„Królestwo” Szczepan Twardoch

Wyznam, że pierwszą informację o dalszym ciągu „Króla” potraktowałam jako głupi dowcip, niewczesny prima aprilis. Wydawało się, że Twardoch nie zostawił żadnej możliwości kontynuacji, wszak wiemy dość dokładnie, co się zdarzyło. Narrator relacjonuje wydarzenia pół wieku później, więc już jest jasne, kto zginął, kto przeżył, i za jaką cenę. Kiedy się okazało, że ta książka wychodzi naprawdę, oczywiście ją kupiłam, i otworzyłam – spodziewając się, że będzie tam napisane „ha ha, czytelniku, dałeś się nabrać”. Nawet nie byłabym zła. Ale nie.

Ryfka mówi „jednak wcale nie chciałam umierać, i dlatego żyję, przeżyłam, chociaż wszyscy umarli” i relacjonuje, jak przetrwali z Jakubem (a właściwie jego strzępem) koniec wojny, ukrywając się w spalonej, opustoszałej Warszawie. Narracja Twardocha od pierwszej chwili jest hipnotycznie wciągająca. Urzekło mnie zwłaszcza jednoczesne używanie czasu przeszłego i teraźniejszego. Jakby Twardoch doskonale wiedział, co czuję za każdym razem czytając o getcie i szlochając nad tą lekturą: że mówię sobie „przecież to było dawno, oni wszyscy obrócili się w proch tak dawno, i tak byliby już dzisiaj martwi ze starości”, i jak bardzo to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ to wszystko dzieje się teraz, w każdej chwili, oni giną, konają z głodu, są zabijani, zdradzani, wywożeni, męczeni. „W przeciwieństwie do czterystu tysięcy Żydów i Żydówek z getta, żyję. Żyłam.”

Drugim narratorem jest Dawid, syn Jakuba, opowiadający o życiu przed wojną, o wydarzeniach z końcówki „Króla” i o tym, jak jego ojciec w 1939 poszedł na wojnę. Tak samo jak w pierwszej powieści, narratorzy tutaj są wszechwiedzący, co tam dawało się uzasadnić realistycznie, tu już nie. Oboje używają identycznego neologizmu „wteraz”, jako przeciwieństwa „wtedy”. Wteraz znajduje się w głowie Szczepana Twardocha, w czarnych literach na białym tle i w wyobraźni czytelnika. To nie jest nowy pomysł, ale zachwyca mnie wykonanie autora. Mamy tu opowieść o różnych aspektach wojny: o Żydzie walczącym za Warszawę, o Ślązaku wcielonym być może przez pomyłkę i walczącym przeciwko naszym bez żadnego zastanowienia. I o przetrwaniu oraz tym, czego ono wymaga. Jest tu też drobny, ale przejmujący fragment o szmalcownikach. Polskie dzieciaki czatowały przy tajnych wyjściach z getta. Nic nie robiły, nie atakowały, szły obok wołając „Żyd idzie, Żyd idzie”, po to, żeby uciekinier się wykupił, tracąc tym samym środki na dalsze przeżycie. Z pewnością nikt nie uważał tego za zabijanie.

Przede wszystkim jest to powieść o tym, czym jest Zło. Ryfka i Dawid zaczynają swoje relacje od tego, że Jakub był złym człowiekiem. A potem zderzają to z dalszą opowieścią, i staje się jasne, że autor przekornie zachęca nas do jakiejś niemożliwej arytmetyki zła. Czy zły był rzeczywiście ten żydowski bandyta i morderca, czy może zmuszony do zastrzelenia Żydówki Jorg Konopka, czy ten wspomniany przelotnie śląski strażnik getta, dobry człowiek, który miał tylko jedną jedyną słabość. Czy zło się w ogóle porównuje i stopniuje. Czy można je wymazać albo odkupić. Czy opiekująca się złym człowiekiem Ryfka staje się automatycznie dobra. Ona sama pod koniec mówi że nie, że winy pozostają na zawsze. „Każdy czyn jest wieczny, nic nie znika, nic się nie unieważnia, nic nie zostaje wybaczone, bo nawet gdy znajdzie się ktoś, kto zapomni albo nie zapominając wybaczy, to nie sprawi, że zmieni się chociaż jedno ziarnko piasku w tym, co już nastąpiło, co się już wydarzyło, w tym niczego zmienić się nie da największym nawet, najszlachetniejszym sercem.”

