Boso, ale w ostrogach

To również jest nowe wydanie (Prószyński 2018) znanej książki autobiograficznej, która pierwotnie miała ukazać się w kwietniu 1959, ale na parę miesięcy została wstrzymana przez cenzurę. Grzesiuk nie zgadzał się na żadne zmiany – ostatecznie jednak to nie cenzura usunęła kilka fragmentów, tylko sam autor, który uległ namowom rodziny, czego potem żałował. Przywrócone fragmenty zostały w tym wydaniu wyróżnione pogrubieniem. Widać, że usunięto wszystkie te sceny, w których wyraźnie widać, jakim zabijaką był Stasiek: miewał broń czy nóż i nie wahał się go użyć. Znikły akapity mówiące bez ogródek o łamaniu prawa. Niby do tej pory wiedzieliśmy, że autor nie był szczególnie grzecznym chłopcem, ale sporo szczegółów zostało przemilczanych. Teraz możemy je poznać dokładnie. Wrócił również mniej więcej trzydziestostronicowy fragment o ostatnim obozie przysposobienia wojskowego na Wileńszczyźnie, na którym Stasiek rozrabiał straszliwie, co opisuje ze smacznymi detalami. Możemy w końcu przeczytać również dokładniejszy opis powojennych odwiedzin u Baśki, byłej kochanki, która wydała go Niemcom. Na zakończenie natomiast jest aneks, „Ferajna na łonie natury”, opowiadający o wypadzie do Powsina w lipcu 1938, pisany jednak w roku 1961, czyli już po pierwszym wydaniu książki.

Przeczytałam całość kolejny raz z zapartym tchem. To jest niezwykle malownicza opowieść o Warszawie sprzed wybuchu wojny, i z jej pierwszych miesięcy. Widać z niej wyraźnie charakter Grzesiuka, zwanego przez kolegów z Czerniakowa „Kozakiem”. Nie bał się niczego, był świetnym obserwatorem, był bardzo sprytny, umiał się błyskawicznie dopasować do warunków oraz otoczenia, i to dzięki tym cechom przeżył potem pięć lat w obozach. Był również niewątpliwie inteligentny: po tej relacji zupełnie nie widać braku formalnego wykształcenia autora. Jest żywa, sprawna, napisana ze swadą i świetnym wyczuciem językowym.

Artificial Condition (Murderbot Diaries 2)

Murderbot postanawia odkryć prawdę o swojej przeszłości, której nie zna, ponieważ standardowym postępowaniem między kontraktami jest czyszczenie tym androidom pamięci. W tym celu nawiązuje kontakt z botem pilotującym statek kosmiczny (Asshole Research Transport, dla przyjaciół ART), proponując mu dostęp do wielu godzin seriali i innych mediów rozrywkowych w zamian za podwiezienie na odpowiednią planetę. Statek się godzi, a potem wychodzi na jaw, że istota o takim mózgu się nudzi i ma ochotę się wtrącać w prywatne sprawy Murderbota. Żaden z bohaterów nie jest człowiekiem, ale to nie znaczy, że automatycznie dogadują się dobrze. Przynajmniej na początku.

Dowiadujemy się przy okazji, że SecUnit nie je, nie wydala, i potrzebuje minimalnej ilości powietrza, w związku z czym zastanawiam się, jak właściwie odżywia swoje części organiczne, ale wyjaśnienia brak. Na planecie docelowej sprawy się oczywiście nieco komplikują. Wells pozostaje przy tym bardzo oszczędna w narracji i budowaniu świata, z którego widzimy tylko to, co jest niezbędne. Oczywiście jest to konsekwentne. Narratora nie interesuje nic poza aktualnym celem oraz oglądaniem seriali. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego taka osoba w ogóle może być tak doskonałym bohaterem, ale jest. Czyta się to znakomicie.

