Ucho Igielne

W tym mieście są schody do doliny, tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, w których połowie znajduje się Ucho Igielne: wąska brama, gdzie spotykają się ludzie, bo trudno się tam minąć. Na początku narrator napotyka tam starszego człowieka, którego skądś zna, tamten jednak go nie poznaje. Schodzi o lasce, z trudem. Zamieniwszy parę słów z narratorem chce iść dalej, potyka się o laskę, spada. Narratora zabierają na posterunek milicji, i dalej płynie jego opowieść o życiu, pełna dygresji. Fascynujące jest, jak autor potrafi zapanować nad materią swojej opowieści. Wydawało mi się, że jestem zmęczona tym ciągłym wybieganiem w przeszłość czy przeszłość, pomieszaniem czasów, zdarzeń, i ludzi – bo kiedy Myśliwski pisze „on” bardzo często nie od razu wiemy, o którego onego chodzi. Odłożyłam książkę i skonstatowałam, że jakimś cudem mam w mózgu życie bohatera. Wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce. Drugą wspaniałą umiejętnością autora jest perfekcyjne opanowanie języka potocznego, z niezgrabnościami i skrótami. Zachwyca mnie, jak mówią jego bohaterowie, słyszy się ich w głowie.

Jest to rzecz o starości i śmierci, młodości i przemijaniu, wojnie i rodzicach, powojennej rzeczywistości polskiej; ale przede wszystkim o wspomnieniach. Lejtmotywem jest tu dziewczyna, na którą w młodości bohater czekał w parku, kiedy wracała ze szkoły, i odprowadzał ją potem do domu. Co z nią stało się potem, nie wiemy. Jest to rzecz o pamięci ludzkiej: jak Modiano, Myśliwski pokazuje jej zawodność, a przecież niczego innego nie mamy. Powtarza, że młody nie wyobraża sobie, że będzie stary, a stary nie wierzy, że był kiedyś młody. Z czasem coraz mocniej dziwimy się swoim wspomnieniom, niemal poddając w wątpliwość ciągłość własnego istnienia: czy to na pewno byłam ja, wtedy?

„Lockstep” Karl Schroeder

Siedemnastoletni Toby mieszka z rodziną w malutkiej kolonii na planecie karłowatej za orbitą Plutona (11 godzin świetlnych od Słońca), i leci na małym statku zbadać pobliską kometę. Ma jednak awarię. Budzi się z hibernacji, żeby odkryć, że ma w pojeździe dziury i jest na orbicie jakiejś ewidentnie wymarłej planety, więc hibernuje się ponownie, tym razem z myślą, że już na zawsze. Oczywiście nie – budzi się w jakimś wspaniałym świecie, i odkrywa, że minęło 14 tysięcy lat. Ludzka cywilizacja rozprzestrzeniła się aż do Alfy Centauri. Latamy co prawda nadal z ułamkiem prędkości światła, ale jest jeden świetny trick. Wszystkie światy hibernują się globalnie na 30 lat i budzą na miesiąc (synchronicznie – to właśnie tytułowy lockstep). W ten sposób leci się 12 rzeczywistych lat na inną planetę (odległą o pół roku świetlnego, jesteśmy nadal w przestrzeni międzygwiezdnej między Układem Słonecznym a Alfą Centauri), spędza tam nieco czasu, wraca kolejne 12 lat, a na naszym rodzinnym świecie upłynął w tym czasie miesiąc czasu subiektywnego. Dylatacja czasu też nie sprawia problemu przy tych ułamkach c. To jest pomysł zwyczajnie genialny w swojej prostocie. Po tylu latach w końcu mamy świat Star Wars, ale absolutnie zgodny z fizyką!
Co prawda natychmiast zaczęłam myśleć, że może lepiej byłoby się budzić na jeden dzień w roku. Wtedy po pierwsze komunikacja jest lepsza: ze świata odległego o pół roku świetlnego nie dostaniemy odpowiedzi w ciągu naszego miesiąca aktywności, dopiero w następnym. W przypadku dnia mamy odpowiedź nazajutrz w czasie subiektywnym. Po drugie tracimy mniej czasu na dostosowywanie się do cyklu planety, którą odwiedzamy. No właśnie. Synchronizacja wcale nie jest konieczna: komunikacja zajmuje masę czasu rzeczywistego, a podróże międzygwiezdne jeszcze więcej. Nie ma żadnego powodu, żeby światy nie miały własnych cykli, zachowując jedyne identyczne ratio (miesiąc na 30 lat czy dzień na rok). Jak się okazuje, narzucają to natomiast korporacje, co właśnie jest tematem powieści.
Po początkowym oszołomionym zachwycie zaczęłam podejrzewać, że skoro tak świetny pomysł nie zasłużył nawet na nominacje do nagród, to pewnie akcja jest słaba. Nie jest. Toby jest znakomitym protagonistą, jest młody i początkowo zagubiony, więc bardzo naturalnie odkrywa otoczenie razem z czytelnikiem. Jest też bardzo istotny dla wydarzeń, i to naciągane nie jest. Dodatkowe punkty za mruczące wydrokoty. Czym dalej w powieść, tym bardziej klimat przypomina cykl Endera, i zapewne nieprzypadkowo odgrywający tu istotną rolę brat ma na imię Peter. Jest tu też siostra oraz ważna dla rozwoju bohaterów gra.
W tym świecie jest osadzone opowiadanie „Jubilee„, ale od zupełnie innej strony: widzimy tych, którzy żyją w czasie normalnym i obserwują lockstepowe twierdze.

