„Woda na sicie. Apokryf czarownicy” Anna Brzezińska

Jesteśmy w Intestini: cztery osady, których mieszkańcy zajmują się wydobyciem vermiglio, rudy, z której robi się cenny czerwony barwnik. Inaczej zwane jest smoczą krwią. Miejscowi wyznają wiarę w światło, tymczasem nadciągnęła inkwizycja. Czytamy protokoły z przesłuchań starej wiedźmy zwanej La Vecchia, podejrzewanej o sprzyjanie lokalnym rebeliantom oraz o czarownictwo. Opowiada o swoim życiu, chronologicznie, ale z mnóstwem dygresji. Oczywiście wypiera się powiązań z buntownikami i znajomości czarów, bezustannie urąga przesłuchującym ją mnichom, śle inwektywy pod adresem byłej sąsiadki Mafaldy, obszernie przytacza oskarżenia pod swoim adresem i się z nich nabija. Niektóre z nich to przetworzone dobrze znane nam mity, o chatce Baby Jagi czy o ludziach porwanych przez smoka. Ładne i nieoczywiste, jak to Brzezińska.

Moulin Rouge

Zawze chciałam się wybrać do Moulin Rouge. Głupio trochę mieszkać w Paryżu i nigdy tam nie być. Z drugiej strony jak się mieszka w Paryżu, to Moulin Rouge jest na końcu listy priorytetów, a spontanicznie z ulicy (jak kiedyś weszłam na wieżę Eiffla, bo tak akurat stała na drodze) się tam wejść nie da, i okazja się nigdy nie napatoczyła. Dopóki nie zjechała do miasta koleżanka niegdyś na blogach znana jako spt i miałam już motywację i towarzystwo.

Pierwsze zaskoczenie: na biletach napisane, że wpuszczają od 20, co na ogół w tym mieście oznacza tylko, że przedtem na pewno nie warto być w pobliżu, bo nie będzie absolutnie żywej duszy; tymczasem rzeczywiście o tej godzinie nas wpuścili, a w środku już było całkiem sporo ludzi. Szybka kontrola bezpieczeństwa na wejściu, i przeszliśmy do foyer, gdzie powitał nas przeuroczy sprzedawca programów (10€). Umiał po polsku „dzień dobry”, kazał się nauczyć „miłego wieczoru” i oświadczył, że za miesiąc leci do Warszawy. Potem zaprowadzono nas do stolika. Pod sceną na dole są stoliki z kolacją, my na górze mieliśmy butelkę szampana na parę, a karta okazała się zawierać wyłącznie przekąski (najdroższą jest kawior za 120€). Co w sumie nie jest głupie, bo przynoszą już po zgaszeniu świateł, nic większego i tak nie dałoby się zjeść.

Drugie, naprawdę olbrzymie zaskoczenie: przedstawienie zaczęło się punktualnie! W tym kraju, a już zwłaszcza w tym mieście, nic nigdy nie zaczyna się punktualnie, czy to egzamin państwowy, czy otwarcie urzędu, czy wyjazd dziecka na kolonie. Zawsze jest jeszcze co najmniej kwadransik na wymianę opinii. Teraz już wiem, że wyjątkiem jest przedstawienie w Moulin Rouge. Migotliwa kurtyna idzie w górę, na scenę wychodzą tancerki w spodniach, których się pod koniec pozbywają i zostają w migotliwych stringach oraz równie błyszczących naszyjnikach na górze. Potem właściwie cały czas będą podobnie rozebrane, większość jest topless, nadrabiają za to butami, nakryciami głowy i dodatkami, których fantazyjność zachwyca i każe się zastanawiać, co zażywają projektanci. Wiem, rozwijają twórczo wizje Mistinguett.

Numery następują po sobie błyskawicznie, często wygasza się światła na tej części sceny, z której zbierają się wykonawcy pierwszego kawałka, a już kawałek dalej wchodzi drugi. Nie ma nawet czasu na oklaskiwanie. Czego pożałowałam przy pierwszym numerze akrobatycznym: na scenie ustawione jest nieduże okrągłe podium, po którym jeździ w kółko para na wrotkach i wykonuje rozmaite podnoszenia. W pewnym momencie on zakłada sobie pasek na szyję, drugą pętlę partnerce na głowę, i tak nią kręci za głowę. To była chwila, w której bardzo się ucieszyłam, że siedzimy na górze. Wizja, jak ten pasek pęka i ona leci przez całą salę, nie należała do przyjemnych. Nic takiego się oczywiście nie stało, a pokaz jest obłędny, oraz kompletnie się go nie spodziewałam, sądząc, że zobaczymy tylko tańce i piosenki.

