Finistère

Wróciliśmy do Bretanii, do tego samego miejsca, co w ubiegłym roku, ponieważ jest to miejsce cudowne, ze świetną ekipą, masą zajęć na miejscu i w okolicy, oraz kranikami z winem. Tym razem polowanie na couteaux nam się zupełnie nie udało, prawdopodobnie dlatego, że było po deszczu i nie było widać dziurek w piasku, choć kilka widziałam, ale nic z nich nie wyszło. Udało nam się natomiast popłynąć pontonem z silnikiem. Pontony przeznaczone są dla 4-6 osób. Początkowo zebrałam taką ekipę, która, gdy przyszło co do czego, jakoś się w ostatniej chwili wykruszyła. Zostałam sama z dzieckiem. Wydano nam kapoki, wiosło i bosak, róg mgłowy na wszelki wypadek oraz kanister z benzyną i udaliśmy się na pomost, gdzie najpierw trzeba było wybrać wodę z pontonu, bowiem padało. Następnie zostaliśmy poinstruowani jak działa silnik. Podłączyć kanister, wyciągnąć starter, tu luz, tu bieg do przodu, tu wsteczny, tu pokrętło prędkości i sterowanie w jednym, zielone boje po lewej ręce, na ocean nie wypływać, bo duża fala.

Po tym wszystkim zwątpiłam. Sama z dzieckiem w takim pływadle? Czy to na pewno rozsądne? A jak silnik zgaśnie? A jak dziecko wypadnie? A jak się zrobi dziura? A jak się pojawi rekin? Rzekłam, że ja może jednak innym razem, na co dziecko oczywiście zawrzasło, że nie ma mowy, płyniemy. Instruktor powiedział, że daje słowo, mogę płynąć sama, nic trudnego. To popłynęliśmy, bo w końcu co, ja nie popłynę? Sterować statkiem umiem, chociaż nie przewidziałam, że jak będę ciągnąć za ten rumpel, to będę sobie jednocześnie zwiększać lub zmniejszać prędkość. Opanowanie tego zajęło mi chwilę, potem już było prosto, choć przeżyłam chwilę grozy, kiedy przepływaliśmy przez port, skąd akurat wychodziła żaglówka. Żaglówka ma pierwszeństwo, ale na żaglach, ta jest na silniku, to chyba nie ma, a jak wychodzi z portu, to też raczej nie ma, lecz wolałabym jednak się z nią nie zderzyć – tę gonitwę myśli przerwał mi człowiek z jachtu machając, żebym przeszła za nim, co posłusznie uczyniłam. Potem już tylko pilnowałam bojek i rzeczywiście dotarliśmy aż do zatoki z widokiem na ocean, gdzie były fale. Wrzuciłam luz, pokołysaliśmy się na falach, i zawróciłam. Powrót był szybszy, bo z prądem. Dobijając do pomostu zastanawiałam się nerwowo, co teraz i jak ja sobie niby mam poradzić, ale instruktor czekał na miejscu i udzielił mi wskazówek.

Darowaliśmy sobie zwiedzanie pobliskich miast, widzieliśmy je bowiem w zeszłym roku, pojechaliśmy natomiast do Concarneau do Musée de la Pêche (Muzeum Rybołóstwa), które okazało się znacznie ciekawsze, niż może to sugerować nazwa. Jest tam mnóstwo fajnych makiet pokazujących historyczne sposoby połowu ryb, oraz zwiedza się autentyczny kuter rybacki zacumowany tuż obok. Są też ryby i inne poławiane stworzenia morskie, parę gablot poświęconych przetwórstwu, zwiedzanie kutra w VR, filmy z połowów i gigantyczna maszyna do szycia żagli.

Chodziliśmy na długie spacery po lasach i brzegu morza, oglądaliśmy okoliczną florę i faunę (szczególnie rybitwy i rybołówki, są fascynujące, kiedy błyskawicznie spadają jak kamień z nieba i nurkują, żeby złapać rybę), siedzieliśmy na plaży, oglądaliśmy strzechy ze słomy z irysami na dachu w celu irygacji, oraz architekturę z granitu. Łupali te kamienie używając drewna polewanego wodą, pod jej wpływem pęczniało, rozsadzając kamień. Byliśmy nawet w ośrodkowej saunie, ku mojemu przyjemnemu zdziwieniu naprawdę porządnie nagrzanej. Był to pierwszy raz mojego dziecka, które okazało się być fanem wygrzewania się w ciepełku. Że jest fanem ostryg, już wiedziałam, zamówiłam więc na degustację dwa talerze, słusznie. Na wieczorek zapoznawczo-powitalny przywiozłam natomiast polskie ptasie mleczko (każdy miał przywieźć jakiś specjał ze swoich lokalnych stron), wiele osób mi potem mówiło, jak bardzo im smakowało. A jeśli chodzi o ośrodkową stołówkę, to zaskoczył mnie bufet bałtycki. Nie jakością pożywienia, to było pyszne (kawior, łosoś, śledzie…), lecz dekoracją. Jej głównym elementem były biały niedźwiedź i pingwin.

