„All the Birds in the Sky” Charlie Jane Anders

Wydana w styczniu 2016, Nebula i Locus 2017, nominacja do Hugo (którą otrzymało „Obelisk Gate” Jemisin, tu przyznaję, że gdyby mi ktoś kazał między nimi wybierać, to szlochałabym i prosiła o zmiłowanie), druga powieść autorki. Musiałam to przeczytać z powodu tej listy nagród, ale początek wcale nie był specjalnie zachęcający.

Mała Patricia (siostra Roberty – rodzice planowali imiona dla chłopców; ja w takim razie powinnam być Michaliną) znajduje ptaszka ze złamanym skrzydłem, chcąc mu pomóc odkrywa, że rozumie mowę ptaków i innych zwierząt, udaje się do ptasiego parlamentu, gdzie mówią jej, że jest czarownicą.
– Znaczy, znowu Harry Potter dla młodszych dzieci? – wzdychałam przez cały pierwszy rozdział. Kończy się on tym, że bohaterka traci dar rozumienia mowy zwierząt, co już spowodowało, że moje zblazowanie nagle znikło.
– Znaczy, cały ten rozdział był w jakim celu? – zadałam pytanie światu i czytnikowi. Odpowiedzi nie dostałam od razu, w drugim rozdziale bowiem poznajemy nastoletniego Laurence’a, który nie znosi zdrobnienia Larry i jest współczesnym nerdem z tabletem, komputerem, oraz rodzicami, którzy chcieliby, żeby przebywał częściej na świeżym powietrzu i wysyłają go na weekendy outdoorowe. Tymczasem skonstruował maszynę czasu, która przenosi go w przyszłość o dwie sekundy, co okazuje się nawet dość użyteczne. Ucieka z domu, żeby zobaczyć start rakiety orbitalnej zbudowanej przez technicznego inwestora Miltona Dirtha, tam poznaje innych nerdów i dostaje w prezencie Heinleina „Wkładaj kombinezon i w drogę”.
– Dobra, nie wiem, co to ma być, ale na pewno będę to czytać dalej – oświadczyłam na to czytnikowi.
W kolejnym rozdziale Patricia siedem lat później i Larry chodzą do jednej klasy. Patricia nadal upiera się, że powinna być czarownicą, ale nie jest, Larry nadal buduje urządzenia. A nieco później, w 11% oznajmiłam zdecydowanie
– Ta kobieta jest szalona.

Potem usiłowałam sprecyzować, co mi to przypomina. Jest to oczywiście bliskie urban fantasy, ale w tej nie ma nerdów, komputerów ani Heinleina. Najbliższe pokrewieństwo to chyba „Długa Ziemia”, która też jest gdzieś pomiędzy sf a fantasy, i ozdobiona poczuciem humoru, które w „All the Birds” jest zupełnie innego rodzaju. Anders właściwie byłaby bliższa narracji rodem z baśni, gdyby nie te absolutnie przyziemne fragmenty o współczesnym świecie, komputerach, rakietach i nastolatkach w szkole. Zupełnie nie wiadomo, dokąd to zmierza, choć można się domyślić, że Laurence i Patricia połączą siły magiczno-techniczne, żeby walczyć z jakimś złem zagrażającym światu. Kolejnym skojarzeniem było „D.OD.O.” Stephensona & Galland, też łączące sf z magią: tyle że tam w naszej współczesności magii nie ma. W „All the Birds” jest i ma się znakomicie. W trzeciej części (gdzie Patricia i Laurence są już dorośli) natomiast widać Pratchetta, w tych miejsach, które nie są akurat zdecydowanie techniczne. Peregrine natomiast jest rodem z nagrodzonego Hugo i nominowanego do Nebuli opowiadania „Cat Pictures, Please” Naomi Kritzer (rok wcześniejszego niż powieść). Trzeba, żeby ta aplikacja powstała.

Próba wyobrażania sobie krzyżówki Stephensona z Pratchettem powoduje, że mój mózg skręca się w korkociąg prostopadły do czasoprzestrzeni, ale Charlie Jane Anders najwyraźniej tego problemu nie miała, i słusznie. Przy tym udaje się jej uniknąć problemu „nie wiem co chcę napisać, więc wrzucę tu wszystko”. To jest nasz świat, plus magia, która jest skromniutka, żadnego tu machania różdżką, efektownych śmiercionośnych klątw ani fantastycznych zwierząt. Wszystko się mieści, pasuje do siebie i działa. Czytanie tej książki przypomina oglądanie repliki Tower Bridge zbudowanej z klocków Lego: klocki znamy, efekt finalny znamy, pozostaje tylko pełne podziwu pytanie „JAK?”.

