Pięć lat kacetu

Zdziwiłam się mocno odkrywszy, że już dwanaście lat minęło od mojej lektury Grzesiuka. Zapominam książki, które czytałam dużo później; „Pięciu lat kacetu” się jednak wypchnąć z pamięci nie da. Nieodmiennie robi piorunujące wrażenie ta beznamiętna, a miejscami zupełnie lekka w tonie relacja mówiąca o rzeczach niewyobrażalnie potwornych. Niby znam, czytałam, pamiętam, wiem – a jednak ciągle w niektórych miejscach musiałam przerywać czytanie, fizycznie nie będąc w stanie brnąć dalej. I nic nie pomaga tu wiedza, że to było dawno, że kto miał umrzeć, umarł, że narrator przeżył, a potem umarł przedwcześnie, że nie żyją już nawet jego dzieci.
Wróciłam do tej lektury, ponieważ w tym roku z okazji setnej rocznicy urodzin autora ukazało się nowe wydanie, nieocenzurowane. Z poprzednich usunięta została krótka wzmianka o Cyrankiewiczu (ówczesnym premierze), akapit o księżach pederastach i o tym, że nie dotrzymują celibatu, samo zakończenie, które w tej wersji składa się z paru akapitów opowiadających o powojennym życiu autora i apelujących o nieocenianie jego czynów obozowych. Oraz chyba najistotniejsze: kilka stron z goryczą informujących, że żaden zorganizowany ruch oporu w obozach nie istniał, choć starano się sprawiać takie wrażenie. W poprzednich wydaniach została z tego informacja, że Grzesiuk z taką organizacją nawiązał współpracę. W rzeczywistości nie było z kim.

Klin

Debiut Chmielewskiej, „Klin” z 1964, jest doskonały. Zestarzał się technicznie, oczywiście. Już samo to, że bohaterka odbierała telefon i nie wiedziała, kto dzwoni, przez cały tekst powodowało moje odruchowe zdumienie. Nie mówiąc o tym, że na znajomego spikera radiowego trafia się natychmiast po włączeniu radia. Najpierw się lekko zdziwiłam, potem przypomniałam sobie, że stacji było trochę mniej. Natomiast jest to świetnie napisane, bardzo zabawne, z żywymi postaciami, z charakterystyczną dla Chmielewskiej autoironią, i równie charakterystycznie naciągniętymi pomysłami: dwóch bardzo wysokich i podobnych do siebie facetów o pięknym głosie i idealnej dykcji? Januszów w tej książce jest natomiast czterech i to też jest urocze. Doskonale rozumiem, że zdobyła popularność.

O, kuchnia!

Wciąga nieco mniej niż pierwsza z kuchennych książek Bourdaina, ponieważ to zbiór esejów na różne tematy: w dużej mierze o ludziach związanych z kuchnią czy programami typu Top Chef w Ameryce. Osoba nie siedząca w tej tematyce może się chwilami nudzić, ale warto to przeczekać, ponieważ jest tu również o tym, co się wydarzyło po ukazaniu się „Kitchen confidential”, oraz po rozpadzie pierwszego małżeństwa autora (siedział na Karaibach i usiłował się po pijaku rozbić autem), o jedzeniu ortolanów, o tym, jak się je w Wietnamie i o syczuańskim ognistym kociołku (powinno być surowo zakazane pisanie o jedzeniu w taki sposób). Przy rozdziale o tym, jak usiłował córkę uwarunkować na niechęć do McDonalda z radości tarzałam się po podłodze, nadal uśmiecham się na samo wspomnienie. Bourdain pisze tu też o tym, jak zostać szefem kuchni (nie zostawać), co każdy człowiek powinien umieć zrobić w kuchni (na pierwszym miejscu jest krojenie cebuli), i o swoim znajomym, którego praca polega na filetowaniu ryb dla doskonałej nowojorskiej restauracji i który jest w tym absolutnym mistrzem. To coś, co z niesłabnącym zachwytem obserwuję u mojego lokalnego poissoniera na marché. Wydają się posiadać jakieś nadludzkie umiejętności: jednym ruchem ręki zdzierają łuski, a potem paroma dalszymi przerabiają to wodne stworzenie w kawałki mięsa. Jak magia.
Jakiego tematu by nie wziął na warsztat, Bourdain jest nim w całości pochłonięty, poświęca się absolutnie, ujawnia wszystkie swoje uczucia, niczego nie ukrywa, nie owija w bawełnę. Chce doświadczyć wszystkiego i przeżyć w pełni – a potem o tym opowiedzieć jak najprecyzyjniej i jak najbardziej szczegółowo. Jest w tym szalenie ujmujący i wzruszający.