Piąta głowa Cerbera

Czytałam to pół życia temu (nawet nie przesadzam) i w ogóle nie pamiętałam o jej istnieniu, ale przypomniał mi Swanwick, który napisał w 2013 opowiadanie lustrzane do pierwszej części „Piątej głowy Cerbera”. Poczułam, że muszę to przeczytać natychmiast, a z pragnieniem tym nie było dyskusji. Doskonale wiedziałam, że Wolfe jest jednym z najbardziej intrygujących współczesnych pisarzy, waham się, czy dodać tu przymiotnik „fantastycznych”, ale zapomniałam, jakiego dreszczu niepokojącej przyjemności potrafi dostarczyć. Nikt inny nie pisze tak realistycznie i zagadkowo – jeden Miéville osiąga mniej więcej ten klimat, ale i u niego jest ostatecznie mniej tajemnicy, więcej logiki. U Wolfe’a nic nie wiadomo na pewno, co mnie irytuje i zachwyca jednocześnie, nigdy nie wiem co bardziej.

Ta książka składa się z trzech zupełnie (albo niezupełnie) odrębnych części. W pierwszej bezimienny (wolfiści mają dającą się uzasadnić hipotezę, że nazywa się Gene Wolfe) narrator opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w Port-Mimizon na planecie Sainte Croix, która ma bliźniaczą planetę Sainte Anne, i które zostały skolonizowane przez ludzi nie tak dawno temo. Pierwotnie przez Francuzów, dlatego językiem urzędowym był francuski. Narrator miał brata Davida, opiekował się nimi Pan Million, robot, być może obdarzony świadomością. Ojciec braci praktycznie ich nie widywał, a mieszkali w dużym domu, w którym mieścił się burdel, co nikogo nie dziwi ani nie szokuje. W ogrodzie stał duży żelazny pies z trzema głowami, stąd część tytułu (a jego reszta sugeruje, że u Wolfe’a istotniejsze jest to, czego w tekście nie ma, niż to, co w nim jest). Technologicznie są tu statki latające z prędkością bliską c, Pan Million i hologramy, natomiast poza tym jeździ się powozami albo lektykami, ewentualnie chodzi na piechotę. Jest tu również targ niewolników, a dzieci można sprzedawać. To zaledwie początek. Dowiadujemy się następnie, że na Sainte Anne byli aborygeni. Kim byli, co się z nimi stało: nie wiadomo. Istnieje hipoteza mówiąca, że zabili osadników z Ziemi, a następnie się do nich upodobnili, narrator zatem byłby jednym z nich.