„Dzienniki kołymskie” Jacek Hugo-Bader

Kiedy szwagier rzucił jeden ze swoich szalonych pomysłów, mianowicie podróż do źródeł Leny, moj wujek go wyśmiał i przyniósł mu „Dzienniki kołymskie”. Jest to zapis podróży Hugo-Badera od Magadanu do Jakucka, Traktem Kołymskim, autostopem. Początkowo planował podróż motocyklem, ale warunki pogodowe mu na to nie pozwoliły. Wylądował w Magadanie i podróżował, czym się dało, nocując częściej kątem, rzadziej w podłych hotelikach. Ciekawostką jest, że za transport przez te 2025 kilometrów zapłacił tylko raz, w sumie tysiąc rubli (sto zł) za przeprawę przez Ałdan. Trwała siedem minut.

Nie zliczę, ile razy w czasie lektury wzdychałam coś w rodzaju „Rosja to nie kraj, to stan umysłu” albo „oni są zdecydowanie zrobieni z czegoś innego niż ja”. Kołyma była miejscem zsyłek, polski reporter bezustannie spotyka więc ludzi, którzy są byłymi zekami (więźniami łagrów) lub ich potomkami. Opisuje urodzoną w łagrze panią, która ma w papierach „data urodzenia 7 marca 52, data pozbawienia wolności 7 marca 52”. Mówienie o absurdzie czy o prawach człowieka kompletnie w tym kontekście traci sens. Inna rozmówczyni Hugo-Badera została skazana na 10 lat za sabotaż, kiedy zdechły dwie krowy, którymi się opiekowała. Ona miała 14 lat, krowy zapalenie wymion. Są tu ludzie, którzy idą po wódkę piechotą 30 km w w dwudziestostopniowym mrozie. Sam autor podlicza, że w ciągu 36 dni brał udział w dziewiętnastu solidnych popijawach. Uchylać od picia się nie da.

Kołyma to również gigantyczna kopalnia złota. Reporter spotkał miejscowego oligarchę Basanskiego, który zresztą wziął go za agenta i wepchnął mu 100 tysięcy rubli. Przy okazji dowiedziałam się, że żyła złota to miejsce, gdzie w metrze sześciennym ziemi jest gram złota. W tej chwili w kopalniach złota wypłukuje się około 400 g na dobę. Dawniej robili to oczywiście więźniowie, którzy za wyrobienie normy dostawali 300 g chleba dziennie.

Hugo-Bader opisuje historie tak nieprawdopodobne, że nawet jeśli uznać je za zdrowo przesadzone, i tak zadziwiają. Na przykład ta o wygłodniałym niedźwiedziu, który zagonił kierowcę ciężarówki na jej dach i czekał, aż ten w końcu zejdzie. Człowiek miał wybór między rozszarpaniem przez zwierzę a zamarznięciem na kilkunastostopniowym mrozie. Po tak spędzonej nocy został ostatecznie uratowany przez innego kierowcę. Miał szczęście – Trakt Kołymski nie jest szczególnie uczęszczaną trasą.