Zastanawiałam się, czym będą w stanie przebić tych wrotkarzy, i dość szybko się dowiedziałam. Scena się otwiera i spod niej wyjeżdża szklany basen z wodą, w wodzie pływają węże boa, jedna z tancerek wchodzi do wody, przez chwilę tańczy z wężem, wychodzi z nim na ramionach. Największe wrażenie zrobił na mnie ten basen z wodą, do węży nie żywię bowiem żadnych negatywnych uczuć, ale strach przed nimi jest dość powszechny i na pewno licznym widzom dostarcza to wielkich emocji. We mnie takie wzbudziło wyjście na estradę miniaturowych kucyków. Przechodzą tam raptem ze dwa razy, nie są tresowane, ale i tak uważam, że to nie jest dla nich miejsce w wieku XXI.

Są jeszcze dwa nie mniej wspaniałe pokazy akrobatyczne: jeden to para w dwumetrowym kole, które wprawiają w ruch wirowy i wykonują tam akrobacje. To się zdaje przeczyć prawom fizyki, tak samo zresztą, jak dwóch panów (w ubraniach roboczych) w przeuroczym spektaklu, w którym jeden drugiego podnosi na przykład na jednej ręce pionowo na głowie (no właśnie, nawet gramatyka za tym nie nadąża). Nie jestem w stanie sobie wcale wyobrazić, jak straszliwej pracy to wymaga, a spektakl jest dopracowany co do ćwierci sekundy, oni to bowiem wszystko robią w rytm muzyki, w dodatku z uśmiechem oraz lekkością każącą wierzyć, że przychodzi im to tak ot, całkiem naturalnie.

Tempo nie słabnie ani na chwilę, pod koniec jest klasyczny kankan w wykonaniu tancerek i tancerzy w kolorach bleu blanc rouge, a potem jeszcze ze dwa numery. Na samo zakończenie wszyscy artyści przechodzą przez scenę i można ich chwilę pooklaskiwać, a potem już trzeba się sprawnie zbierać: o 23 kolejne widowisko. Właściwie poszłabym jeszcze raz.

Zimna wojna

Weszła u nas na ekrany 24 października, pod tytułem „Cold War”, w moim lokalnym kinie były zapełnione cztery rzędy, i byłam na sali wyraźnie najmłodsza, ale to był piątek po południu, być może to standard.
Wszyscy już oczywiście widzieli, więc odnotowuję dla siebie, że film pokazuje historię miłosną typu „love-hate” między Wiktorem, kompozytorem i akompaniatorem powstającego w 1949  zespołu ludowego, a jego śpiewaczką i tancerką Zulą, prostą młodą dziewczyną. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie, Wiktor w pewnym momencie wybiera wolność w Paryżu, w tle kawałek historii Europy z lat 50-60 – bardzo w tle, raczej impresjonistycznie. Jestem zachwycona konsekwentnym minimalizmem Pawlikowskiego, wybór dusznego wąskiego formatu oraz pozbawienie kolorów doskonale z nim współgrają, idealnie pasują do tamtych czasów. Film uzupełniony został za to cudownie dobraną muzyką: na początku amatorskie rzępolenie, potem nabierający kształtów zespół ludowy, jazz w Paryżu, poezja śpiewana, i tak dalej. Wszystko jest wspaniale przemyślane, w kolejnych scenach dzieje się tylko tyle, ile naprawdę musi, więcej tu się widz domyśla niż widzi, Tomasz Kot i Joanna Kulig są doskonali (pozostała obsada też, ale to na nich ciężar spoczywa), mistrzostwo.
W końcu nadchodzą dwie ostatnie sceny, które w pierwszym odruchu określiłam jako „idiotyczne zakończenie”. Po chwili trochę przemyślałam i oczywiście jest to zakończenie jedynie logiczne i uczciwe. Rzecz polega na tym, że ja nie czuję melodramatów. Irytują mnie bohaterowie uważający tę dziwną obsesję za miłość. A co, jeśli to naprawdę jest miłość, jedyna im dana; a co, jeśli nazwa nie ma znaczenia i istotna jest tylko siła tego uczucia, bez względu na określenie („róża pod inną nazwą…”). Uczucie jest autentyczne, a wybory dokonywane przez bohaterów mogą być z boku uważane za idiotyczne, ale to nie jest powód, żeby nie robić o nich filmu. To ustaliwszy nadal mam nieokreśloną pretensję o sposób pokazania tych dwóch scen, coś w nich zgrzyta, ale ponieważ nie wiem co, pomińmy to milczeniem.
Po wyjściu z kina myślałam, że znakomicie pasowałoby tutaj, gdyby Wiktor był Żydem, wtedy byłoby wiadomo, dlaczego wyjechał, i dlaczego nie mógł wrócić. Otóż Pawlikowski zadedykował ten film rodzicom: okazuje się, że jego ojciec był Żydem, wyjechał z Polski w 1969 (reżyser miał 12 lat), do Austrii, rodzice się potem zeszli w Niemczech. „I o tym chciałabym zobaczyć film” – oświadczyłam w pierwszym odruchu. Tylko że reżyser nie chciał robić filmu realistycznego. Nienawidzę, kiedy autor wyjaśnia odgórnie, co miał na myśli, jak to naprawdę było, i co się powinno myśleć. Pawlikowski jest na przeciwnym biegunie: całkowicie ufa widzowi. Pokazuje interakcje między bohaterami i wierzy, że odbiorca sobie sam dośpiewa resztę z własnych doświadczeń i wiedzy. Obawiałam się, oglądając to we Francji, czy aby widzowie naprawdę są w stanie pojąć z tych szkicowych dialogów, jak wyglądał 1951 w Polsce, i dlaczego „Mazurek” musiał śpiewać pieśń pochwalną na tle portretu Stalina. Myślę, że tak; i to lepiej niż gdyby przez dwie godziny karmić ich złym krwawym Stalinem. A gdyby nie, to może sobie doczytają.

