Krótkie opowiadania nominowane do Nebuli 2019

„Interview for the End of the World” Rhett C. Bruno (w antologii „Bridge Across the Stars„). 142 godziny do zderzenia z Ziemią wielkiej asteroidy… Gdzieś dopiero co widziałam ten pomysł – w rok wcześniejszym „Waiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe” Naomi Kritzer. Nawet tytuł podobny, chociaż dalej zupełnie co innego. Tu narator jest jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi (albo był, zanim pieniądze straciły sens), ma statek kosmiczny, i przeprowadza rozmowy z kandydatem do Titan Project, który daje szansę ucieczki przed końcem świata. Mocne, plastyczne, początek serii Titanborn.
The Secret Lives of the Nine Negro Teeth of George WashingtonPhenderson Djèlí Clark. Realizm magiczny. Jak tytuł zapowiada, opisane są tu tajemne moce drzemiące w dziewięciu zębach z kolekcji George’a Washingtona. Autor jest historykiem. Bardzo piękna rzecz, oryginalna i wychodząca z utartych kolein, coś tu z Susan Clarke (zbieżność nazwisk przypadkowa, przypuszczam).
„Going Dark” Richard Fox (w antologii „Backblast Area Clear„). Wojna światów trwa, Naroosha bombardują ludzi blastami energii, sergeant Hoffman i jego ekipa maszyn bojowych nie pozostają im dłużni. Unosiłam brew z niedowierzaniem zastanawiając się, cóż to robi na liście finalistów Nebuli, nawet dwa razy sprawdziłam, czy to na pewno ten tytuł, i mając jednak nadzieję, że pod koniec się wyjaśni. Zazwyczaj nie zdradzam zakończeń, tu jednak zrobię wyjątek: otóż maszyny bojowe muszą zakończyć swój żywot, a sierżant Hoffman bardzo nad nimi płacze. Serio, nie przesadzam. Autor kończył akademię wojskową i walczył w Iraku, więc najpewniej wie co pisze, i to tylko ja jestem sarkastyczna i nieczuła. A w ogóle rozumiem, że to narracja komiksowa, ale to też mi nie pomaga się zachwycić.
And YetA.T. Greenblatt. Masz świeży doktorat z fizyki kwantowej i stoisz na progu nawiedzonego domu swojego dzieciństwa, ponieważ podejrzewasz, że są w nim bramy do równoległych wszechświatów. Dość ładny pomysł, ale ostatecznie dość oczywiste i wcale nie chodzi o równoległe wszechświaty, jak zwykle.
A Witch’s Guide to Escape: A Practical Compendium of Portal FantasiesAlix E. Harrow. Czarny nastolatek w kółko czyta „The Runaway Prince”, one of those low-budget young adult fantasies from the mid-nineties, before J.K. Rowling arrived to tell everyone that magic was cool. Narratorką jest bibliotekarka, tego drugiego rodzaju: czarownica, która od razu wie, czego czytelnik potrzebuje. Naprawdę potrzebuje. A książki chcą być czytane. Zakochałam się w tym opowiadaniu śmiertelnie i nie jestem obiektywna, chcę, żeby dostało wszystkie nagrody. Oczywiście jest nieco w stylu „Wśród obcych” (która owszem, dostała nagrody).
The Court MagicianSarah Pinsker. Chłopiec jest iluzjonistą i marzy o poznaniu prawdziwej magii, jako młodzieniec marzy o poznaniu prawdziwej magii, w końcu zostaje the court magician i zdradzają mu słowo. Za użycie słowa płaci cenę, a używa go po to, żeby Regent nie miał problemów. Żadnych. Bardzo subtelna, bardzo piękna przypowieść.
*
Trzy doskonałe opowiadania, dwa bardzo dobre i jedno, którego najwyraźniej nie rozumiem. Wybór między Pinsker, Harrow i Clarkiem byłby bardzo trudny (sercem jestem oczywiście z Harrow, ale niewykluczone, że Pinsker jest bardziej uniwersalna). Zwłaszcza, że wszystkie trzy są podobne, z gatunku low fantasy (nie jestem pewna, jakie jest rozróżnienie między tym i realizmem magicznym, tak to jest z określaniem gatunków).

