„Toromorze” China Miéville

Najchętniej nic bym o tym nie pisała, bo niewypowiedzianej satysfakcji dostarcza ta lektura, kiedy się ją zaczyna znając tylko tytuł. Przez pierwszy 1% mamrotałam do kindla z wyrzutem „ale tym razem Miéville przegiąłeś, o co tu w ogóle chodzi?”. Nie pomaga zastąpienie wszystkich spójników i znakiem &, do czego da się przywyknąć, ale nie od razu. Potem wszystko zaczyna się rozjaśniać. Radzę przerwać tu czytanie i zaopatrzyć się w książkę.

Jest pociąg, pędzący po torach, które się nie kończą – są splątane w dziki kłąb, tworząc toromorze. Załoga pociągu trudni się polowaniem na gigantyczne kretoryje, które jak czerwie piaskowe żyją w ziemi, wynurzając się tylko czasem na powierzchnię. Poluje się na nie przy pomocy harpunów, a pociąg opisuje się używając terminologii związanej ze statkami. Jest tam olinowanie, obserwator na bocianim gnieździe, na ziemię między torami nie wolno schodzić, pociągi zawijają do portów i z nich wychodzą, kolejarze śpiewają szanty, itp. Lądy natomiast są na wyższym poziomie, na twardej skale. Niektóre wznoszą się aż do nieba, które w górze jest trujące i żyją tam dziwne stworzenia, o zupełnie odmiennej biologii, ale nie wiadomo o nich za wiele, bo widują je tylko nieliczni śmiałkowie, nadniebni nurkowie. Pociągi mają napęd parowy lub diesel, są w tym świecie również komputery i bardziej zaawansowana technologia, ale ta jest szczątkowa i niepojęta, pochodzi ze statków kosmicznych, które kiedyś tu zawijały i wyrzucały śmieci. Mnóstwo ludzi zajmuje się odzyskiem, znajdowaniem takich śmieci i ich sprzedażą. Wracając do pociągu kretowniczego, polowanie harpunami na wielkie wynurzające się istoty z czymś mi się natychmiast skojarzyło. Kiedy kapitan Naphi, która nie ma ręki, niecierpliwie spytała o kolor zaobserwowanego kretoryja, już wiedziałam na pewno, co autor zrobił. Skojarzenie nazwisk przyszło chwilę później, powodując u mnie wybuch niekontrolowanego śmiechu.

Oczywiście, odzysk i szczątki technologii zaawansowanej jak magia nie są bynajmniej nowe. Toromorze jest natomiast absolutnie oryginalne i oszałamiające. Przeróbka statku na pociąg (oraz wątku nadrzędnego) jest zrobiona fantastycznie i zabawnie. Bohater, Sham, uczy się na pomocnika pokładowego lekarza, to jego pierwszy rejs, obserwuje wszystko z zachwytem i przerażeniem, jest świetnym bohaterem. To Miéville – nawet gdyby napisał poradnik podatkowy, czytelnik byłby zachwycony pomysłowością, plastycznością i barwnością opisanego świata oraz zwrotami akcji. Bo oczywiście polowanie na kretoryja jest tylko słabiutkim wstępem do kolejnych wydarzeń. Podtrzymuję moje twierdzenie, że to jedyny pisarz dorównujący Wolfe’owi, choć znacznie zabawniejszy. Obawiam się tylko, że ta wyobraźnia kiedyś go zabije.

Mam poza tym parę pytań: czy tu są rzeki i dokąd wpadają? A skoro nadniebie jest śmiertelnie trujące, to czy padające deszcze już nie, i jakim cudem?

„Pani od obiadów” Marta Sztokfisz

Mało brakowało, żeby nasza najsłyniejsza autorka książek kulinarnych podpisywała się Lucyna Staszewska. „365 obiadów” Lucyny Staszewskiej: nie jestem pewna, czy to by się sprzedawało, choć pewnie to tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale to „Ćwierczakiewiczowa” brzmi odpowiednio solidnie: jak nazwisko kogoś, kto ma lata doświadczenia w prowadzeniu kuchni, kto z pewnością nie jest rozrzutny, i kto bez wątpienia szanuje tradycje polskie. Tymczasem była córką Fryderyka Bachmana i Henrietty z domu Bücklingów. Jej ojciec pochodził z „Klewji”, jak informuje jego akt zgonu przytoczony przez autorkę biografii, która niestety nie zadaje sobie trudu wyjaśnienia, co to mogło być. Musiało chodzić o Clèves – czyli był Prusakiem. Miał 62 lata, kiedy zmarł w 1832, Lucyna miała natomiast wtedy zaledwie 6. Mając lat 18, w 1845, poślubiła Feliksa Staszewskiego, szlachcica, ale nie układało im się za dobrze. Zamiast znosić swój los z pokorą, jak przystało na XIX-wieczną damę, Lucyna się po prostu rozwiodła i wróciła do matki. Chwilę potem wyszła za inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza. Nie wiemy, jakim cudem wzięła kolejny ślub kościelny, Marta Sztokfisz przypuszcza, że nie ujawniła nazwiska ojca (nie ma go w akcie ślubu), i że w tym celu ślub odbył się w Brwinowie. W każdym razie małżeństwo ze Stanisławem było bardzo udane. Nadzwyczaj energiczna pani domu wkrótce wydała swoją pierwszą książkę z przepisami i stała się celebrytką na miarę połowy XIX wieku.

Była również osobą odważną, o wielkim sercu. Kiedy nowo mianowany metropolita warszawski, arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, w 1862 roku nakłaniał zebranych, żeby nie śpiewali w kościołach patriotycznych pieśni, Ćwierczakiewiczowa podeszła do ołtarza i wrzasnęła „przeklinam cię do trzeciego pokolenia, powolny sługo carski!” Systematycznie zbierała poza tym pieniądze dla warszawskiej biedoty, opiekowała się rodzinami więźniów politycznych i ich dziećmi. Dzięki temu była podejrzana o konszachty z Rosjanami, tymczasem robiła to w celu wyciągania osadzonych z Cytadeli i łagodzenia wyroków. Dopiero po jej śmierci prawda wyszła na jaw.