„Cher Monsieur M” Herman Koch

Holenderskiego pisarza Hermana Kocha wynalazła Zuzanka na jakiejś liście książek z twistem, i obie przeczytałyśmy „Letni dom z basenem” (notka Zuzanki) oraz „Kolację” (notka Zuzanki). Są to książki bardzo dobrze napisane, ale niekoniecznie przyjemne w lekturze i „zostawiające osad”, jak to trafnie ujęła Zuzanka. Następnie zajrzałam na listę książek z twistem i odkryłam, że znajduje się na niej nie żadna z nich, tylko „Geachte heer M” (2014), na polski nie przetłumaczona, za to na francuski owszem.
Narrator zwraca się do swojego sąsiada z góry, pana M, który jest znanym pisarzem. Wyraźnie go nie lubi, nabija się z niego, wyśmiewa starość, dokucza mu, że pisze kiepskie książki – przebija jednak pod tym wyraźnie obsesja na jego punkcie. Od pierwszych stron widzimy, że śledzi swojego oponenta i jego rodzinę, podsłuchuje jak się kąpią, podgląda ich. Jest to lepkie i nieprzyjemne. Nie od razu wiadomo, skąd ta fascynacja połączona z odrazą się bierze: czy chodzi tylko o zawiść wobec pisarza odnoszącego pewne sukcesy? Dość szybko wychodzi na jaw, że w jednej ze swoich książek M. opisał wydarzenie, którego bohaterem był właśnie ten narrator i jego ukochana, Laura, oboje wówczas licealiści. Najwyraźniej maczali palce w zniknięciu ich nauczyciela historii, z którym Laura miała romans. Ta historia staje się drugim wątkiem opowieści, ponieważ narrator przerzuca się między relacjonowaniem teraźniejszości – jedzie za żoną i córką pisarza na wakacje – a fragmentami tamtych wydarzeń, oraz fabuł książek bohatera, wszystko to uzupełniając licznymi dygresjami. Widać z nich, że zazdrości procesu twórczego, analizuje chwyty używane przez pisarza, i że teraz rozkoszuje się możliwością snucia swojej własnej historii, co nie zawsze wychodzi mu składnie.
W drugiej części widzimy pisarza, pana M, tym razem w narracji trzecioosobowej, i są to wydarzenia, które już poznaliśmy. Ten fragment jest dość nudny, natomiast ciekawe jest, że przedtem współczuliśmy bohaterowi podglądanemu przez wrednego stalkera. Teraz okazuje się, że właściwie wcale nie jest fajniejszy. Jest marudny, ma dziwne poglądy i nie jest sympatyczną osobą. To krótka część. W kolejnej narracja (nadal trzecioosobowa) koncentruje się na Laurze, w czasach licealnych. Dowiadujemy się, jak się poznali z późniejszym stalkerem. Wciąga, aczkolwiek czytelnik cały czas pamięta, że teraźniejszość zatrzymała się na podglądaczu nachodzącym żonę pana M. ewidentnie w złych celach, i chciałby się dowiedzieć, co się dalej stanie, tymczasem wątki z przeszłości też wcale nie są oczywiste. Przy okazji można odkryć, że nastolatki holenderskie są najwyraźniej strasznie porządne: podczas weekendu w domku rodziców cały czas zmywają i sprzątają. Są również mało cnotliwe, Laura (pochodząca z dobrej rodziny) w wieku 17 lat ma już za sobą liczne doświadczenia seksualne (a rzecz dzieje się mniej więcej w latach 70-tych). Część czwarta to istny poemat dygresyjny: każdy rozdział dotyczy innego bohatera i innego czasu, za każdym razem jest parę sekund konfuzji. I znowu dużo tu ciężkiego życia pisarza, który musi udzielać wywiadów i chodzić na imprezy. W piątej poznajemy ostateczne rozwiązanie zagadki – faktycznie jest zaskakujące.
Ciekawy pomysł, interesujący sposób narracji, bardzo dobra jest ta (de)konstrukcja, nawet jeśli miejscami frustrująca. Lubię oglądać te same wydarzenia z różnych punktów widzenia. Psychologia głównych postaci jest wiarygodna. Nie pojmuję tylko, po co były te obszerne wstawki dotyczące pisarza, jego poglądów, twórczości i historii rodziców. Nie są zupełnie do niczego potrzebne. Przeciwnie, lepszy efekt dałoby pokazanie pisarza jako osoby miłej, skromnej i zasadniczo nieskazitelnej. To wygląda, jakby Koch dołączył tu na siłę notatki przeznaczone do innej książki oraz wylał jakieś swoje frustracje związane z kolegami po piórze zmieniającymi wydawców – ten kilkakrotnie tu podejmowany wątek nie ma już w ogóle żadnej potrzeby bytu. Jest też pewien problem z chronologią: Herman ma „ze trzydzieści” lat mniej niż pisarz M, czyli około 45, tymczasem pod koniec dowiadujemy się, że wydarzenia z czasów licealnych były czterdzieści lat temu, czyli Herman ma jednak 57.

„Toń” Marta Kisiel

Dżusi Stern przyjeżdża do Wrocławia do swojego domu rodzinnego zamieszkiwanego przez siostrę i ciotkę. Ta ostatnia wyjechała na urlop, a mieszkania nie wolno pozostawić pustego. Niestety pociąg Dżusi się spóźnił, a Eleonora musiała iść do pracy, i to początek dramatycznych wydarzeń. Bardzo mi się tu podoba, jak długo autorka potrafi przykuwać uwagę czytelnika nie tłumacząc właściwie niczego. Wiemy tylko, że rodzice sióstr zginęli, wychowywała je rzeczona bardzo surowa ciotka, a dalej zaskoczeń jest sporo. Kolejny raz będzie poważniej, niż można się spodziewać na początku, i będzie mowa o historii Wrocławia.

