„Toromorze” China Miéville

Najchętniej nic bym o tym nie pisała, bo niewypowiedzianej satysfakcji dostarcza ta lektura, kiedy się ją zaczyna znając tylko tytuł. Przez pierwszy 1% mamrotałam do kindla z wyrzutem „ale tym razem Miéville przegiąłeś, o co tu w ogóle chodzi?”. Nie pomaga zastąpienie wszystkich spójników i znakiem &, do czego da się przywyknąć, ale nie od razu. Potem wszystko zaczyna się rozjaśniać. Radzę przerwać tu czytanie i zaopatrzyć się w książkę.

Jest pociąg, pędzący po torach, które się nie kończą – są splątane w dziki kłąb, tworząc toromorze. Załoga pociągu trudni się polowaniem na gigantyczne kretoryje, które jak czerwie piaskowe żyją w ziemi, wynurzając się tylko czasem na powierzchnię. Poluje się na nie przy pomocy harpunów, a pociąg opisuje się używając terminologii związanej ze statkami. Jest tam olinowanie, obserwator na bocianim gnieździe, na ziemię między torami nie wolno schodzić, pociągi zawijają do portów i z nich wychodzą, kolejarze śpiewają szanty, itp. Lądy natomiast są na wyższym poziomie, na twardej skale. Niektóre wznoszą się aż do nieba, które w górze jest trujące i żyją tam dziwne stworzenia, o zupełnie odmiennej biologii, ale nie wiadomo o nich za wiele, bo widują je tylko nieliczni śmiałkowie, nadniebni nurkowie. Pociągi mają napęd parowy lub diesel, są w tym świecie również komputery i bardziej zaawansowana technologia, ale ta jest szczątkowa i niepojęta, pochodzi ze statków kosmicznych, które kiedyś tu zawijały i wyrzucały śmieci. Mnóstwo ludzi zajmuje się odzyskiem, znajdowaniem takich śmieci i ich sprzedażą. Wracając do pociągu kretowniczego, polowanie harpunami na wielkie wynurzające się istoty z czymś mi się natychmiast skojarzyło. Kiedy kapitan Naphi, która nie ma ręki, niecierpliwie spytała o kolor zaobserwowanego kretoryja, już wiedziałam na pewno, co autor zrobił. Skojarzenie nazwisk przyszło chwilę później, powodując u mnie wybuch niekontrolowanego śmiechu.

Oczywiście, odzysk i szczątki technologii zaawansowanej jak magia nie są bynajmniej nowe. Toromorze jest natomiast absolutnie oryginalne i oszałamiające. Przeróbka statku na pociąg (oraz wątku nadrzędnego) jest zrobiona fantastycznie i zabawnie. Bohater, Sham, uczy się na pomocnika pokładowego lekarza, to jego pierwszy rejs, obserwuje wszystko z zachwytem i przerażeniem, jest świetnym bohaterem. To Miéville – nawet gdyby napisał poradnik podatkowy, czytelnik byłby zachwycony pomysłowością, plastycznością i barwnością opisanego świata oraz zwrotami akcji. Bo oczywiście polowanie na kretoryja jest tylko słabiutkim wstępem do kolejnych wydarzeń. Podtrzymuję moje twierdzenie, że to jedyny pisarz dorównujący Wolfe’owi, choć znacznie zabawniejszy. Obawiam się tylko, że ta wyobraźnia kiedyś go zabije.

Mam poza tym parę pytań: czy tu są rzeki i dokąd wpadają? A skoro nadniebie jest śmiertelnie trujące, to czy padające deszcze już nie, i jakim cudem?

„Pani od obiadów” Marta Sztokfisz

Mało brakowało, żeby nasza najsłyniejsza autorka książek kulinarnych podpisywała się Lucyna Staszewska. „365 obiadów” Lucyny Staszewskiej: nie jestem pewna, czy to by się sprzedawało, choć pewnie to tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale to „Ćwierczakiewiczowa” brzmi odpowiednio solidnie: jak nazwisko kogoś, kto ma lata doświadczenia w prowadzeniu kuchni, kto z pewnością nie jest rozrzutny, i kto bez wątpienia szanuje tradycje polskie. Tymczasem była córką Fryderyka Bachmana i Henrietty z domu Bücklingów. Jej ojciec pochodził z „Klewji”, jak informuje jego akt zgonu przytoczony przez autorkę biografii, która niestety nie zadaje sobie trudu wyjaśnienia, co to mogło być. Musiało chodzić o Clèves – czyli był Prusakiem. Miał 62 lata, kiedy zmarł w 1832, Lucyna miała natomiast wtedy zaledwie 6. Mając lat 18, w 1845, poślubiła Feliksa Staszewskiego, szlachcica, ale nie układało im się za dobrze. Zamiast znosić swój los z pokorą, jak przystało na XIX-wieczną damę, Lucyna się po prostu rozwiodła i wróciła do matki. Chwilę potem wyszła za inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza. Nie wiemy, jakim cudem wzięła kolejny ślub kościelny, Marta Sztokfisz przypuszcza, że nie ujawniła nazwiska ojca (nie ma go w akcie ślubu), i że w tym celu ślub odbył się w Brwinowie. W każdym razie małżeństwo ze Stanisławem było bardzo udane. Nadzwyczaj energiczna pani domu wkrótce wydała swoją pierwszą książkę z przepisami i stała się celebrytką na miarę połowy XIX wieku.