Czuję się teraz, jakbym nieudolnie opowiadała o obrazie impresjonistycznym, ponieważ u Wolfe’a najistotniejszy jest efekt zanurzenia w tym świecie, znajomym i fantazyjnym jednocześnie – choć przecież właściwie wiele z tego istniało w historii ludzkiej: francuscy kolonizatorzy, burdele, targi niewolników, czy powozy, a skomputeryzowany robot i szybki statek kosmiczny to nie są bynajmniej nowe ani zaskakujące pomysły. Zatem to ich niezwykłe połączenie i plastyczność opisywanego świata są tu główną zaletą. Do tego dochodzi sposób opowiadania: narratora nic w otoczeniu nie dziwi, tak samo jak nas nie dziwi nasza rzeczywistość, z logicznego punktu widzenia nieraz przecież kompletnie absurdalna. Dopiero kolejne wydarzenia zaczynają być dla niego niezrozumiałe, dla czytelnika też.

Pod koniec pierwszej części pojawia się doktor Marsch, podobno antropolog z Ziemi. Druga część nosi tytuł „’Opowieść’ Johna V. Marscha”, ale to czysta fantasy, dziejąca się w nieznanym miejscu i czasie. Początkowo – potem zaczynamy rozumieć gdzie jesteśmy i kim prawdopodobnie są bohaterowie. Nie wiemy też, czy tytułowy Marsch to ten sam człowiek, który pojawiał się wcześniej, a w ogóle kwestia ludzkiej tożsamości jest tu mocno wątpliwa. Kwestia człowieczeństwa zresztą też. Trochę jak w „Słońcach”: bohater jest kimś, idzie gdzieś, spotyka kogoś, nic tu właściwie nie daje się jasno sprecyzować czy przyłożyć do naszych własnych doświadczeń: chociaż nie. Uniwersalny jest głód, opieka nad dzieckiem, opieka nad inną osobą, nawiązanie kontaktu z innymi istotami, późniejsze dramatyczne wydarzenia. Czy to jest jeden z celów Wolfe’a: odkryć podstawy wzajemnego zrozumienia, a być może człowieczeństwa? I dlaczego tytułowe słowo „Opowieść” jest w cudzysłowie?

Trzecia część, „V.R.T”, składa się z chaotycznych notatek czytanych przez oficera na Sainte Croix. Zapiski stworzone zostały przez badacza tubylców z Sainte Anne, logicznie powinien nim być doktor Marsch, który przez jakiś czas jeździł po planecie z miejscowym chłopcem (tytułowy V.R.T), synem osadnika podającego się za aborygena. Ojciec na pewno nim nie był, ale być może chłopak rzeczywiście jest półkrwi. Są tam też fragmentaryczne protokoły z przesłuchań Marscha.

Po poskładaniu tego dziurawego puzzle, w którym niektóre kawałki są od innego kompletu, a inne to w ogóle klocki lego, domyślamy się niektórych rzeczy, acz mnóstwo pozostaje niejasne. Zazwyczaj takie książki mnie irytują, mamroczę pod nosem „autorze, jak sam nie wiesz o co ci chodzi, to ja ci nie powiem”, ale dla Wolfe’a robię wyjątek. To jest ten rzadki przypadek, w którym nie ma sensu szukanie „co autor miał na myśli”. Jest tu pokazanie inności, drobnych przesunięć, które wszystkie razem składają się na wielką różnicę. Bardzo często fantastyka dąży do pokazania, że bez względu na otoczkę nadal jesteśmy ludźmi, że zachowania i motywy działań pozostają zrozumiałe. Wolfe stoi na przeciwnym biegunie: jak niewiele trzeba, żeby sens nam się wymknął.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 31” (2013)

Ian R. MacLeod „The Discovered Country”. Bohater jest martwy i znajduje się w Farside, czymś w rodzaju raju dla bardzo bogatych. Świetna, gęsta narracja, dodatkowe punkty za „Rozencrantz and Guildenstern Are Dead” Stopparda.

