„Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agatha Christie

„Zabójstwo Rogera Ackroyda”, które za siedem lat skończy setkę, czytałam dobre ćwierć wieku temu. Oczywiście pamiętałam, kto zabił, ale od dawna miałam ochotę do tego wrócić, żeby sobie przypomnieć, jak właściwie Poirot rozwiązuje zagadkę. A także zobaczyć, jak to się czyta w czasach nowożytnych – od razu powiem, że bardzo dobrze.

Jesteśmy w małym miasteczku King’s Abbott, pierwszoosobowym narratorem jest miejscowy doktor Sheppard, a zaczyna się od samobójczej śmierci wdowy Ferrars. Siostra doktora, wścibska stara panna, uważa, że otruła ona wcześniej swojego męża, choć doktor zaprzecza tym pogłoskom. Wie, w końcu to on był jego lekarzem. Tytułowy Roger Ackroyd to miejscowy bogacz, który ma przybranego syna oraz bratową i bratanicę, młodzi ludzie mają się ku sobie i pewnie za chwilę zaręczą. Ackroyd wzywa do siebie doktora i zdradza mu, że wdowa Ferrars wyznała mu, że faktycznie otruła męża, i jest z tego powodu szantażowana. Chwilę potem bogacz ginie zamordowany. Podejrzenia padają na przybranego syna, który tajemniczo zniknął. Siostrzenica Ackroyda, która oczywiście nie wierzy w winę narzeczonego, prosi o pomoc Herkulesa Poirot, który jest nowym sąsiadem doktora, i zamierzał w miasteczku spokojnie spędzić emeryturę, hodując dynie.

Czyta się to bardzo dobrze, portrety bohaterów są świetnie odmalowane, akcja wciąga bez względu na znajomość końca. Pamiętałam o qlxgnsbavr, ale już nie dlaczego Ralf zniknął, ani nie o roli majora. Nieodmiennie mnie ujmuje u Christie, że Poirot jest takim śmiesznym człowieczkiem. Autorka udowadnia tutaj swoje mistrzostwo: detektyw precyzyjnie przedstawia wszystkie etapy swojego rozumowania. Jego logice i obserwacji nie można niczego zarzucić. Zupełnie nie jak u współczesnych pisarzy, gdzie co najwyżej dowiadujemy się, jak bohater miał wrażenie, że coś istotnego mu umyka. Poirot był poza tym już sto lat temu profilerem, szukając najpierw cech, które musiał mieć morderca, a dopiero potem osoby. Wspaniała jest również warstwa obyczajowa, pełna humoru. Rozdział, w którym bohaterowie rozmawiają grając w mahjonga, to prawdziwy majstersztyk dostarczający mnóstwo radości. Jedyną rzeczą, która się tu zestarzała, jest poczucie honoru. Dzisiaj nikt już by tak sprawy nie zakończył.

„Szczęśliwa ziemia” Łukasz Orbitowski

Orbitowski jest pisarzem hipnotyzującym tym swoim stylem łączącym w niewiarygodny amalgamat brutalność i poetyczność. Ten sposób pisania jest jednocześnie zwięzły i trafiający prosto w sedno. Kiedy zobaczyłam na górze następnej strony cyfrę 2, wytrzeszczylam z niedowierzaniem oczy „jak to, ja naprawdę przeczytałam dopiero jeden rozdział?” Zdążyłam przecież już się zanurzyć z głową, już tam być, w tym Rykusmyku, miasteczku obok Legnicy, na początku lat dziewięćdziesiątych. Nic prostszego, narrator opowiada o swoim dzieciństwie – ale JAK opowiada. Ojca nie ma (pozna go dopiero po ukończeniu 18 lat, kiedy ten pójdzie do sądu obniżenie alimentów), matka ma na imię Wściekłość i zagląda do butelki. Są wierni koledzy i jest zamek z zamurowanymi wejściami i ciemnym korytarzem, a jeśli zejść do podziemi, to może spełnią się życzenia, tymczasem jednak nocami z trzewi zamczyska dochodzą wrzaski, śmiechy i inne odgłosy. Jest tam w końcu Kościół Pokoju, Szalona Tekla, bogata Władysława i młody bandyta Wilczur. „W tamtych czasach płyta sprowadzona z Zachodu była czymś niezwykłym. Mieliśmy swój perkal i swoje paciorki.

