Low Midnight (Kitty 13)

Do tej pory pierwszoosobową narratorką była zawsze Kitty, tymczasem tutaj oglądamy Cormaca, i nawet się nie zająknęłam „Carrie, oddawaj mi ukochaną bohaterkę”, ponieważ Cormac zdecydowanie zasługiwał na większe rozwinięcie swojej postaci. Mieliśmy przedsmak w opowiadaniach, więc bardzo się ucieszyłam, że będzie tego więcej. Fabuła zaczyna się chwilę po „Underworld„, gdzie pod koniec padł pomysł, jak można się dowiedzieć więcej o dzienniku Amy Scanlon. Cormac ma się tym zająć, więc w akcję bardzo naturalnie wpasowuje się jego wyprawa do Manitou Springs. To kolejny tom, który ma wartką, wciągającą akcję. I kolejny, który jest nieprzewidywalny. U Vaughn artefakt może się okazać przydatny albo bezużyteczny, atakujący zły może zginąć lub wręcz przeciwnie, czar może zadziałać lub nie: nigdy nic nie wiadomo z góry, i to mi się tu podoba nieustannie najbardziej.

Kitty Rocks the House; Kitty in the Underworld (Kitty 11 i 12)

Kitty Rocks the House. Jest mniej więcej rok po powrocie z Londynu. Główny antagonista nadal zagraża światu, ale nic konkretnego się nie wydarzyło, tymczasem w Denver pojawia się nowy wampir. A potem również nowy wilkołak, który chce dołączyć do stada Kitty, ale zachowuje się bardzo dziwnie. Jednocześnie starsza siostra Kitty domaga się od niej pomocy, kompletnie nie rozumiejąc, że ta musi uratować świat, oraz że w noc pełni nie może być do niczyjej dyspozycji bez względu na swoją chęć. I jeszcze jest problem z Cormakiem, oraz gdzieś przepada Rick, akurat w momencie, kiedy jest naprawdę potrzebny. Kolejny tom z bardzo sprawną akcją, ani akapitu przestoju, ciągle coś się wydarza, trudno się oderwać od lektury, a Kitty pozostaje sobą.

Kitty in the Underworld. Płynnie wpadamy w fabułę z poprzedniej części. Kitty pisze książkę i w swojej audycji „The Midnight Hour” przeprowadza wywiad z wampirzycą striptizerką, a Ben jeździ do klientów, czyli niby życie toczy się normalnie. Przynajmniej dopóki nie zadzwoni Alette z wieścią, że stracili Barcelonę, a Roman szuka czegoś w Chorwacji. A potem Kitty zostaje porwana. Kolejny bardzo realistycznie rozegrany pomysł, łącznie z nieoczywistymi decyzjami podejmowanymi przez bohaterkę. To jeden z moich ulubionych tomów.

Do zarzucenia mam tylko to, że ukochanym środkiem wyrazu wszystkich postaci jest glare, występujące w każdej książce z dziesięć razy. A w ostatnich Vaughn z lubością zadaje pytanie type „to czy to”, na które pada odpowiedź yes. Pierwsze dwa razy to mogło być w miarę zabawne, za szóstym już nie jest. Nie czepiam się natomiast poświęcania całych akapitów na przypomnienie tego, co działo się do tej pory i kto jest kim, bo nikt mi w końcu nie kazał czytać tego ciurkiem, a autorka robi to naprawdę bardzo sprawnie i naturalnie.

„Pestka” Anka Kowalska

Nie wiem już, co mnie naszło, żeby czytać „Pestkę”, ale naszło mnie dobrze, bo czytałam to za młodu, i oczywiście nic nie zrozumiałam. To jedna z tych książek, do których należy dorosnąć. Przez pół wieku wcale się nie zestarzała. Kowalska ma specyficzny styl, miejscami nieco staroświecki, ale to dodaje uroku i jest równoważone przez gorączkową siłę narracji. Bardzo prostej: opowiada Sabina, szara myszka, grzeczna przyjaciółka barwnej i żywiołowej Agaty, mierzącej się ze swoją pierwszą prawdziwą miłością; miłością do żonatego mężczyzny. Doskonała jest tutaj głębia psychologiczna, i wnikliwość, z jaką opisane sa wszystkie postaci. To książka o relacjach, o zmienianiu się człowieka, o stawaniu się miłości, o jej przemijaniu, o macierzyństwie i niemożności macierzyństwa, o rezygnacji w imię odpowiedzialności. O szczęściu, cierpieniu i życiu, jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało. Banalnie – i jak prawdziwie.

Z samego faktu – czy można się czegoś dowiedzieć? Jedyną prawdziwą książką o człowieku byłby wówczas rocznik statystyczny.”