„Neverworld wake” Marisha Pessl

Podskoczyłam z wrażenia usłyszawszy, że jest nowa książka Marishy Pessl, ponieważ po „Nocnym filmie” miałam poczucie, że przeczytam cokolwiek jej autorstwa. Nie byłam rozczarowana, chociaż nie jest tak imponująca, jak ta poprzednia. Bohaterka po pierwszym roku studiów wraca do rodzinnego miasteczka pomagać w lodziarni rodziców, i chce się spotkać ze swoją szkolną paczką. Cieniem między nimi kładzie się tajemnicza śmierć jej chłopaka Jima. W końcu jedzie na imprezę u swojej niegdysiejszej przyjaciółki, jadą w piątkę na koncert, wracają do jej posiadłości – i w trzecim rozdziale okazuje się, że to w zasadzie fantastyka. Wpadają mianowicie w pętlę czasową, jak w „Dniu świstaka” przeżywają w kółko ten sam dzień, i tak będzie, dopóki nie podejmą zbiorowo pewnej decyzji. W tym wszystkim Beatrice nadal nie potrafi zdobyć się na odwagę i zapytać o Jima, ale ostatecznie dochodzenie do prawdy okaże się centrum akcji, niejednokrotnie zaskakując czytelnika.

To oczywiście nie jest pomysł oryginalny, natomiast jest to wszystko wspaniale realistyczne, jednocześnie odpowiednio szczegółowe i minimalistyczne, bohaterowie są bardzo plastyczni, miałam duże problemy z wyrwaniem sobie kindla z ręki, żeby iść spać. Oczywiście występują tu bardzo bogaci ludzie, najwyraźniej to wymóg w thrillerach (amerykańskich przynajmniej). Zapewne dramatyczne wydarzenia wśród biedoty nie byłyby w połowie tak interesujące. Kompletnie natomiast nie rozumiem pomysłu (zapewne wydawnictwa) z zostawieniem angielskiego tytułu, „Neverworld” w tekście tłumaczony jest na Nieświat. Niewątpliwie był jakiś powód pekuniarny.

„Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka” Evžen Boček

Czwarta część z serii o czeskiej arystokratce Marii, która z rodzicami przyleciała z Ameryki, by zamieszkać na zamku rodowym Kostka i oprowadzać po nim turystów. Zaczyna się od oświadczyn Maksa, który jednak zapewne tego nie pamięta, bo ma boreliozę i natychmiast potem ląduje w szpitalu. Maria wraca do Kostki, gdzie zastaje przedziwne zbiorowisko oraz policję. Jak potem się okazuje, dwie niezależne grupy przestępców postanowiły się włamać do Kostki, w różnych celach. Sprawy skomplikowało im to, że był to dzień śmierci Diany i zamek został zamknięty z powodu żałoby. Książka odtwarza ich działania (w formie opowiadającej o tym Marii), czyli mieszkańców zamku widzimy tu niewiele. To dobry pomysł, ponieważ niewiele już by się udało wyciągnąć ze skąpstwa ojca, hipochondrii ogrodnika, amerykańskości matki oraz szaleństwa dogów. Zaśmiałam się dwa razy, to całkiem sporo na tę objętość, jak zwykle niezbyt imponującą. Jak poprzednio, ostatnie 6% to reklamy czeskich powieści. Tym razem jednak jest zakończenie i dowiadujemy się nawet, czy mieszkańcy Kostki się w końcu wzbogacą, skoro odkryli na jej ścianie autentycznego Rembrandta.

