The Wild Dead

Inwestygatorka Enid rok po wydarzeniach z „Bannerless” udaje się ze swoim partnerem w odległą okolicę The Coast Road, żeby tam rozstrzygnąć spór o stary dom. Właściciel chce go zachować jako pamiątkę dawnych czasów, reszta lokalnej społeczności nie widzi sensu. Nie ma tam jednak komitetu, stąd wezwanie inwestygatorów. Enid myśli, że uda jej się szybko wrócić do domu, do którego bardzo tęskni, sprawy się jednak szybko komplikują, kiedy mieszkańcy znajdują zwłoki młodej dziewczyny. Miejscowi regularnie handlują z ludźmi żyjącymi w dzikim obozie niedaleko, co będzie miało istotne znaczenie dla akcji.

Tym razem to kryminał pełną gębą: jest trup, jest dochodzenie. Niestety już na samym początku nieprzyjemnie zdumialo mnie, że Enid nie sprawdza od razu absolutnie podstawowej i oczywistej rzeczy, i odkrywa ją dopiero przypadkiem. To ma być inteligentna, długo szkolona osoba, już z pewnym doświadczeniem? Następnie błyskawicznie domyśliłam się tożsamości Elli (i idącej za tym osoby mordercy). To był ten przypadek, kiedy przez pół książki czytelniczka (ja) się męczy mówiąc w kółko do bohaterki „przecież to jest tak i tak, kiedy w końcu na to wpadniesz albo przynajmniej zadasz właściwe pytanie, którego unikasz tylko po to, żeby była akcja!”

Pomijając te drobiazgi dokuczliwe jak drzazgi, życie na Coast Road skontrastowane z życiem dzikim jest nadal odmalowane fajnie i konsekwentnie – tylko wszystko to już widzieliśmy w poprzedniej części. Nie wspominając o opowiadaniach, w których ten świat sprawdza się lepiej. Nadal nie rozumiem pomysłu, żeby kobietom zezwalać na maksymalnie jedno dziecko – w ciągu tych 80 lat od upadku, czyli trzech pokoleń, populacja, już i tak mocno przerzedzona, zmniejszyłaby się przecież ośmiokrotnie! Jak społeczność The Coast Road miałaby w takich warunkach prosperować, i niby skąd konieczność budowania nowych domów (jak zrobiła Enid) – wydaje się, że starych powinno być aż nadto?

Sprawne, realistyczne, ze żwawą akcją, jak to Vaughn, ale po kolejną część niekoniecznie sięgnę. Chyba, że będzie obiecywać wyjaśnienie moich wątpliwości.

Miasto i miasto

Zaczyna się jak przyzwoity kryminał. Policjant z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni znajduje trupa młodej kobiety, NN, być może profesjonalistki, próbuje ją zidentyfikować, szuka punktu zaczepienia. Jesteśmy gdzieś w Europie Wschodniej, jakieś Bałkany, niedaleko Rumunii i Bułgarii. Wytrzeszczyłam oczy „Miéville napisał kryminał? To nie jest fantastyka? Ale jak to?” Otóż jest. Miasto Besźel, gdzie toczy się akcja, jest silnie topograficznie powiązane z miastem należącym do wrogiego państwa. To brzmi jak Berlin przed zburzeniem muru, tylko znacznie bardziej: oba zajmują tę samą przestrzeń. Dzielą się ulicami, a nawet budynkami, fizycznej bariery nie ma, psychiczna jest nieprzenikniona: ludzi i samochody z drugiego miast należy staranie przeoczać, inaczej zajmie się nami Przekroczeniówka, a tego byśmy nie chcieli. Cudowny pomysł, znakomite wykonanie. Tym niemniej marudziłam dość długo, że to nie zdaje testu brzytwy Lema, mogłoby się dziać właśnie w tamtych Berlinach choćby. Miéville jest jednak za starym wyjadaczem i za dobrym pisarzem. To zdecydowanie jest fantastyka, jest to również świetny kryminał, i obłędnie dobra książka (Hugo 2010, ex aequo z „Nakręcaną dziewczyną” Bacigalupiego). A motto ma ze „Sklepów cynamonowych”.

Jest również krótki serial na podstawie tej książki, co najpierw przyprawiło mnie o zachłyśnięcie powietrzem, ponieważ nie wyobrażałam sobie, jak można na ekranie zrealizować ten świat: otóż można. I to całkiem wiernie, oraz bardzo pięknie. Inspektor Tyador Borlú dostał w tej wersji zaginioną żonę, co mu przydaje mrocznej tajemniczości. Byłam absolutnie pewna, jak tę kwestię rozwiążą na koniec, i bardzo się zdziwiłam.