Narrator byłby całkiem przeciętnym dzieciakiem tamtych czasów, ale słyszy głosy. Wściekły wrzask co pewien czas wybucha mu w głowie. A potem wszyscy dorastają i chcą wyjechać z Rykusmyku poza bohaterem, który zdał na Politechnikę Wrocławską i chce tam dojeżdżać. Jest wieczór pożegnań, przyjaciele idą do zamku po raz ostatni, być może w końcu zejdą do podziemi. W kolejnych rozdziałach czytamy o tym, co z nich wyrosło, kim są w roku 2012 (kiedy powieść się ukazała). Na początku znaliśmy ich tylko z przezwisk, teraz pojawiają się imiona, trzeba uważnie przeczytać dwa pierwsze rozdziały, żeby domyślić się, kto jest kim. Świetna rzecz. Bardzo podoba mi się, jak subtelnie Orbitowski wplata element fantastyczny w skrzeczącą rzeczywistość.

„Les particules élémentaires” Michel Houellebecq

Śledzimy losy dwóch braci przyrodnich.  Bruno urodził się w roku 1956, jego matką była Janine Ceccaldi, która szybko odesłała syna do swoich rodziców do Algieru, i zaszła drugi raz w ciążę. W 1958 na świat przyszedł Michel Djerzinski, wnuk Luciena Djerzinskiego, który w 1919 wyjechał z górniczych Katowic do Francji. Przytaczam starannie daty i nazwiska, ponieważ Michel Houellebecq w dokumentach ma 1956 jako rok urodzenia, lecz twierdzi, że w rzeczywistości urodził się w 1958 (matka podobno dodała mu dwa lata uważając za genialne dziecko), jego matka nazywała się z domu Lucie Ceccaldi, a rodzice szybko odesłali go na wychowanie do dziadków do Algieru. To po babce przyjął nazwisko, pod którym pisze.
Powieściowi bohaterowie spotykają się dopiero w liceum. Michel, który potem zostanie znakomitym biologiem, interesuje się naukami ścisłymi i jest dziwnym nastolatkiem. Bruno czyta Kafkę i spędza mnóstwo czasu na masturbacji oraz myśleniu o seksie. To jest wprawdzie powieść z 1998, ale nawet wtedy „Kompleks Portnoya” miał już 30 lat, więc trochę ziewałam nad tą dość chłodną, a miejscami zdecydowanie niesmaczną opowieścią o dojrzewaniu, którą Houellebecq urozmaica wstawiając co pewien czas informacje jakby przepisane z encyklopedii, bardzo luźno powiązane z właściwym tokiem narracji. To zdaje się jego znak rozpoznawczy, w „Mapie i terytorium” też to robi. Wzruszyłam się dopiero na stronie 91 (tak, mam książkę papierową), gdzie jest bardzo piękny kawałek o babci, która wychowała Michela, i o jej śmierci.
Potem jest druga część, w której Bruno usiłuje znaleźć zaspokojenie seksualne, co jest opisane na wielu stronach z licznymi detalami. Udaje mu się to dopiero w powieściowej teraźniejszości. W połowie książki bracia się spotykają i rozmawiają o tym, że obecny świat jest realizacją „Nowego Wspaniałego” Huxleya, tylko kast (na razie) brakuje. Coś w tym jest. Bruno mimochodem opowiada swoje życie, które składa się z myślenia o seksie, przypadkowego małżeństwa, przypadkowego spłodzenia syna, przewidywalnego rozwodu. Michel tymczasem żyje wyłącznie nauką i jest ponad cielesność. Pojawia się tu poza tym postać czwartoplanowa, która okazuje się straszliwym zwyrodnialcem, co autor udowadnia opisując te potworności bardzo szczegółowo. Nie wiadomo po co, bo do całości to nie bardzo pasuje, poza potwierdzeniem, że gatunek homo sapiens nie bardzo się matce naturze udał, co wiedziałam i bez Houellebecqa.
Końcówka sprawiła, że zmieniłam zdanie. Na ostatnich kilku stronach potwierdza się to, co było sugerowane na początku: opowieść snuta jest z perspektywy kilkudziesięciu lat później. Michel Djerzinski udowodnił, że DNA ludzkie można przekształcić tak, aby gatunek nie potrzebował seksu do rozmnażania, i tym samym (dlaczego miałoby to wynikać, nie wiem, ale taka jest teza narratorów) pozbawić go cierpienia i skłonności do przemocy (to wszystko pięknie, ale sam Michel w końcu się seksem nie interesował, a szczęśliwy nie był, widzę tu sprzeczność). Parę lat później powstał nowy, lepszy gatunek ludzki. Ponieważ to on opowiada historię swojego twórcy, staje się jasne, że musiała to być opowieść smutna, przygnębiająca i brutalna, o złych czasach minionych. Do czytelnika należy ocena, ile w niej jest prawdy.
To raczej nieprzyjemna w lekturze, bardzo inteligentna książka, z którą ma się wielką ochotę polemizować, co nie jest łatwe. Houellebecq jest dobrym obserwatorem, sprawnym myślicielem, ma sporą wiedzę, a jego gorycz wynikająca z rozczarowania homo sapiens jest przecież uzasadniona. Nie zachwyca mnie natomiast skupienie się akurat na popędzie seksualnym; mam wątpliwości, czy to faktycznie on jest największą z przywar. Chciałabym poza tym zobaczyć więcej szczegółów na temat nowego gatunku (tu natychmiast przychodzą na myśl Derkaczanie Atwood). Czy rzeczywiście udało się uzyskać polepszenie, czy to może jednak głównie narracja tych, którzy nas zastąpili?