Zagubiony w Chinach

Po powrocie z Fidżi Troost dorobił się drugiego dziecka, a parę lat później postanowił pojechać do Chin. Nic o nich nie wiedział, specjalizując się w Europie Wschodniej (jego matka była Czeszką, chociaż urodził się w Holandii). Opisuje więc swoją paromiesięczną wizytę w tym kraju z punktu widzenia turysty nieświadomego – ale dociekliwego. Używa też obficie swojego poczucia humoru, które jest mu potrzebne, Chińczycy bowiem nagminnie wpychają się w kolejki oraz plują i załatwiają inne potrzeby naturalne po prostu na ulicy, co szokuje nieszczęsnego Kanadyjczyka przyzwyczajonego do standardów amerykańskich.

Troost odmalowuje przed nami obraz fascynującego, zaskakującego kraju, właściwie nieogarnialnego umysłem przez swoje rozmiary – a był i na północy w Harbinie, i w Tybecie, i w wielu innych miejscach. Pisze z pozycji zaskoczonego odkrywcy, ale daje też rzeczowe, wnikliwe wyjaśnienia. Pod koniec nieco mnie zmęczyło dowcipkowanie autora, ale to był już ostatni rozdział.

Na haju do raju

Maarten Troost, z pochodzenia pół Holender, pół Czech, Kanadyjczyk mieszkający w Waszyngtonie, w okolicy roku 2000 postanowił wraz z żoną przeprowadzić się na wyspy Pacyfiku. Realizacja pomysłu nie zajęła im dużo czasu („Kiribati może nie jest rajem, ale byłem gotowy zaryzykować. Wiedziałem także, jak to zrobić. Moja żona będzie musiała znaleźć pracę na południowym Pacyfiku„), i powstała dość zabawna książka opowiadająca o życiu na  Vanuatu, a potem na Fidżi, dokąd się przenieśli, kiedy miało się urodzić ich pierwsze dziecko. Autor jest beztroski i dowcipny, ale podaje też sporo konkretnych informacji kulturowych i historycznych, a motywem przewodnim jest próba odnalezienia miejscowych ludożerców. „Ostatni, oficjalnie odnotowany przypadek kanibalizmu w Vanuatu zdarzył się na wyspie Malekula w 1969 roku„. Spożywa również lokalny narkotyk, kavę. Pierwszego dnia w nowym miejscu zamieszkania autorowi z żoną udaje się zakopać w błocie pożyczony SUV. Fakt, że nigdy przedtem nie prowadził takiego auta, ani w ogóle nie miał samochodu, nie powinien tu odgrywać żadnej roli. Do pójścia w jego ślady i natychmiastowego przeprowadzenia się na Vanuatu zniechęca nas natomiast informacją, że jest to siedziba licznych olbrzymich rekinów. Lepiej zapomnieć o kąpielach w tamtejszych ciepłych turkusowych wodach morskich. Wciągająca, przyjemna lektura.

Jedyna historia

Opowiada Paul. Ta historia wydarzyła się pół wieku temu, czyli w okolicy roku 1965, kiedy narrator miał lat dziewiętnaście („teraz” ma zatem siedemdziesiąt, co czyni go rówieśnikiem Barnesa). Pochodził z klasy średniej, mieszkał z rodzicami na przedmieściach Londynu, przypadkiem zapisał się do miejscowego klubu tenisowego, i przypadkiem poznał tam Susan, 48-letnią żonę pana MacLeoda, matkę dwóch córek, obu zresztą starszych od niego. W niej się zakochał, co oczywiście bez względu na różnicę wieku zdarzało się, zdarza się, zdarzać się będzie. Nietypowe jest może to, że zakochali się w sobie oboje; że mieli romans pod nosem męża; że pod koniec pierwszej części zdecydowali się zamieszkać razem.