Kolor

Gdyby jakieś osoby czarnoskóre przeczytały, co napisałam po „Amerykaanie„, byłyby wściekłe, ponieważ uważają, że my biali nie mamy prawa do takich porównań (co zresztą Ifemelu przynajmniej raz otwarcie zauważa). Z jednego, podstawowego powodu: ja akcent mogę poprawić, wkładając w to bardzo dużo pracy, czasu i być może pieniędzy, ale mam taką możliwość. Nie ma żadnej fizycznej bariery. Mogłabym również zmienić nazwisko i kłamać na temat pochodzenia. Czarnej skóry natomiast nie da się w żaden sposób zamaskować ani zmienić (przypadek Michaela Jacksona odrzucamy jako wyjątkowy). Stąd próby wprowadzenia powszechnego niezauważania tej różnicy, co prowadzi do absurdu opisanego przez Adichie: bohaterka próbuje w sklepie zidentyfikować jedną z dwóch sprzedawczyń po wyglądzie. Pytają ją o włosy i o inne szczegóły, obie panie mają to wszystko identyczne, nie udaje się ustalić, o którą chodzi, choć jedna z nich jest biała, a druga czarna, ale ta różnica oficjalnie nie istnieje. Udało mi się kiedyś wpaść na tę rafę, kiedy mój kongijski kolega oświadczył, że jedzie na urlop się opalać. „Opalać” po francusku to „bronzer”, dosłownie brązowieć. Wybuchnąwszy śmiechem rzekłam, że on nie może już zbrązowieć od słońca. Żartobliwie się obraził i oświadczył, że to chyba rasistowska uwaga. Wybroniłam się mówiąc, że ja też od słońca nie brązowieję, tylko czerwienieję, a w ogóle rasizm polega na dopisywaniu do koloru innych cech, a nie na samym zauważaniu barwy. Ale oczywiście mnie jako kolorystycznie uprzywilejowanej jest łatwo ten temat traktować lekko.