„Durrellowie z Korfu” Michael Haag

Durrellowie urodzili się w Indiach, wszyscy, łącznie z rodzicami. Ci pobrali się w 1910 roku, rok później urodził się Larry. Następnie córeczka Margery, która jednak wkrótce potem zmarła na dyfteryt. Matka, Louisa, bardzo to przeżyła, i dlatego całe życie chuchała na następnego syna, Lesliego. Potem na świat przyszła Margaret i w końcu najmłodszy Gerry. Wkrótce przed jego trzecimi urodzinami nagle zmarł ojciec, Lawrence Samuel, prawdopodobnie miał guz mózgu. Z Indii wrócili do Anglii, a tam dorosły już Larry stwierdził, że matka zaczyna za dużo pić, i cała rodzina wyjechała na Korfu. Niestety autor nie tłumaczy, dlaczego Larry uważał, że w Grecji matka nie będzie piła. Następnie skupiamy się na korfijskim życiu Durrellów, i mamy mnóstwo cytatów z „Mojej rodziny„, co trochę mnie irytowało, gdyż gdybym chciała ponownie czytać „Moją rodzinę”, to bym ją czytała. Dowiedziałam się, że Larry był już żonaty z Nancy, która w książkach Gerry’ego nie występuje, tak samo zresztą jak żona i córka doktora Teodora Stephanidesa. Larry musiał w ogóle być niezwykle czarującym mężczyzną, ponieważ mimo wyjątkowo mizernego wzrostu (około 158 cm!) całe życie był otoczony kolejnymi prześlicznymi (są zdjęcia) kobietami. Z dwiema z nich miał córki.

Potem wybucha wojna, Durrellowie wyjeżdżają z Grecji, i następuje dość pospieszna końcówka. Z ciekawostek, Leslie pod koniec wojny zrobił dziecko ich greckiej służącej Marii, ale zupełnie się tym nie przejął, i musiała sobie radzić sama, co autor podsumowuje jednym współczującym zdaniem o jej ciężkim życiu. Następnie ten sam Leslie zdefraudował jakieś pieniądze. Cóż, ktoś musiał być czarną owcą w rodzinie. Niestety nie ma tu wiele więcej. Autor raz wspomina, że bracia już więcej się nie spotkali, nie wyjaśnia dlaczego. Nie próbuje też wniknąć na przykład w charakter Margo, jest tu tylko jedna jej wypowiedź skrótowo komentująca książki Gerry’ego, która nie wnosi niczego nowego – raczej żaden ich czytelnik nie spodziewał się, że jest w nich zawarta sama prawda i tylko prawda. Nie ma żadnych rozmów z dziećmi Margo, nie dowiadujemy się, co o braciach i swojej młodości na Korfu opowiadała im matka; jakoś trudno uwierzyć, że kompletnie nic.

Najlepsze kawałki tej biografii to właśnie fragmenty „Mojej rodziny”. Praca tłumaczki, redaktorki i korektorek też niestety pozostawia sporo do życzenia. Żadna najwyraźniej nie umie odmieniać przez przypadki. Na pociechę jest tu natomiast zdjęcie gołego Henry’ego Millera, długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.

„La possibilité d’une île” Michel Houellebecq

Całe szczęście, że zaczęłam czytać Houellebecqa od innych książek, bo gdybym zaczęła od tej, to chyba rzuciłabym ją w kąt po paru pierwszych stronach, choć nigdy tego nie robię. Dawka mizoginii jest tu paraliżująca. Całe zło świata bierze się, zdaniem narratora jasno wyrażonym już w pierwszych akapitach, stąd, że kobiety już nie zajmują się codziennie domem. Co w ogóle brzmi trochę jak jakiś teksański plantator narzekający, że durny rząd zakazał niewolnictwa, i jak tu teraz bawełnę uprawiać, a przecież tak fajnie było, niewolnik miał cel życia, pan miał zrobione, a teraz wszystko na głowie stoi. Nie wiem, czy są jacyś ludzie wypowiadający głośno takie rzeczy, i wiedzieć nie chcę, ale znając możliwości homo sapiens jestem pewna, że przynajmniej myślą. Tak jak Houellebecq i jemu podobni o kobietach. Wszystko było fajnie, jak znały swoje miejsce i przeznaczenie, jasne.

