Jak zawsze

Zaplanowałam nieczytanie najnowszego Miłoszewskiego, bo „Gniew” i „Bezcenny” jakoś mnie jednak rozczarowały, a opinie o „Jak zawsze” też widziałam słabe. Potem pani w zamierzchłych czasach bloga zwana Khem napisała, że bardzo fajne, do czego się dołączyło parę innych szanowanych przeze mnie czytelniczek, i musiałam natychmiast zabrać się za lekturę.
Zaczyna się obrazowym opisem porannego wstawania z łóżka pana lat 83, który jeszcze trzyma się nieźle, ale starość nie radość. Tymczasem jego żona lat 78 idzie kupić seksowną bieliznę, bo właśnie mają pięćdziesiątą rocznicę pierwszego pożycia (jak to ujmował niezapomniany Kałużyński). Było to w styczniu 1963. Dzięki bieliźnie i współczesnemu wspomaganiu chemicznemu wszystko się udaje, a nazajutrz… budzą się jako młodzi ludzie, w styczniu 1963, ale alternatywnym. Na brzegu Wisły stoi paskudztwo pomalowane w kolory flagi francuskiej, ludzie wtrącają w wypowiedzi słowa francuskie, a prezydentem jest Eugeniusz Kwiatkowski. W tej Warszawie nie zabudowano placu Konstytucji, zostawiono tam Rezerwat: ruiny budynków takie, jak były po wojnie. Przejmujący opis.
Jak łatwo się domyślić, byłam zachwycona pomysłem, który sam w sobie do oryginalnych nie należy, ale jest to zrobione bardzo solidnie, poczynając od całego dobrze zbudowanego sztafażu i przemyślanych zmian w historii polskiej, po bohaterów i ich relację. Rzecz jest opowiadana na przemian z punktu widzenia Ludwika, trzecioosobowo, i Grażyny – w pierwszej osobie, do czego Miłoszewski najwyraźniej pilnie czytał Chmielewską, w licznych momentach rozpoznałam jej stylistykę, ale to nie jest zarzut. Nieprzemijający sentyment do miasta Warszawa wpłynął na moje urzeczenie lekturą, choć i bez tego czyta się po prostu dobrze. Element komiczny płynie z zestawienia postaci książkowych ze znanymi z rzeczywistości, na przykład Gierek występuje w nieco innej roli niż ta znajoma. Poza tym jednak jest tu masa naprawdę ciekawych rozważań polityczno-historycznych, widać rzetelnie przemyślane podłoże. Oraz zakończenie wcale nie jest oczywiste, co ujęło mnie dodatkowo.
Książka zawiera lokowanie języka francuskiego i próby wymyślenia jak codzienny z nim kontakt wpłynąłby na polszczyznę, są tu na przykład twory takie jak „iperszłetnie” czy „sawa” – szkoda, że Miłoszewski nie odnotował rzeczywiście używanej przez Polaków we Francji uroczej formy „sawaszka”. Pojawia się tu poza tym Lem dający autografy na targach książki, a jeden z bohaterów zachwyca się „Powrotem z gwiazd” (wydanym dwa lata wcześniej), co daje Grażynie możliwość porównania przewidywań ze stanem faktycznym z 2013, chociaż nie zauważa niestety czytnika ebooków. Na występy uświetniające uroczystość przyjeżdżają z Francji młode gwiazdy, Johnny Hallyday i Sylvie Vartan.
Wielokrotnie czytając rzeczy anglojęzyczne oparte na takim pomyśle chciałam zobaczyć coś podobnego na gruncie polskim. To już jest. Miłoszewski stanął na wysokości zadania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s