Zaskakuje mnie, ile tu jest o wierze w Boga i o moralności, w 1964. Teraz już się chyba nie traktuje tego tak poważnie, z taką głębią. Niczego się tak nie traktuje. Niedzisiejsze jest też to ostateczne przekonanie Agaty, że nie może budować swojego szczęścia na cudzym cierpieniu. A swoją drogą – właściwie dlaczego Teresa tak nie myśli? Mam problem z przeciwstawieniem tego podejścia sprzed pół wieku „rodzina i zobowiązanie są najważniejsze” dzisiejszemu „dlaczego mają cierpieć wszyscy, skoro może cierpieć mniej osób”. Z tej sytuacji nigdy nie ma dobrego wyjścia.

I powiedziała: wtedy kiedy człowiek myśli, że zgodził się na wszystkie ofiary, na cenę, jaką zdecydował się płacić, okazuje się na ogół, że ta cena, którą mu wyznaczono, jest całkiem inna, w innej walucie, czy ja wiem; w dewizach, o których w ogóle nie pomyślał. Może nie to, że płaci, jest najtrudniejsze, tylko to, że nigdy nie wie, czym mu przyjdzie zapłacić? – zapytała.

Kitty Steals the Show (Kitty 10)

Kitty z rodziną leci do Londynu na konferencję dotyczącą istot nadnaturalnych, pierwszą tego rodzaju. Została zaproszona jako mówca, nie ma zielonego pojęcia, o czym będzie mówić, ale to oczywiście nie jest problem. Większym jest przetrwanie lotu transatlantyckiego, co jej wewnętrznej Wilczycy nie będzie się podobać. Warto jednak wytrwać, bo w Londynie czeka na nią Emma znana z „Nocnego Waszyngtonu„, która teraz jest towarzyszką życia lokalnego Mistrza wampirów. Ten okazuje się osobiście znać Szekspira, co jest świetnie napisane, i rozmarzyłam się przez chwilę, że mogłaby to być prawda. Poza tym w Londynie są też oczywiście wilkołaki, a przelotnie pojawiają się fairies.

Kitty’s Greatest Hits (Kitty 9½)

Myślałam, że to taka zapchajdziura w cyklu o Kitty Norville – zbiór opowiadań powyciąganych z szuflady – w związku z czym dziwowałam się kilkakrotnie, że to jest aż takie dobre, po czym spłynęło na mnie olśnienie: zaczęłam przecież w ogóle znajomość z Carrie Vaughn od opowiadań nominowanych do nagród. Ona UMIE pisać opowiadania. A to jest świetny zbiór, który jest doskonałym uzupełnieniem powieści, ale broni się też sam w sobie. Mamy tu początki przyjaźni Cormaca z Benem, opowieść o tym, jak Ricardo stał się wampirem, inne o stającym się wilkołakiem TJ (bohater pierwszej książki z cyklu), opowiadanie o Kitty sprzed czasów „Nocnej godziny”, opowiadanie o jednym ze słuchaczy dzwoniących do jej audycji w „Srebrnej kuli„, albo dwa opowiadania historyczne: o tym, dlaczego Daniela w jaskini nie zjadły lwy i jak Katarzyna Aragońska została żoną Henryka. Jest też zombie à la Vaughn, czyli niesztampowo. A na koniec fantastycznie wciągająca długa nowela o Cormacu w więzieniu, czyli to, co w powieściach zostało celowo przemilczane. Wszystko jak to u tej autorki: realistyczne, solidnie przemyślane i zgrabnie podane.

W posłowiu Carrie Vaughn wyjaśnia, że całość zaczęła się od opowiadania. W postaci wilkołaka-didżeja w ogóle nie widziała potencjału na książkę. Dziesięć powieści potem nadal się dziwi. Ale przecież „endless stories and real-world settings are out there waiting to be told and retold” – i za to ją lubię.

2018-06-22 09:02:21 Komentuj (0)

W urzędzie

Pani, która przychodzi po mnie do poczekalni biurowej, ma chyba ze dwieście lat i ledwie się rusza. Ulegam złudzeniu, że jest tu tylko po to, żeby wskazywać petentom właściwy pokój, ale po chwili okazuje się, że to ona jest główną urzędniczką. Ma jednak za biurkiem obok siebie zdecydowanie młodszą następczynię, która robi wrażenie przerażonej. Ja dla odmiany jestem zachwycona, one wyglądają całkiem jak Bonifacy i Filemon, dlaczego nie mam ukrytej kamery?