„Służące do wszystkiego” Joanna Kuciel-Frydryszak

Przy okazji biografii Ćwierczakiewiczowej napisałam swobodnie o gotującej służbie, ponieważ miałam świadomość, że była wtedy zjawiskiem absolutnie powszechnym. Miałam też idylliczną wizję nianiek, które z oddaniem pielęgnują dzieci, a potem stają się członkami rodziny (pod koniec wieku XX we Francji gościłam u rodziny, która miała taką właśnie starą nounou, dzieci już dawno dorosły i założyły własne rodziny, ale nounou została w domu). Zdawało mi się chyba, że dziewki kuchenne pracowały jak dziś 8 godzin, dostawały pensję i wyżywienie, a w dodatku miejsce do mieszkania.

Joanna Kuciel-Frydryszak rozwiewa te złudzenia. Do służby szły już dziewczynki 6-8-letnie, z przymusu, bo na wsi nie było dla nich innego wyjścia. Służąca do wszystkiego budziła się o 5 rano, rozpalała w piecach, szła po zakupy, robiła śniadanie, sprzątała, gotowała obiad, sprzątała, cerowała, podawała kolację, sprzątała, i tak do 9 wieczorem. 14 godzin ciężkiej fizycznej pracy dzień w dzień. Nie wolno im było wychodzić bez zgody pana. Połowa służących spała w kuchni, czyli nie miała własnego kąta. Te, które miały pokoik, często miały tam wilgoć i zaduch. Światłe umysły ówczesne pisały artykuły podkreślające, że służbówki powinny mieć okno i szafę. Służące często zwalniało się ot tak, przy okazji wyjazdu na urlop, żeby jej nie trzymać niepotrzebnie. A już w przypadku choroby oraz na starość te kobiety nie miały absolutnie żadnego zabezpieczenia. Autorka opisuje przypadki skrajne: bywały też dobre rodziny, które wierną niańkę trzymały do końca na łaskawym chlebie. To jednak była rzadkość. Większość po rezygnacji z własnego życia, po ofiarnym go poświęceniu na rzecz obcych ludzi umierała w szpitalu i pozostawała bezimienna w pamięci swoich wychowanic (tę francuską nianię z moich wspomnień też zresztą kojarzę wyłącznie jako Nounou). A to i tak był dobry los. Mnóstwo młodych służących straciwszy pracę zostawała prostytutkami. Była też kwestia nieślubnych dzieci, które trzeba było oddać na wychowanie, nie można było służyć z potomkiem. Tu zresztą doświadczyłam zupełnie dosłownego opadu szczęki. Okazuje się, że znana skądinąd Angela Merkel jest wnuczką po mieczu Ludwika Kaźmierczaka (po przyjeździe do Niemiec w latach 1920 zmienił nazwisko na Kasner, panieńskie nazwisko Merkel), który z kolei był nieślubnym synem poznańskiej służącej Anny Kaźmierczak. Jego matce się udało, wyszła za mąż, urodziła kolejne dzieci, mogła pierworodnego zatrzymać i wychować.