Biografię czyta się bardzo dobrze, ale rozpieszczona przez Urbanka narzekałam trochę na braki w wyjaśnieniach. Lucyna należała do parafii ewangelicko-reformowanej, zatem skąd ślub w kościele katolickim? W dwudziestoleciu międzywojennym często się zdarzało, że zmieniano wyznanie, żeby wziąć powtórny ślub kościelny, ale to wyraźnie nie był ten przypadek. Książkę uzupełniają obficie cytowane przepisy Ćwierczakiewiczowej, nieco się śliniłam przy czytaniu, i byłam pełna podziwu dla bogactwa i różnorodności serwowanych wtedy potraw. Jasne, była służba, która nie siedziała na fejsie, tylko w kuchni. Poza tym przy okazji odkryłam, że bretońskie kig ha farz znane było w Polsce pod nazwą prażucha.

„Koleżanka” Karolina Feldberg-Sendecka

Karolina Feldberg-Sendecka, niestrudzona edytorka Dzienników Osieckiej, zebrała w jednym tomie rozmaite wspomnienia o poetce. Są tu reakcje na pierwszy tom dziennika (list od pana, który był Małym Jurkiem), fragmenty dawnych wywiadów z samą autorką, listów, wspomnień jej znajomych i rozmów z nimi – niektóre ukazały się uprzednio samodzielnie, niektóre zostały napisane specjalnie do tego wydania. Wszystko ułożone chronologicznie według czasu, którego dotyczyło. Jest to świetne uzupełnienie Dzienników, których kolejnych tomów nie mogę się już doczekać, swoją drogą.
Najdziwniejsza tu jest rozmowa z Grzegorzem Lasotą, który poznał dziewiętnastoletnią Agnieszkę z jej pierwszą wielką miłością, Witoldem Dąbrowskim, i razem wprowadzili ją do STSu. Otóż Lasota uważa, że była ukrytą lesbijką, i z tego powodu nie mogła sobie znaleźć faceta na stałe. Dość interesująca teoria, której musiały towarzyszyć jakieś bardzo bujne fantazje, albo po prostu przedawkowanie filmów z pewnego niezbyt ambitnego gatunku. Znacznie więcej informacji o tym aspekcie życia Osieckiej daje długie wspomnienie jej bardzo bliskiego przyjaciela, Jana Borkowskiego. W latach sześćdziesiątych byli niemal nierozłączni. Agnieszka mu wyznała, że przyjaźni się platonicznie z mądrymi chłopcami, ale do łóżka chce iść tylko z łobuzami. Wygląda na to, że miała jakąś żeńską odmianę kompleksu Madonny i ladacznicy, nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że coś takiego może istnieć. A może po prostu z łobuzami było ciekawiej? O Jeremim Przyborze powiedziała, że był bardzo nudny, na co najpierw mi szczęka opadła, a potem uświadomiłam sobie, że przecież oczywiście – był o dwadzieścia lat starszy od niej, i poza listami nie miał wiele do zaoferowania. Choć chciał z nią mieć dziecko, ale na to Agnieszka z kolei nie była gotowa.
Wracając jeszcze do łobuzów, przezabawna jest historia małżeństwa z Frykowskim. Osiecka zaproponowała mu wzięcie ślubu żartem, bo uznała, że z takim playboyem może być ciekawie, natomiast on to potraktował poważnie. Z rozpędu ślub rzeczywiście wzięli, po czym okazało się, że pan młody pragnie docenienia swojego intelektu! Wręczył małżonce jakiś scenariusz i poszedł do swoich panienek. Poetka zaczęła się rozwodzić właściwie natychmiast potem  i postanowiła już więcej za mąż nie wychodzić. Obietnicy nie dotrzymała. Dalej w książce znajdziemy informację, że ślub z Frykowskim był na złość Andrzejowi Jareckiemu, który ożenił się dwa dni wcześniej.
Skupiam się na skandalikach obyczajowych, bo to oczywiście fascynowało jej bliższych i dalszych znajomych, a trzeba przyznać, że przerób miała imponujący. Jest tu jednak także sporo informacji na temat jej twórczości i stopniowego zdobywania sławy, choć to wszystko jest lepiej znane. Jarosław Abramow-Newerly wspomina studencki wyjazd na winobranie, Osiecka wykorzystała tę okazję, żeby przekazać papiery Giedroyciowi. Jan Borkowski przytacza listy wysyłane z Ameryki, gdzie była na stypendium Fundacji Forda. Jest tu fragment Alfabetu Urbana, który wprawdzie wyciąga poetce kolekcję facetów oraz pociąg do butelki, ale pisze również, że od trzydziestu lat jest najważniejszą postacią w literaturze, i nie jest to pean z pobudek koniunkturalnych. Chwali również „Białą bluzkę”, której nigdy nie czytałam, wstyd się przyznać, a teraz będę musiała – przez Urbana, kto by się spodziewał. Daniel Passent rzeczowo opowiada o swoim związku, i tu jest ten kompletnie dla mnie niezrozumiały fragment, o którym oczywiście wiem od lat: zostawiła mu sześcioletnią córkę. Nie umiem sobie tego kompletnie wyobrazić. I bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego w ogóle się zdecydowała na dziecko. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że nie nadaje się do normalnych związków (pisała o tym choćby do Przybory), dlaczego sądziła, że na matkę tak?
Wszyscy, którzy ją znali w różnych okresach życia, są zgodni: była czarująca, niesłychanie uczynna, ogromnie utalentowana, przy tym skromna. Była również roztrzepana, kompletnie niezainteresowana materialną i praktyczną stroną życia. A przyjaźnie z nią były niesłychanie intensywne. Przewijają się tutaj wypowiedzi rozmaitych kobiet, z których każda uważała się za tę najważniejszą przyjaciółkę – i pewnie przez chwilę rzeczywiście tak było, jak i z mężczyznami. Szkoda tylko, że tych wszystkich przyjaciół zabrakło przy niej w ostatnich chwilach życia.
Nie wypowiedzieli się ostatni mężczyźni życia Osieckiej, Zbigniew Mentzel ani André Hübner-Ochodlo. Dla tego pierwszego zostawiła Passenta, dom i córkę, bywa określany największą jej miłością, chociaż uważam, że to głównie dlatego, że był pierwszy, który jej odmówił. Agnieszka zupełnie nie była do tego przyzwyczajona. Nie zamierzała się też godzić na starość, to chyba dlatego nie podjęła walki o swoje zdrowie i życie. Brak wspomnienia Ochodlo natomiast mnie dziwi, ponieważ w internecie można znaleźć jego bardzo wyważoną i rzeczową wypowiedź.
Fantastyczna lektura o niezwykłej, nieprzeciętnej pod wszystkimi względami Osobie. Poza tym jest to oczywiście kopalnia wiedzy o złotych latach kultury PRLu. Czekam niecierpliwie na obejrzenie tych wszystkich ludzi jej oczami.