Lavie Tidhar „The Book Seller”. Bohater dostaje pudełko starych książek i jest zachwycony, jest to bowiem towar deficytowy w tych czasach, w których ludzie żyją na Marsie i asteroidach. A potem ratuje dziewczynę, która nie całkiem jest dziewczyną. Przedziwny świat, intrygujący sposób narracji.

Nancy Kress „Pathways”. Pierwszoosobowa naratorka mówi slangiem, ma 19 lat, i zgłasza się do kliniki, żeby być obiektem eksperymentu. Dla pieniędzy. Eksperyment ma też wyleczyć ją z rodzinnej bezsenności prowadzącej do szaleństwa i śmierci.

Sunny Moraine „A Heap of Broken Images”. Przewodniczka nie jest człowiekiem i oprowadza ludzi po miejscu zbrodni, pokolenie później. Nadal leżą tam szkielety i jest na ścianach wyblakła krew. Zdecydowanie wykraczające poza fantastykę, bardzo poruszające.

Jay Lake „Rock of Ages”. Jak w opowiadaniu są rozdziały z długimi tytułami, to nigdy nie wróży dobrze, ale nie jest tak źle. Pogłoski o śmierci Bashara są przesadzone, ma co prawda 120 lat, ale nadal jest one of the hardest of hard men. Tymczasem na świecie w wieku XXII szaleją the island plagues: pandemie i epidemie uśmiercające jedynie konkretną grupę etniczną, a szykuje się taka, co uśmierci całą ludzkość, ale od czego nasz wiekowy twardziel. Technothriller. Jak się już rozkręci, to nawet wciąga.

Geoff Ryman „Rosary and Goldenstar”. Do domu Squire Digges przychodzą goście, Duńczycy – Frederik Rosenkrantz i Knud Gyldenstierne. Rozmawiają o gwiazdach, wszechświecie, liczbach, poezji, nie całkiem się wzajemniej rozumiejąc, a czasem wcale. Digges na dachu ma soczewki, a rok jest 1592. Pojawia się młody Shakespere, marzyciel. Zabawna śliczność.

Karl Bunker „Gray Wings„.  Pierwszoosobowa narratorka ma wypadek latając na skrzydłach z włókien węglowych, ląduje nieco połamana, ale wydaje się, że to niespecjalny problem, ma bowiem uzdrawiające nano i wbudowany bloker bólu. Wpadła przez dach do domu, gdzie spotyka starą kobietę i chłopaka. Są życzliwi i biedni. Bardzo zwięzłe, trochę marudziłam nad oczywistością, ale ładne zakończenie.

Carrie Vaughn „The Best We Can„.  Cudownie pięknie, nieco Lemowe w wymowie. „The thing is, you discover the existence of extraterrestrial intelligence, and you still have to go home, wash up, get a good night’s sleep, and come up with something to eat for breakfast in the morning.” Czyli co by zrobiła ludzkość, gdyby w pobliżu naszej orbity pojawił się ewidentnie sztuczny wytwór, i dlaczego nic. Rzeczowe i wnikliwe, a napisane na cztery lata przed pojawieniem się w Układzie Słonecznym obiektu ʻOumuamua.

Paul J. McAuley „Transitional Forms„.  Ray jeździ i patroluje Zonę, przy czym zabawny jest kontrast między jego środkiem transportu – gniadym koniem, a najnowszymi technologiami, w które jest wyposażony. Napotyka panią w namiocie maskującym. W zonie natomiast rosną alife organisms, które wydobywają metale z ziemi, fajny pomysł. Hakerzy zaś chcą mutować je dalej. Nieoczekiwane zakończenie.

Robert Reed „Precious Mental”. Port Beta, to tu pasażerowie wsiadają na Great Ship i tu reperuje się statki gwiezdne. „Bottling up suns and antimatter was considered the highest art„. Czyli fantasy przebrana za sf. Kosmicznego mechanika porywają i żądają od niego naprawy tajemniczego statku, bardzo odległa przyszłość, bardzo skomplikowane, umęczyłam się. To część cyklu, jednak chyba niespecjalnie czytelna bez znajomości reszty.