Była również osobą odważną, o wielkim sercu. Kiedy nowo mianowany metropolita warszawski, arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, w 1862 roku nakłaniał zebranych, żeby nie śpiewali w kościołach patriotycznych pieśni, Ćwierczakiewiczowa podeszła do ołtarza i wrzasnęła „przeklinam cię do trzeciego pokolenia, powolny sługo carski!” Systematycznie zbierała poza tym pieniądze dla warszawskiej biedoty, opiekowała się rodzinami więźniów politycznych i ich dziećmi. Dzięki temu była podejrzana o konszachty z Rosjanami, tymczasem robiła to w celu wyciągania osadzonych z Cytadeli i łagodzenia wyroków. Dopiero po jej śmierci prawda wyszła na jaw.

Biografię czyta się bardzo dobrze, ale rozpieszczona przez Urbanka narzekałam trochę na braki w wyjaśnieniach. Lucyna należała do parafii ewangelicko-reformowanej, zatem skąd ślub w kościele katolickim? W dwudziestoleciu międzywojennym często się zdarzało, że zmieniano wyznanie, żeby wziąć powtórny ślub kościelny, ale to wyraźnie nie był ten przypadek. Książkę uzupełniają obficie cytowane przepisy Ćwierczakiewiczowej, nieco się śliniłam przy czytaniu, i byłam pełna podziwu dla bogactwa i różnorodności serwowanych wtedy potraw. Jasne, była służba, która nie siedziała na fejsie, tylko w kuchni. Poza tym przy okazji odkryłam, że bretońskie kig ha farz znane było w Polsce pod nazwą prażucha.