Pojawiają się tu bohaterki znane z „Nomen omen„, przy czym rzecz dzieje się wcześniej, ale jest to właściwa kolejność czytania. Ujęła mnie jak zwykle dowcipna narracja, uzupełniająca dramatyczne wydarzenia, oraz zakończenie.

„Nomen omen” Marta Kisiel

Salomea Przygoda ma 25 lat, wzrostu sporo jak na kobietę, bo 183 cm, rude włosy, ukochaną babcię, nadmiernie wylewną matkę i kłopotliwego młodszego brata. Nic więc dziwnego, że chwyta pierwszą okazję, aby z rodzinnego miasteczka w Kotlinie Kłodzkiej wynieść się do Wrocławia, gdzie znajduje pracę i pokój w willi u pani Bolesnej. Ta wprawdzie jest wiekowa, za to jeszcze wyższa od Salki, a energii jej nie brakuje. Ma również wielką gadającą papugę. Z tą Salomea się zaprzyjaźni, za to natychmiast życie zacznie jej się komplikować. Zwłaszcza kiedy nieoczekiwanie do jej lokum nadciągnie młodszy brat, zdecydowanie bohaterce do szczęścia niepotrzebny. W prologu widzimy Salkę wrzucaną właśnie przez niego do Odry, co się wyjaśni mniej więcej w ćwierci książki.

Wciągające, sprawne, nie do końca wiadomo, dokąd zmierza, znów kazało mi myśleć o Chmielewskiej, ale to nie całkiem uczciwe wobec Marty Kisiel, która ma swój wyrazisty styl. Może się nieco kojarzyć z Musierowicz, gdyby ta postanowiła napisać horror, aczkolwiek to też spore uproszczenie. Akcja jest znakomicie pomyślana, obrót spraw w połowie książki całkowicie mnie zaskoczył, jest tu parę fragmentów znacznie poważniejszych, niż można się tego spodziewać na początku. I jest Wrocław. Nie tylko współczesny. Wolałabym tylko, żeby autorka nie imputowała nadwagi kobiecie z BMI 22,6. Oraz zdumiała mnie qjhqmvrfgbcvępvbyrgavn qmvrjvpn.

„Nocny film” Marisha Pessl

Wiele osób wymieniało tę książkę jako nadzwyczaj dobrą, i chociaż na ogół jestem w takich przypadkach sceptyczna, bo ilość niekoniecznie przekłada się na jakość, to ostatecznie zainteresowanie przeważyło nawet moją niechęć do thrillerów.
Były dziennikarz, Scott McGrath, pięć lat wcześniej przekreślił swoją karierę wypowiadając się bardzo krytycznie na temat sławnego, kultowego reżysera, Stanislasa Cordovy. Przegrał proces o zniesławienie wytoczony mu przez rodzinę twórcy, stracił pracę, przy okazji stracił również żonę. Tymczasem w październiku 2011 samobójczą śmiercią ginie córka Cordovy, 24-letnia Ashley. Scott widzi swoją szansę na przekonanie opinii publicznej, że z tą rodziną naprawdę było coś nie tak, i wszczyna własne śledztwo.
Filmy Cordovy są mroczne i bardzo brutalne, pełne tajemniczych symboli (coś w rodzaju krzyżówki Tarantino z Lynchem), organizowane są tajne ich pokazy (na przykład w paryskich katakumbach), istnieje cała sekta ich fanów, którzy mają tajne forum w tajnym internecie. Sam reżyser całkowicie wycofał się z życia publicznego i zamknął w swojej niedostępnej rezydencji, ma opinię cierpiącego na agorafobię pustelnika, nikt nie wie, jak naprawdę wygląda oraz czy w ogóle jeszcze żyje, a nawet – czy istnieje. Wszystko tu jest tajemnicze, mroczne, przerażające – ale to w końcu thriller; jak się nie umie nawet z zaciśniętymi zębami zaakceptować reguł gatunku, to się jednak nie czyta. Również nieżyjąca córka była oszałamiająco piękna, a poza tym była oszałamiająco zdolną pianistką, dającą zachwycające koncerty w wieku 13 lat. Te nachalne wyolbrzymienia zawsze mi w tym gatunku przeszkadzają, natomiast poza tym muszę oddać pełną sprawiedliwość autorce. Bohater jest bardzo sensownie skonstruowany, inne postaci zresztą też, atmosfera jest znakomita, sporo tu pierwszorzędnej wyobraźni, akcja wciąga, a Pessl świetnie nad nią panuje do końca (raczej przegadanego, ale nie można mieć wszystkiego). Pełno tu uzupełnień w postaci stron z gazet, wklejonych maszynopisów, stron internetowego forum, itd. Na kindlu czyta się to słabo, ale jest zrobione bardzo starannie i dodaje autentyzmu.
Ujął mnie tu realizm: kochający ojciec, rozwiedziony od czterech lat i swobodnie szastający studolarówkami, nie ma dla regularnie widywanej córki żadnej zaufanej opieki na wszelki wypadek, babysitterkę dostarcza bowiem matka. Kiedy więc ta opiekunka jest chora, ojciec musi zabierać dziecko ze sobą, nie mając z kim go zostawić. To w ogóle jest dość istotny wątek, bo ta powieść jest o relacji ojca z córką. Zdziwił mnie natomiast pomysł, żeby wypadek dziecka karać odebraniem ojcu prawa do widzeń. Ciekawe, czy w Stanach to się faktycznie tak łatwo od jednego razu załatwia.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 30” (2012)