Służki były bite (plastyczne słowo popychadło nie wzięło się znikąd) i nie miały żadnego prawa się poskarżyć. Bywało i tak, że pani siadała na krzesełku i przyglądała się, jak służąca (lat na przykład dziewięć) ściera kurze. A jeśli jej się nie spodobało, nie przebierała w środkach wyrazu. Dziewczyny były również głodzone. Wiedziałam oczywiście, że służba zawsze jadła gorzej jakościowo niż państwo, okazuje się jednak, że wcale nie do syta. Nawet osoby światłe traktowały te kobiety jak urządzenia do pracy. Kuciel-Frydryszak przytacza list jakiejś działaczki, skarżącej się siostrze, że nie może służącej używać na pokojach, bo jest niezgrabna i chodzi w tych wielkich zabłoconych buciorach, może dałoby się posługiwać jej trzynastoletnią córką, jeśli da się ją przyuczyć. Używać, posługiwać – jak sprzętem.

Dalej są natomiast wspomnienia rozmaitych pisarzy o ich niezapomnianych służących, często wzruszające. Jest Iłłakowiczówna, która podczas wojny z rumuńskiego Cluj pisała listy do swojej Grabosi, a po wojnie się nią opiekowała. Zygmunt Niewidowski, mąż Magdaleny Samozwaniec, wspomina Kucharcię Kossaków. Jest też o przedziwnej relacji łączącej Nałkowską z jej służącą Genią, chociaż „służąca” nie jest w tym przypadku odpowiednie. To Genowefa rządziła w tym związku. Była z pisarką do śmierci.

Międzywojnie się kończy, sytuacja Żydów gwałtownie się pogarsza. Ich polskie służące wykorzystują sytuację, żeby szantażować niedawnych państwa. Są również takie, które idą ze swoimi rodzinami do getta, i nie chcą go opuścić, nawet kiedy getto zostaje zamknięte. Są takie, które swoich państwa ratują z narażeniem życia. I jest Aniela, która najpierw ukrywa cztery osoby z rodziny, potem zostaje z jedną dziewczynką, którą przechowuje w swoim pokoiku na wsi u zwolennika Hitlera. Nie może jechać opiekować się umierającą matką, ponieważ zostawiłaby dziecko samo. Aniela po wojnie wraca do niedobitków rodziny, babcia uratowanej dziewczynki traktuje ją znowu jak służącą, każe spać w kuchni i podawać sobie herbatę. Jest to temat-samograj na jakiś film.

Świetna lektura, bardzo wciągająca i otwierająca oczy.

„Mapa i terytorium” Michel Houellebecq

Nie jestem w stanie udzielić żadnej odpowiedzi na pytanie (zadaję je sama sobie), dlaczego do tej pory nie czytałam niczego Houellebecqa. Najbliżej prawdy będzie zapewne przypuszczenie, że było jak z Orbitowskim – przecież wiem, że to dobry pisarz, po co jeszcze będę go czytać? Wcale nie muszę. Oraz w każdej chwili mogę. „Cząstki elementarne” leżą na mojej komodzie od jakichś ośmiu lat, i położyłam je tam z myślą, że zaraz przeczytam, nie warto chować do biblioteczki. A teraz mam poczucie, że skoro tyle tam leżały, to niech leżą dalej, najwyraźniej znalazły swoje miejsce w strukturze wszechświata. Mam też od lat inne książki na kindlu, ale zawsze były kolejne pilniejsze lektury. W końcu jednak otworzyłam „Mapę i terytorium”.

Jed Martin, malarz, pracuje nad kolejnym płótnem z cyklu o zawodach, ma przedstawiać artystów, Jeffa Koonsa i Damiena Hirsta (z niejasnych przyczyn zawsze uważam, że ich nazwiska brzmią idealnie jak pisarzy sf i w pierwszym odruchu szukam w głowie, co oni napisali). W pierwszej części oglądamy jego przeszłość, od studiów – fotografował przedmioty metalowe, po pierwsze sukcesy, które odniósł robiąc zdjęcia map Michelina i zestawiając je ze zdjęciami satelitarnymi okolicy. Mapa jest ciekawsza od terytorium, tak brzmiał tytuł jego wystawy, z czym bym polemizowała, skoro nie zestawiamy jej z prawdziwym terenem, tylko z jego zdjęciem z wielkiej odległości. W każdym razie Jed odnosi sukces, związuje się z prześliczną Olgą, Rosjanką pracującą u Michelina (autor niestety nie pisze, z jakim akcentem mówiła). Potem przerzuca się na malarstwo olejne. To wszystko jest przeszłość, w powieściowej teraźniejszości natomiast szykuje mu się kolejna wystawa, do której opis w katalogu móglby napisać znany autor Michel Houellebecq, w drugiej części Jed więc leci do niego do Irlandii. Zastaje tam ponurego typa wyraźnie w ciężkiej depresji, ten jednak jest miły, i godzi się na współpracę. W Irlandii natomiast na każdym kroku są Polacy, bohater zauważa, że żyjemy w dziwnych czasach, w których (z racji bezpośrednich połączeń lotniczych) Katowice są bliżej Shannon niż Madryt. W ogóle obserwacje społeczne są mocną stroną tej powieści. Jest też inkrustowana prawdziwymi francuskimi postaciami publicznymi, niekoniecznie we własnej roli. Pojawia się tu na przykład Frédéric Beigbeder.