„Koleżanka” Karolina Feldberg-Sendecka

Karolina Feldberg-Sendecka, niestrudzona edytorka Dzienników Osieckiej, zebrała w jednym tomie rozmaite wspomnienia o poetce. Są tu reakcje na pierwszy tom dziennika (list od pana, który był Małym Jurkiem), fragmenty dawnych wywiadów z samą autorką, listów, wspomnień jej znajomych i rozmów z nimi – niektóre ukazały się uprzednio samodzielnie, niektóre zostały napisane specjalnie do tego wydania. Wszystko ułożone chronologicznie według czasu, którego dotyczyło. Jest to świetne uzupełnienie Dzienników, których kolejnych tomów nie mogę się już doczekać, swoją drogą.
Najdziwniejsza tu jest rozmowa z Grzegorzem Lasotą, który poznał dziewiętnastoletnią Agnieszkę z jej pierwszą wielką miłością, Witoldem Dąbrowskim, i razem wprowadzili ją do STSu. Otóż Lasota uważa, że była ukrytą lesbijką, i z tego powodu nie mogła sobie znaleźć faceta na stałe. Dość interesująca teoria, której musiały towarzyszyć jakieś bardzo bujne fantazje, albo po prostu przedawkowanie filmów z pewnego niezbyt ambitnego gatunku. Znacznie więcej informacji o tym aspekcie życia Osieckiej daje długie wspomnienie jej bardzo bliskiego przyjaciela, Jana Borkowskiego. W latach sześćdziesiątych byli niemal nierozłączni. Agnieszka mu wyznała, że przyjaźni się platonicznie z mądrymi chłopcami, ale do łóżka chce iść tylko z łobuzami. Wygląda na to, że miała jakąś żeńską odmianę kompleksu Madonny i ladacznicy, nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że coś takiego może istnieć. A może po prostu z łobuzami było ciekawiej? O Jeremim Przyborze powiedziała, że był bardzo nudny, na co najpierw mi szczęka opadła, a potem uświadomiłam sobie, że przecież oczywiście – był o dwadzieścia lat starszy od niej, i poza listami nie miał wiele do zaoferowania. Choć chciał z nią mieć dziecko, ale na to Agnieszka z kolei nie była gotowa.
Wracając jeszcze do łobuzów, przezabawna jest historia małżeństwa z Frykowskim. Osiecka zaproponowała mu wzięcie ślubu żartem, bo uznała, że z takim playboyem może być ciekawie, natomiast on to potraktował poważnie. Z rozpędu ślub rzeczywiście wzięli, po czym okazało się, że pan młody pragnie docenienia swojego intelektu! Wręczył małżonce jakiś scenariusz i poszedł do swoich panienek. Poetka zaczęła się rozwodzić właściwie natychmiast potem  i postanowiła już więcej za mąż nie wychodzić. Obietnicy nie dotrzymała. Dalej w książce znajdziemy informację, że ślub z Frykowskim był na złość Andrzejowi Jareckiemu, który ożenił się dwa dni wcześniej.
Skupiam się na skandalikach obyczajowych, bo to oczywiście fascynowało jej bliższych i dalszych znajomych, a trzeba przyznać, że przerób miała imponujący. Jest tu jednak także sporo informacji na temat jej twórczości i stopniowego zdobywania sławy, choć to wszystko jest lepiej znane. Jarosław Abramow-Newerly wspomina studencki wyjazd na winobranie, Osiecka wykorzystała tę okazję, żeby przekazać papiery Giedroyciowi. Jan Borkowski przytacza listy wysyłane z Ameryki, gdzie była na stypendium Fundacji Forda. Jest tu fragment Alfabetu Urbana, który wprawdzie wyciąga poetce kolekcję facetów oraz pociąg do butelki, ale pisze również, że od trzydziestu lat jest najważniejszą postacią w literaturze, i nie jest to pean z pobudek koniunkturalnych. Chwali również „Białą bluzkę”, której nigdy nie czytałam, wstyd się przyznać, a teraz będę musiała – przez Urbana, kto by się spodziewał. Daniel Passent rzeczowo opowiada o swoim związku, i tu jest ten kompletnie dla mnie niezrozumiały fragment, o którym oczywiście wiem od lat: zostawiła mu sześcioletnią córkę. Nie umiem sobie tego kompletnie wyobrazić. I bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego w ogóle się zdecydowała na dziecko. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że nie nadaje się do normalnych związków (pisała o tym choćby do Przybory), dlaczego sądziła, że na matkę tak?
Wszyscy, którzy ją znali w różnych okresach życia, są zgodni: była czarująca, niesłychanie uczynna, ogromnie utalentowana, przy tym skromna. Była również roztrzepana, kompletnie niezainteresowana materialną i praktyczną stroną życia. A przyjaźnie z nią były niesłychanie intensywne. Przewijają się tutaj wypowiedzi rozmaitych kobiet, z których każda uważała się za tę najważniejszą przyjaciółkę – i pewnie przez chwilę rzeczywiście tak było, jak i z mężczyznami. Szkoda tylko, że tych wszystkich przyjaciół zabrakło przy niej w ostatnich chwilach życia.
Nie wypowiedzieli się ostatni mężczyźni życia Osieckiej, Zbigniew Mentzel ani André Hübner-Ochodlo. Dla tego pierwszego zostawiła Passenta, dom i córkę, bywa określany największą jej miłością, chociaż uważam, że to głównie dlatego, że był pierwszy, który jej odmówił. Agnieszka zupełnie nie była do tego przyzwyczajona. Nie zamierzała się też godzić na starość, to chyba dlatego nie podjęła walki o swoje zdrowie i życie. Brak wspomnienia Ochodlo natomiast mnie dziwi, ponieważ w internecie można znaleźć jego bardzo wyważoną i rzeczową wypowiedź.
Fantastyczna lektura o niezwykłej, nieprzeciętnej pod wszystkimi względami Osobie. Poza tym jest to oczywiście kopalnia wiedzy o złotych latach kultury PRLu. Czekam niecierpliwie na obejrzenie tych wszystkich ludzi jej oczami.

„Minla’s Flowers” i „Merlin’s Gun” Alastair Reynolds

Przez końcówkę Dozoisa 34 przeczytałam dwie wcześniejsze minipowieści o Merlinie. W galaktyce jest Waynet, po którym można podróżować na skróty, o ile ma się statek wyposażony w syrinx. Merlin, uciekinier z The Cohort, ma taki statek, inteligentny w dodatku. Jego głównym celem jest walka z the Huskers, którzy dawno temu zniszczyli jego system rodzinny. Czyli Star Wars, zasadniczo. W „Minla’s Flowers” Merlin wypada z Waynetu z powodu awarii, i musi lądować na pobliskiej planecie, na której niebo jest pokryte unoszącymi się w powietrzu wyspami. Kiedyś była to tarcza ochronna przed Huskerami, ale od tego czasu ludność cofnęła się w rozwoju technicznym i nie ma nic poza prostymi samolocikami. Merlin wplącze się w ich ratowanie.

W „Merlin’s Gun” swallowship Sory zostaje zaatakowany przez Huskerów, wszyscy giną oprócz niej. Trzy tysiące lat później w systemie pojawia się statek – oczywiście to Merlin, żywa legenda. Nieustannie w poszukiwaniu broni, która pozwoli The Cohort wygrać trwającą od tysięcy lat wojnę z Huskerami. Fajnie napisane.

„Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn

Nie będąc zagorzałą fanką kryminałów, lubię je jednak czytać. Zwłaszcza te, w których jest zagadka, trop, i tło obyczajowe. Gorzej z thrillerami, tych nie lubię, ponieważ mam wrażenie, że autorzy zawsze się strasznie wysilają, żeby przerazić i zaskoczyć, a wysilania się nie lubię w żadnej dziedzinie. Jednak ostatnio naszło mnie znienacka na thriller, wybrałam chwaloną „Zaginioną dziewczynę”, którą czytali już chyba wszyscy, i która znajduje się na jednej z list powieści z twistem. Takie lubię bardzo, chociaż wolę nie wiedzieć, że twist będzie, bo wtedy nie dopatruję się pułapki w każdym słowie.

Powieść ma prostą kontrukcję, w jedym wątku jest mniej więcej 2013, w pierwszej osobie Nick Dunne relacjonuje dzień zniknięcia swojej żony. To piąta rocznica ich ślubu, on poszedł do baru prowadzonego z siostrą bliźniaczką, a kiedy wrócił, zastał otwarte na oścież drzwi, za to nie było żony. W drugim wątku czytamy pamiętnik tejże żony, Amy, od czasów kiedy poznała Nicka. Od początku jest jasne, że w małżeństwie ostatnio się nie układało. Od początku też widać, że Nick coś ukrywa przed policją i najwyraźniej wie więcej niż chce się przyznać. Wciągające do końca, a koniec też mi się bardzo podobał.

„Stacja Centralna” Lavie Tidhar

– O, znowu ktoś czytał „Dworzec Perdido” i pozazdrościł – wymamrotałam do siebie zaczynając lekturę. Jesteśmy wprawdzie na Ziemi, ale między Jaffą a Tel Awiwem wybudowany został gigantyczny budynek, tytułowa Stacja Centralna, służąca lądowaniu statków orbitalnych. Ludzkość rozprzestrzeniła się bowiem na Układ Słoneczny, i w większości jest scyborgizowana, w sposób nieodróżnialny od magii. Można też mieć wszczepki ze sztuczną inteligencją, tzw. Innych. Powinniśmy być zatem daleko w przyszłości, ale z drugiej strony są pozostałości ery silników spalinowych, i ludzie, którzy pamiętają dawne czasy, choć musiało minąć przynajmniej kilka stuleci.

Bardzo dobra jest tutaj namacalność świata, oraz poczucie, że dla mieszkańców to całe połączenie techniki i magii to tylko zwykła codzienność. Aczkolwiek jak się czytało Mieville’a, to wrażenie wtórności długo nie przemija. Brakuje również akcji: nic się nie dzieje, oglądamy kolejnych bohaterów i fragmenty ich życia. Mamy cyborga zakochanego w kobiecie, przylatującą na Ziemię strigoi, cyfrową wampirzycę, cudowne dziecko wyhodowane sztucznie w laboratorium, budowniczego bogów, dosłownie wciągającą grę, i tak dalej. Pod koniec Tidhar chyba się zorientował, że przydałaby się ewentualnie jakaś fabuła, bo próbuje nagle wprowadzić zamęt. Nie jestem zachwycona, ale jest w tym świecie i sposobie narracji coś ciekawego.

„Bohemian Rhapsody”

Wszyscy byli zgodni, że to nie jest świetny film, za to muzyka nadrabia z nawiązką. Z tą myślą poszłam do kina, i wyszłam, ku swojemu zdumieniu, całkowicie oczarowana. Owszem, filmowi daleko do doskonałości, i to już na etapie scenariusza. Jest tu mnóstwo melodramatycznych uproszczeń. Cała wina za złe prowadzenie się Mercury’ego spada na jego przyjaciela i managera Paula Prentera, który okazuje się demonicznym manipulantem, a Freddie bezwolną maskotką w jego rękach. Rozstanie z Queen i późniejsza ekspiacja to też wymysł, w rzeczywistości decyzja o rozstaniu była wspólna, a zespół nagrywał potem razem jeszcze przed Live Aid. Zabrakło mi ostatnich lat z Barceloną, to duża przykrość, nie rozumiem zupełnie, dlaczego to zostało pominięte. Montserrat Caballé jeszcze żyła na etapie kręcenia filmu, mogła sporo opowiedzieć. ALE. Rami Malek robi tak niewiarygodną robotę, że cała reszta staje się zwyczajnie nieistotna. Mimo wszelkich uproszczeń i pominięć mam wrażenie, że udało się uchwycić samą esencję tego nieporównywalnego z nikim piosenkarza i tego niezapomnianego zespołu. Biografie chyba tak jak tłumaczenia mogą być wierne albo piękne. Ten film jest bez wątpienia przepiękny.