„Tuwim. Wylękniony bluźnierca”

Wychowałam się na Tuwimie. Zupełnie nie pamiętam, skąd mi się w ogóle wziął, ani kto i w jakich okolicznościach mi go podsunął (Matka moja była raczej wyznawczynią Słowackiego). Za to doskonale pamiętam z najmłodszych lat stare wydania „Kwiatów polskich”, „Jarmarku rymów, „W oparach absurdu” i Cicer cum caule”. Spędzałam nad tą lekturą sporo czasu, do dzisiaj z pamięci potrafię recytować fragmenty „Kwiatów polskich” oraz rozmaite mniej poważne zabawy językowe („Słowocowe hybrydy” czy „Wiersz, w którym autor grzecznie lecz stanowczo uprasza…”). Wiedziałam, że „Ozór na szaro” to odpowiedź na „Skumbrie w tomacie” (to też znałam na pamięć) mojego drugiego mistrza, Gałczyńskiego. A zatem biografię Urbanka położyłam, żeby leżała, z podświadomego strachu, że dowiem się czegoś niechcianego o moim odwiecznie ukochanym autorze.

Z biografii Ireny Tuwim dowiedziałam się o… znamieniu na policzku Juliana. Zabawne, że wcześniej nie miałam o tym pojęcia, ale zawsze wolałam raczej czytać twórczość niż interesować się wyglądem autora. Tymczasem to znamię znacząco wpłynęło na życie poety, co zgodnie przyznają i Augustyniak i Urbanek. To być może dlatego tak szaleńczo zakochał się w Stefanii Marchwiównie, nie wierząc, że taka piękność naprawdę zechce zostać jego żoną. Był z nią bardzo silnie związany aż do końca.

W dwudziestoleciu międzywojennym Tuwim był niewiarygodnie płodnym twórcą, rozrywanym tekściarzem kabaretowym, a poza tym już uznanym i cenionym poetą oraz tłumaczem. Przed wybuchem drugiej wojny jego dzieła nie były jednak oceniane obiektywnie przez prawicowych publicystów. Urbanek przytacza fragmenty recenzji, szokująco ziejących nienawiścią. W zestawieniu z tymi obelgami bledną nawet dzisiejsze popisy internetowych trolli, zwłaszcza, że chodziło przecież o kulturę, nie o politykę. Tuwim był do tego przyzwyczajony, w ówczesnej Polsce antysemityzm kwitł, pisze o tym choćby Monika Sznajderman w „Fałszerzach pieprzu„. Powszechne było przekonanie, że Żydów należy się z Polski pozbyć. Na jakimś poziomie mogę je nawet zrozumieć: było ich mnóstwo (jedna trzecia ludności w miastach), mieli własny, hermetyczny świat, własną kulturę; oczywiście, że to musiało budzić lęk.