„Minla’s Flowers” i „Merlin’s Gun” Alastair Reynolds

Przez końcówkę Dozoisa 34 przeczytałam dwie wcześniejsze minipowieści o Merlinie. W galaktyce jest Waynet, po którym można podróżować na skróty, o ile ma się statek wyposażony w syrinx. Merlin, uciekinier z The Cohort, ma taki statek, inteligentny w dodatku. Jego głównym celem jest walka z the Huskers, którzy dawno temu zniszczyli jego system rodzinny. Czyli Star Wars, zasadniczo. W „Minla’s Flowers” Merlin wypada z Waynetu z powodu awarii, i musi lądować na pobliskiej planecie, na której niebo jest pokryte unoszącymi się w powietrzu wyspami. Kiedyś była to tarcza ochronna przed Huskerami, ale od tego czasu ludność cofnęła się w rozwoju technicznym i nie ma nic poza prostymi samolocikami. Merlin wplącze się w ich ratowanie.

W „Merlin’s Gun” swallowship Sory zostaje zaatakowany przez Huskerów, wszyscy giną oprócz niej. Trzy tysiące lat później w systemie pojawia się statek – oczywiście to Merlin, żywa legenda. Nieustannie w poszukiwaniu broni, która pozwoli The Cohort wygrać trwającą od tysięcy lat wojnę z Huskerami. Fajnie napisane.

„Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn

Nie będąc zagorzałą fanką kryminałów, lubię je jednak czytać. Zwłaszcza te, w których jest zagadka, trop, i tło obyczajowe. Gorzej z thrillerami, tych nie lubię, ponieważ mam wrażenie, że autorzy zawsze się strasznie wysilają, żeby przerazić i zaskoczyć, a wysilania się nie lubię w żadnej dziedzinie. Jednak ostatnio naszło mnie znienacka na thriller, wybrałam chwaloną „Zaginioną dziewczynę”, którą czytali już chyba wszyscy, i która znajduje się na jednej z list powieści z twistem. Takie lubię bardzo, chociaż wolę nie wiedzieć, że twist będzie, bo wtedy nie dopatruję się pułapki w każdym słowie.

Powieść ma prostą kontrukcję, w jedym wątku jest mniej więcej 2013, w pierwszej osobie Nick Dunne relacjonuje dzień zniknięcia swojej żony. To piąta rocznica ich ślubu, on poszedł do baru prowadzonego z siostrą bliźniaczką, a kiedy wrócił, zastał otwarte na oścież drzwi, za to nie było żony. W drugim wątku czytamy pamiętnik tejże żony, Amy, od czasów kiedy poznała Nicka. Od początku jest jasne, że w małżeństwie ostatnio się nie układało. Od początku też widać, że Nick coś ukrywa przed policją i najwyraźniej wie więcej niż chce się przyznać. Wciągające do końca, a koniec też mi się bardzo podobał.

„Stacja Centralna” Lavie Tidhar

– O, znowu ktoś czytał „Dworzec Perdido” i pozazdrościł – wymamrotałam do siebie zaczynając lekturę. Jesteśmy wprawdzie na Ziemi, ale między Jaffą a Tel Awiwem wybudowany został gigantyczny budynek, tytułowa Stacja Centralna, służąca lądowaniu statków orbitalnych. Ludzkość rozprzestrzeniła się bowiem na Układ Słoneczny, i w większości jest scyborgizowana, w sposób nieodróżnialny od magii. Można też mieć wszczepki ze sztuczną inteligencją, tzw. Innych. Powinniśmy być zatem daleko w przyszłości, ale z drugiej strony są pozostałości ery silników spalinowych, i ludzie, którzy pamiętają dawne czasy, choć musiało minąć przynajmniej kilka stuleci.

Bardzo dobra jest tutaj namacalność świata, oraz poczucie, że dla mieszkańców to całe połączenie techniki i magii to tylko zwykła codzienność. Aczkolwiek jak się czytało Mieville’a, to wrażenie wtórności długo nie przemija. Brakuje również akcji: nic się nie dzieje, oglądamy kolejnych bohaterów i fragmenty ich życia. Mamy cyborga zakochanego w kobiecie, przylatującą na Ziemię strigoi, cyfrową wampirzycę, cudowne dziecko wyhodowane sztucznie w laboratorium, budowniczego bogów, dosłownie wciągającą grę, i tak dalej. Pod koniec Tidhar chyba się zorientował, że przydałaby się ewentualnie jakaś fabuła, bo próbuje nagle wprowadzić zamęt. Nie jestem zachwycona, ale jest w tym świecie i sposobie narracji coś ciekawego.