Pada pytanie, z czym przychodzę, tłumaczę.
– AVH – urzędniczka wymawia niedostępny śmiertelnikom skrót z namaszczeniem i zadowoleniem, przestraszona młoda posłusznie kiwa głową, ja też kiwam, żeby się nie wyłamywać. Podaję dokumenty.
– Potrzebna mi jest karta przynależności do Związku – objaśnia urzędniczka. Spodziewałam się tego pytania.
– Nie mam, ale tu mam taki dokument i kopię – mówię. Tamta nawet nie zaszczyca tego spojrzeniem.
– Ale w ogóle w domu pani ma kartę, tak? – upewnia się.
– Nie mam, nie dali mi, ale tu mam taki dokument – nalegam.
– Bez karty nie mogę w ogóle założyć dossier – recytuje zadowolona Bonifaca. Tego też się spodziewałam.
– Bo mnie dali taki spis dokumentów – wyciągam magiczną kartkę – i tu, o tu – stukam palcem – jest napisane, że albo karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i właśnie zawiadomienie o decyzji mam tutaj, z kopią – macham nim ponownie.

Konsternacja.

– Nie nie, musi być karta – mówi tamta, ale już słabiej. – Dobrze, a RIB pani ma? – zbija mnie z tropu nagłą zmianą tematu.
– Mam, oczywiście. – Nie daję się. – A tu proszę – znów stukam palcem – jest napisane, że karta ALBO zawiadomienie o decyzji, i to od 1 stycznia 2016 roku – używam kompletnie absurdalnego argumentu, ale w takim kontekście cyfry zawsze brzmią dobrze. Tamta powiada
– Proszę poczekać – zabiera mój dokument i wyczłapuje z biura. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Ona nie wraca ranki i wieczory, we łzach jej czekam i trwodze… wcale nie, ja mam z tyłu głowy rechoczącego demona, którego z całych sił powstrzymuję przed wyjściem na zewnątrz, zaś przerażona młoda adeptka sztuki urzędniczej powiada w końcu, żeby przerwać straszliwą ciszę
– Długo to trwa… coś długo to trwa! – Uprzejmie przytakuję.

Młoda zabiera się więc za spisywanie moich danych na komputerze, którego klawiatura jest dla niej wyraźnie zupełną nowością, każdej litery szuka przez parę minut. Kiedy przychodzi do mojego numeru telefonu, podaję go z normalną prędkością, co okazuje się dla niej o wiele za szybkie, a ja powoli nie umiem, zaplątujemy się więc beznadziejnie w siódemkach i dziewiątkach, ale przychodzi zbawienie w postaci człapiącej mistrzyni biurokracji, która wraca, zasiada i bez słowa kontynuuje zakładanie dossier. Nie ośmielam się spytać, czy w takim razie mój dokument przeszedł przez kontrolę odgórną, przyjmuję spokojnie jej działania, bo nie mam do stracenia niczego.
– Bo tu zobacz, tu mi nie znalazło takiej ulicy – młoda nadal walczy z moim adresem w komputerze. Stara przechyla się przez nią, naciska dwa klawisze, nie wiem czy rozwiązują problem, bo strofuje uczennicę
– Poczekaj, później ci pomogę, na razie skończę z panią.
Istotnie, wyciąga prześliczną niebieską karteczkę i staranną kaligrafią wypisuje moje dane, żeby potem z dumą wręczyć mi récépissé. Wylewnie dziękuję, wychodzę, wypuszczam na zewnątrz demona.

Kitty Goes to War. Kitty’s Big Trouble (Kitty 8 i 9)

Kitty Goes to War. Nasza bohaterka ma się zaopiekować trzema zbiegłymi z armii żołnierzami, którzy wrócili z Afganistanu, i są wilkołakami. Czy uda się ich zresocjalizować? Jak zwykle świetny pomysł – oczywiście, że wilkołaki świetnie się nadają na wojaków i oczywiście, że problemy psychiczne muszą być tu spore. Równolegle robi się zamieszanie z siecią sklepów Speedy Mart, które najwyraźniej przyciągają dziwne zjawiska pogodowe. Czyżby maczał w tym palce ich szef Harold Franklin, i w jakim celu? I co właściwie dzieje się z Cormakiem?

Kitty’s Big Trouble. Trójka bohaterów udaje się do San Francisco, początkowo żeby badać kto ze sławnych ludzi był istotą nadprzyrodzoną, a potem daje się wciągnąć w sam środek wojny toczonej przez siły znacznie potężniejsze, niż można sobie wyobrazić. Fantazja autorki wydaje się niewyczerpana, i bardzo lubię starannie powtarzane przez Kitty „ja też w to wszystko nie wierzyłam, byłam sceptyczna. A potem ugryzł mnie przerośnięty wilk”. W tym tomie bardzo mi się podobał Sun, nieco odmienny od zwykłych postaci Vaughn, miejscami było bardzo śmiesznie, oraz świetny pomysł z tymi pinezkami rozsypanymi na podłodze.