W części trzeciej zupełnie zmienia się punkt widzenia, Jed znika, bohaterem jest tutaj policjant z dochodzeniówki. Właściwie ma się wrażenie, że nagle czytamy inną książkę, kryminał. W dziesiątym rozdziale wracamy do Jeda i będziemy go śledzić już do końca, który jest z kolei sf.

Bardzo dobrze napisana powieść, oryginalna, i wymykająca się prostym podsumowaniom. Autor porusza mnóstwo różnych tematów, ale potrafi z tego wszystkiego stworzyć spójną całość. Na tyle, na ile życie ludzkie w ogóle może być spójne: ponieważ ta książka jest mapą życia Jeda Martina, a zgodnie z aforyzmem Alfreda Korzybskiego, mapa nie jest terytorium. Tym samym Houellebecq przyznaje, że stworzył tylko pewien model świata, którym można się posługiwać, aby odnaleźć drogę, zrozumieć mechanizmy funkcjonowania, ale który nie rości sobie pretensji do kompletności. Zaskakujące, bardzo samoświadome podejście.

„Brzechwa. Nie dla dzieci” Mariusz Urbanek

Wydawało mi się, że jestem całkiem biegła, jeśli chodzi o polskie dwudziestolecie międzywojenne, tymczasem odkryłam, że nie wiem niczego o Brzechwie. Niczego. Zaskoczyło mnie już trzecie zdanie biografii, mówiące, że Brzechwa był adwokatem – dobrym, wziętym i specjalizującym się w nowym wówczas prawie autorskim. Na trzeciej stronie dowiedziałam się natomiast, że był młodszym bratem stryjecznym Bolesława Leśmiana, i to przecież musiałam wiedzieć, ale najwyraźniej całkowicie wyparłam. Bolesława podziwiał, koniecznie chciał pisać takie wiersze jak on, uporczywie usiłował wkręcić się do skamandrytów, którzy jego twórczość odrzucali, bo była raczej wtórna. To właśnie kuzyn wymyślił mu pseudonim Brzechwa, kiedy młody Jan publikował swoje pierwsze wiersze – żeby się nie myliło z tym właściwym Leśmianem.
W dwudziestoleciu obok Tuwima pisał piosenki i teksty dla kabaretów, wtedy postanowiła się w nim zakochać Stefania Grodzieńska występująca jako girlsa w Cyruliku Warszawskim. Szybko jej uświadomiono, że do wysokiego i przystojnego prawnika kolejka chętnych jest długa. Miał już wtedy dwie żony, a z pierwszą córkę, którą zobaczył pierwszy raz, gdy miała dziewięć lat (to wiedziałam, chociaż nie rozumiem). W czasie wojny pracował jako strzygący żywopłoty ogrodnik na Służewcu, miał dobre papiery (i kiepski wygląd), ale tak naprawdę przeżyć pomogła mu… miłość. Zakochał się w roku 1940 w żonie fryzjera, była jego kochanką, ale wybrała męża, czego Brzechwa nie mógł przeżyć. Chodził po okupowanej Warszawie jak błędny, nie zwracając uwagi na Niemców. Ci podobno raz go złapali i zarzucili, że jest Żydem, na co odparł, że nieprawda, ale niech go już rozstrzelają, bo nie chce go kobieta jego życia i nie ma sensu dalej żyć. Niemców absurd tej odpowiedzi tak zaskoczył, że ze śmiechem wyrzucili go za drzwi. Musi być w tym ziarno prawdy, bo potwierdzają to różne osoby znające go wtedy, powstał nawet scenariusz filmu, a Konwicki napisał opowiadanie.
Tymczasem tuż przed wojną Brzechwa nieoczekiwanie zaczął pisać wiersze dla dzieci. Podobno za tym też stało zakochanie, w przedszkolance mianowicie. W każdym razie jego tomiki zdobyły ogromną popularność, i nawet w czasie wojny sprzedawał swoje teksty przyszłym wydawcom. Wtedy też powstała „Akademia pana Kleksa”. To zresztą widać, kiedy się czyta o najeździe wilków na królestwo. Adaś Niezgódka jest alter ego młodego Janka i został obdarzony jego pasją zbierania guzików.
Po wojnie natomiast wiadomo jak było. Brzechwa namawiał do powrotu twórców, którzy powyjeżdżali, polemizował na przykład z Hemarem. I pisał utwory pochwalne. Nie trzeba długo szukać dlaczego. Po pierwsze kwestia palca w drzwiach. Jak już się ktoś ucieszył, że wojna skończona, odbudowujemy nowy lepszy kraj, i pominął kwestię, kto doszedł do władzy, to trzeba potem dalej robić dobrą minę do złej gry. Po drugie, całkiem prozaicznie, Brzechwa chorował na serce i liczył na możliwość korzystania z rządowej lecznicy, a w tym celu trzeba było przekonać władzę o swoim dla niej poparciu. Nie zdało mu się to zresztą na wiele, o miejsce w szpitalu za każdym razem musiał walczyć. Poza tym nie był typem buntownika. Był miły, zgodny, uprzejmy, pomocny – to mówią jednym głosem wszyscy, którzy go znali. Co oczywiście budziło mój gwałtowny sprzeciw, pamiętałam bowiem o porzuconej córce. Nie można nazwać miłym dżentelmenem człowieka, który coś takiego robi. Urbanek zresztą ten temat uparcie pomija. Do czasu. Ostatni rozdział to rozmowa właśnie z córką, malarką Krystyną Brzechwą, która opowiada o swoich niełatwych relacjach z ojcem. Zaczęła się z nim widywać w pierwszym roku okupacji, a potem już po wojnie regularnie, ale nigdy nie było między nimi czułości, co zresztą nie dziwi.
Oprócz tworzenia wierszy wychwalających socjalistyczne władze i ówczesnego sojusznika Brzechwa był również bardzo zaangażowany w ZAiKS, w którego tworzeniu przed wojną brał udział. Był przez wiele lat jego prezesem i przez całe życie aktywnie zajmował się tematyką prawa autorskiego.
Końcowe rozdziały biografii dotyczą natomiast tego, jak Brzechwa postrzegany jest współcześnie. Za każdym razem, kiedy jakaś szkoła chce przyjąć imię poety, powoduje to gwałtowny sprzeciw polityków. Przedostatni rozdział to historia pewnego felietonu, który Mariusz Urbanek napisał w roku 2007, podając ironiczne powody, dla których nie można nazywać ulic imieniem Brzechwy, rzekomo wymienione przez radnych LPR. Zostało to wzięte na poważnie.