„Bohemian Rhapsody”

Wszyscy byli zgodni, że to nie jest świetny film, za to muzyka nadrabia z nawiązką. Z tą myślą poszłam do kina, i wyszłam, ku swojemu zdumieniu, całkowicie oczarowana. Owszem, filmowi daleko do doskonałości, i to już na etapie scenariusza. Jest tu mnóstwo melodramatycznych uproszczeń. Cała wina za złe prowadzenie się Mercury’ego spada na jego przyjaciela i managera Paula Prentera, który okazuje się demonicznym manipulantem, a Freddie bezwolną maskotką w jego rękach. Rozstanie z Queen i późniejsza ekspiacja to też wymysł, w rzeczywistości decyzja o rozstaniu była wspólna, a zespół nagrywał potem razem jeszcze przed Live Aid. Zabrakło mi ostatnich lat z Barceloną, to duża przykrość, nie rozumiem zupełnie, dlaczego to zostało pominięte. Montserrat Caballé jeszcze żyła na etapie kręcenia filmu, mogła sporo opowiedzieć. ALE. Rami Malek robi tak niewiarygodną robotę, że cała reszta staje się zwyczajnie nieistotna. Mimo wszelkich uproszczeń i pominięć mam wrażenie, że udało się uchwycić samą esencję tego nieporównywalnego z nikim piosenkarza i tego niezapomnianego zespołu. Biografie chyba tak jak tłumaczenia mogą być wierne albo piękne. Ten film jest bez wątpienia przepiękny.

„Transcription” Kate Atkinson

Rok 1981. Sześćdziesięcioletnia Juliet w Londynie wpada pod samochód i martwi się, że nie pójdzie na kolejne koncerty Szostakowicza. To dwustronicowe preludium kończy się stwierdzeniem, że jest w domu. Nareszcie. Potem jest 1950, Londyn, Juliet ma prawie trzydzieści lat, pracuje w radiu BBC i wspomina czasy wojny. Wychodząc na lunch spotyka dawnego znajomego, pana Toby’ego, który jednak wypiera się tej znajomości. Cofamy się do 1940. Dziewiętnastoletnia Juliet pracuje dla wywiadu brytyjskiego, ale nic tu z thrillera. Po prostu spisuje (stąd tytuł) nagrane rozmowy prowadzone przez agenta, właśnie pana Toby’ego, z angielskimi zwolennikami nazistów. Nie są to żadne istotne figury, jak trzeźwo zauważa Juliet, dla której w ogóle wojna na tym etapie jest raczej niewygodą niż zagrożeniem. W dodatku Perry, który ją do tej pracy zaangażował, ma wobec niej plany. Tylko jakie? Czy chodzi o uwiedzenie (Juliet nie miałaby wiele przeciw temu, choć pojęcie o fizycznej stronie takiego wydarzenia ma nader nikłe), czy jednak o coś innego?
Atkinson pokazuje wojnę od zupełnie innej strony, nie ma tu spadających bomb. Jest nudna praca biurowa. Nawet szpiegostwo nie wygląda jak w bondach: składa się głównie z siedzenia i picia litrów herbatki. To jest wojna Juliet. Przewija się tu znajoma agentka bohaterki, która była świetna w pillow talk, uwodziła kolejnych podejrzanych. Juliet zauważa jednak trzeźwo, że pewnie to samo robiłaby, gdyby wojny nie było. Większość postaci ma swój pierwowzór w rzeczywistości: Godfrey Toby, nudny bankowy urzędnik zatrudniany latami przez MI5, istniał naprawdę, choć pod innym nazwiskiem, i to on dał impuls do stworzenia powieści. Istnieją również transkrypcje bardzo podobne do tych spisywanych przez Juliet. Piąta kolumna nie odegrała ostatecznie znaczącej roli w zwycięstwie nad nazistami, ale to nie umniejsza wysiłków tych ludzi. Poświęcenia czasem całego swojego życia wywiadowi, a ta praca nie wyglądała filmowo.
Po „Bogu pośród ruin” bałam się kolejnej powieści Atkinson (niezbyt długo pielęgnowałam strach, wyszła bowiem we wrześniu). Natychmiast jednak wciągnęła mnie ta klarowna narracja. Juliet jest naiwna, ale cyniczna. Kłamie właściwie nieustannie i bez specjalnego powodu. Oraz rozmyśla, daje się ponieść wyobraźni, widzimy to przez jej ciągłe fantazyjne dygresje. Jest bardzo wielowymiarową, świetną postacią. A całość to piękna, doskonale skomponowana opowieść, której nie szkodzi nawet wyjątkowo paskudne wtrącenie z rodzaju „a ja wiem, co będzie dalej” na końcu pierwszej części z 1940 (naprawdę, nie spodziewałam się tego po tej autorce, ale wybaczam jej).
Juliet na końcu pierwszego rozdziału mówi „This England”, co potem (chronologicznie wcześniej) usłyszy od Perry’ego i co będzie powtarzać. This England, is it worth fighting for? To i parę innych subtelnych wtrąceń sprawia, że w roku 2018 jest to lektura bardzo aktualna.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 34” (2016)

Lavie Tidhar „Terminal„. Bezpowrotnie odlatujemy z Ziemi, dość nietypowo, bo każdy sam w swoim kosmicznym gruchocie, w roju podobnych sobie, choć każdy miał inny powód. Poetyczne, zdumiewające, doskonałe.

Carolyn Ives Gilman „Touring with the Alien„. Nominacja do Hugo. Nagle pojawiły się statki kosmiczne Obcych, od razu na Ziemi. Sześć miesięcy później wyszli z nich tłumacze, mówiąc, że The aliens had come in peace. They had no demands and no questions. They merely wanted to sit here minding their own business for a while. They wanted to be left alone. Natomiast bohaterka, która pracuje jako kierowca i transportuje rzeczy, których nikt inny nie chce, dostaje propozycję nie do odrzucenia. Temat nienowy, ale rozegrany świeżo i znakomicie.
Opowiadanie przegrało Hugo z uroczym pratchettowym „The Tomato Thief” Ursuli Vernon.