Wracając do książki, nawet jak na możliwości tego autora bohater jest wyjątkowym palantem. Jest cynicznym, zarozumiałym mizoginem, oraz wziętym komikiem, który karierę i kasę zrobił na antyfemistycznych i rasistowskich żartach. Jest poza tym pierwszą wersją siebie. Opowiada nam swoje życie w rozdziałach zatytułowanych „Daniel1, numer rozdziału”, które są przeplatane relacją Daniela24. Ten, kiedy umrze, zostanie zastąpiony klonem, który przeczyta jego autobiografię. Osobowość bowiem równa się pamięci. Ziemia, na której żyje Daniel24, nie przypomina już naszego globu, nie ma na przykład mórz. Neoludzie mieszkają osobno w samowystarczalnych rezydencjach, nie potrafią się śmiać ani płakać, sporadycznie kontaktują się ze sobą przez sieć (używając liczb, które autor określa jako adresy IP; kiedy to pisał, fejs był w powijakach, aczkolwiek były już komunikatory) wymieniając enigmatyczne wiadomości. W pozostałym czasie obserwują powolne wymieranie niedobitków homo sapiens.

Daniel1 spotkał i poślubił Isabelle. Małżeństwo się rozpadło, kiedy ta zaczęła się starzeć, czyli tuż po czterdziestce. Autor najwyraźniej ma gerontofobię, tylko tym mogę wytłumaczyć te peany na cześć młodego ciała oraz wyrażane na wielu stronach obrzydzenie starzejącym się. Daniel24 natomiast rozmawia przez sieć z Marie22, która przed śmiercią prosi go o pokazanie członka, bo to taki nader istotny widok przecież. Wywracałam oczami tak, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Michel, może byś wyjął głowę z miejsca, w którym ją trzymasz, i przyjął do wiadomości, że… a zresztą nieważne. Podejrzewam, że ma ją tam przyrośniętą na stałe. (Utożsamiam narratora z autorem, ponieważ to jego piąta książka, którą czytam, i w żadnej nie ma niczego innego.)

W połowie książki narrator spotyka artystę, który mu mówi, że rewolucjonista musi na brutalność świata odpowiadać większą brutalnością. Daniel wyciąga z tego wniosek, że on przecież też, jak taki rewolucjonista, odpowiada dosadnym dowcipem na brutalność świata(i, jak się domyślamy – dlatego ta powieść jest również taka). Nie zauważa niestety, że głoszenie ze sceny (lub pisanie czarno na białym) tekstów seksistowskich i rasistowskich to bynajmniej nie ośmieszanie przemocy, tylko właśnie jej generowanie.

Wcześniej Daniel trafia do sekty elohimitów, co jest książkową nazwą istniejących w naszej rzeczywistości raelian. Ci wierzą, że ich prorok otrzymał wskazówki od pozaziemskiego ludu Elohim, twórców homo sapiens, którzy wrócą na Ziemię. Do tego czasu należy się klonować i odmładzać. Jak się domyślamy, to właśnie elohimici stworzyli neoludzi. Pozostaje pytanie, jak do tego doszło. Tymczasem nasz bohater spotyka młodziutką i piękną Esther i się w niej zakochuje, ponieważ jest młoda i piękna (z tych samych powodów Esther nie odwzajemni miłości, i złamie serce narratorowi, co ten będzie jej miał za złe, kompletnie nie rozumiem dlaczego). Przy tej okazji raczy nas swoimi przemyśleniami, jak to wszystkie młode i piękne dziewczyny nie nadają się do niczego oprócz seksu i nawet zakupów komuś nie umieją zrobić, bo tak są egoistyczne. Ech, Danielu czy Michelu, niczego na tym wielkim szerokim świecie nie widzieliście. Niczego. Długo również płakałam ze śmiechu nad pomysłem, że elohimici zrobili reklamy nieposiadania dzieci i one okazały się skuteczne. Nie pojmuję, jak można być znanym pisarzem tak kompletnie niczego nie wiedząc o bliźnich. Gdyby to tak działało, że wystarczy logiczne stwierdzenie, że rozmnażanie się to głupi pomysł, ludzkość wyginęłaby już bardzo dawno temu. Nie pojmuję również pomysłu, że niedobitkom homo sapiens zaniknie mowa. Nie sądzę – mogła się okazać przydatna do przeżycia. Wzruszający poza tym jest dwuzdaniowy opis, jak to w Irlandii i Polsce wiara katolicka ot tak wymarła w ciągu mniej niż jednego pokolenia. Bo tak – bo autor tak sobie wymyślił.

