„Witaj na świecie, maleńka”

Audiobooki na drogę do samochodu muszą być lekkie i łatwe, ponieważ w ogóle nie umiem przyswajać poważnych treści przez uszy, a już na pewno nie prowadząc. Z „Witaj na świecie, maleńka” jednak nieco przesadziłam. Owszem, powtarzanie się oraz całe akapity o niczym są przydatne, kiedy człowiek akurat szuka swojego zjazdu z autostrady i nie skupia się na szemraniu lektora, ale jak się ma przed sobą 134 km prostej drogi, to jednak pragnie się jakiejś akcji przynajmniej ze strony odtwarzacza. A tu nic. Fannie Flagg jest absolutną mistrzynią lania wody. Postaci chodzą, gadają, chodzą, siadają, gadają, powtarzają siedem razy to samo, żeby w końcu nic z tego nie wynikło. Główna bohaterka robi karierę w telewizji i jest oszałamiająco piękna (zwłaszcza na kacu – to jest jedyna rzecz, którą pamiętałam z pierwszego czytania tej książki, i na tym zdecydowanie powinnam była poprzestać). Jest również zdaje się niezwykle zdolna i bystra, bo tak twierdzi jej otoczenie, jej zachowanie dowodzi natomiast czegoś wprost przeciwnego. Nie zdaje sobie sprawy z własnej urody i za kazdym razem jest nią zaskoczona, co w wieku lat 30 każe podejrzewać poważny problem albo z oczami, albo z mózgiem. Podobnie kiedy prawi jej komplement podziwiany dziennikarz : przez 30 km dziewczyna dopytuje się, czy na pewno on to powiedział i czy to miał na myśli. Najwyraźniej z uszami też ma problem. Inne postaci nie są wiele lepsze. Wspomniany dziennikarz ogranicza swój wyrafinowany komplement do „dobra robota”, a autorka nie uznaje za stosowne nijak tego wzbogacić. Czytelnik pamięta, że wywiad był z jej znajomymi, z założenia w połowie poświęcony reklamie fundacji, a niewygodnego pytania Dena w końcu nie zadała, zachodzi więc w głowę, na czym ta dobra dziennikarska robota miała niby polegać. Naprawdę szkoda, że autorka nic tu nie wymyśliła. Pewnie panie porozmawiały sobie ciepło, ta książka jest bowiem pełna ciepłych rozmówek. Ciepłotę osoby poznajemy po tym, że mówi do wszystkich w każdym zdaniu „złotko”. To gwarantuje, że ma dobre serce. Ja natomiast za każdym razem miałam ochotę ze złości zjeść odtwarzacz (chociaż wiem, że po angielsku to brzmi mniej irytująco, i może należy się czepiać tłumaczki, która swoją drogą co najmniej dwukrotnie myli brainwashing z brainstorming, i zalicza jeszcze parę wpadek).

Wracając do Deny i jej wielkiego idola, ten zaprasza ją na lunch po to, żeby tej obcej panience zwierzać się bez umiaru i krytykować do niej jej szefa. Ale to normalne, róbcie tak zawsze, kiedy będziecie przekonani, że rozmówca jest dobrym człowiekiem, wewnętrzne przekonanie bowiem oczywiście jest jedyną istotną kwestią. Doradza Denie również w kwestii negocjacji pensji, ta może więc chwilę później zaskoczyć swojego agenta dokładnie tak, jak już raz to wcześniej zrobiła. Proponują jej kwotę x, Dena mówi 2x, agent się zwija i cierpi, po czym mówią 1,5x, na co Dena się radośnie godzi, a agent grozi śmiercią na zawał. Autorka nie wyjaśnia, czy wybrał sobie ten zawód za karę czy tylko wbrew naturalnym predyspozycjom, chociaż tak czy owak za drugim razem powinien już być na to przygotowany, ale może zaraził się od klientki pamięcią złotej rybki albo IQ cielaka. Doprawdy ostatni raz tak zgrzytałam zębami przy Morton, ale tam przynajmniej coś się działo i mozna było jakąś intrygę obmyślać.