Matthew Claxton „Patience Lake„. Bohater usiłuje się dostać do Saskatoon, ale wszystko jest przeciwko niemu, psuje mu się kolano, na drogach są blokady. Jest to a man with a smooth plastic head, no nose, speaker grill for a mouth, round eyes that never blinked. Potem się okazuje, że weteran przerobiony na taniego cyborga. Świetnie zrobione, bardzo naturalne dialogi, dowiadujemy się tylko tyle, ile musimy. Mocne do końca.

Rich Larson „Jonas and the Fox„. Jonas ma 12 lat, a Fox znajduje się w ciele Damjana, małego brata Jonasa. Żadnemu z nich ta sytuacja się nie podoba. Jesteśmy na innej planecie, a bohaterowie przypadkiem trafiają na ukryty statek kosmiczny, który pozwoli Foxowi uciec. W tle rewolucja i jej echa. Świetne.

Gord Sellar „Prodigal”. Bohaterowie wracają do domu „after Benji’s final sentientization treatment„. Benji jest psem. Właściwie pomysł oczywisty, ale nie przypominam sobie tak rozegranego. Bardzo klasyczna narracja, trochę 1950 przez te niemal satyryczne wstawki łamiące powagę tematu. Wnikliwe.

Kathe Koja & Carter Scholz „KIT: Some Assembly Required„. „The atheist awoke in the machine„, a jest to odtworzona świadomość Christophera Marlowe’a, który wspomina wiek XVI i próbuje się odnaleźć w obecnych czasach. Każą mu walczyć z zagrożeniem terrorystycznym. Intrygujące.

Gregory Benford „Vortex”. Do chińskiej bazy na Marsie udaje się małżeństwo Julia i Victor, jedyni z Pierwszej Ekspedycji. Na Marsie jest życie. Nie takie, jak na Ziemi. Techniczny opis każe trochę myśleć o Lemie z „Edenu” czy „Niezwyciężonego”, potem natomiast wkracza „Marsjanin” (to dość nachalne skojarzenie trochę mnie irytowało). Tymczasem na Ziemi wojny. “Wars don’t determine who’s right, only who’s left.” Pierwsze tutaj, które mnie nie do końca przekonało, z jednej strony dzieje się za dużo, z drugiej za mało, a zakończenie jakby pośpieszne.

Paul McAuley „Elves of Antarctica”. Fakt, tematyki eko jeszcze w zbiorze nie było. Mike pracował przy sztucznym jeziorze w Australii: stwarzanie nowego lepszego świata. A potem przeniósł się na Antarktykę, gdzie próbuje się zachować największy kawałek ziemskiego lodowca i zapobiec podnoszeniu poziomu oceanów. I tam spotyka kamienie ustawione przez elfy. Albo kogoś. Dość ładne, ale trochę zanadto obsesyjnie powtarza „zmiana, zmiana, nic już nigdy nie będzie takie jak było”. Plus zbyt naiwnie optymistyczna konkluzja.

Ian McHugh „The Baby Eaters„. Meychezhek jest Obcą, była ambasador na Przyjaźni i nauczyła się tam pić kawę, a pierwszoosobowa narratorka przychodzi do niej pełna bojaźni i szacunku, prosić o pomoc w prowadzeniu handlu. Porozumiewają się przy pomocy implantu Babel. Jeśli da się coś mniej oryginalnego napisać, to ja nie chcę wiedzieć co. Po czym okazuje się, że płcie są odwrócone, znaczy mężczyzna jest w ciąży, czego autor nie jest uprzejmy w żaden sposób wyjaśnić. Tak sobie wymyślił i tak jest fajnie oraz należycie Obco. Chciałabym się dowiedzieć, jak w takim razie definuje pojęcie „samica” i dlaczego Dozoisowi takie bzdury nie przeszkadzały. Zaraz się dowiedziałam dlaczego – dalej jest znacznie ciekawiej, aczkolwiek nadal mało odkrywczo.

Aliette de Bodard „A Salvaging of Ghosts” Wietnamskie imię, klejnot w dłoni, duch jej córki, statek kosmiczny: wszystko już w pierwszym zdaniu, znaczy klasyczna Bodard. Bohaterka zamierza odzyskać szczątki córki, wykonując w tym celu a dangerous dive into deep spaces, well into layers of unreality that could kill them all. Nie żeby ze szczątków wiele pozostało, deep space kompresuje je bowiem w klejnoty, bo dlaczego nie. Poza tym ciężkie życie ubogich nurków kosmicznych, skazanych na śmierć, i upajanie się własną frazą (nie wykluczam, że jestem do niej nadmiernie uprzedzona).

Geoff Ryman „These Shadows Laugh”. W połowie XIX wieku odkryto lud Colinas, małych brązowych kobiet, nie noszących ubrań. Na olimpiadzie w Monachium zdobyły 10 złotych medali, i zabroniono im dalszego udziału w igrzyskach, bo nie całkiem są kobietami. Założyły miasto Precinct, gdzie się znajdujemy. Stanowią podgatunek homo sapiens, rozmnażający się przez partenogenezę, i tu jest potrzebna pomoc narratorki, biolożki. Ta natomiast łamie obowiązuje w tej społeczności prawa. Niegłupio pomyślane i bardzo ładne.

Craig DeLancey „RedKing„. Cyberpunk. Narrator jedzie z panią aresztować dzieciaka, który prawdopodobnie napisał tytułowego RedKinga. Betonowa wieża, pada deszcz, truck z koreańskim żarciem: jakby znajoma scenografia. Dalej też nienowo, moving hardware into the skull. Nic nowego, nic.