Wspaniała powieść. Zupełnie inna od „Króla”, a jednak będąca konsekwentnym jej dopełnieniem. Podejrzewam, że autor wykorzystał materiały zebrane do „Morfiny„, i rozumiem. Z tą wiedzą trzeba coś zrobić, skoro nie da się jej już pozbyć.

„The Labyrinth Index” Charles Stross (The Laundry Files #9)

Czekałam na dziewiąty tom jak na szpilkach, co chwila sprawdzając, czy aby nie przesunęli daty wydania (raz przesunęli). W końcu się doczekałam… i od razu zirytowałam widząc, że narratorką jest Mhari. Mogłam się tego spodziewać, Stross lubi zmieniać punkty widzenia, ale w dodatku nie ma ani słowa o tym, co z Bobem i Mo. Ani słowa.
– Stross, jeżeli napiszesz mimochodem o ich śmierci, to przysięgam, że kupię tę książkę w papierze, tylko w celu rytualnego jej spalenia!- wrzasnęłam. Niewykluczone, że mam czasem nieco za mało dystansu do postaci powieściowych. Mhari niczego takiego jednak nie wtrąca, przeciwnie – robi aluzje, z których wynika, że ukochani bohaterowie żyją (przynajmniej z grubsza), ale chciałam wiedzieć więcej, czego autor nie zamierzał mi dać.

Tymczasem w Londynie premierem jest Przedwieczny. Wprowadził kary śmierci, na czym korzystają PHANGi. Generalnie nie jest tak źle, jak mogłoby się zdawać, problemem jest natomiast USA, gdzie najwyraźniej wszyscy zapomnieli, że istnieją jakieś władze, a zwłaszcza prezydent. Czyżby obudzony został Śpiący w piramidzie? Premier stawia Mhari na czele nowej agencji, ma lecieć do Stanów i tam zbadać sprawę, towarzyszą jej postaci znane z poprzednich tomów, tylko gdzie są Bob i Mo – muszę to wiedzieć. Aha, referendum w sprawie Brexitu się nie odbędzie, bo PM postanowił o wyjściu z Unii. Im dalej, tym bardziej mnie wciągało, zwłaszcza że Stross rezygnuje z Mhari-centrycznego punktu widzenia i relacjonuje inne wydarzenia jako narrator wszechwiedzący. Poza tym nawet Mhari ma w sobie mnóstwo z Boba, gdyż autor nie umie inaczej, i na ogół jest to zarzut, ale w tym wypadku mnie niezwykle cieszyło, ponieważ uwielbiam jego sarkastyczny styl.

Intryga jest starannie obmyślona, przechwytywanie przez Concorde bardzo mi się podobało, i tylko się zastanawiam, czy w Tolkien Camp się nie zorientowali, że uciekła im psychopatyczna elfka mag? Szczególnie podoba mi się tu logika „nasz Przedwieczny jest lepszy od waszego Przedwiecznego”, w sumie niezwykle ludzka. Oraz połączenie biurokracji z horrorem, znak szczególny cyklu. Oczywiście jestem nieodmiennie zachwycona postaciami, zwłaszcza kobiecymi. Natomiast ten tom w ogóle nie popycha akcji do przodu, a kolejny nie wiadomo czy będzie, gdyż autor zajął się pracą nad powieścią wprawdzie z uniwersum, ale bez Laundry ani znanych bohaterów.