To zarzuty do pierwszej ćwierci książki. Potem za rozdział o prezbiteriańskim duchownym z tatuażem chwilowo wybaczyłam powieści sporo, śmiałam się bowiem tak, że prawie wjechałam do rowu (dobrze, że akurat nie było to na autostradzie). W ogóle te rozdziały o Elmwood Springs są lepsze od reszty, w której na przykład stalker jest traktowany pobłażliwie, a na końcu nagrodzony, bo przecież zakochany. Fascynujące jest też uparte twierdzenie, że Dena jest taką świetną dziennikarką: doprawdy? Z akcji wynika, że ładnie wygląda i zadaje pytania podsunięte jej przez zespół researcherów i szefa. Nad czym pracuje tak intensywnie, ciągle i bezustannie, poza bywaniem wszędzie? A a propos tego bywania, co właściwie sobą reprezentuje panna, która zaproszona do Carnegie Hall nawet nie sprawdza czyj to będzie koncert? Rozbraja mnie też pomysł, że ktoś od razu widział wyraźnie prawdziwą istotę osoby pod jej maską. Takie to proste i tylko w prawdziwym życiu jakoś nie wychodzi, pewnie dlatego, że nie dość się wzorujemy na postaciach Fannie Flagg i nie zwracamy do siebie per złotko.

Zirytował mnie następnie pomysł, że trzydziestopięcioletnia kobieta nie umie ani trochę gotować, pozwala się więc obsługiwać bardzo starszym ludziom, co autorka najwyraźniej uważa za słodkie i wystarczająco uzasadnione faktem, że 1. matka jej nie nauczyła 2. matka ją porzuciła. Jak wiadomo, czego się z domu nie wyniosło, tego w dorosłym życiu nadrobić się w ogóle nie da już nigdy.
Ale to wszystko pestki. Prawdziwym problemem tej powieści jest rasizm. Bardzo sprytnie ukryty pod otoczką „traktowali go źle, bo był czarny, jakie to straszne”. Natomiast jeśli się nieco wsłuchać, wychodzi, że bohater był całkiem biały (blond, jasna skóra i jasne oczy, co jest wyraźnie podkreślone z pięć razy) i tylko traktowany jak czarny, bo miał jakiegoś tam czarnego przodka dwa wieki temu. Sadzanie takiego kulturalnego, wykształconego i białego człowieka na ławce z czarnuchami jest z gruntu złe, czyli tylko prawdziwe czarnuchy (jak w domyśle jest oczywiste: niewykształcone i niemogące zostać utalentowanymi skrzypkami) na to zasługują. Na pewno tak to miało wyglądać, pani Flagg?

Uczciwie dodam: wiem, że autorka chciała dobrze i ambitnie. Zajmuje się tutaj głównie schodzącymi na psy mediami, które chcą podawać wyłącznie sensacyjne plotki, często z palca wyssane. Krytykuje twórców i konsumentów takich treści, całkiem słusznie. Plus ten nieszczęsny rasizm: na pewno chciała pokazać, jaki jest okrutny i bezsensowny. Wyszło jak wyszło.

Most

Prześliczna, fantasmagoryczna powieść, bardzo Banksowa. Pamiętałam, że szalenie mi się podobała przy pierwszym czytaniu. Przy drugim było podobnie. W pierwszych słowach bohater ma wypadek na moście, wjeżdża w inny samochód, i zapada w śpiączkę, podczas której śni. A nawet śni sny w śnie głównym, w którym jest pacjentem doktora Joyce’a i mieszka na gigantycznym moście. Opowiada doktorowi swoje sny. Powracającym motywem w nich są przygody kogoś w rodzaju Conana Barbarzyńcy, i w ten sposób Banks połączył tu fantasy zawierającą motywy mitologiczne z całkiem klasyczną narracją obyczajową pojawiającą się mniej więcej w połowie książki. Oglądamy tu życie młodego Szkota w latach 70 i 80. To wszystko w streszczeniu brzmi jak nieprawdopodobny zlepek, ale kolejny raz przekonuję się, że Banks mógł był napisać wszystko (i kolejny raz chlipnęłam, że już nie może). Bierze najbardziej zgrane motywy, łączy je brawurowo ze swoimi odważnymi pomysłami – i potrafi tchnąć w całość życie. Most miałam dokładnie przed oczami, prawdziwszy niż widok za oknem; śmiałam się z postrzegania świata przez bezimiennego szermierza z gigantycznym mieczem; śledziłam historię szkockiego bohatera uwikłanego w otwarty związek z dziewczyną. To Banks: jest tu Szkocja, kolekcja samochodów, dużo muzyki, nóż – pocisk z Kultury, oraz biały jedwabny szalik z „The Crow Road” (cokolwiek zbrukany, ponieważ – tak – to Banks).

