrazem autentycznej wiary, nie oportunizmu. W 1934 pojechał do Związku Radzieckiego. Urbanek się naśmiewa, że jego reportaże z podróży wyglądają jak czysty socrealizm, a potem wysnuwa przypuszczenie, że zobaczył tam jednak więcej niż się przyznawał, bo rok później mimo licznych zaproszeń jechać już nie chciał. To wszystko łatwo oceniać z naszej perspektywy, oczywiście. Najładniejsza jest chyba anegdota o tym, jak w więzieniu usłyszał piosenkę więzienną napisaną przez siebie do sztuki, z przekręconymi słowami. Poprawił tekst, na co osadzeni powiedzieli mu, żeby się nie wtrącał, bo to jest ich więzienna piosenka, co on tam może wiedzieć.

Następnie tenże Związek Radziecki zamknął poetę w więzieniu, jak i licznych innych intelektualistów polskich. Najpewniej sądzili, że udaje swoją wiarę w komunizm, bo przecież nikt naprawdę nie mógłby wierzyć w te idiotyzmy. Przesiedział tam 19 miesięcy, a kiedy go wypuszczono w 1942, pojechał walczyć. Znalazł się w Iraku, a potem w Jerozolimie. To wszystko wygląda jak materiał na scenariusz niezłego filmu sensacyjnego, bo Broniewski bynajmniej nie był delikatnym uduchowionym poetą, wprost przeciwnie, był niezłym twardzielem, niesłychanie sprawnym fizycznie. Kiedy miał 60 lat, potrafił jeszcze stanąć na rękach na krawędzi stołu. Kawaler Virtuti Militari, walczył w dwóch wojnach, nie dał się złamać ani mrozowi w radzieckim karcerze, ani zesłaniu (na szczęście krótkotrwałemu), ani upałowi i malarii na pustyni irackiej. Pokonała go ukochana ojczyzna w wersji socjalistycznej. Jeszcze walczył o granice powojenne, wrócił do kraju dla swojej drugiej żony, a potem… jak ten człowiek mógł agitować wbrew faktom, jak mógł pisać teksty wychwalające Stalina? On, który przecież doskonale znał brutalną prawdę? Ze wszystkich ludzi właśnie on? Urbanek pisze zwięźle „może nie potrafił się już zbuntować„. Najwidoczniej spadła ta kropla przepełniająca czarę, za dużo już było tułaczki, wojen, walki z cenzurą, biedowania, zdrad, śmierci. I alkoholu.

Nigdy nie przepadałam za Broniewskim, mając go za dyżurnego piewcę PRL-u, to łomotanie kolbami w drzwi nie przemawiało do mnie. Właściwie dopiero dzięki tej biografii odkrywam w nim znakomitego poetę lirycznego i rzeczy tak piękne jak „Ulica Miła” i tak wzruszające jak te pisane po śmierci córki Anki. To jest najciekawsze w tej postaci: pragnął być przede wszystkim poetą prawdziwym, pisać to, co czuje, bez względu na to, czego się od niego oczekuje. Niełatwo zrealizować takie pragnienia, a w wieku dwudziestym to chyba nie było możliwe. Urbanek też zauważa, że albo się ma poetę lirycznego, wrażliwego i biorącego wszystko do siebie, albo ma się człowieka umiejącego sobie poradzić z cierpieniami w inny sposób niż alkohol. Nie dało się tego pogodzić.

Dziennik Agnieszki Osieckiej 1954-55

Siedemnastoletnia Agnieszka Osiecka na początku roku 1954 robi kurs na prawo jazdy, do którego musi się uczyć o półośkach, chodzić na warszaty z odpowietrzania hamulców, rozmontowywania chłodnicy i grzebania przy instalacji elektrycznej, a na egzaminie wyjaśnić różnice między dwu- i czterotaktem, podać skład chemiczny elektrolitu i opisać budowę gaźnika. Pokażcie mi dzisiaj siedemnastolatka, który to wszystko opanowałby tylko po to, żeby jeździć autem. Poza tym rozpacza nad swoim brakiem praktyki językowej, zwłaszcza jeśli chodzi o francuski, po czym pisze akapit w tym języku, owszem, z błędami, ale całkiem składnie i zrozumiale. Z angielskiego i niemieckiego jest zadowolona, po rosyjsku czyta ukochanego poetę – Puszkina, i zamierza jeszcze kupować włoską „Unitę”. Czyta, chodzi do teatru (gdzie się wdziera bez biletów, mimo obecności milicji, muszę przyznać, że to są ustępy niewyobrażalne jak ze sf), kocha się w Januszu, chociaż widzi jego wady. Właściwie bardziej sobie to zakochanie wmawia, bo jej się ten romantyczny stan podoba, co się potwierdza za chwilę, kiedy go rzuca dla Ryszarda. I tu dopiero robi się śmiesznie. Mimo upierania się przy miłości Agnieszka odmawia pójścia z nim do łóżka (co następnie będzie całymi miesiącami rozdrapywać), mimochodem zapisuje, że całuje dużo gorzej niż Janusz, a w którymś miejscu wspomina wręcz o fizycznej odrazie. Odrzucony Ryszard twierdzi, że kocha się w innej, niedostępnej, Agnieszka płacze, że jej nie kocha i notuje pomysł zrobienia sobie z nim dziecka, co jej na szczęście błyskawicznie przechodzi. Żali się, że ona najchętniej by flirtowała, a oni od razu chcą się żenić, i cieszy się, że nie ma większego temperamentu, bo by była niezłą kurtyzaną. A potem, w lecie 1955, poznaje Witka – Witolda Dąbrowskiego, w którego tłumaczeniu (wraz z Ireną Lewandowską) czytałam „Mistrza i Małgorzatę”, ale to było dużo później. I notuje swoje zdumienie, kiedy w końcu odkryła, czym jest prawdziwe zakochanie.