„Na fałszywych papierach w Chile” Gabriel García Márquez

Chilijski reżyser Miguel Littín został wygnany z kraju przez Pinocheta, bez prawa powrotu. Po dwunastu latach na wygnaniu postanowił wrócić i nakręcić tam film, ale w przebraniu urugwajskiego biznesmena. Jest rok 1985 (książka ukazała się rok później, a w Chile 15 tysięcy jej wydań zostało spalonych), relacja zaczyna się od zmiany wyglądu. Reżyser musi schudnąć 10 kg, przefarbować włosy, dostaje również fałszywą żonę, Elenę – działaczkę ruchu oporu. Problemem jest tylko jego śmiech, podobno tak charakterystyczny, że musi zachować kamienną twarz przez cały pobyt w ojczyźnie. Na miejscu odnajduje kraj pod dyktaturą oraz trzy całkowicie legalne ekipy filmowe, które będą kręcić materiał według wskazówek Littína. Rzecz się czyta jak najlepszą sensację, to zupełnie nie jest styl Marqueza znany ze „Stu lat samotności”, raczej reportaż, zwięzły, sprawny i precyzyjny. Wciąga bardzo.

„#To o nas” Piotr C.

30 czerwca 2018, są trzydzieste urodziny Krzysztofa. Jego kumpel Suchy wyciąga go do klubu, gdzie natyka się na przecudnej urody dziewczynę i natychmiast postanawia ją zdobyć, solenizant zaś wraca do domu i trzeźwieje w samotności. W drugim wątku oglądamy Agatę, która okazuje się tą właśnie dziewczyną z pierwszego rozdziału, jej trzydzieste urodziny są z kolei 1 lipca, a nazajutrz w pracy spotka nowego kolegę. Oboje protagoniści są prawnikami, mieszkają obok siebie, rzecz dzieje się oczywiście w Warszawie w ciągu miesiąca, i jest bardzo zabawna, parę razy śmiałam się głośno. To zdecydowanie nie jest zbiór anegdotek z wątkiem centralnym, tylko porządna powieść, z pełnowymiarowymi bohaterami. Krzysztof użala się nad sobą, że go kobiety nie chcą, ale na wszelki wypadek nie robi niczego, żeby go jakaś choćby zauważyła. Agata jest oczywiście cyniczna, ale równie oczywiście daje się uwieść facetowi, który jej wysyła kosz kwiatów i staje pod pracą (swoją drogą w 2018 faceci już zdaje się takich rzeczy nie robią, i bez tego mają wokół siebie wystarczająco dużo chętnych lasek), a potem nieco żałuje wbijając wzrok w sufit podczas niespecjalnie porywającego seksu. Bardzo ładna scena, i nie jest tu jedyna (badanie prostaty ją przebija, a jeszcze lepsze jest spotkanie z panną z tindera).
Znakomicie, choć tylko w tle, pokazana jest relacja Krzysztofa z ojcem. Gorzko zauważa, że w celu naprawienia swoich kontaktów musieliby oboje wzajemnie się zaakceptować. Szkoda, że jednocześnie pomija to, że gdy trwoga, to właśnie do ojca natychmiast zadzwonił, mimo intymności sytuacji, i błyskawicznie otrzymał pomoc. Jeśli to nie jest znak doskonałych kontaktów z ojcem, to nie wiem, co mogłoby nim być. Możemy się domyślić, że Krzysztof zamiast rozwiedzionego protoplasty dziwkarza chciałby ojca supermana, nieskazitelnego, doskonałego: takiego, jakiego widział mając lat 3. Przede wszystkim musiałby zaakceptować, że takich nie ma i być nie może. Tak samo zresztą, jak wszyscy bohaterowie musieliby zaakceptować, że płeć przeciwna to też ludzie.
Ujęła mnie postać Igi. Początkowo zdawało się, że to będą sceny pełne złośliwości wobec durnej instagramowej panienki. Nie. Iga jest osobą, która dokonała własnych świadomych wyborów i należy jej się za to szacunek. Swoją drogą to jest scena z „Maga„. Zabawne, że przez ponad pół wieku nic się nie zmieniło. A z drugiej strony Agata jest o wiele lepszą postacią kobiecą niż bohaterki Fowlesa, więc może jednak właśnie zmieniło. Ciągnąc porównanie dalej, Brunona nie dałoby się nawet postawić obok Conchisa, co też jest symptomatyczne. Nie żyjemy w czasach autorytetów, a imponować może ewentualnie kasa. (Conchis swoją drogą też jest dziwkarzem z kasą, ale jak jej używa!)
Dodatkowe punkty za scenę z Sieradzkim (oraz wiadomo – za kota, acz to wzruszenie innego rodzaju). Bardzo wciągająca lektura. Chyba chciałabym zobaczyć, co będzie z bohaterami dziesięć lat później, aczkolwiek to już musiałoby być albo nudne albo smutne.