„Fortuna po polsku” Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

Hanka Ordonówna ubierała się u Hersego. Jego sklep pojawia się dwukrotnie w „Dziewczętach z Nowolipek”, a modelką u niego była Stefania Grodzieńska. Mieszczanie z kolei kupowali ubrania w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich. Dalej jest o kawiarniach Bliklego, słodkich wyrobach Wedla (który przed wojną prowadził stołówkę dla pracowników, a dla ich dzieci żłobki i przedszkola), garniturach Turbasy, kosmetykach Soszyńskiego (Inter-Fragrances, a później Oceanic), biżuterii Kruka i w końcu butach od Kielmana. Autorzy „Fortuny po polsku” opisują, jak te słynne firmy powstawały, w czasie wojny jak upadały i co się działo ze spadkobiercami po wojnie, w socjalizmie, aż po czasy dzisiejsze. Masa ciekawej wiedzy, wciągająca lektura, bywa wzruszająco, bywa zabawnie.

Feliks (dyrektor oraz współwłaściciel) siedział w swoim biurze, gdy zapowiedziano mu przybycie kandydata do pracy. Były to czasy, gdy w pewnych sferach wydawano listy polecające. I jeżeli ktoś się zgłosił z listem polecającym, było to niemal gwarancją załatwienia sprawy. Młody człowiek podał Feliksowi list, przekonany, że zatrudnienie go będzie czystą formalnością. Ten powoli otworzył kopertę, po czym przeczytał pismo, które głosiło, że jego niezwykle szanowany w towarzystwie znajomy poleca tegoż młodego człowieka do pracy i zaświadcza, że jako osoba pochodząca z dobrej rodziny i niezwykle starannie wykształcona, nadaje się on na wyższe stanowisko kierownicze. Jabłkowski zamknął list.
– To absolutnie nieprzyjęte w firmie – wyjaśnił spokojnie. – Awansujemy wyłącznie osoby z personelu, mające za sobą staż pracy u nas – dodał.
Młodzieniec się zdenerwował. Niedoszły szef próbował mu kolejny raz wyjaśnić, że nie ma szans na zatrudnienie go.
Po dłuższej rozmowie młody mężczyzna wypalił:
– Mam ze sobą rewolwer i jeżeli pan mnie nie przyjmie do pracy, to ja się zastrzelę!
Po czym wybiegł i zamknął się w toalecie. Z rewolwerem.
Feliks Jabłkowski kulturalnie odczekał kilka minut i podszedł do drzwi łazienki. Zapukał i zapytał:
– Czy już?
Odpowiedziała mu cisza. Po chwili drzwi otworzyły się z hukiem. Młody człowiek wybiegł i więcej się nie pokazał.”

Król

Od początku książki wiemy, że narator spisuje swoje wspomnienia pięćdziesiąt lat później. Nie pozwala nam o tym zapomnieć, co parę zdań wtrąca jakieś „dowiedziałem się o tym później”, a nawet poddaje w wątpliwość niemal wszystko, o czym opowiada. Czy rzeczywiście to się wydarzyło właśnie tak, czy może zostało tylko opowiedziane lub wyobrażone? Jest w tym coś pokrewnego Modiano, którego bohaterowie usiłują zrekonstruować przeszłość ze strzępów pamięci. Przy czym u Modiano się gubimy, nigdy nie ogarniemy całości wydarzeń, sedno nam umknie, Twardoch natomiast dokładnie wie, jaką historię chce opowiedzieć.