Szpony i kły

W grudniu 2016 „Fantastyka” rozstrzygnęła konkurs na opowiadanie wiedźmińskie i zamieściła zwycięski „Kres cudów” Piotra Jedlińskiego. Po jego przeczytaniu zrobiło mi się tak tęskno do świata wiedźmina, że skończyło się to zarywaniem nocy na powtórki ośmiu tomów Sapkowskiego (a gdyby było ich więcej, to czytałabym więcej). Rok później wyszła antologia zawierająca plon tego konkursu, i oczywiście patrzyłam na nią spode łba. Bo owszem: nagrodzone jest tak dobre, że w zasadzie można by uwierzyć w autorstwo samego Sapka, ale jak to ja, przekonana byłam, że inne na pewno są słabymi fanfikami, bo dlaczego miałyby nie być.
Wzięłam w końcu antologię do ręki. Okazało się, że teksty są świetne. Autorzy czasem udatnie podrabiają styl Sapkowskiego, czasem znajdują własny; duch tamtego świata jednak nadal w nich jest. Byłam też pewna, że będzie o wiedźminie, ewentualnie wiedźminach, i ich walkach. Nie. Jest czarodziejka Koral, jest wiedźmin Lambert i Triss Merigold, jest starsza siostra Essi Oczko, jest wiedźmin Coen, jest last but not least Jaskier, bardzo dużo Jaskra. Są nowe i stare potwory, i są nowi bohaterowie spotykający starych. Jest humor i jest wzruszenie. Jury konkursu napisało, że Jedlińskiego nagrodziło jednogłośnie, dlatego zresztą spodziewałam się słabszego poziomu: otóż czytałam mamrocząc do siebie „nie wiem jak oni to zrobili, ja bym nie umiała wybrać, to wcale nie jest oczywiste, wcale”. Zresztą mój wybór pewnie byłby inny. Nie mam zielonego pojęcia, kim jest Przemysław Gul, ale „Lekcja samotności” to mimo niezgrabności stylistycznych świetnie skomponowana opowieść szkatułkowa napisana z fantastycznym wyczuciem dramatyzmu, z dobrymi bohaterami i z puentą. Tytułowe „Szpony i kły” to w ogóle osobna jakość, jak zresztą i najodleglejsza od oryginału „Ballada o Kwiatuszku”. Oczywiście nie umiem ocenić, na ile ten zbiór sprawdziłby się na czytelniku nie znającym kanonu Sapka. Są tu opowiadania, które się bronią same w sobie, inne raczej potrzebują znajomości pierwotnych wersji czy bohaterów.
Od zawsze uważam, że tym, co czyni człowieka, jest zdolność snucia opowieści. Jestem pewna, że pojawiła się jednocześnie z mową, i towarzyszy nam nieodmiennie przez milenia. Możemy się zmieniać, możemy rozwijać cywilizację, technologie, kulturę: u samych podstaw naszego życia i naszej istoty, w zbiorowej nieświadomości będą nieodmiennie historie o miłości, zdradzie, poświęceniu, dobru, złu, walce, zwycięstwie, zgodzie, przyjaźni. Smutne, wesołe, wzruszające, absurdalne. Nieustannie mniej lub bardziej świadomie czerpiemy z tego bogactwa. Wzbogacamy po swojemu i przekazujemy dalej. Choćby Szekspir w swoich sztukach używał przecież znanych mu fabuł i opowieści, robili to też twórcy przed nim i po nim. Sapkowski jest jednym z nich; pełnymi garściami czerpiąc z folkloru i kultury tworzył świat znajomy i oryginalny, w swojej różnorodności spójny i prawdziwy. To  dlatego inspiruje do rozwijania dalej.

„All Systems Red” Martha Wells

Grupa naukowców bada obcą planetę pobierając różne próbki. Mają również uzbrojoną ochronę. Coś bardziej typowego w sf trudno znaleźć, tu jest jednak drobna różnica: opowiada ochroniarz, android z bronią wbudowaną w przedramiona, sam siebie zwący Murderbotem. Który w dodatku zhakował system i jest świadomy oraz nie musi słuchać żadnych poleceń, a w wolnym czasie namiętnie ogląda seriale. Żeby się zakochać, wystarczyła mi pierwsza strona, na której dwóch naukowców atakuje zły obcy z paszczą pełną zębów albo czegoś wystarczająco podobnego, i Murderbot bez wahania się poświęca, żeby ich uratować. Ale to nie tak, że jest miłą i dobrą maszyną do zabijania. Najchętniej nosi swoją zbroję z zaciemnionym kaskiem, nie cierpi interakcji z ludźmi, nie znosi, żeby na niego patrzyli (“You don’t need to look at me. I’m not a sexbot”), a już kontakt wzrokowy w ogóle odpada, nie chce rozmawiać o swoich uczuciach, i ma bardzo cierpkie poczucie humoru. Nie da się nie pokochać, powiadam.