Allen M. Steele „Martian Blood”. Na Marsa właśnie przyleciał dr Omar al-Baz z Uniwersytetu Arizony, którego wita pierwszoosobowy narrator. Na Marsie jest zimno i powietrze jest rzadkie. Al-Baz natomiast chce spotkać aborygenów i dostać ich krew. Jesteśmy w rzeczywistości alternatywnej, w której pierwsze sondy zostały na Marsa wysłane w 1965. Tak czy owak natychmiast pojawia się pytanie, dlaczego przez co najmniej ćwierć wieku otadnictwa ludzi na Marsie nikt tej krwi jeszcze nie zbadał, na które Steele natychmiast odpowiada, że autochtoni nie chcą z ludźmi mieć nic wspólnego, i ich unikają. Dalej bardzo oczywiste.

Greg Egan „Zero for Conduct”. Młoda Afganka w Iranie przeprowadza eksperymenty chemiczne, oczywiście potajemnie. Jak już dokonuje wynalazku, wtedy dopiero zaczynają się komplikacje.

Aliette de Bodard „The Waiting Stars”. Zwyczajowe uniwersum Bodard z podróżami po Galaktyce w Mindshipach. Jedna pani zabiera z cmentarzyska statek będący jej prapraciotką, a druga była wychowana przez Instytucję, która wymazywała dzieciom wspomnienia. Usypiające.

Alastair Reynolds „A Map of Mercury”. Bohater przyleciał na Merkurego z Jowisza, wszystkie planety są zamieszkane. Na Merkurym mieszkają artyści-cyborgi, podróżujący w karawanie. „Around Jupiter, you’re bound up in rigid hierarchies of wealth and power. Here we have no money, no legal apparatus, no government„. Oleg natomiast chce porozmawiać z niejaką Rhawn. Duża doza wyobraźni.

Nancy Kress „One”. Zack leży w szpitalu czekając na operację na mózgu. Maybe his brain wasn’t much, but it was the only one he had. Po operacji następuje u niego coś w rodzaju rozszerzenia świadomości, potrafi przewidzieć co czuje i co zrobi rozmówca. Jest początkującym bokserem, więc natychmiast jest jasne, co dalej, ale potem jest tu dużo więcej. Oczywiście coś tu z „Umierając żyjemy„. Bardzo dobre.

Martin L. Shoemaker „Murder on the Aldrin Express”. Aldrin jest wahadłowcem kursującym między Ziemią i Marsem (są na skomplikowanej orbicie słonecznej, więc chciałabym wiedzieć, skąd mają ćwierć g, skoro praktycznie nie używają paliwa). Nuda i straszny kapitan. Na wypadek, gdyby tytuł nie był dostateczną wskazówką, okazuje się, że statek oryginalnie należał do Holmes Interplanetary, a kapitan powiada do narratora „Elementary, my dear Carver.” Następnie mamy trupa, a stylistyka utrzymuje się w konwencji, co bardzo mnie bawiło. Świetnie pomyślane i zrobione, bardzo fajne, fantastyka potrzebuje takich więcej.

Jake Kerr „Biographical Fragments of the Life of Julian Prince„. Jak w tytule, notatki biograficzne, wywiady i fragmenty artykułów, wszystko dotyczące pisarza, zdobywcy Pulitzera i Nobla w 2031. Zasadniczym tematem jest tu jednak Impact, uderzenie meteorytu, które zniszczyło całe USA. Części ludzi udało się wyemigrować do Afryki, dzięki Expatriation Lottery – obłędny pomysł, a dzięki zwięzłej rzeczowej narracji jeszcze bardziej przejmujący. Więcej się domyślamy, niż jest tu powiedziane. Najlepsze opowiadanie tego zbioru, nagradzałabym.