 

Indrapramit Das „Weep for Day„. Zobaczyłam w drugim zdaniu nazwę „City-of-Long-Shadows” i dramatycznie zapytałam przestrzeń przed sobą: „czy oni mogliby już PRZESTAĆ? Wszyscy? Raz na zawsze? Proszę?”, na co reszta mózgu przypomniała mi, że w końcu nie muszę czytać fantasy, obowiązku nie ma. Gdzie są jakieś zbiory opowiadań w ogóle nie zawierające fantasy, pytam uprzejmie. W następnym zdaniu pojawia się jednakże pociąg, co mnie jakoś uspokoiło. Fantasy zawierająca pociągi nie może być taka całkiem zła. Pociągiem jedzie ośmioletnia narratorka, z bratem i rodzicami, na półkulę Nocy, zobaczyć uwięzionego Nightmare. (Przy okazji wyjaśnia się nazwa miasta, całkiem uzasadniona). Ojciec był kiedyś błędnym rycerzem polującym na Nightmares żyjące po ciemnej stronie tej obracającej się synchronicznie planety, teraz jest “A knight of Industry and Technology, bringer of light under Church and Monarchy.” Dalej jest dość przewidywalnie, ale jak pięknie zbudowany jest ten świat.

Paul McAuley „The Man”. W śnieżycy do pani mieszkającej z dwoma husky przychodzi nagi człowiek. No, z grubsza człowiek. Bohaterka pozwala mu przenocować i zastanawia się, kto go zesłał. Jesteśmy na Yanos, synchronicznie (tak dla odmiany) obracającej się wokół Saurona. Osady ludzkie w równikowym pasie zmierzchu, identycznie jak w poprzednim opowiadaniu. Bohaterka opowiada gościowi o swoim życiu. Przybyła z Ziemi, gdzie po wielkim kryzysie pojawiły się statki the Jackaroo i można było kupić albo wygrać na loterii bilet do innego świata. Reszta stylizowana na Dziki Zachód, dobrze rozegrana.

Jay Lake „The Stars Do Not Lie”. Świeżo wynaleziona elektryczność jest właśnie instalowana w biurze naukowca Morgana Abuttiego, który odkrył, że ludzkość nie pochodzi z tego świata, wbrew temu, czego naucza obowiązująca religia mówiąca o tym, jak the Increate ją tam umieściła w Ośmiu Ogrodach. Kobiety od pokolenia mogą studiować, a potem również biali ludzie, choć tradycyjnie są rasą gorszą. Generalnie pomysł zdecydowanie nienowy, ale świetnie napisane, kojarzyło mi się nawet z Peanatemą. Nominacje do Hugo i Nebuli.

Lavie Tidhar „The Memcordist„. Świat „Stacji Centralnej„, w której przelotnie pojawia się imię Pyma będącego bohaterem tego opowiadania. Podróżuje po Układzie Słonecznym i od urodzenia jest bohaterem the Narrative of Pym, czegoś w rodzaju nieustającego reality show. Całe jego życie nieustannie obserwują miliony followersów, w polu widzenia ma informacje o ich liczbie. „Everything I’ve ever done in my life, he thinks, is on record. Everything I’ve seen, everything I’ve touched, everything I smelled or said. And yet had he said or done anything worth saying, anything worth doing?„. Oryginalne i przejmujące. To jest niewątpliwie ciekawy pisarz.