Warszawa, rok 1937. Siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajn jest świadkiem, jak po jego ojca przychodzi żydowski gangster Jakub Szapiro, i za brodę wyciąga go z domu po to, żeby gdzieś wywieźć. Dwa dni później Mojżesz będzie widzem na bokserskim meczu, w którym Szapiro pokonuje polskiego zawodnika Legii. Opuszczają arenę razem, z pracodawcą Szapiry, Kumem Kaplicą, rekieterem trzęsącym żydowskim światkiem. Mojżesz jeszcze wtedy nie wie, że Szapiro zamordował jego ojca. I że już nie wróci do domu. My – i narator – to wiemy patrząc z perspektywy pół wieku późniejszej.

Bardzo klasyczna jest ta narracja: wspomnienia spisywane po latach. Twardoch fantastycznie ją kontrapunktuje tymi wytrącającymi z równowagi wątpliwościami powracającymi jak refren. Dość szybko orientujemy się, że teraźniejszość narratora też nie jest całkowicie jasna. Tu jest kolejny znakomicie zrobiony kontrast: realistycznie opisywanej przeszłości warszawskiej, niemal namacalnie tu oddanej, przeciwstawiona zostaje mglista sytuacja obecna. Co więcej, zauważamy, że narrator jest wbrew logice wszechwiedzący. Skąd ma te wszystkie informacje? Powracający motyw pływającego w powietrzu nad Warszawą ogniookiego i drapieżnego kaszalota Litaniego też sugeruje, że z narratora postrzeganiem rzeczywistości od dawna nie wszystko było w porządku.

To jest cudownie skomponowana powieść, brutalna i subtelna, dosadna i poetyczna, wciągająca i paskudna, realistyczna i fantazyjna. Zuzanka dobrze wypunktowała cechy charakterystyczne tej książki, przy czym kompletnie się z nią nie zgadzam, jeśli chodzi o rozwiązanie fabularne – to właśnie ono nadaje sens ciekawej postaci bohatera. A powtarzalność motywów znakomicie pokazuje jego obsesje. Przemoc jest tu natomiast tłem dla zobrazowania, jak kończą ci, którzy jej nadmiernie ufają. Tu pojawia się inny ciekawy temat. Nie będzie wielkim spoilerem napisanie, że liczne postaci tu umierają, i to bynajmniej nie we własnym łóżku ze starości. Czytelnik w niektórych przypadkach się cieszy, mając wrażenie, że bohater zasłużył, w innych protestuje i psioczy na niesprawiedliwość: lecz kim niby jesteśmy, żeby to osądzać?

O nagrodach i płaczu

Jest mi przykro, że Roth jednak umarł nie doczekawszy się Nobla, chociaż to właściwie było jasne od dawna. Są na pewno na świecie osoby, które wiedzą, dlaczego taki Ishiguro, a nie Roth, ale my zwykli śmiertelnicy raczej się nie dowiemy.

Chlipnęłam natomiast ze szczęścia nad Bookerem dla Tokarczuk. Zasłużyła!

Są Nebule

Nebulę za powieść otrzymała N.K Jemisin za „The Stone Sky„, trzeci tom cyklu, którego dwie poprzednie części zdobyły Hugo. To chyba jedyna tak nagrodzona trylogia w literaturze, i muszę przyznać, że zasługuje. W kategorii krótkich opowiadań obstawiłam poprawnie “Welcome to Your Authentic Indian Experience™”, chociaż szkoda mi mojego faworyta. Nie trafiłam natomiast zupełnie z nowelami, wygrało „A Human Stain”, które jest bardzo dobrze napisane i zupełnie nieoryginalne, dlatego nie brałam go poważnie pod uwagę.