Pod koniec swojej relacji Daniel1 wyznaje, że jednak wierzy w miłość, na co oczami już nie wywróciłam, bo nie miałam siły, i tylko zapytałam cicho i uprzejmie, od kiedy on niby wie, czym jest miłość. Przez 400 stron nie nie zauważyłam, żeby miał choćby najbledsze na ten temat pojęcie. Daniel25 zresztą to stwierdzi chwilę później – przeczytał całą opowieść swego protoplasty, i nadal nie rozumie, na czym to mogło polegać.

Nawybrzydzałam niebezpodstawnie i przyznaję, że czytało się to nadzwyczaj ciężko. Jest jednak coś poruszającego w tym świetnie pokazanym zderzeniu sterylnie i niezmiennie żyjących (wegetujących) bez emocji ani kontaktu fizycznego neoludzi, z naszą współczesnością. Z naszym niezwykle niedoskonałym światem ludzi szukających miłości, stawiających seks na piedestale, złośliwych, cynicznych, pokonanych, walczących, przerażonych, pragnących zmiany.

Zaskakująca jest końcówka. Neoludzkość okazuje się jednak nie być cudownym rozwiązaniem wszystkich problemów. Neoludzie najwyraźniej nadal mają te same skazy, które mieli homo sapiens. Daniel25 odrzuca całkowicie ludzkość we wszystkich jej odmianach. W ostatecznym rozrachunku będzie tak samo samotny jak jego genetyczny pierwowzór, tylko już bez fałszywej nadziei, że mogłoby być inaczej.

„Nie otwieraj oczu” Josh Malerman

Obejrzałam film „Birdbox” nie wiedząc, o czym jest, i okupiłam to intensywnym stresem, bo nie mogę oglądać rzeczy, w których może się stać krzywda dzieciom. Tu zaś bohaterka, Malorie, płynie łódką w dół rzeki, mając ze sobą dwójkę pięciolatków, wszyscy mają zawiązane oczy, bo tylko w ten sposób mogą uniknąć zobaczenia tajemniczych istot, które powodują natychmiastowy obłęd i samobójczą śmierć. Ten wątek przeplatany jest wspomnieniami, zaczynając od momentu, kiedy Malorie dopiero jest w ciąży, a na świecie zaczyna się koszmar.
Książka Malermana (2014), na której podstawie nakręcony został film, jest zbudowana dokładnie tak samo. Zgadzają się również bohaterowie (nieco mniej ich fizyczność). Różnic jest mało, właściwie tylko szczegóły. Napisane jest to bardzo dobrze, wciągająco – oczywiście już wiedziałam, co się wydarzy, więc nie było takiego suspensu, jak w przypadku filmu, ale i tak potrafiłam dokładnie się wczuć w sytuację Malorie. Doskonałe jest tutaj, że zła nie widzimy. Najstraszniejsze, najostrzejsze, największe szpony czy zęby są nadal tylko szponami albo zębami, po pewnym czasie człowiek zwyczajnie przestaje na to reagować, dlatego zresztą zazwyczaj nie czytam horrorów, bo mnie nudzą lub śmieszą. U Malermana jest niewiadome, przeraża sama myśl, że wystarczyłoby tylko spojrzenie.
Film pozbył się książkowych niespójności. Znacznie prawdopodobniejszy jest sposób, w jaki Malorie trafia do domu Toma (w filmie Douglasa). W powieści jest zasugerowane, że istoty mogą dotykać ludzi, co nie trzyma się kupy, wersja filmowa jest lepsza. Poza tym pod koniec książki masowo giną ptaki: gdyby rzeczywiście ginęły na widok istot, to po pięciu latach musiałoby już w ogóle ich nie być, zważywszy, że istoty tam chodzą bezustannie. Nie wspominając o tym, że cały system ostrzegawczy oparty na ptakach nie miałby większego sensu.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 35” (2017)