„Bezpański” Jakub Ćwiek, Adam Bigaj

Emerytowany wrocławski gliniarz po długiej karierze w sekcji kryminalnej opowiada o blaskach i cieniach swojego zawodu. Jest bardzo szczerze, miejscami dosadnie, wręcz wulgarnie – ale oczywiście nie jest to praca dla delikatnych. Adam Bigaj urodził się zresztą w miejscu, z którego większość wyrastała raczej na gangsterów niż na strażników prawa. Wraca do tego parokrotnie, wspominając na przykład, jak podejrzewał o kradzież kolegę z dzieciństwa. Miejscami opowieść jest makabryczna. Nie mam najmiejszego problemu z krwawymi opisami w kryminałach, gdzie stoi za nimi pomysłowy morderca, natomiast zupełnie inaczej reaguję wiedząc, że to wydarzyło się naprawdę, i że sprawca nie był geniuszem zła, tylko osobą ze straszliwymi zaburzeniami psychicznymi. Tam, gdzie nie jest przerażająco, bywa za to zabawnie. Narrator w opowieści stosuje język policyjny, dowody rzeczowe są więc ujawniane, a policjanci idą na realizację. Wciągająca lektura.

„Sendlerowa. W ukryciu” Anna Bikont

Ta biografia musiała sobie poleżeć, bo ja nadal potrzebuję dojrzewać do tej tematyki. Niby czytam coraz więcej, ale wcale się coraz bardziej nie uodparniam. I słusznie zaopatrzyłam się w zapas chusteczek, bo pierwsze dwa rozdziały są jak walec. Dziewięcioletnia Margarita stała się Marysią i z getta została przeszmuglowana na zewnątrz, do mieszkania pani Borcińskiej, która brała za nią pieniądze podwójnie (od Sendlerowej i od żydowskiego komitetu) i traktowała ją bardzo źle. Ale to właśnie dzięki niej i jej chciwości Margarita przeżyła wojnę i mogła to potem opowiedzieć Bikont. Jej mąż, znacznie bardziej po ludzku się odnoszący do dziewczynki, nie zdobyłby się na tyle szlachetności, żeby przechować Żydówkę. Za bardzo się troszczył o własną córkę. Marysia, która czuła, że „umarła w środku”, spisała swoje wspomnienia, ale Sendlerowa nie chciała ich włączyć do swojej biografii. Powiedziała „ważne, że przeżyłaś”.
Książka rzuca trochę światła na polski antysemityzm. Po pierwsze, i to już wiem, „żydków” się opluwało przed wojną dość machinalnie, nie było w tym na ogół specjalnych uczuć, to była przyjęta forma przekazu, coś jak występujące jeszcze do dzisiaj epitety typu „baba za kierownicą”. Stąd potworne z dzisiejszego punktu widzenia „recenzje” plugawiące Tuwima, które były właściwie rodzajem folkloru. Po drugie: w drugim rozdziale występuje Renata Skotnicka, która ukrywała się w obozie przejściowym na Skaryszewskiej. Żeby dobrze udawać Polkę, musiała manifestować swój antysemityzm. I robiła to tak dobrze, że otrzymała przezwisko „Kryśka antysemitka”. Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, ilu z tych najgłośniej krzyczących robiło to (robi nadal – obecnie na przykład również w przypadku gejów), żeby odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Po trzecie, Bikont przytacza Renatę relacjonującą rozmowę przypadkowych kobiet w pociągu, omawiających kupowanie zwłok Żydów, żeby wydobywać z nich złoto. Jest to tak straszne, że wahałam się, czy potrzebuję chusteczek, czy raczej miski. Tego się oczywiście nie da w żaden sposób usprawiedliwić, ale potem rozmyślałam na ten temat. Trwała ta nieopisanie potworna wojna; te kobiety, i nie one jedne przecież, zapewne jakoś się cieszyły, że przynajmniej nie są Żydami. Że duża część aktywności wroga skierowana jest gdzie indziej. A poza tym chciały przeżyć, oczywiście. Nie jestem pewna, czy ja na ich miejscu umiałabym inaczej i wzdragam się przed myśleniem o takiej możliwości. Bikont to potem podkreśla jeszcze parokrotnie. Walka o ratowanie Żydów prowadzona była głównie z Polakami, szmalcownikami. Niemców na ulicach Warszawy było mało i nie umieli rozpoznawać żydów. Szmalcownicy umieli doskonale. Z drugiej strony ratowanie to też był intrantny, nawet jeśli bardzo ryzykowny, biznes. Szlachetnych było niewielu, jak zwykle.
Potem robi się bardziej chronologicznie, dowiadujemy się o przedwojennej przeszłości Sendlerowej, a następnie o konkretach jej działań w getcie. Kiedy ta tematyka staje się już naprawdę nie do zniesienia, wojna się kończy. I nie jest wiele lepiej. Bohaterce nikt za działania nie dziękował, wprost przeciwnie. Ludowa władza Żydów oczywiście nie lubiła, a sami uratowani byli w szoku i chcieli o przeżyciach zapomnieć. Jeśli w ogóle udało się ich odnaleźć, duża część dzieci zniknęła bowiem bez śladu. Zostały tak dobrze schowane, że wyparły całkowicie swoje pochodzenie.
Sendlerowa lubiła się żalić, że traktują ją źle jako opiekunkę Żydów, twierdziła na przykład, że jej dzieci z tego powodu nie przyjęto na studia. Bikont sprawdziła, że to nie była prawda – zwyczajnie nie zdali egzaminów, i to pisemnych. W ogóle autorka wykonała olbrzymią mrówczą pracę docierając do wszelkich możliwych źródeł; tu jest 981 przypisów. I zachowała obiektywizm wobec swojej bohaterki, co musiało być trudne. Za każdym razem, kiedy wracam myślą do tej pomocy, udzielanej kompletnie obcym ludziom, rośnie we mnie bałwochwalczy podziw. W Polsce to było karane śmiercią. Ryzykowała w każdej chwili przez te wszystkie miesiące i lata. Tymczasem władze PRL odmówiły Sendlerowej paszportu, kiedy dużo później została zaproszona przez Yad Vashem na uroczystość. Logicznie mogłoby się wydawać, że walka z tym najgorszym wrogiem, Niemcami, była ważniejsza niż antysemityzm, ale homo sapiens prlensis był od logiki daleki (nie żeby jego potomkowie się jakkolwiek poprawili).
W końcowych rozdziałach odbiegamy od bohaterki, żeby poczytać o jej współpracownikach i znajomych. Jednym z nich był Jan Dobraczyński. Przedwojenny antysemita, powojenny działacz katolicki wspierający władze komunistyczne, w stanie wojennym przewodniczący PRON. Oportunista, konformista? Uważany przez wszystkich znajomych za wspaniałego, dobrego człowieka. Antysemita ratujący żydowskie dzieci: podpisywał skierowania do placówek religijnych. Tylko podpisywał, jak sam to skromnie relacjonował, ale oczywiście w 1943 Niemców by w ten sposób nie przekonał. Bikont pisze, że robił to z powodu romansu (podobno platonicznego) z Jadwigą Piotrowską, przyjaciółką Sendlerowej. Też ciekawa postać.