Pat Cadigan „The Girl-Thing Who Went Out for Sushi”. Kometa Shoemaker-Levy spadła na powierzchnię Jowisza w 1994, co wspomina narratorka mówiąc, że od tamtego czasu, czyli przez prawie 300 lat, nic podobnego się nie zdarzyło. Teraz się zdarzy, i wszyscy płacą za widok z bliska, czyli trzeba zainstalować mnóstwo kamer po wewnętrznej stronie pierścienia. Tymczasem Fry złamała sobie przy tej okazji nogę. Fry jest tytułową girl-thing, „a featherless biped genius beauty queen”. Ziemia nie nazywa się już Ziemią, tylko „Dirt”, i jest tu mnóstwo innego świetnie pomyślanego slangu. Ekipa natomiast jest gatunkowo mieszana (two-steppers and sushi), przy czym ten drugi gatunek nie jest naturalny, tylko zrobiony. Nie widzę wprawdzie, jak cemrenovnavr yhqmv an bśzvbeavpr miałoby pomagać w eksploracji Kosmosu, ale jak to jest wyśmienicie napisane, z niezrównanym autentyzmem. Zasłużona nagroda Hugo 2013 (kategoria novelette).
Eleanor Arnason „Holmes Sherlock„. Kobieta z rasy hwarhath nauczyła się angielskiego i została tłumaczką ludzkiej literatury (jak wiadomo, cała literatura ludzka jest po angielsku). Ludzie są wrogami hwarhath, i dlatego ci ostatni chcą ich poznać i zrozumieć. Much human fiction was disturbing, since it dealt with heterosexual love, a topic the hwarhath knew nothing about. Za to opowiadania o Holmesie Sherlocku są interesujące. Pomysł obowiązkowego homoseksualizmu mnie irytował, bo jest absurdalny z biologicznego punktu widzenia, poza tym ładna atmosfera, ale dość oczywiste.
Richard A. Lovett and William Gleason „Nightfall on the Peak of Eternal Light”. Drew Zeigler wylądował na Księżycu, żeby zacząć nowe życie. Są tam miasta. Bohater jest turystą, ale nie chce nim być, chce tam zostać na stałe, co nie jest oczywiste. Dobre opisy księżycowej codzienności (tylko grab plates mi przeszkadzały). Dalej bardzo sprawny thriller, chociaż nie pojmuję wnx mnoówpn zótłol hpvrp m Xfvężlpn, avr qnwąp fvę młncnć. Zakończenie okrutnie melodramatyczne.
Andy Duncan „Close Encounters„. Do osiemdziesięcioletniego narratora przychodzi reporterka pytająca go o jego dawne close encounters, o których napisał książkę. Znakomita narracja, świetny bohater, mniej więcej wiadomo, dokąd to zmierza, właściwie nie jest to fantastyka (tylko nieco więcej), ładna rzecz. Nebula 2013 (novelette).
Brit Mandelo „The Finite Canvas„. Do lekarki w klinice in what used to be India przychodzi kobieta i prosi o zrobienie skaryfikacji. Kolejnych. Nie prosi, żąda. W zamian zapłaci dużo i opowie swoją historię. Dobrze napisane, ale to tak bardzo w ogóle nie jest fantastyka (teoretycznie post-apo klimatyczne, ale to nie odgrywa najmniejszej roli). Nominacja do Nebuli 2013 (novelette).
Sean McMullen „Steamgothic”. Bohatera fascynują urządzenia parowe i buduje ich modele, ale lubi też ubierać się na czarno,