To ostatni zbiór pod redakcją Dozoisa, który zmarł w ubiegłym roku.
 
Indrapramit Das „The Moon Is Not a Battlefield”. „I was born in the sky, for war” mówi narrator, ale tak naprawdę urodził się na Ziemi, w Kalkucie i został sprzedany rządowi indyjskiemu, żeby zostać żołnierzem, asurą. Teraz natomiast jest żebrakiem ze slumsów koło windy kosmicznej (takie nadzwyczaj oryginalne i symboliczne zderzenie światów ma to być, najwyraźniej). Indie były pierwszym narodem, który założył na Księżycu stałą bazę, za to nie jedynym, który chciał zagarnąć dla siebie więcej terenu. Stąd księżycowe wojny, opisane z dużym realizmem. Poza tym nuda. W połowie żbłavrem bxnmhwr fvę żbłavrexą, zupełnie nie zrozumiałam po co ani dlaczego.

R.S. Benedict „My English Name”. Tingting wchodzi do pokoju 414 w podłym chińskim hoteliku, żeby tam dokonać przemiany w Thomasa Majorsa, który zatrudnia się jako nauczyciel angielskiego. (Autorka faktycznie nauczała angielskiego w Chinach). Cała reszta opowiadania pokazuje nam Chiny z perspektywy ekspata, każąc jednocześnie zastanawiać się, kim właściwie jest narrator. Bardzo dobre.

Rich LarsonAn Evening with Severyn Grimes” Girasol podłącza swój system nerwowy do sieci, żeby śledzić bio-biznesmena Severyna Grimesa, który ma 146 lat, ale zamieszkuje młode atrakcyjne ciało. Girasol go śledzi, kiedy wychodzi z walk bokserskich neuralnych marionetek, żeby za chwilę go porwać. Świetny pomysł “You know, if it weren’t for people like you, puppeteering might have never developed. Religious zealots are the ones who axed cloning, after all. Just think. If not for that, we might have been uploading to fresh blank bodies instead of those desperate enough to sell themselves whole.” Sprawne, fajne.

Carter Scholz „Vanguard 2.0”. Sergei Sergeiivitch Ivashchenko patrzy w dół na Petersburg, byłyby to 60 urodziny jego ojca, który był nastolatkiem w czasie Czernobyla, czyli jest rok mniej więcej 2030. Sergei ended up in Uber’s NSLAM Division: Near Space Logistics and Asset Management i pracuje jako zbieracz śmieci z orbity. Pojawia się tam szef szefów, który życzy sobie, żeby dostarczyć mu Vanguard 1. Ma też inne plany.

Michael Swanwick „Starlight Express”. Flaminio mieszka w starożytnym Rzymie odwiedzanym przez turystów z czterech planet. Ludzie kiedyś budowali międzygwiezdne transmittery, teraz nawet nie wiedzą, jak je wyłączyć. Tymczasem Flaminio spotyka kobietę z bardzo daleka. Dość ładna wizja.

Linda Nagata „The Martian Obelisk”. Nominacja do Hugo 2018.