Bazylea i okolice

W poprzedni czwartek rano pojechaliśmy do Szwajcarii. Pamiętałam, że występują tam całoroczne winietki na autostrady i byłam przygotowana, żeby taką kupić, ale na granicy celniczka poinformowana, że jadę tylko do Bazylei, rzekła, że mogę nie kupować, muszę tylko jechać za niebieskimi strzałkami. Tak uczyniwszy dotarłam na miejsce przeznaczenia i poszliśmy zwiedzać to niezwykłe miasto leżące na trzech granicach: szwajcarskiej, francuskiej i niemieckiej. Bazylea ma w herbie i na ulicach miasta bazyliszki, ale dopiero od XV wieku, podczas gdy nazwa miasta (odnotowana jako Basilia) pochodzi z IV wieku.

Zachwycił mnie zabawny czerwony ratusz, zakochałam się natomiast w niezwykle sprytnym promie wożącym ludzi z jednego brzegu Renu na drugi: między brzegami rozciągnięty jest sznurek, po sznurku jeździ rolka, do niej linką uczepiony prom, któremu ustawia się ster, resztę załatwia dość żwawy prąd wody przesuwający łódź na drugą stronę, gdzie ster się przestawia i można wrócić. Nie wymaga to żadnego napędu prócz naturalnego, jest cudownie wymyślone w swojej prostocie, i nie pojmuję, dlaczego takiego rozwiązania nie stosuje się w innych miejscach.

W Bazylei jest również fontanna z wodnymi ruchomymi rzeźbami Jeana Tinguely’ego, podobna do tej pod paryskim Centre Pompidou, przy której Tinguely współpracował ze swoją żoną Niki de Saint Phalle. Fontanna w Bazylei jest nieco wcześniejsza (1977, a paryska 1983). Różowa katedra jest gigantyczna, jej rodowód sięga wieku IX, i ma bardzo malownicze krużganki. Podczas spaceru wytknęłam palcem aż dwa papierki walające się po ulicy, miejscowi orzekli, że to z powodu święta i jutro ich już nie będzie. W każdym razie miasto jest znacznie czyściejsze niż Paryż, co nie jest trudne do uzyskania. Jest też zielone, bardzo sympatyczne, i w wielkiej przebudowie. Ren jest tam tak czysty, że w lecie wyznacza się specjalny tor dla pływaków, którym wydaje się wodoszczelny worek na ubrania i z nim spływają kilka kilometrów w dół rzeki. Muszę się kiedyś tam wybrać specjalnie w tym celu.

Następnego dnia pojechaliśmy do Niemiec oglądać malownicze i świetnie utrzymane ruiny zamków, co jest o tyle warte odnotowania, że to mój pierwszy raz w życiu, kiedy zwiedzałam coś w Niemczech, nie licząc Berlina wiele lat temu. W zamku w Rötteln w średniowieczu urzędował margrabia Hochberg-Sausenberg, a zniszczyła go armia francuska. W Badenweiler natomiast są ruiny rozległych term rzymskich wykorzystujących gorące źródła i film wyjaśniający, jak ówcześni używali łaźni. Termy były niezwykłe, bo symetryczne, tyle samo miejsca dla kobiet co mężczyzn. Eleganckie rzymianki na przykład farbowały tam włosy, kryjąc się przed spojrzeniem męża. Obok są współczesne baseny termalne, ale te odwiedzę innym razem. Na górze znajdują się ruiny kolejnego dwunastowiecznego zamku obronnego, stamtąd widok na Schwarzwald, co mnie absolutnie zachwyciło, nigdy nie planowałam bowiem się tam wybierać piastując tylko tę baśniową nazwę w umyśle, a tu proszę. Jest tak malowniczy, jak go sobie wyobrażałam.

Nazajutrz wybraliśmy się na włóczęgę po Alpach. Dzień był przepiękny jak z obrazka, bardzo ciepło, błękitne niebo, a alpejskie łąki wyglądały jak z reklamy wiadomej czekolady. Głos krowich dzwonków niósł się w czystym powietrzy, z góry mieliśmy widok na zielone jezioro w dole i ośnieżone szczyty wyżej, i było idyllicznie. Nad nami latała kania, a czarny wieszczek z żółtym dziobem jadł nam z ręki banany. Tęsknię za górami. Powrót odbył się natomiast w ulewnym deszczu i podparyskich korkach, co tylko wzmogło moją chęć natychmiastowej przeprowadzki do Bazylei.