Amerykaana

Ifemelu, Nigeryjka z ludu Igbo, od trzynastu lat w Ameryce, prowadząca popularny blog o problemach rasowych w Stanach, postanawia wrócić do Nigerii, gdzie dostała pracę. Mieszka tam również jej były chłopak, Obinze, z którym od wielu lat nie miała kontaktu. W drugim rozdziale oglądamy właśnie Obinze, któremu powodzi się świetnie: ma śliczną żonę, udane dziecko, liczne nieruchomości i dużo pieniędzy. A potem jest część druga, w której cofamy się w czasie do młodości Ifemelu, czasów poznania z Obinze, a potem jej początków w Ameryce. Zaprosiła ją tam ciocia Uju, która wyjechała po tym, jak utrzymujący ją Generał zginął w katastrofie samolotowej. Ameryka okazuje się dziwnym miejscem, ale Ifemelu dzwoni często do Obinze i usiłuje jakoś przetrwać. W tle nadciągają wybory prezydenckie roku 2008.
W trzeciej części widzimy młodego Obinze, który po odrzuceniu wniosku o wizę amerykańską wyjeżdża do Anglii i usiłuje tam znaleźć legalną pracę. Inteligentny wykształcony chłopak pracuje na czarno przy myciu toalet i próbuje załatwić sobie fałszywe małżeństwo. Niby znamy to i my z naszego kraju, bohater zresztą w którymś momencie pracuje z Polką sprzątającą biura w tym samym budynku (czyli stojącą szczebel wyżej na drabinie społecznej), ale różnica jest ogromna. Zdałam sobie z niej sprawę kiedyś rozmawiając z którymś arabskim kolegą o załatwianiu papierów na prefekturze: ja psioczyłam na kolejki nie mając świadomości, że ja tam stałam co prawda długo, ale z pewnością załatwienia uciążliwości biurokratycznej, on natomiast tej pewności bynajmniej nie miał, nawet będąc specjalistą w swoim zawodzie, o co Obinze jest uboższy. Zresztą dalej w powieści są uwagi na ten temat: „Rdzenni czarni na całym świecie są zawsze gorzej traktowani od nierdzennych białych. Moja przyjaciółka, która urodziła się i wychowywała we Francji, a której rodzice są z Togo, kiedy jedzie na zakupy do Paryża, udaje, że jest z Anglii, bo sprzedawczynie są milsze dla czarnych, którzy nie mówią po francusku„. (Mogłabym oczywiście dorzucić, że paryska obsługa jest ogólnie milsza dla ludzi, którzy nie mówią po francusku, czyli są zapewne turystami).
Niesłychanie wciągająca, bardzo sprawna i szczera narracja jest ogromną zaletą tej powieści. Drugą oczywiście pełnowymiarowe postaci (główna bohaterka ma życiorys pokrywający się w wielu miejscach z życiem autorki), i cały sztafaż, który brzmi egzotycznie – i jednocześnie znajomo. Jestem imigrantką, nie różniącą się kolorem skóry, i może nie aż tak bardzo kulturą, a jednak świetnie wiem co to znaczy, że szufladkują mnie, kiedy tylko powiem bonjour. Z zachowaniem wszelkich proporcji: Francuzi wiedzą, gdzie jest Polska, połowa z nich ma polską żonę, babkę czy pradziadka, nie dopytują się, co znaczy moje egzotyczne piękne imię pochodzące z cudownej bogatej kultury, co spotyka bohaterkę. Jak cierpko i słusznie zauważa Ifemelu, o kulturze norweskiej interlokutorka nie wyraziłaby się w ten sposób. Nie ma również przepaści ekonomicznej. Spotykani przez bohaterkę zamożni Amerykanie z fascynacją opowiadają o swoich działaniach dobroczynnych w Afryce, przekonani o wdzięczności Nigeryjki, tymczasem ona „zapragnęła nagle i rozpaczliwie pochodzić z kraju ludzi, którzy dają, a nie dostają, należeć do tych, którzy mają, i dlatego mogą pławić się w łasce dawania, być między tymi, którzy mogą sobie pozwolić na bezgraniczne współczucie i empatię„.
Adichie w prosty, realistyczny sposób pokazuje przepaść kulturową, imigranckie rozdarcie między dwoma krajami, oraz skomplikowane kwestie podejścia do rasy. W którymś momencie czarna kobieta mówi, że spotkała na lotnisku Francuza, i że we Francji mężczyźni widzą w kobiecie kobietę, w Stanach natomiast czarną. To też nie do końca jest prawda. Związki mieszane znam ze dwa między czarną kobietą i białym mężczyzną oraz dwa między Francuzem i Marokanką, zresztą wbrew gwałtownym protestom rodzin tych kobiet. Ten Francuz z powieści zapewne czuł, że w podróży może sobie pozwolić na więcej.
Końcowa część powieści opowiada o powrocie Ifemelu do Nigerii, na co czekałam niecierpliwie. Rodzinny kraj bohaterki ma wiele wad, zwłaszcza w porównaniu z Ameryką, a jednak: „Tutaj rasa się nie sprawdza. Mam wrażenie, że wysiadłam z samolotu w Lagos i przestałam być czarna„, stwierdza rzeczowo Ifemelu, i to jest chyba najlepsze podsumowanie tej znakomitej, wnikliwej, precyzyjnej, odważnej i szczerej książki.