Fałszerze pieprzu

Musiałam się zaopatrzyć w rolkę ręcznika papierowego do tej lektury, chusteczki nie wystarczyły. A przecież Monika Sznajderman jest tu rzeczowa i zwięzła, nie próbując żadnych łez wyciskać z czytelnika. To jest książka napisana dla niej samej i dla ojca, sposób przechowania pamięci. Najważniejszy nakaz rabiniczny brzmi „pamiętaj”. Ojciec jednak nie chciał albo nie mógł mówić o swojej przeszłości, córka przegrzebała dla niego – i dla swoich potomnych – archiwa. Czasem zwraca się tu do ojca w drugiej osobie, czytelnik czuje się niemal podglądaczem, usprawiedliwionym jednak przez nadrzędną konieczność wiedzy i pamięci.

To prosta historia: całe liczne rodziny zwykłych Żydów, warszawskich i radomskich, egzotyczne imiona i nazwiska, poznali się, stanęli pod chupą, mieli dzieci, a te dzieci potem dorastały, i miały swoje dzieci, którym dorosnąć nie było dane. Brat Marka, ojca Moniki, miał 10 lat, kiedy poszedł z ojcem na Umschlagplatz, a wcześniej widział śmierć matki w pogromie na Ukrainie. Prosta historia, powiadam, znamy takich wiele, przecież zginęły w ten sposób miliony.

Największe wrażenie zrobiły na mnie chyba liczby. Nie, nie wymordowanych. Przed wojną w Radomiu było 32% Żydów, w Warszawie podobnie, w Krakowie 25%. Mnie się dotychczas wydawało, że to była jakaś widoczna, ale jednak niewielka grupa. Na pewno nie 30%: jedna trzecia ludności. Żyjących oddzielnie, zamkniętych w swoim świecie, między koszernymi jatkami a synagogą. A przecież obecnych w życiu codziennym: wszędzie obok był żydowski lekarz, aptekarz, prawnik, kupiec. I ci wszyscy, którzy się zasymilowali jak dziadek Moniki, zdecydowali spolszczyć imię, sposób ubierania, sposób życia. Oni wszyscy zniknęli, decyzją jednego strasznego, chorego potwora – przecież nie napiszę „człowieka”. Polacy mogą być z siebie dumni, gorliwie podchwycili idee, wspomagali najeźdźców, już po wojnie dokończyli dzieła, i kultywują je nadal, dzisiaj, osiemdziesiąt lat później, skwapliwiej niż kiedykolwiek, pilni uczniowie Hitlera. Najwyraźniej pamięć nie wystarcza. Czy miałby na to radę jakiś mądry rabin?

W drugiej części książki ton się zmienia. Przodkowie Moniki po kądzieli byli polską szlachtą. Wkraczamy w świat dworków, polowań i wysokiej kultury. Autorka zauważa, że te dwa światy jej pradziadków nie przenikały się, choć się stykały. I idzie z tym spostrzeżeniem dalej, cytując pamiętniki pradziadka. Nie ma w nich niemal niczego na temat pogromów i unicestwiania ludzi, które odbywało się za miedzą. Z jednym wyjątkiem: kiedy ginie znajomy Żyd. Wtedy owszem, jest biadolenie, które jednak jakoś znakomicie daje się połączyć z ogólną wizją „Polski bez Żydów”, ponieważ autorka miała w rodzinie również działaczy Stronnictwa Narodowego. Jest to w ogóle powszechna przypadłość, byli ratujący Żydów antysemici, mówiący „wy to co innego, do was się przywiązaliśmy, jesteście specjalni, ale w ogóle Żydów należy się z Polski pozbyć”. Nie jestem w stanie ogarnąć umysłem tego rozumowania, o ile jakikolwiek rozum wchodzi tu w grę, natomiast nie była to choroba tylko tamtych czasów. Spotykam się z tym podejściem we Francji, jeśli chodzi o Arabów czy czarnoskórych – Mohamed pracujący u piekarza jest swój człowiek, ale w ogóle Arabów należy się pozbyć, co jest kluczem do powszechnego szczęścia cywilizacji francuskiej. Autorka jako przyczynę wskazuje nieprzeniknioną obcość, zamknięty świat, tajemnicze rytuały, ubiory, INNOŚĆ – to budzi lęk. Zdumiewa mnie, że najwyraźniej nadal go budzi w czasach internetów i ogólnej otwartości, więc może jednak chodzi o to, że człowiek musi koniecznie sobie znaleźć jakiegoś wroga, na którego zwali całe otaczające go złe. Ale ja nie muszę, więc czemu takich jak ja nie ma więcej?

Sznajderman retorycznie pyta swoich przodków, odważnie walczących za Polskę, czy na pewno nie dało się zrobić niczego więcej w kwestii Żydów. Nie potrafi się pogodzić z wyobrażeniem swoich polskich antenatów uprawiających eleganckie rozrywki w czasie, kiedy parę kilometrów dalej zabijano jej żydowską babkę na oczach dzieci. Ja też nie potrafię, choć nie wiemy przecież, czy cokolwiek można było zrobić. Czy to kogokolwiek usprawiedliwia – nie wiem.