stąd na jego drzwiach napis SteamGoth Models. Przychodzi do niego z wizytą dziwna para. Odnaleźli fantastycznie zachowany samolot parowy z roku 1852, co może zmienić historię awiacji, której tu dużo. Dobrze napisani bohaterowie i w ogóle całość, chociaż dość oczywisty pomysł.
Elizabeth Bear „In the House of Aryaman, a Lonely Signal Burns”. Jest (dość malowniczy) trup, we własnym zamkniętym mieszkaniu, o ile zwłoki są faktycznie lokatora, bo bez analizy DNA nie da się tego stwierdzić. Jedynym świadkiem był błękitno-żółty kot, który mógłby zapewne coś powiedzieć, gdyby nie to, że ma amnezję i nie potrafi mówić. Jesteśmy w przyszłości, koty są produkowane przez bioinżynierów, ludzie mogą edytować DNA swojego potomstwa, Zatrudnienie pisze się wielką literą, niektórzy oczywiście wybierają życie w VR. Nic tu zaskakująco oryginalnego, ale bardzo dobrze zrobiony świat i klasycznie kryminalna intryga.
Paul McAuley „Macy Minnot’s Last Christmas on Dione, Ring Racing, Fiddler’s Green, The Potter’s Garden”. Mai Kumal dowiedziawszy się o śmierci ojca ma z Ziemi polecieć na księżyc Saturna Dione, aby rozrzucić jego prochy. Początek nudny, dalej dokładne i niemal namacalne opisy życia na księżycach Saturna. Ładne.
Michael Bishop „Twenty Lights to “The Land of Snow”„. Wyjątki z dziennika the Dalai Lama-to-be. Zaczyna się od relacji siedmiolatki przebudzonej na statku pokoleniowym lecącej na Guge, czyli Gliese 581g (jej istnienie w tej chwili jest wątpliwe). Jest 86 rok z planowanych 106 lat podróży, a na statku są wyłącznie buddyści. Właśnie umarł Dalai Lama, i niektórzy sądzą, że to właśnie narratorka jest jego reinkarnacją. Ona natomiast wcale nie chce i uważa, że jest wyłącznie sobą. To bardzo ładnie napisane: „Larry tells me just to imagine one candle lighting off another (even though you’d be crazy to light anything inside a starship), but my candle was already lit before the last Lama’s got snuffed, and I never even smelt it go out.” Ludzie hibernują, ale co roku muszą się budzić. Interesujące i bardzo konsekwentne.
Carrie Vaughn „Astrophilia„. Czytałam je przy okazji zbioru 33. Świat post-apo, rozwinięty potem w powieści „Bannerless„. Młoda dziewczyna musi opuścić podupadłe gospodarstwo rodziców i przenieść się do innego, gdzie spotyka astronomkę hobbystkę. Ale astronomia nie jest użyteczna w tym świecie, w którym wszystko powinno takie być.
Adam Roberts „What Did Tessimond Tell You?” Dwa tygodnie przed ogłoszeniem nagród Nobla narratorka jest pewna, że dostaną z fizyki, ale Niu Jian postanawia teraz odejść, ponieważ rozmawiał z Tessimondem. Po chwili okazuje się, że drugi członek zespołu podjął tę samą decyzję. Żaden nie chce powiedzieć, co usłyszeli od Tessimonda. Świetnie napisane.
Megan Lindholm „Old Paint„. 2030, narratorka ma 9 lat, rodzinie nie powodzi się za dobrze, ale matka dostaje spadek o dziadku. W jego skład wchodzi samochód. Fajnie pomyślane, od połowy bardzo oczywiste.