„Bannerless” Carrie Vaughn

Nastawiałam się na tę powieść po osadzonych w tym świecie opowiadaniach (jak opowiadanie pod tym samym tytułem u Dozois oraz nominowane do Hugo Amaryllis), które bardzo mnie ujęły. Dystopijne post-apo: kilkadziesiąt lat po upadku cywilizacji przetrzebiona ludzkość żyje w gospodarstwach rolnych bez prądu ani bieżącej wody, wymieniając się skromnymi towarami. Z przeszłości zachowali jedynie implanty antykoncepcyjne, wszczepiane wszystkim bez wyjątku dziewczynkom, gdy tylko zaczynają menstruować. Nadrzędnym bowiem przykazaniem jest tu umiar w rozmnażaniu. Na banner oznaczający pozwolenie na dziecko należy sobie zapracować: udowodnić, że gospodarstwo wyżywi kolejną osobę. „Wouldn’t want anyone to get more that they’d earned, because that was what doomed the old world„. Bannery przyznają rządzące lokalnie komitety (jak wspominałam przy okazji któregoś opowiadania, czytelnikowi z Europy Wschodniej natychmiast ciarki chodzą po plecach, ale autorka tych skojarzeń nie ma). Poza nimi są tu również niezależni inwestygatorzy w specjalnych brązowych strojach, i bohaterka powieści Enid jest właśnie kimś takim. Zajmuje się głównie nieplanowanymi (bannerless) ciążami, ale tym razem należy rozwikłać sprawę podejrzanej śmierci. Morderstwa się tu zdarzają bardzo rzadko, ludzi jest i tak mało, a w zasadzie nie ma się niczego, czego mogliby pragnąć inni; a jednak. Emocje nadal rządzą ludzkością.
W połowie książki mamy nieco więcej wyjaśnień, jak wyglądał Upadek. Nie było jednej wielkiej katastrofy: była epidemia, która zdziesiątkowała ludność, i kiedy nadeszły huragany, nie było komu naprawiać i ratować. To bardzo prawdopodobna wizja. Zastanawiam się tylko, co z resztą świata: mamy aby pewność, że Chińczycy albo Europa nie przetrwali lepiej, nie rozmnażają się na potęgę, nie rozwijają technologii i nie spadną nam za chwilę na kark? Nikt się tym jakoś nie martwi. Poza tym nawet przy zwykłym zastępowaniu pokoleń każda kobieta powinna mieć właściwie pewność, że swoje dwa bannery otrzyma. Skąd ta ciągła powszechna obawa, że nawet na jeden nie zasłuży?
Oglądamy tu dwutorowo Enid, w jednym wątku powieściowe „teraz”, w którym prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci, w drugim jej przeszłość jako nastolatki, a potem wchodzącej w życie dziewczyny. Już w opowiadaniach i w cyklu o Kitty Vaughn interesowała się głównie ludźmi, ich relacjami i odnajdywaniem się w nieidealnym świecie. Tutaj to też jest główny temat i kolejny raz jest to zrobione świetnie. Vaughn ma dar konstruowania niezwykle plastycznych światów. To jest ten przypadek, kiedy odkłada się książkę i ze zdumieniem patrzy na świat z elektrycznością i asfaltem: przez ostatnią godzinę tego przecież nie miał. Jest coś niezwykle pociągającego w tej wizji pokornego, oszczędnego życia w harmonii z naturą. Wchodzę do sklepu, staję oszołomiona nadmiarem wszystkiego i świadomością, że on nie oznacza braku ludzi głodnych na tej planecie. To się z całą pewnością źle skończy. Czy Vaughn zmieni mnie w ekoterrorystkę?
W powieści pojawia się postać ciotki Kath, już bardzo wiekowej, kiedy Enid jest nastolatką. Jako młoda dziewczyna była bohaterką opowiadania „Where would you be now” opowiadającego o pierwszych latach po Upadku.

Dżentelmen w Moskwie

Hrabia Aleksander Ilicz Rostow w czerwcu 1922 zostaje osądzony przez nowe radzieckie władze i jako arystokrata skazany. Jednak nie na rozstrzelanie, jak można się było tego spodziewać, tylko na areszt domowy… a raczej hotelowy, mieszka bowiem od lat w „Monopolu”. Tyle że swój wygodny obszerny apartament wypełniony resztkami mebli i dzieł sztuki zabranych z majątku rodowego musi zamienić na mały pokoik na szóstym piętrze. Przyjmuje ten cios z godnością. Życie toczy się dalej: w hotelu jest wszystko, czego hrabia potrzebuje do życia, mogą go odwiedzać znajomi, a rozrywek dostarcza mu nowa znajoma, dziewięcioletnia Nina, która początkowo chce się dowiedzieć, jak się zachowywać jako księżniczka.

Zachwyciła mnie konstrukcja tej powieści. W każdym rozdziale jest odniesienie do 22 czerwca, rocznicy umieszczenia Rostowa w areszcie domowym. Każdy rozdział ma tytuł zaczynający się na „A”. Uwielbiam takie zabawy. Doceniam również to, że hrabia w momencie umieszczenia go w areszcie domowym ma 32 lata, a akcja książki obejmuje kolejne 32 lata.

Ta książka w pewnej warstwie jest jednak naiwna i przesłodzona (kojarzyła mi się wręcz z „Małą księżniczką”). Hrabiemu wszystko się udaje załatwić, niezawodni przyjaciele zawsze są na podorędziu, wino jest doskonałe, dobroć kapie z każdego miejsca Metropolu. To niewątpliwie celowe zderzenie z rzeczywistością, którą Towles jedynie delikatnie sugeruje. Jeśli się wie skądinąd, co było za murami Metropolu, jak wyglądało zesłanie Miszki, dlaczego niektóre osoby nie wróciły mimo obietnicy, łatwo ten chwyt zrozumieć. Mam tylko wątpliwości, jak to będzie wyglądać w oczach czytelnika, który tej świadomości nie ma. Wolałabym wyraźniejszy kontrast, mniej niedomówień i ułagodzeń, coś jak u Foera we „Wszystko jest iluminacją”. Powieść Towlesa jest przeurocza, ale pozbawiona mocy.