„Szafa” Olga Tokarczuk

Malutki zbiorek zawierający trzy teksty, z czego dwa krótkie. Pierwszy, tytułowy, to miniatura, w której bohaterzy kupują szafę o dziwnej zdolności przyciągania. Raczej surrealistyczny. Kolejne, znacznie dłuższe opowiadanie, to relacja pokojówki hotelowej z dnia pracy. Odwiedza zazwyczaj puste pokoje i opowiada, kto w nich mieszka. Na koniec jest historia informatyka konstruującego w komputerze światy, pod koniec dość oczywista. Subtelne i ładne, ale po zachwycających „Opowiadaniach bizarnych” byłam jednak rozczarowana.

„Kłamczucha” E.Lockhart

Byliśmy łgarzami” to całkiem przyjemne i nieoczywiste czytadło z twistem, miałam nadzieję na to samo w przypadku „Kłamczuchy”. Jule przebywa w luksusowym hotelu w Kalifornii, gdzie poznaje kobietę, której przedstawia się innym imieniem, a po chwili stamtąd ucieka, jak w filmie sensacyjnym. Następnie cofamy się nieco w czasie i odkrywamy, że Imogen to imię jej najlepszej przyjaciółki, która nie żyje. Chronologicznie poruszać się wstecz będziemy dalej, dowiadując się co wydarzyło się wcześniej. Jule od bardzo dawna kłamała, kręciła, udawała, podszywała się pod inne osoby, stwarzała sobie inne tożsamości. W połowie książki wychodzi, że ma na sumieniu znacznie więcej. Mniej więcej też już wiadomo, co się dzieje, nadal natomiast pozostaje zagadką jak i dlaczego. Dowiemy się w drugiej połowie, dość monotonnej. Okazuje się też, że niejaka Lita Kruschala jest Polką. Naprawdę, czy pani literat nie umiała skorzystać z gugla? Bardzo naiwne nawet jak na sensacyjkę dla młodych. Już widzę osiemnastolatkę bez szkoły, której się daje miliony i nie sprawdza, co robi. To ja już wolę uczciwą sf.

Ucho Igielne

W tym mieście są schody do doliny, tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, w których połowie znajduje się Ucho Igielne: wąska brama, gdzie spotykają się ludzie, bo trudno się tam minąć. Na początku narrator napotyka tam starszego człowieka, którego skądś zna, tamten jednak go nie poznaje. Schodzi o lasce, z trudem. Zamieniwszy parę słów z narratorem chce iść dalej, potyka się o laskę, spada. Narratora zabierają na posterunek milicji, i dalej płynie jego opowieść o życiu, pełna dygresji. Fascynujące jest, jak autor potrafi zapanować nad materią swojej opowieści. Wydawało mi się, że jestem zmęczona tym ciągłym wybieganiem w przeszłość czy przeszłość, pomieszaniem czasów, zdarzeń, i ludzi – bo kiedy Myśliwski pisze „on” bardzo często nie od razu wiemy, o którego onego chodzi. Odłożyłam książkę i skonstatowałam, że jakimś cudem mam w mózgu życie bohatera. Wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce. Drugą wspaniałą umiejętnością autora jest perfekcyjne opanowanie języka potocznego, z niezgrabnościami i skrótami. Zachwyca mnie, jak mówią jego bohaterowie, słyszy się ich w głowie.