Z matką dogaduje się słabo, ale to widać bardziej między wierszami, omija ten temat. Musiało ją przerastać cierpienie matki porzuconej przez ukochanego męża, podejrzewam też, że miała nie całkiem uświadamiane pretensje o brak wsparcia ze strony córki. W którymś momencie Agnieszka napomyka też o swojej pracy w gazecie, gdzie pisuje recenzje, potem w zeszytach notuje bruliony kolejnych artykułów. I poznaje Dygatów, Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, pomaga malować Franciszkowi Starowieyskiemu (wielokrotnie żałując, że sama nie ma talentu malarki). Zaczyna ten tom podlotek, kończy już dojrzała kobieta, rozważająca propozycje małżeństwa, zarabiająca pieniądze i -w końcu – pisząca piosenki, w tym czasie nawiązuje bowiem współpracę z STS.

Redaktorka zdecydowała o włączeniu do wydania praktycznie całości zapisków Osieckiej z tamtego czasu, mamy więc zwłaszcza pod koniec całe strony zupełnie niezrozumiałych skrótowych haseł czy wyrazów, albo fragmenty korespondencji ze znajomymi. Mam wątpliwości, czy to było potrzebne. Pominięte są na szczęście notatki z wykładów. Połowę tomu zajmują poza tym przypisy, wiele bardzo ciekawych, ale są też wyjaśnienia, co to są Sukiennice oraz Luwr.

Ślepy zabójca

Pod koniec dwudziestego wieku (powieść jest z 2000) o swoim życiu opowiada Iris urodzona w Kanadzie w 1916, córka fabrykanta guzików, żona przemysłowca, siostra pisarki. Z początkowych wyimków gazetowych wiemy, jak zginęli i umarli jej bliscy, w pierwszych rozdziałach mamy natomiast fragmenty wydanej pośmiertnie powieści jej siostry. Potem głos przejmuje Iris, opowiadająca nie tylko o czasach minionych, lecz również na bieżąco o swojej starości, co jest niezwykle realistyczne (Atwood miała ledwie 60 lat pisząc to). Cudownie napisane, zachwyciłam się niemal od pierwszej strony.

Nie miałam żadnych wątpliwości, kto jest autorką książki, ani kto jest ojcem dziecka, natomiast do końca nie domyśliłam się intrygi w całości. Nie ona jest tu poza tym najważniejsza. Atwood kolejny raz precyzyjnie i bezlitośnie pokazuje los kobiety w świecie, w którym są one głównie przedmiotami do ozdoby i urozmaicania życia. Mężczyźni mają potrzeby, kobiety mają obowiązki. Przy czym kobiety są tu bardzo różne, i bynajmniej się ich nie gloryfikuje – czarnym charakterem jest tu Winifred, choć oczywiście jest jasne, skąd wzięła swoje metody postępowania. Ona też jest ofiarą. Postać samej Iris również jest wieloznaczna. Została wciągnięta w trybiki sił wyższych, w jakiś sposób się z nich ostatecznie uwolniła, płacąc jednak za to straszliwą cenę rozdzielenia z bliskimi na całe życie. A może to kara za zdradzenie siostry. Prawdziwą bohaterką tej książki jest paradoksalnie nieobecna Sabrina. Jej wyobrażenie jest motorem dodającym siły narratorce. Nie mówi tego, ale jasna jest jej nadzieja na to, że chociaż tamta w końcu żyje swoim życiem, dokonuje własnych wyborów, ponosi własne konsekwencje.