Ken Liu „The Plague„. Czytałam to po francusku, w zbiorze „Papierowa menażeria” . Pod Kopułą żyją ludzie, którzy po tytułowej Pladze nie są w stanie przetrwać na zewnątrz, jeden z nich wychodzi w skafandrze i spotyka tych, którzy się przystosowali do środowiska (czyli diseased people scrabbling out an existence in the wildernes… everyone seems content to see them as no longer human). Dwoisty punkt widzenia. Przyjemnie zwięzłe, dość oczywiste.

Sandra McDonald „Fleet„. „When I officially became a girl, I took the new name of Isa. At the time I was nine years old. In the Umatac village records I’m still a male” Lubię takie otwarcia. Jesteśmy na wyspie Guam (Mikronezja) w czasie After Silence, czyi post-apo. Tylko że reszta świata odbudowała cywilizację. Tu nie. Narratorka jest The Bridge – „One foot rooted in the past. One planted in the future.” Bardzo dobre.

Michael Swanwick „The She-Wolf’s Hidden Grin”. Oryginalnie ukazało się w antologii „Shadows of the New Sun: Stories in Honor of Gene Wolfe” i jest to spin-off Wolfe’a „Piątej głowy Cerbera”, którą czytałam pół życia temu i pamiętam tylko, że bardzo mi się podobała. Podeszłam zatem do opowiadania na świeżo. Narratorka wspomina nauczycielkę, którą miały z siostrą, rzecz nie dzieje się na Ziemi, tylko na Sainte Croix, która ma bliźniaczą planetę Sainte Anne, a narratorka widywała w snach gigantyczną wilczycę. Niewiarygodnie gęste, niby wiedziałam, że Swanwick potrafi, ale jednak zaskoczenie. Jest to paskudny świat, wspaniale nakreślony.
Następnie wróciłam do Wolfe’a, i to nie tyle jest spin-off, co wersja beta pierwszej jego części. To nie są analogie, tylko niemal żywe kopie, z drobnymi zmianami (co swoją drogą ma sens, zważywszy na tematykę).

Alexander Jablokov „Bad Day on Boscobel”. Dunya ma pod opieką uchodźców z Marsa, a jesteśmy na asteroidzie Boscobel, gdzie żyje się na gigantycznych drzewach. Jeden z uchodźców sprawia kłopoty. Polityka jest bardzo skomplikowana i nie opuszczało mnie poczucie, że międzyplanetarne otoczenie nie jest tu wymagane.

Val Nolan „The Irish Astronaut”. Amerykanin Dale jest na wybrzeżu irlandzkim na czymś w rodzaju urlopu. Jest byłym astronautą. Astronautą zastępczym, który nigdy nie poleciał w Kosmos. Za to jego przyjaciel był na Księżycu i zginął w drodze powrotnej. Subtelnie ładne. Ale to zupełnie nie fantastyka.

Neal Asher „The Other Gun”. Tu fantastyka zdecydowanie jest. Narrator ląduje w batyskafie, czując się bardzo mało ludzko po spotkaniu z Klientem, co jest o tyle dziwne, że jego towarzyszka Harriet jest kolorowym dinozaurem z mezozoiku, z pomalowanymi paznokciami. Batyskaf natomiast jest opuszczany na kablu ze statku na orbicie, właściwie dlaczego nikt o tym nie pomyślał wcześniej (chyba że winda orbitalna się liczy)? Dalej wojny gwiezdne, masa wymyślnego zabijania, broń w udzie, ziew.

Lavie Tidhar „Only Human”. Polyphemus Port na Tytanie, Shereen pracuje jako sprzątaczka. Rządzą tam Sisterhoods, których umysły połączone są w matryce. Shereen zakochuje się w nowicjuszce, która ma stać się częścią takiej matrycy. Uśpiło mnie.

Ian R. MacLeod „Entangled”. Na zmianę w trzeciej i pierwszej osobie oglądamy Marthę Chauhan, jej ojciec Hindus przyjechał do Anglii po zamachu w Kalkucie i pracował przy wzmocnieniach neuralnych. Aktualnie natomiast wszyscy ludzie żyją w komunach i połączeni są w sieć telepatyczną albo kwantową, oprócz Marthy, która jest pod tym względem upośledzona. Ale to nie jest opowiadanie o telepatach, jest tam dużo więcej. Doskonałe.