David Moles „Chitai Heiki Koronbin”. Wojna. Bohaterowie szkoleni byli w Camp Chilliwack. Z 27 kandydatów szkolenie ukończyło pięcioro. Walczą w robotach w zonie, z alienami. Ratują świat. Bardzo namacalne, widać, dokąd zmierza, chociaż zakończenie mnie zaskoczyło.

Robert Reed „Katabasis”. Kolejne z cyklu o The Great Ship, który jest wielkości Jowisza, lata sobie po Galaktyce, i na którym znudzeni bogacze robią sobie wyścig survivalowy, w trudnym terenie i zmiennej grawitacji. Należy mieć tragarza, najlepiej innej, silnej rasy. Śledzimy losy pary, kobieta ma tragarza imieniem Katabasis. Wszyscy co chwila upadają i się strasznie łamią, ale natychmiast się leczą, gdyż generalnie są nieśmiertelni, i tak przez trzydzieści stron, przeplatanych straszliwą (w wyobrażeniu autora) historią Katabasis. Nuda.
Alastair Reynolds „The Water Thief”. Bohaterka z córką żyje w obozie dla uchodźców. Wykonuje prace na odległość używając specjalnego łącza, tymczasem na co dzień brakuje wody. W realu ma złodzieja wody, w pracy ma złodzieja na Księżycu. Zwięzłe, niezłe.
Linda Nagata „Nightside on Callisto”. Drużyna Jayne wylądowała na Callisto. Wszystkie cztery panie mają około setki i poświęciły życie walce z the Red. Są sprawne, ale zbliżają się do końca swojego życia, dlatego dostały tak niebezpieczną misję, bez żadnego backupu. Techniczna sensacja.
Lavie Tidhar „Under the Eaves”. To opowiadanie wchodzi w skład zbioru „Stacja Centralna”. Cyborg (zwany tu robotnik) i dziewczyna się kochają. Intrygujący pisarz, co już zauważyłam.
Steven Popkes „Sudden, Broken, and Unexpected”. Narrator na życzenie byłej miłości pisze piosenkę. Okazuje się, że klientką jest divaloid, sztuczna piosenkarka. Była dziewczyna pracuje nad nią. Dużo szczegółów muzycznych, trochę o tym, że nie mamy tak naprawdę kontroli nad naszymi działaniami, tylko jej złudzenie. Niezły bohater. Całość interesująca.
Robert Charles Wilson „Fireborn„. Onyx wwraca do domu ze swoim przyjacielem Jasperem i wózkiem zaprzężonym w muła. Na niebie widzi skydancera, który spada. Na miejscu upadku odnajdują kobietę fireborn, ludzie dzielą się bowiem na commonersów i elitę fireborn. Bardzo typowa opowieść o technologii tak zaawansowanej, że wygląda jak magia. Sprawnie zrobione, świetnie odmalowany świat.
Vandana Singh „Ruminations in an Alien Tongue„. Stara kobieta siedzi na innej planecie i wspomina swoje życie. Była matematyczką, ekspertką od alienów, którzy przeszli przez the great probability machine i przenieśli się do innego świata, zostawiając artefakty. Jednym z nich jest actualizer pozwalający przenosić się do równoległych wszechświatów. Nic nowego, ale dość ładne.
Hannu Rajaniemi „Tyche and the Ants„. Autor jest Finem żyjącym w Szkocji i ma doktorat z teorii strun. Bohaterka opowiadania natomiast, Tyche, jest dziewczynką żyjącą na Księżycu, która właśnie wyszła z Bazy na spacer, a kontrolowana jest przez wszechobecny Mózg. Idzie do Tajnych Drzwi zanieść zrobiony przez siebie rubin Czarodziejowi, a tam okazuje się, że zrobiony przez nią domek Jadeitowego Królka jest zburzony. Zrobiły to mrówki. Niezwykle pomysłowa rzecz, znakomicie napisana. Poniekąd mi przypomniało Kelly Link „The Game of Smash and Recovery„, które jest jednak trzy lata późniejsze.
Sarah Monette and Elizabeth Bear „The Wreck of the “Charles Dexter Ward””. Universum z opowiadania „Boojum” tych samych autorek. Boojum to żywe statki. Cynthia Feuerwerker jest na Faraday Station i potrzebuje pracy. Była lekarzem, i jako lekarza przyjmują ją na pokład statku Jarmulowicz Astronomica, który ma zamiar odzyskać statek boojum Charles Dexter Ward, obecnie martwy. Space fantasy, zakrzywienie czasoprzestrzeni powodujące pojawianie się możliwej przyszłości w formie duchów, plus zombie, szalona następczyni Frankensteina i nazwy ukradzione z „Jabberwocky”. Jest to horror napisany do antologii „New Cthulhu 2”.
Christopher Barzak „Invisible Men„. „I ain’t so dull I can’t see something’s wrong with a person when he comes into the Coach and Horses with his head all wrapped up like some bloody mummy, and thick blue goggles for glasses” powiada narratorka w drugim akapicie, i wszystko jasne, jeśli zna się klasykę i przeczytało się tytuł.
Aliette de Bodard „Ship’s Brother„. Kolejne z jej świata ze umysłami statków rodzonymi przez kobiety (nie pojmuję, mają taką technologię, a rodzić trzeba tradycyjnie?). Narratorka jest właśnie w ciąży ze statkiem, i ma też ośmioletniego syna, do którego się zwraca opowiadając tę historię, i który jest obecny przy porodzie, bo czemu nie. Syn naturalnie przeżyje traumę, znienawidzi siostrę i Minds w ogóle. Kompletnie mi dlaczegoś nie leży ten jej cykl, ale to było niezłe.
Robert Reed „Eater-of-Bone„. Podobno to z cyklu o Great Ship, ale tego dowiemy się dopiero pod koniec, jesteśmy bowiem na jakimś księżycu. Młoda kobieta, z wbudowanym leczniczym nano, usiłuje wydostać z pułapki jedzenie. Potem obcina sobie rękę, żeby się uwolnić, i ucieka, ucieka, ucieka. Przed ludźmi sobie podobnymi oraz miejscowymi prymitywnymi Notami. Autor najwyraźniej się lubuje w takich szczegółowych sadomaso opisach. Ale to dopiero początek. Bohaterka ginie, ale nie całkiem. Jej zrujnowane i obgryzione ciało zostaje wyrzucone na brzeg, gdzie znajduje je człowiek mieszkający tu od wielu tysięcy lat, i przywraca ją do życia. Przedziwne jest tutaj zderzenie tych niezwykle zaawansowanych technologicznie ludzi o niezniszczalnych bioceramicznych mózgach z prymitywnymi warunkami życia. Ogromna doza wyobraźni.

-> 31