Piszę o karze i cenie, jakby to było oczywiste. Tymczasem tak samo jak w „Grace i Grace” i tu bohaterka wcale pozornie nie cierpi aż tak. Z pewnego punktu widzenia przeciwnie: ma bogatego męża, nie musi pracować, nosi piękne suknie, spotyka bogatych, sławnych i ważnych ludzi, jak nie bankiet to rejs. Żyć nie umierać. Mistrzostwo Atwood polega na tym, że dokładnie widzimy, co jest pod spodem. I nie zazdrościmy ani przez chwilę, raczej współczujemy. Bez tej podstawowej rzeczy, jaką jest wolność wyboru, najwspanialsze rzeczy są co najwyżej szczerozłotą klatką.

Nowele nominowane do Hugo 2018

Trzy z nich mają również nominacje do Nebuli i są to dokładnie te trzy, które typowałam na zwycięzców, w tym moich dwóch ulubieńców.

  • “A Series of Steaks” Vina Jie-Min Prasad
  • “Small Changes Over Long Periods of Time” K.M. Szpara
  • “Wind Will Rove” Sarah Pinsker

Pozostałe:

Children of Thorns, Children of Water” Aliette de Bodard. Zdewastowany Paryż, magia różnych rodzajów, pod Sekwaną jest smocze królestwo, dwoje szpiegów stamtąd przychodzi, żeby się wkręcić do House Hawthorn, ale sprawy się cokolwiek komplikują. Jak to de Bodard, sprawność godna pozazdroszczenia, ale nic oryginalnego, oraz jest to oczywiście część cyklu.

Extracurricular Activities” Yoon Ha Lee. Bohater jest międzyplanetarnym wojskowym i otrzymuje przesyłkę od matki. A potem wzywa go nowa generał, żeby powierzyć mu misję specjalną. Bardzo Banksowe, chociaż bezpośrednią inspiracją była być może Leckie, wzmianka o czuciu się nagim bez rękawiczek chyba nieprzypadkowa. Bardzo sprawne i przezabawne. Autor ma w tym świecie nieukończoną jeszcze trylogię, pierwszy tom dostał Locusa oraz nominacje do Hugo i Nebuli, muszę wciągnąć na listę. Poprzednie opowiadanie z cyklu, „The Battle of Candle Arc„, jest bardzo zachęcające.

The Secret Life of Bots” Suzanne Palmer. Boty są na statku, który dokądś leci, chociaż jego stan techniczny pozostawia bardzo wiele do życzenia, a załogi jest za mało. Bot, który jest centralną postacią akcji, dostaje zadanie złapania szczurowęża grasującego na pokładach, i stopniowo odkrywa prawdę o położeniu statku. Kulminacyjny moment akcji dość oczywisty, ale poza tym bardzo świeże i zabawne. Jest to właściwie space opera z innego niż zwykle punktu widzenia.

Nadal mam nadzieję na obie nagrody dla mojego faworyta „Small Changes”, poza tym poziom dość wyrównany. Nadal podejrzewam, że duże szanse ma “Wind Will Rove”, ale wolałabym nagrodę dla “Extracurricular Activities”, które ma świat ciekawszy, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka, i bardzo dobrze poprowadzoną narrację. Chociaż “The Secret Life of Bots” właściwie w niczym mu nie ustępuje.

Sarah Pinsker ma również obydwie nominacje w kategorii długie opowiadanie za „And Then There Were (N-One)„, które zaczyna się od zaproszenia narratorki Sarah Pinsker na SarahCon – konwent dla Sar z równoległych wszechświatów. Zachwyciłam się pomysłem, po czym powiedziałam podejrzliwie do opowiadania „ale to jest pomysł na short. To jest w kategorii długie opowiadanie, serio?!”. Otóż kluczem do fabuły jest oczywiście tytuł. Nie wiem, jakie są pozostałe w kategorii, ale to jest doskonałe, przezabawne, świetnie pomyślane, niegłupie, dające do myślenia, błyskotliwe do końca. Wolę dla niej nagrody za to niż za „Wind Will Rove”.