Jest to rzecz o starości i śmierci, młodości i przemijaniu, wojnie i rodzicach, powojennej rzeczywistości polskiej; ale przede wszystkim o wspomnieniach. Lejtmotywem jest tu dziewczyna, na którą w młodości bohater czekał w parku, kiedy wracała ze szkoły, i odprowadzał ją potem do domu. Co z nią stało się potem, nie wiemy. Jest to rzecz o pamięci ludzkiej: jak Modiano, Myśliwski pokazuje jej zawodność, a przecież niczego innego nie mamy. Powtarza, że młody nie wyobraża sobie, że będzie stary, a stary nie wierzy, że był kiedyś młody. Z czasem coraz mocniej dziwimy się swoim wspomnieniom, niemal poddając w wątpliwość ciągłość własnego istnienia: czy to na pewno byłam ja, wtedy?

„Lockstep” Karl Schroeder

Siedemnastoletni Toby mieszka z rodziną w malutkiej kolonii na planecie karłowatej za orbitą Plutona (11 godzin świetlnych od Słońca), i leci na małym statku zbadać pobliską kometę. Ma jednak awarię. Budzi się z hibernacji, żeby odkryć, że ma w pojeździe dziury i jest na orbicie jakiejś ewidentnie wymarłej planety, więc hibernuje się ponownie, tym razem z myślą, że już na zawsze. Oczywiście nie – budzi się w jakimś wspaniałym świecie, i odkrywa, że minęło 14 tysięcy lat. Ludzka cywilizacja rozprzestrzeniła się aż do Alfy Centauri. Latamy co prawda nadal z ułamkiem prędkości światła, ale jest jeden świetny trick. Wszystkie światy hibernują się globalnie na 30 lat i budzą na miesiąc (synchronicznie – to właśnie tytułowy lockstep). W ten sposób leci się 12 rzeczywistych lat na inną planetę (odległą o pół roku świetlnego, jesteśmy nadal w przestrzeni międzygwiezdnej między Układem Słonecznym a Alfą Centauri), spędza tam nieco czasu, wraca kolejne 12 lat, a na naszym rodzinnym świecie upłynął w tym czasie miesiąc czasu subiektywnego. Dylatacja czasu też nie sprawia problemu przy tych ułamkach c. To jest pomysł zwyczajnie genialny w swojej prostocie. Po tylu latach w końcu mamy świat Star Wars, ale absolutnie zgodny z fizyką!
Co prawda natychmiast zaczęłam myśleć, że może lepiej byłoby się budzić na jeden dzień w roku. Wtedy po pierwsze komunikacja jest lepsza: ze świata odległego o pół roku świetlnego nie dostaniemy odpowiedzi w ciągu naszego miesiąca aktywności, dopiero w następnym. W przypadku dnia mamy odpowiedź nazajutrz w czasie subiektywnym. Po drugie tracimy mniej czasu na dostosowywanie się do cyklu planety, którą odwiedzamy. No właśnie. Synchronizacja wcale nie jest konieczna: komunikacja zajmuje masę czasu rzeczywistego, a podróże międzygwiezdne jeszcze więcej. Nie ma żadnego powodu, żeby światy nie miały własnych cykli, zachowując jedyne identyczne ratio (miesiąc na 30 lat czy dzień na rok). Jak się okazuje, narzucają to natomiast korporacje, co właśnie jest tematem powieści.
Po początkowym oszołomionym zachwycie zaczęłam podejrzewać, że skoro tak świetny pomysł nie zasłużył nawet na nominacje do nagród, to pewnie akcja jest słaba. Nie jest. Toby jest znakomitym protagonistą, jest młody i początkowo zagubiony, więc bardzo naturalnie odkrywa otoczenie razem z czytelnikiem. Jest też bardzo istotny dla wydarzeń, i to naciągane nie jest. Dodatkowe punkty za mruczące wydrokoty. Czym dalej w powieść, tym bardziej klimat przypomina cykl Endera, i zapewne nieprzypadkowo odgrywający tu istotną rolę brat ma na imię Peter. Jest tu też siostra oraz ważna dla rozwoju bohaterów gra.
W tym świecie jest osadzone opowiadanie „Jubilee„, ale od zupełnie innej strony: widzimy tych, którzy żyją w czasie normalnym i obserwują lockstepowe twierdze.