Stephen Baxter „Earth 1”. Ludzie żyją na Urthen i uważają, że są częścią wielkiej Symulacji. Bohaterowie wybierają się do gwiazd w poszukiwaniu miejsca, skąd pochodzi cała ludzkość. Pierwsza część to masa dywagacji i objaśnień. Następnie odwiedzamy rozmaite planety usiłując wykombinować, czy to faktycznie stąd pochodzi ludzkość. Strasznie długie, przegadane, naiwne, bezsensowne, albo sens mi kompletnie umknął.

Sean McMullen „Technarion„.  „As monsters go, I am not at all typical. (…) In the spring of 1875 I was a bright and innocent young man with good prospects„. Fabrykę, w której ten narrator pracuje, wykupuje pan, który chce zbudować maszynę elektryczną zaglądającą w przyszłość. Dalej sądziłam, że wiem co będzie, okazało się, że wcale nie, i tak dwa razy. Zaskakujące.

Melissa Scott „Finders”. Ludzie wydobywają ze starych statków kosmicznych, należących do nieznanych Ancestors, kolorowe Elementy, które są techniką tak zaawansowaną, że nieodróżnialna od magii. Bohaterka z trudem wiąże koniec z końcem, i w dodatku jest śmiertelnie chora. All salvage could do was find a few more pieces of the Ancestors’ wreckage, and keep the systems going a little longer. Dobrze obmyślone (pomysł jest co prawda rodem z „Gateway” Pohla, ale zupełnie inaczej rozegrany), świetnie napisane, pełnowymiarowi bohaterowie, trzyma w napięciu, zostało rozwinięte w powieść, która ma się ukazać w grudniu.

Ian McDonald „The Queen of Night’s Aria”. Skolonizowany Mars, a na nim podstarzały śpiewak, Count Jack Fitzgerald, i narrator – jego akompaniator, a właściwie i służący. Trwa również wojna z Marsjanami, którzy oczywiście mają gigantyczne trójnożne machiny bojowe. To drugie obok „Martian Blood” opowiadanie z antologii „Old Mars”, retro-fantastyka, barwne, urocze i zabawne. Poczułam, że chyba do tej pory nie doceniałam należycie McDonalda.

Brendan DuBois „Hard Stars”. Jakaś koszmarna wojna, niedobitki oddziału chowają się w zrujnowanym domu gdzieś w stanie Nowy Jork i wyciągają sobie chipy, żeby nie można było ich namierzyć. Po chwili się okazuje, że mają ze sobą kogoś bardzo istotnego, i o tym jest opowiadanie. Thriller, nie sf.

James Patrick Kelly „The Promise of Space„. Czytamy nagrania ze szpitala z roku 2051. Dwoje ludzi najwyraźniej prowadzi bardzo dziwną rozmowę. Wygląda na to, że żona próbuje przyponieć swojemu cierpiącemy na amnezję mężowi, kim jest i jak się poznali. Mąż jest pierwszym człowiekiem na Fobosie, a poznali się w 2042. Potem się okazuje, kto nagrywa, i kto jest kim. Bardzo dobre.

Damien Broderick „Quicken”. Zbiór zamyka ta sama tematyka, która otwierała: bohater jest martwy. „Po Silverberga ‚Rodzimy się z umarłymi‚ doprawdy mogliby już przestać wysilać” wymamrotałam, po czym raptownie drgnęłam zauważywszy, że bohater nazywa się Klein i ma żonę Sybille… otóż tak, to jest sequel Silverberga. W pewnym sensie ten tekst o to prosił. Desperacko wtedy pragnący odzyskać żonę Klein jest teraz zatem sam martwy i pozbawiony uczuć. His obsession with her was expunged, their obliterated decade, their lost Jorge-and-Sybille. Wasn’t it? Mamy tu szczegóły na temat współegzystencji żywych i nieumarłych. Klein ma otrzymać na swojej uczelni status Professor mortuus. Pojawia się bulla papieska skazująca bluźnierczo ożywionych na potępienie, są też obłożeni skazującą na śmierć fatwą. A potem jest fantastyczna przejażdżka na fali wyobraźni, Broderick zabiera nas dużo dalej, niż zrobiłby to Silverberg, inkrustując tę szaleńczą wizję cytatami z klasyki. Oszałamiające.