Druga część ujawnia to, co w poprzedniej narrator przemilczał. Tonacja się zupełnie zmienia. Barnes każe nam zrozumieć Susan, a potem zaakceptować konieczność poniesienia kary przez oboje bohaterów, bez względu na to jak bardzo im kibicujemy. A może to jednak nie kara; może to zwykła kolej życia, ponieważ są tutaj też inni bohaterowie, którym pokuta się niekoniecznie należy. To, co wydawało się prostą historią miłosną, staje się opowieścią o uzależnieniu i chorobie, wnikliwą, zwięzłą i bolesną. Trzecia część podsumowuje i analizuje, choć oczywiście nie będzie tu żadnych wniosków ani morału. Barnes zastosował w tej powieści ciekawy zabieg: pierwsza część ma narratora pierwszoosobowego, druga głównie drugoosobowego, trzecia jest natomiast przeważnie w trzeciej osobie. Jakby bohater z czasem oddalał się od samego siebie, nabierał dystansu, patrzył na swoją historię – swoją jedyną historię – jak na cudzą. Usiłuje na jej podstawie formułować prawdy uniwersalne, lecz przecież żadnych się nie da.

Jest jeszcze jeden aspekt tej opowieści, na pierwszy rzut oka niewidoczny. Paul i Susan odważyli się podjąć ryzyko, zawalczyć o swoją miłość, jak to się teraz modnie mówi. Tymczasem wbrew regułom współczesnej narracji nie zostali za to nagrodzeni. To przełamanie konwenansów nie prowadzi ich ostatecznie do niczego dobrego. A nawet przeciwnie. Pod koniec Paul rozważa możliwe warianty swojego życia. Nie myśli jednak o tym, co byłoby z Susan, gdyby została z mężem. A może nie popadłaby w alkoholizm. Może obojgu im wyszłoby to na dobre. Oczywiście egoistyczny i skupiony na sobie narrator nie potrafi czy nie chce wysnuć takiej konkluzji.

Ta pełna melancholii powieść podejmuje tematykę z „Poczucia kresu„. Barnes kolejny raz mówi tu o pamięci – jedynym, co nam zostaje pod koniec, jedynym, na co mamy być może jakiś wpływ. Nasze życie bowiem kształtował przypadek. W ten sposób polemizuje z Modiano, którego bohaterowie nieustannie poszukują prawdy w przeszłości, żyją złudzeniem, że mogliby znaleźć jej sens, gdyby tylko udało się ostatecznie poukładać to puzzle wspomnień. Barnes mówi, że obraz finalny nie istnieje: swoją jedyną historię możemy kształtować. Dojść do akceptacji nie miotając się w poszukiwaniu sensu. Paul „wiedział, że tak naprawdę nikt nie jest w stanie utrzymać w życiu równowagi, nawet wtedy, gdy spokojnie je kontempluje. Wiedział, że zawsze jesteśmy rozdarci, a czasem oscylujemy między samozadowoleniem a żalem. On starał się skłaniać ku żalowi, jako mniej szkodliwemu”.

Kitchen Confidential

Dziesięcioletni Anthony Bourdain (francuskie nazwisko miał po ojcu) będąc we Francji po raz pierwszy odważył się jako jedyny z rodziny skosztować ostrygi prosto z hodowli. Może to wtedy zaczęła się jego trwająca całe życie miłość do jedzenia, do odważnych smaków i czerpania z życia pełną garścią? Potem w nadmorskich knajpach uczył się sztuki restauracyjnej zaczynając od zmywania garów, a opowiada o tym tak plastycznie, że właściwie jesteśmy tam wszędzie razem z nim. Ba, kiedy czytałam o jego jednym dniu spędzonym w restauracji, zaczętym za pięć szósta rano, skończonym o pierwszej, to prawie sobie obiecałam już nigdy w życiu nie jeść w knajpie. Tyle pracy tylko po to, żeby nakarmić ludzi. Śmiałam się natomiast bardzo z historii o nieudanej rozmowie o pracę w steakhouse. Bardzo podnoszące na duchu, że i człowiekowi tego formatu mogło się zdarzyć coś takiego.
Miałam jego książki na liście do przeczytania, ale oczywiście odkładałam na później, impulsem była jego śmierć, i Aleksandra. Czytałam nie mogąc się pogodzić z najnowszą wiedzą: jak to możliwe, że taki bon vivant z olbrzymim dystansem do siebie mógł wybrać taki koniec? Choć może właśnie dlatego. Długo żyć mogą cierpliwi nudziarze. Ci intensywnie żyjący prawdziwi miłośnicy najlepszego z możliwych światów chcą zejść ze sceny niepokonani zostawiając po sobie pamięć i smak. A może po prostu wygrała depresja.