Sam J. Miller „Things With Beards” Czytałam je przy okazji nominacji do Nebuli

Shariann Lewitt „Fieldwork”. Początek jest dość zawikłany, ale matka narratorki dostała medal Fieldsa, a jej matką była Tatyana Kolninskaya, eksploratorka Kosmosu, która poleciała na Europę. Wróciło stamtąd tylko dwoje dorosłych i wszystkie dzieci, w tym trzynastoletnia matka narratorki. Wszyscy cierpią na PTSD i to jest doskonale opisane, wychodząc poza sf. A teraz narratorka leci na Europę. To jest jednocześnie absurdalne (nastoletnie dzieci na Europie, trzynastoletnia nawigatorka??) i w pewnej warstwie cudownie realistyczne (zakładając, że mamy takie technologie i tyle paliwa, żeby do Jowisza dolecieć w pięć miesięcy, a nie sześć lat – co nadal jest znacznie bardziej prawdopodobne niż prędkości bliskie c). A w ogóle można by to brzytwą Lema potraktować, wystarczyłaby tutaj dowolna egzotyczna i niebezpieczna wyprawa na Ziemi.

David Gerrold „The Further Adventures of Mr. Costello”. Narrator zwiedził 50 planet, aż znalazł Haven, bardzo podobną do Ziemi, z pięknymi zachodami dwóch słońc. I bounced lucky and ended up in a contract family with four beautiful wives and two strong husbands. Ale to nieistotne, bo ta opowieść is about Costello — him and his fancy orange suit. Przewidywalne, ale bardzo mi się podoba sprawna narracja i tonacja, coś z Heinleina, coś z sowizdrzalskiej retrofantastyki, ponieważ jest to kontynuacja opowiadania Sturgeona „Mr. Costello, Hero”, z 1953, które jest jednak nadal bardzo aktualne.

Rich Larson „Innumerable Glimmering Lights”. Rozmawiają obcy z mackami żyjący w oceanie, coś w rodzaju kałamarnic porozumiewających się ultradźwiękami. Jeden zamierza się przewiercić przez lodowy dach świata na mityczną drugą stronę, drugi go ostrzega. Autor nie używa zaimków „on” czy „ona”, tylko za każdym razem trzywyrazowych imion. Świetnie zrobione, pomysłowe i wciągające (chociaż jak się czytało „Wykład profesora Mmaa” to doprawdy można tylko sobie westchnąć).

Steven Barnes „Fifty Shades of Grays„. W krótkim wstępie narrator przyznaje się do winy, spisuje swój testament, a potem wraca do początków, czyli maja 2025, kiedy otrzymał wyzwanie „make ugly sexy„, nie wiedząc nic więcej. Niestety ja domyśliłam się błyskawicznie, co uczyniło czytanie dość męczącym, ale tylko przez pierwszą część. Potem jest ciekawiej (choć rozwinięcie znów szybko robi się oczywiste), aż do zaskakującego końca.

Alastair Reynolds „Sixteen Questions for Kamala Chatterjee”. Rzeczywiście w formie pytań i odpowiedzi udzielanych przez naukowiec badającą Słońce, natomiast nie są to pytania pochodzące z jednej linii czasowej, co znajduje swoje uzasadnienie w treści. Celowo dezorientujące. Część hard sf fajna, ale punkt kulminacyjny mocno z „Historii twojego życia” Chianga.

Pat Murphy & Paul Doherty „Cold Comfort„. Bohaterka zakłada ładunki wybuchowe na zamarzniętym jeziorze arktycznym, żeby zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia. Potem szczegółowo opisuje swoje dalsze działania, wychodzi z tego coś w rodzaju eko-cyberpunku. Zakończenie nie pozostawia złudzeń.

Nina Allan „The Art of Space Travel„. Naratorka jest head of housekeeping w hotelu na Heathrow, gdzie za dwa tygodnie przyleci dwójka marsjańskich astronautów. „They’re going to Mars, and they won’t be coming back.” Narratorka ma również umierającą matkę mitomankę, i nie zna swojego ojca. Wszystko splecione w subtelną opowieść. Żadna fantastyka, ale ładne.

Derek Künsken „Flight from the Ages”. „3113 A.D. The artificial intelligence Ulixes-316 was the sole occupant of the memory banks” na statku podróżującym przez wormhole, a potem z kolegą Poluphemosem wysyłają go do zbadania anomalii w odległym systemie słonecznym. Imiona AI nie są przypadkowe, Poluphemos zostaje bowiem oślepiony (a na pytanie, kto go oślepił, Ulixes odpowiada oczywiście „nikt”). Potem nadchodzi Koniec Wszechświata. Niby hard sf, niby poetyczne. Dużo słów, dużo.

Samantha Henderson „My Generations Shall Praise„. Narratorka z wyrokiem śmierci spotyka swoją umierającą bogatą kuzynkę, która zamierza zabrać jej ciało razem z mózgiem. Tylko jak ją do tego przekonać. Bardzo zwięzłe, bardzo mocne, jedno z najlepszych tutaj (choć nie została poruszona kwestia, że to będzie tylko kopia świadomości; ale właściwie nic by to zmieniło).

Stephen Baxter „Mars Abides”. 4 lipca 2026: w 50 rocznicę pierwszego lądowania (w tej alternatywnej rzeczywistości lądowanie było załogowe) na Marsie został ostatni człowiek, narrator opowiadający swoje życie. W 1964 miał 21 lat i w obserwatorium w Los Angeles spotkał rok starszą pilotkę Verity, a sonda Mariner odkryła na Marsie lasy i atmosferę. Następnie wyścig kosmiczny był jeszcze bardziej zawzięty niż w rzeczywistości. Dobre do końca.

Ian R. MacLeod „The Visitor from Taured”. Narratorka zaczęła studia na uniwersytecie w Leeds, w czasach kiedy uniwersytetów została zaledwie garstka. W dodatku studiowała Literaturę Analogową, i tak, naprawdę ma na myśli te stare papierowe obiekty pozbawione jakiejkolwiek interaktywności. Tam spotkała Roba Holma, który studiował astrofizykę. Niezwykle realistyczny w swojej skromności opis świata za jakies 60 lat. Długie rozwinięcie i dość nieoczekiwane zakończenie.