-> 32

„Dziewczyna, którą nigdy nie byłam” Caitlin Moran

Zuzanka mnie zachęciła do przeczytania tej książki, jakkolwiek długi czas marudziłam pod nosem „nie mogę czytać narracji czternastolatki, nie dam rady, nie chcę, jestem za stara, nie mogłam”. Niespodzianka: mogłam. Jest początek lat 1990, jesteśmy w Wolverhampton, robotniczym mieście w centralnej Anglii (niedaleko Birmingham, 250 tys mieszkańców), opowiada czternastoletnia Johanna. Ma czwórkę rodzeństwa (w tym świeżo urodzone bliźniaki), niepełnosprawnego ojca pijaczynę, który zamierza zostać gwiazdą rocka, matkę w depresji poporodowej, żyją z zasiłku, a narratorką rządzą hormony i bezustannie myśli o seksie. Jest też bystra, oczytana, cyniczna i chce zmienić swoje życie. Zostaje więc dziennikarką muzyczną.
Widzieliśmy to wszystko milion razy, ale Caitlin Moran przyjemnie mnie zaskoczyła świeżością. Udaje jej się uniknąć stereotypów. Ojciec oczywiście jest zachlanym nieudacznikiem, ale potrafi też okazać się niespodziewanie mądry i ciepły. Sama Johanna, oparta na postaci autorki (która miała rodzeństwa siedmioro), ma do siebie spory dystans i jest zabawna. Bywa oczywiście męcząca, ale bez tego nie dałoby się zachować nawet minimalnej wiarygodności tej postaci.

Exit Strategy (Murderbot Diaries 4)

Czwarty tom jest czwarty, i co prawda są to bardzo krótkie tomy, ale oczywiście się obawiałam, że jednak formuła się wyczerpie; ileż można tego samego bohatera eksploatować. Okazało się, że można, śmiałam się na głos wielokorotnie, co zdarza się dużo rzadziej, niż bym sobie życzyła. Podziwiam konsekwencję Marthy Wells, Murderbot nie wykracza poza swoje ramy, nieodmiennie wyraża się o ludziach ze zgryźliwą trafnością. Ma też ogromny dystans do siebie. Oraz ma uczucia. Nie za wiele, ale ma, kompletnie nie wie, co z tym zrobić, i to jest niezwykle zabawne i wzruszające.

Pomieszanie efektów komicznych z trafnymi spostrzeżeniami przywodzi na myśl Pratchetta, choć to zupełnie inna stylistyka. Murderbot jest zabawny w swojej upartej (i przez mnie doskonale rozumianej) niechęci do bycia człowiekiem, przy czym jest istotą głęboko ludzką w swoim rozdarciu między „zostałem tak zaprogramowany” (a kto nie został: my, organiczni, przecież też) a „mam wolny wybór”. A także między pragnieniem wolności, a przerażeniem, że mogłoby się ziścić. Rozbrajaące jest też, że bezlitosny niesłychanie sprawny zabójca rozkleja się doświadczywszy najdrobniejszej emocji, i nie wie, jak sobie z nią poradzić. Nie wiem ile z tego Wells zrobiła świadomie, ale wyszło jej znakomicie. Patrzę na inne jej książki żałując, że to fantasy. Może kiedyś.

Przy czym nadal męczy mnie brak wiedzy, skąd właściwie Murderbot czerpie energię. Może ma wbudowane jakieś superbaterie, ale nadal trzeba by je kiedyś ładować i wymieniać. Czułabym się lepiej, gdyby była na ten temat przynajmniej jakaś wzmianka. No właśnie. I już wiadomo, dlaczego czuję silne duchowe pokrewieństwo z bohaterem.