„Siła niższa” Marta Kisiel

Bohater „Dożywocia” Konrad Romańczuk musi się odnaleźć w nowym domu, razem z niektórymi domownikami znanymi z poprzedniej części, a niektórymi nowymi. Przed rzeczywistością ucieka do Tesco, gdzie przypadkiem odkrywa, że nie jest jedynym człowiekiem z dożywotnikiem. To odkrycie będzie miało daleko idące konswekwencje. Temu tomowi nie mam już nic do zarzucenia stylistycznie, jest to bardzo dobrze napisane i nieodmiennie zabawne. Realizmu też nie brakuje – na tyle, na ile można się go w ogóle domagać od powieści, gdzie licznie występują różne postaci nadprzyrodzone. Konrad jest porządnie zbudowanym bohaterem, w pewnym momencie stwierdziłam nawet z niejasnym oburzeniem „ale on wcale nie jest taki fajny, jak mi się zdawało”. Czyta się bardzo dobrze i szybko, a takich rozwiązań rozmaitych problemów się nie spodziewałam, co zawsze doceniam. Czytałabym dalej… a pod koniec marca nawet będę mogła, ma wyjść trzeci tom.

Uzupełnieniem tych dwóch tomów jest długie opowiadanie „Szaławiła”, w którym czterdziestoletnia Oda (niecodzienne imię będzie wyjaśnione w toku opowieści) kupuje działkę z fundamentami, w środku niczego, żeby mieć w końcu swoje miejsce. Brak prądu i wody jej w ogóle nie przeraża, choć jej kuzynka ma całkiem inne zdanie. Za to okazuje się, że pojawiają się tu dziwne stworzenia. Tu też są ładnie zbudowane bohaterki i fajnie pokazane relacje międzyludzkie.