„Kwiaty polskie” powstały już na wojennej emigracji, w Rio de Janeiro. Po wojnie Tuwim wrócił do kraju, dzięki czemu możemy zadawać sobie odwieczne pytanie, dlaczego zdecydował się na wychwalanie panującego tam ustroju (uwaga, wiersz „W Poroninie” wychwalający Lenina nie jest jednak autorstwa Tuwima, tylko Janusza Minkiewicza). Że wybrał powrót, to oczywiste: był Polakiem i chciał wrócić do ojczyzny. Dlaczego się nie pohamował i wyprodukował parę wierszy za dużo, nie dowiemy się. Oczywiście, z naszej perspektywy łatwo mowić, że nie musiał. Być może nie wiedział, że nie musi. Być może skoro już wybrał powrót, uznał, że powinien iść za ciosem. A może zwyczajnie miał nadzieję, że komunizm mimo swoich różnych wad przynajmniej nie będzie go źle traktował z racji żydowskiego pochodzenia? Może uwierzył w prawdziwą równość obywateli? Człowiekowi, który z tego powodu był przed wojną nieustannie bezpardonowo atakowany, musiało na tym bardzo zależeć.

Ostatni rozdział biografii Urbanka przedstawia Tuwima „wiecznie żywego”, muszę przyznać, że robi wrażenie wyliczanka sposobów, na jakie są do dziś wykorzystywane jego wiersze i aforyzmy. Na zakończenie natomiast, już po kalendarium, mamy rozmowę z jego córką Ewą, adopotowaną zaraz po zakończeniu wojny.

First Man

Wszyscy wiedzą, co powiedział w lipcu roku 1969 Neil Armstrong, wszyscy też wiedzą, jak się zakończyła misja Apollo 11, wszyscy także zapewne słyszeli o kosmicznej rywalizacji Sowietów i Amerykanów. Serdecznie poza tym nienawidzę trzęsącej się kamery, nie lubię Ryana Goslinga, obecnego tu oczywiście w każdej scenie, a efekty specjalne polegają na straszliwym trzęsieniu i zgrzytaniu, co zajmuje pewnie połowę filmu. To wszystko biorąc pod uwagę nie widzę zupełnie nic dziwnego w tym, że przesiedziałam dwie godziny z zapartym tchem, trzymając się poręczy fotela i śledząc losy Neila Armstronga w latach sześćdziesiątych. Najwspanialsza w tym filmie jest namacalność, momentami wręcz niesmaczna (aczkolwiek na szczęście oszczędzono nam prawdziwych ekstremów, na przykład tego, co działo się w Apollo 8 z dowódcą Frankiem Bormanem, który cierpiał na bardzo silną chorobę lokomocyjną, a toalety nie było, ani możliwości otwarcia okien), a momentami przerażająca, kiedy kolejni astronauci giną z powodu jakiegoś idiotycznego błędu. Ale możemy zobaczyć tę blachę i te nity z bliska, doświadczyć emocji na żywo. To działa. Zachwyciła mnie oczywiście mucha przypominająca mi o Pirksie.
Damien Chazelle pokazał niewiarygodny wysiłek wkładany przez ludzi w realizację tego absurdalnego celu, i skontrapunktował to protestami ludzi mówiących, że te pieniądze można było przeznaczyć na coś bardziej przyziemnego (pojawia się tu archiwalne nagranie autentycznego Kurta Vonneguta mówiącego to samo). Pokazał motywy polityków, pragnących wygrać wyścig z wrogiem. I motywację ludzi, tych osobiście narażających swoje życie, stawiających na szali swoje rodziny. Może najbardziej przejmującą sceną filmu jest ta, w której żona Neila żąda, żeby porozmawiał z synami, bo może nie wróci z tej ostatecznej wyprawy. To się aż prosi o uderzenie w wysokie c, o wyjaśnienie z wysoka, jak to realizacja marzeń jest istotna, jak są ważniejsze sprawy niż interes jednostki: otóż nic takiego tu się nie dzieje. Armstrong jest bezradny jak zwykły człowiek. Znakomita scena. Oczywiście, potem Chazelle równoważy to świetnie zrobionym lądowaniem na Księżycu (trochę kłamałam na początku na temat efektów specjalnych), i przez chwilę nie mamy wątpliwości, że warto było.
Nie miałam pojęcia, że w 1962 Armstrong stracił dwuletnią córkę, która miała guza mózgu i poddana była ciężkiej terapii, bez efektów. Film pokazuje to na początku, a potem do tego wraca. Armstrong poświęcał się pracy, żeby w ten sposób poradzić sobie ze stratą. To oraz w zasadzie wszystko w tym filmie odpowiada rzeczywistości (z wyjątkiem bransoletki, ale to też jest coś, co mogłoby się wydarzyć).