Bill Johnson „When the Stone Eagle Flies”. Dla odmiany jesteśmy w 612 pne w Niniwie (Mezopotamia, wschodni brzeg Tygrysu). Bohater komunikuje się jednakże ze sztuczną inteligencją. Za chwilę się okazuje, że mamy tu podróżników z różnych linii czasowych, w tym oczywiście też z takich, gdzie są habitaty orbitujące wokół Saturna. Jak już ściągnęłam brew na miejsce, to zaczęło mnie nawet interesować, co jeszcze autor postanowił tam włożyć. Otóż już nic, i robi się całkiem ciekawe, kiedy wychodzi na jaw, że bohaterowie nie są całkiem zwyczajnymi podróżnikami w czasie. Ostatecznie lepsze, niż się zdawało na początku.

Lavie Tidhar „The Vanishing Kind”. W latach 1950 odbudowano Londyn i postawiono tam diabelski młyn, przejażdżka kosztowała 2 Reichmarki… czyli w tej wersji historii alianci zapewne przegrali wojnę (czy przypadkiem dawno temu nie napisał czegoś takiego niejaki Dick?). „England’s a peaceful place, and a faithful servant of the Führer.” Istotne jest jednak to, że narrator spotyka Gunthera Sloama, który przyleciał tu z Berlina za kobietą. A jeszcze bardziej interesujące jest, kim jest narrator. Znakomicie zrobiona atmosfera noir, nie spodziewałam się tego po autorze. Kompletnie inne od otwierającego ten zbiór.

James Patrick Kelly „One Sister, Two Sisters, Three„. Planetary romance. Mówi jedna z sióstr bliźniaczek, urodzonych na planecie jednej z Tysiąca Światów, wyznawczyni the Divine Moya, do której modli się liczbami Fibonacciego. Ta druga siostra była tą ładną, i chciała się nauczyć Anglic, języka turystów, grzesznych ludzi. Matka natomiast, śmiertelnie chora, wyjechała do Skytown, odcinając sobie tym samym drogę powrotu, bo zdradziła religię i zdecydowała poddać się replikacji, czyli przeniesienia umysłu do nowego ciała. Ograne realia, ale historia jest jednak całkiem świeża i miejscami zaskakująca.

Ken Liu „Dispatches from the Cradle: The Hermit—Forty-Eight Hours in the Sea of Massachusetts”. Przeczytałam tytuł i już jęknęłam ze zmęczenia. Ludzkość rozrzucona między trzema planetami, księżycem, i asteroidami, ma inwestować w terraformowanie Marsa i Ziemi. Tak, to nie pomyłka. Ziemię trzeba terraformować po skutkach globalnego ocieplenia, na razie można po niej wyłącznie pływać, co czyni bohaterka, która przyleciała tu z Wenus. Na Marsie jest natomiast Watney City, co mnie rozbawiło. Następnie mamy długi opis życia na zalanej Ziemi, przetykany melodramatycznymi rozważaniami kursywą, a „Wodny świat” to już był parę lat temu chyba (ale musi tak być, bo to z antologii „Drowned Worlds”).

Eleanor Arnason „Checkerboard Planet„. Bohaterka przylatuje do systemu słonecznego z żółtym karłem, sześć planet, w tym gazowe giganty, nic niezwykłego, jeśli nie liczyć jednej kamiennej planety, która ma tlen, wodę, i roślinność. Układającą się w perfekcyjną szachownicę. Jest tam również miasto z ludźmi, a bohaterka z Ai w głowie ma zbadać sytuację. W tle zwalczające się korporacje z sekretami, oczywiście. Przegadane, nic oryginalnego.

Karl Bunker „They Have All One Breath”. Na pierwszej stronie bohater przywołuje klasyczne opowiadanie E.M.Forstera „The Machine Stops„, w którym ludzkość żyje pod powierzchnią Ziemi w Maszynie zapewniającej komunikację Skype’m, fejsem i innymi social mediami (bez tych nazw, ale opis jest zdumiewająco dokładny jak na rok 1909). U Bunkera natomiast ludzkością rządzą/rządzi oczywiście wszechmogąca AI. Oglądamy w retrospektywie nadejście Singularity, trochę za dużo tu z „Ptaków czujników” Sheckleya, ale to opowiadanie robi się coraz lepsze, aż do przejmującego końca. Zastanawiam się tylko, dlaczego fxbeb NV qbpravnłl mqbyabśpv gjóepmr obungren, avr qbfgnł mrmjbyravn an cemrxnmnavr traój qnyrw. Natomiast w ogóle daje do myślenia. Widać, że jeśli kiedyś pojawi się inteligencja zdecydowanie przewyższająca naszą, to jedynym możliwym logicznym pomysłem będzie pozbycie się ludzkości. (Idąc dalej widać, że hipotetyczny bóg wszechmogący również nie mógłby się posługiwać logiką, skoro w ogóle zezwala nam na istnienie. Swoją drogą to też poniekąd widać w opowiadaniu Chianga „Piekło to nieobecność Boga”).

Paolo Bacigalupi „Mika Model„. Opowiada detektyw Rivera, do którego przychodzi Mika model, sexbot, i żąda adwokata, ponieważ zabiła właściciela. Tematyka nienowa, ale z interesującej perspektywy. Całkiem fajny klimat noir, drugi tutaj po Tidharze.

Carrie Vaughn „That Game We Played During the War”. Pisałam o nim przy okazji nominacji do Hugo.

Charlie Jane Anders „Because Change Was the Ocean and We Lived by Her Mercy„. To moje pierwsze zetknięcie z autorką powieści nagrodzonej Nebulą 2017, którą mam w kolejce do przeczytania. Świat post-apo, po Great Decimation i Dataclysm (to kolejny tekst z antologii „Drowned Worlds”). Narratorka mówi, że jest pierwszym pokoleniem, które przyjmuje za naturalne, że ludzkość przeżyje. Jej rodzice i dziadkowie spodziewali się końca świata w każdej chwili. Nic nowego: zalany świat, martwy ocean, zanieczyszczenia, próby stworzenia hipisowskiej komuny: ale znakomicie napisane, chociaż nic się tu nie dzieje.