Mój problem z „Dżentelmenem” polega na mojej niezgodzie na pisanie w taki śliczny, wyidealizowany i nostalgiczny sposób o Rosji stalinowskiej. Oczywiście trudno cokolwiek narzucać sztuce, bo natychmiast zrównalibyśmy właśnie z tymi nakazującymi pisać o produkcji stali i przodownikach pracy. A jednak mam poczucie niewykorzystanych możliwości, nie mówiąc o lukrze zgrzytającym w zębach, choć dzieło polukrowane zostało z niewątpliwą maestrią.

Cytrynowy stolik

Jakimś cudem przeoczyłam fakt, że Barnes w ogóle pisał opowiadania, i byłam nawet zdumiona tym odkryciem. Powieści, biografie, fakt, eseje, pogranicze gatunków: to tak, ale opowiadania zdawały się do niego nie pasować. Krótka forma sprawiała wrażenie zbyt niepoważnej. Ten zbiór z roku 2004 udowadnia, że zupełnie tak nie jest.

Pierwsze opowiadanie, „Krótka historia fryzjerstwa”, to ulubiony przez Barnesa tryptyk. Trzy sceny, wszystkie u fryzjera, ten sam główny bohater: zmienia się tylko jego wiek. W pierwszej części jako trzynastolatek po raz pierwszy poszedł do fryzjera sam, w drugiej jest młodym mężczyzną świeżo po rozstaniu z dziewczyną, w trzeciej jest już pięćdziesięciolatkiem żonatym od 28 lat.

„Historia Matsa Izraelsona”: przenosimy się do dziewiętnastowiecznej Szwecji, a tonacja zaczyna przypominać Munro. Prześliczne.

„Rzeczy, o których wiemy”: dwie wdowy gdzieś w Stanach jedzą razem śniadanie, jedna jest Amerykanką, druga Angielką. Nie łączy ich nic, ale każda ma tajemną wiedzę o drugiej, co oglądamy z różnych punktów widzenia, rozdzielonych po równo.

„Higiena”: pan z listą zakupów od żony jedzie do Londynu do kochanki, którą widuje raz w roku od ponad dwudziestu lat.

„Odrodzenie”: to bardziej esej niż opowiadanie. Wiek XIX, podstarzały rosyjski dramaturg (nazwisko zostanie ujawnione pod sam koniec) zakochuje się w młodej aktorce, karmi wyobraźnię listami i fantazmami, a Barnes rozważa różnicę między miłością wtedy a dziś.

„Czujność”: od początku tego tomu zastanawiałam się, gdzie się właściwie podziało poczucie humoru Barnesa. Otóż jest w tym opowiadaniu. Narrator opowiada o koncercie, na którym był. Jest neurotykiem, któremu przeszkadzają inni ludzie, jest złośliwy i wredny. Zabawne.

„Kora”: Jean–Etienne Delacour, niegdysiejszy sybaryta i hazardzista po śmierci żony pod wpływem pewnej inwestycji staje się ascetą. Znów wiek XIX, który jest odpowiednią dla Barnesa Epoką, jak dobrym pisarzem współczesnym by nie był. Smakowite. I niejasne.

„Znajomość francuskiego”: opowiadanie epistolograficzne w formie listów do Barnesa od bardzo starszej pani, która przypadkiem przeczytała jego książkę. Aż trudno uwierzyć, że panna Wistanley nie istniała naprawdę. Urocza rzecz.

„Apetyt”: opowiada pani, która opiekuje się swoim nieuleczalnie chorym mężem, i czyta mu książki kulinarne. Doskonale napisane, przerażająco gorzkie.

„Siatka ochronna”. W zestawieniu z dotychczasowymi zwięzłymi opowiadaniami tutaj narrator opowiada bardzo rozwlekle, nieco niezgrabnie i szczegółowo o swoich rodzicach. Po paru stronach wychodzi na jaw, co się stało. W precyzyjnym zakończeniu pozorna niezręczność znika, pozostaje zimna teraźniejszość. Przejmujące.

„Cisza”: przemawia starzejący się kompozytor megaloman. To z tego opowiadania pochodzi tytuł całego zbioru. „Cytryna u Chińczyków jest symbolem śmierci„.

Motywem wspólnym dla wszystkich tekstów w tym zbiorze, napisanych przecież przez autora niespełna sześćdziesięcioletniego, jest starość. Przemijanie. Schyłek. Zbliżanie się do kresu ostatecznego. Każdy z bohaterów podchodzi do tego inaczej, wspólna jest tylko bezradność. „Życie na swoje ostatnie chwile dostaje się pod batutę pijaka, starca, który nie poznaje własnej muzyki, durnia, który nie odróżnia próby od koncertu„.