-> Krótkie opowiadania nominowane do Hugo 2018

Thoiry

Tegoroczną nowością w Thoiry jest tyrolka nad wybiegiem dla lwów. Jako realistka przyjęłam, że to dobrze brzmiąca reklama, i że jedzie się nad jakimś fragmentem krzaków, a lwy są na pewno pochowane gdzie indziej, ale i tak się tam wybraliśmy. Atrakcja jest dostępna dla osób od lat 8 i 120 cm wzrostu, do wagi niepodanej, trzeba się zważyć na chytrym urządzeniu, które nie ma cyfr, tylko pasek zielony i czerwony, bardzo uprzejmie. Mieściłam się w zielonym ze sporym zapasem, więc nie było możliwości odwrotu z honorem. Wydano nam uprzęże, całkiem klasyczne Petzle samozaciskowe, z dwoma karabinkami, oraz jednorazowe czepki i kaski. To mnie bardzo rozbawiło, bo tyrolka jest na wysokości 15 metrów, kask w niczym tu nie pomoże, ale możliwe, że to dyrektywa UE albo zwyczajnie na odczepnego, żeby umyć ręce od wszelkiej ewentualnej odpowiedzialności. Uprzęż i kask dociska obsługa. Następnie idzie się na krótkie szkolenie, na którym mówią, jak wczepiać karabinki w rolkę, ale dodają, że nic nie będziemy sami robić, od wszystkiego są instruktorzy.

Z rolką w garści idzie się kawałek wyżej na platformę. Linki są dwie równolegle, instruktor wczepia poszukiwaczy wrażeń w rolkę, przyczepia dodatkową linkę zabezpieczającą do równoległej liny wyżej, i jazda. Tu się okazało, jak się myliłam: przejazd jest rzeczywiście nad dwoma lwami rozwalonymi centralnie pod liną; oczywiście nie spodziewam się, że leżą tam cały czas, ale pewnie wystarczy mieć trochę szczęścia. 250 metrów dalej wyłapuje człowieka kolejny obsługant, przeczepia na drugą parę lin, i przejeżdża się nad kawałkiem safari samochodowego, ze strusiami i antylopami, oraz nad stawkiem z wodą. Z impetem przelatuje się również nad końcową platformą, o czym na szczęście poprzedni obsługujący uprzedził, miałabym bowiem chyba zawał, przekonana, że coś się zepsuło. Hamulec jest za nią, człowiek się od niego odbija, przefruwa nad platformą z powrotem, wyłapuje go drugi hamulec i dopiero się staje na platformie. Na miękkich nogach w moim wypadku, ale i tak zdecydowanie wolę tyrolki niż wszystkie te rollercoastery i inne huśtawki w parkach atrakcji. Syn miękkich nóg nie miał i radośnie zaliczył jeszcze jeden przejazd.
Przy końcowej stacji tyrolki jest kolejna nowość – małpi gaj dla dzieci i dorosłych, wielkie miękkie siatki porozpinane między drzewami, można się wspinać, skakać i fikać koziołki. Poza tym nadal jedną z największych atrakcji jest karmienie lwów i tygrysów oglądane ze szklanego tunelu, na który lwy wskakują. W tym roku są trzy dość młode lwie podlotki, a dorosły samiec już się zrobił za stary na takie rozrywki. Nie ma już niestety natomiast gepardów. W enklawie australijskiej (gdzie są moje ulubione wallaby) zrobiono wolierę z rozmaitymi papugami, a najbardziej widoczne lorysy górskie, przepięknie ubarwione, strasznie wrzaskliwe, i jak się okazało po krótkiej chwili, niezwykle przyjacielskie. Weszły dziecku memu do kaptura, na głowę, usiłowały mu zdjąć okulary i próbowały, czy jego ucho nadaje się do schrupania.
Na samym wejściu jest natomiast nadal wybieg surykatek. Za nim wyskoczyła na mnie uśmiechnięta para ludzi, czy mogą zadać mi parę pytań. Zezwoliłam. Okazało się, że pytania dotyczyły oglądanych właśnie surykatek: gdzie żyją. Odparłam w pierwszym odruchu, że nie wiem, bo wprawdzie spojrzałam na nową (dwujęzyczną) planszę informacyjną z uznaniem i przeczytałam z niej fragment, ale akurat bez zwracania uwagi na te szczegóły po lewej stronie. Po czym przed oczami stanęły mi nory w piasku i poprawiłam się, że oczywiście wiem, że w Afryce. Dalej już było łatwo.
Część safari (słonie, rozmaite antylopy – już pamiętam, które to gnu – zebry, strusie, żyrafy, hipopotamy, nosorożce, wielbłądy, i w specjalnie wydzielonej części niedźwiedzie) się nie zmieniła, nadal jeździ się tam swoim autem, chociaż można też teraz wykupić przejazd specjalnie dostosowaną ciężarówką, ale kosztuje to bodaj 8€ od osoby, co jest zupełnie nieopłacalne. Siedzi się też wyżej, tracąc zapewne trochę przyjemności z ocierania się zebr i strusi o samochód. Zaobserwowałam stadko żyraf spożywających obiad z paśnika umieszczonego na odpowiedniej wysokości, pod spodem zaś stały zebry i czekały, aż coś im spadnie z pańskiego stołu.
-> Thoiry w 2013
-> Thoiry w 2012
-> Thoiry w 2011