Ted Kosmatka „The One Who Isn’t„. Dziecko zamknięte w pokoju odwiedza kobieta. Wygląda na to, że dziecko jest chore, być może śmiertelnie. Dość szybko domyślamy się prawdy, pozostaje pytanie dlaczego. Nie jestem przekonana, niewiele z tego wynika.

Mercurio D. Rivera „Those Brighter Stars„. Narratorka zwraca się do znienawidzonej matki, żeby ją poinformować o śmierci ojca, i żeby dotrzymując danej mu obietnicy opowiedzieć o swoim życiu. Pięć lat wcześniej z Obłoku Oorta wyłoniła się dziwna kometa, nadająca nieprzypadkowe sygnały i kierująca się w stronę orbity ziemskiej. Bohaterka ma pracować dla koalicji NASA i ESA przy badaniu potencjalnych Obcych. W tym celu porzuca dwunastoletnią córkę. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego w ogóle informacja o statku została ujawniona publicznie. Po drugie, dlaczego wszyscy podchodzą do pojawienia się statku hurraoptymistycznie, a nikt jakoś nie zakłada, że przylatują podbić Ziemię. Po trzecie narratorka ma szczególne zdolności, które pozwalają jej czytać emocje zwierząt, stąd pomysł, że będzie w stanie odczytywać Obcych. Tylko skąd niby wiadomo, że zwierzęta odczytuje prawidłowo? W tym momencie miałam już w zasadzie ochotę przestać czytać dalej. Poza tym jest to oczywiście historia o stosunkach matka-córka, która mogłaby być dobra, gdyby była dobra.

Maggie Clark „A Tower for the Coming World„. Kiedy na szczycie budowanej windy kosmicznej wybucha zbiornik z ciekłym tlenem, Stanley Osik jest w Polsce, pod Lublinem, na pogrzebie swojego ojca Henryka. Autorka (Kanadyjka) zapewne ma jakieś polskie korzenie, bo w ogóle są tu wtrącenia polskich wyrażeń. Kolejni ludzie umierają, są grzebani, i w końcu poleci statek do gwiazd – wszystko w bardzo skromnej, niemal reportażowej, relacji.

Melissa Scott „Firstborn, Lastborn”. Teoretycznie to świat z Finders , ale nie widzę oczywistego powiązania. Międzyplanetarna fantasy, ludzie dzielą się na Firstborn, Secondborn i Faciendi, budują plazmowe serca statków. Bohaterka, której umysłem i działaniami rządzi AI, przychodzi do swojej przyjaciółki powiedzieć jej, że znalazła statek kosmiczny jakoś powiązany z rodziną tamtej.

Ian McDonald „Women’s Christmas”. Tytułowe święto it’s a thing from Cork and Kerry, chodzi o 6 stycznia, a obchodzi je pięć sióstr, Irlandek. W ogóle nie wygląda to jak fantastyka, chociaż pojawia się nieobecna ciotka, która poleciała na Księżyc (gdzie mieszka i pracuje pół miliona ludzi), i przysyła stamtąd pieniądze. Ale to mogłaby być równie dobrze osoba, która z Irlandii wyjechała do Stanów. Poza tym nie zrozumiałam sensu.

Alastair Reynolds „The Iron Tactician”. Międzygwiezdna fantasy. Merlin (bohater znany z innych opowiadań autora, np. „Minla’s Flowers”) natyka się na wrak statku i zamierza go zbadać, choć obawia się, że to pułapka. Był to swallowship, pożerający interstellar gas, przetwarzający go na paliwo, i wiozący całe pokolenia ludzi. Następnie przemieszczamy się do układu planetarnego, gdzie toczona jest wojna lokalna, która jest jednak niczym wobec tej wielkiej w tle. Poza tym są tu księżniczki i królowie oraz coś z Kultury Banksa.
-> 33

„Pokój pełen liści” Joan Aiken

Podsunęła mi ten tytuł dawna blogowa znajoma, która się specjalizuje w literaturze dla dzieci, i której ufam tak bardzo, że kupiłam w ciemno (zresztą było nas więcej i wyrywałyśmy sobie wzajemnie używane książki na portalu, gdzie takie są sprzedawane). Żałuję tylko, że nie znałam tego zbiorku, kiedy byłam dzieckiem, ale nawet czytanie go teraz własnemu potomkowi dostarczyło mi wiele radości.

Aiken korzysta ze znanych pomysłów, ale je uwspółcześnia (to lata 60-70) i ożywia własną narracją i wyobraźnią. Jest tu chłopiec mieszkający w ogromnym zamku, gdzie przypadkiem odkrywa komnatę, w której rośnie gigantyczne drzewo. Jakby to nie wystarczyło, w jego gałęziach żyją ludzie. W innym opowiadaniu bohater daje ogłoszenie o zamianie pokoju na wsi na pokój w mieście. Zgłasza się pani, która tę zamianę traktuje dosłownie, i bohater odkrywa, że jego sypialnia zamieniła się w pomieszczenie z widokiem na egzotyczne miasto. W dodatku znajduje się tam tajemnicze jajo. W kolejnym tekście domokrążny handlarz jajek ma ze sobą stado oswojonych gołębic, które na zawołanie składają jajka, ale to dopiero wstęp do historii, w której bohater odkrywa tajemniczy dom z wystraszoną gospodynią. Jeszcze dalej jest była tancerka baletowa, która pośliznęła się na skórce od banana, straciła nogę, i rzuciła klątwę, żeby nikt już nie mógł wystawić tego baletu. Odwiedza ją dziennikarz proszący o zdjęcie klątwy. I tak dalej, wyobraźnia autorki nie zna granic, a postaci są realistyczne i barwne. Wszystko kończy się dobrze, co sprawia, że można te opowieści bezpiecznie czytać dziecku. Zło jest ukarane rzeczowo i bez zbędnego okrucieństwa.