To jest tegoroczna Nebula i Hugo za minipowieść, pierwsza z serii The Murderbot Diaries, już się cieszę na lekturę kolejnych (druga i trzecia są, czwarta wychodzi za chwilę). Akcja jest dość prosta i skromna, ale nie o nią chodzi, tylko o tego niezwykłego bohatera. Jego interakcje z pozostałymi (a raczej ich uporczywe unikanie) budują rewelacyjny, oryginalny klimat i śmieszą do łez. Coś tu w ogóle z Heinleina, tylko inaczej. Coś też z Ann Leckie: ostatni raz to u niej byłam tak zauroczona narratorem, który jednak ostatecznie okazuje się bardzo ludzki. Murderbot natomiast zdecydowanie nie jest człowiekiem, nie zamierza być człowiekiem, nie chce, żeby go traktować jak człowieka, nie ma z tym problemów, i Martha Wells fantastycznie tę odmienność pokazuje od środka. Jej świat jest też znacznie bardziej oszczędny, ale wystarczająco realistycznie naszkicowany. Wszechświatem rządzą korporacje, które lubią ciąć koszty. Wystarczy.

Kontrola drogowa

Jechałam sobie spokojnie, nie wadząc nikomu, Autostradą Wolności w kierunku Warszawy. Gdzieś koło Poznania zobaczyłam przed sobą ścianę deszczu, a potem w nią wjechałam, bo nie miałam wyjścia. Dostosowałam prędkość do warunków, przed sobą ujrzałam samochód policyjny, który zrobił to samo. Po paru minutach wyjechaliśmy spod chmury, ale policja nadal jechała 110 km/h. Po niedługim namyśle wyprzedziłam ich, bo w końcu nie po to płacę za autostradę, żeby na niej stać. Na to policja zrównała się ze mną i zamachała mi, żeby zjechać. Serce wywinęło mi koziołka w gardle, zrobiłam rachunek sumienia: światła są, pasy są, fotelik dziecka jest, nie dzwoniłam, nie jadłam, z całą pewnością nie przekroczyłam prędkości… przeciwnie, czyżby mieli się czepiać tego, że za wolno? Ale lało! Tak rozmyślając zjechałam, zatrzymałam się i na powitanie wrzasnęłam do policjanta
– Ale o co chodzi, co ja zrobiłam!?
– Podejrzewamy, że pojazd nie jest przystosowany do poruszania się po polskich drogach – z marsową miną odrzekł policjant. Zgłupiałam jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
– Przecież to nowy samochód, przeglądy robię regularnie, klasa czystości 1, jak nieprzystosowany..?
– Dokumenciki proszę – nie odpowiedział policjant. Wręczyłam, poszedł sprawdzać, siedziałam czekając i usiłując się uspokoić. Po długim czasie wrócił, dokumenciki oddał, i rzekł, że to wszystko z ich strony. Pojechałam dalej na wschód zachodząc w głowę, co mnie właściwie spotkało, oraz mając nieokreśloną pretensję, że o dokumenciki nieletniego wcale nie poprosili.

Seans w Domu Egipskim

Jesień 1898, właśnie zamordowana została cesarzowa Sissi, a do Krakowa przyjeżdża osławiony Stanisław Przybyszewski, który spotka się z naszą ulubioną bohaterką profesorową Szczupaczyńską na seansie spirytystycznym w Domu Egipskim. Jest dwunastu gości, w tym medium. Jedna z tego tuzina nie wyjdzie z seansu żywa. Zabójca też musi być wśród nich. Ale kto mógł mieć motyw i możliwości? Przekonana o swoim talencie do rozwiązywania zagadek kryminalnych Szczupaczyńska zabiera się do roboty, a czytelnik dostaje kawał porządnego klasycznego kryminału z Krakowem schyłku wieku w tle (chociaż możemy dyskutować o tym, co tu naprawdę jest tłem).

Wszystko tu jest zrobione doskonale: intryga przemyślana (przez eliminację wytypowałam poprawnie mordercę, ale nie motyw), profesorowa jest nieco irytująca w swojej zamierzonej drobnomieszczańskości, ale daje się jednak lubić, zderzenie jej świata z życiem dekadentów jest niegłupie i świetnie zrobione, a puenta co prawda mnie nie zaskoczyła, ale jest zabawna.