„Les prénoms épicènes” Amélie Nothomb

Zaczyna się od rozmowy kochanków.
– Kochamy się już od pięciu lat, i zobacz jak nam jest wspaniale – zachwyca się on.
– To już przeszłość – powiada na to ona, imieniem Reine. – Pojutrze wychodzę za Jean-Louisa.
– Ależ przecież my się kochamy! Kochasz mnie, nie jego! – głupieje on.
– Moi rodzice się szaleńczo kochali, a życie mieli przeciętne. Jean-Louis natomiast zabierze mnie do Paryża – odpowiada mu ukochana i wychodzi.
W następnym rozdziale jest rok 1970, a dwudziestopięcioletnią Dominique podrywa Claude. Pobierają się i mają dziecko. Ponieważ oboje noszą imiona nie zdradzające płci, co po francusku uczenie nazywa się prénom épicène (po ludzku mówi się raczej prénom mixte), dają córce na imię właśnie Epicène. Jest bardzo udana, ale ojciec się nią w ogóle nie interesuje, co dziwne, bo nalegał na posiadanie potomstwa. Aż pewnego dnia planuje intrygę, w wyniku której jego żona zaprzyjaźnia się z pewną elegancką panią imieniem Reine.
Jak to Nothomb: zwięzła (150 stron dużą czcionką), precyzyjna, przenikliwa opowieść, z mottem „Najsilniejszy jest ten, kto kocha”. Porusza zwyczajowe tematy autorki, czyli relacje dzieci i rodziców, oraz podstawy konstruowania własnej tożsamości i życia. Można tu debatować, czy to decyzja Reine była odpowiedzialna za dalsze losy bohatera, czy jednak on sam. I pokazuje, jak można postąpić, kiedy cała życiowa konstrukcja rozwala się jak domek z kart.
Słowo „pneus” jest obecne (jak we wszystkich dotychczasowych jej powieściach), a narracja jest oczywiście teatralna. W dodatku są tu nawiązania do renesansowej komedii „Epicoene or The Silent Woman” Bena Jonsona (rywala Szekspira). Zastanawiam się wobec tego, dlaczego Nothomb nie pisze sztuk. Ta opowieść by się doskonale sprawdziła na scenie, moim zdaniem.

Trakt morski

To w ogóle nie jest fantastyka, ale jest to niewątpliwie Le Guin ze swoją wyciszoną, subtelną narracją. Nie jest to również powieść, tylko zbiór rozdziałów połączonych między sobą miejscem akcji: fikcyjnym miasteczkiem Klatsand na wybrzeżu Oregonu. Kobieta, która w pierwszym rozdziale prowadzi podupadający motel, pojawi się później widziana oczami kolejnego bohatera. To samo zdarzenie będzie zrelacjonowane z punktów widzenia dwóch różnych osób. Przedziwna rzecz, jakoś między wierszami niepokojąca. Nie należy tu się spodziewać żadnych wyraźnych puent: po prostu toczy się życie, ludzie mieszkają, przyjeżdżają, wyjeżdżają, umierają, wchodzą ze sobą w interakcje. Nawet dramaty są tu stonowane.

Ostatni rozdział jest najdłuższy (zajmuje jedną trzecią książki) i jest to zdekomponowana saga rodzinna obejmująca 80 lat wieku XX, relacjonowana w niechronologicznie ułożonych fragmentach opowieści różnych kobiet z tej samej rodziny, a właściwie nawet linii (niektóre z nich pojawiły się przelotnie wcześniej). Ja wiem, że to nie brzmi w opisie dobrze, ale wyszła z tego bardzo ładna mozaika, wnikliwa, dyskretna i niespodziewanie wciągająca. Przyznam, zdarzyło mi się pomyśleć „ale ona umiała TAK pisać, i pisała fantastykę?”. Oczywiście to ma sens: w fantastyce była (i nadal jest) niekwestionowaną królową, podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, pokazała, jakie światy można tworzyć i jakimi tematami się zajmować. W głównym nurcie byłaby jeszcze jedną pisarką, dobrą czy bardzo dobrą, ale z dużo większą konkurencją.