Kelly RobsonWe Who Live in the Heart„. Ośmioro ludzi żyje w czymś w rodzaju żywego balonu w górnych warstwach helowej atmosfery (nie jesteśmy na Ziemi), przychodzi do nich nowa. “It’s not perfect but it’s better than down below ground. Down there, you can’t move without stepping on someone. Every breath is measured and every minute is optimized for resource resilience. That might be viable, but it’s not human.” Tych, którzy mieszkają stłoczeni pod powierzchnią planety, określa się tu pogardliwym mianem „moles„. Świetnie obmyślony świat.

Ray Nayler „Winter Timeshare”. W zimowym Istambule spotykają się dwie zaprzyjaźnione kobiety, noszące nieznane sobie ciała, zwłaszcza Regina, która nosi ciało męskie i tłumaczy używając mnóstwa niezrozumiałych terminów, że na zwyczajową distro nie mogła sobie tym razem pozwolić. Przez chwilę wygląda, jakbyśmy byli w VR, ale autor podkreśla, że to się dzieje naprawdę. Potem orientujemy się, że są to wskrzeszone zmarłe w cudzych ciałach. W zasadzie nic nowego, ale świetnie napisane, z umiejętnie naszkicowanym bogatym zapleczem. Nie zrozumiałam tylko, dlaczego w symulacjach muszą koniecznie uczestniczyć ludzie.

Nancy KressDear Sarah„. Narratorka ma dwóch kuzynów w więzieniu i generalnie niefajną rodzinę, a zaczyna od tego, że nie widziała innego wyjścia. Za chwilę dowiadujemy się, że jakiś czas temu pojawili się alieni i „gave us the Q-energy. Only they didn’t really give it to us, they gave it to the rich guys in Washington and San Francisco and Seattle and Oklahoma City, who just got a whole lot richer selling it back to the country. “A trade partnership” they called it, but somehow people like us got left out of all the trading. We always do.” Czyli typowa Kress używająca fantastyki do wycieczek socjologicznych. Bohaterka, która świetnie strzela, właśnie wstąpiła do wojska. Only this time, the army was on the wrong side. Broni bowiem alienów przed terrorystami, a rodzina MaryJo alienów nie lubi. Oczywiście znakomicie napisane, świetna bohaterka, zabawne. „Once somebody suggested sniper school, and I was kinda interested until I found out it involved a lot of math. No way„. Zwięzłe, proste, wzruszające.

Alastair Reynolds „Night Passage”. Narratorką jest kapitan statku międzygwiezdnego. Opowiada, jak wybudzona z hibernacji odkryła, że statek jest uszkodzony w wyniku sabotażu the Conjoiners, nie ma silników, i za parę dni zderzy się z tajemniczym czarnym obiektem nie posiadającym grawitacji. Interesujące jest i to, jak sobie radzą z problemami, i to, co było później. Bardzo precyzyjnie obmyślone.

Aliette de Bodard „The Dragon That Flew Out of the Sun”. Tytułowa historia jest opowiadana dzieciom, żeby wyjaśnić, dlaczego pewien układ planetarny został zniszczony. Ale Lan dorasta i dowiaduje się prawdy. Jej lud, Khiet, i Ro toczyli wojnę. A wojny nigdy nie są proste. Kolejne opowieści kolejnych osób ładnie to pokazują.

Naomi KritzerWaiting Out the End of the World in Patty’s Place Cafe„. Narratorce się skończyła benzyna, świat ma się skończyć za 24 godziny, na stacjach benzynowych nie ma już paliwa. Za chwilę się dowiadujemy, że ma w Ziemię walnąć asteroida. Dalej jak w tytule. Subtelne i doskonale realistyczne, niespodziewanie wciągające. Ale nie fantastyka.

James S.A. CoreyThe Hunger After You’re Fed„. Bohater jedzie w okolice Madrytu, żeby odnaleźć swojego idola, tajemniczego pisarza posługującego się pseudonimem Hector Prima. Jest bliska przyszłość, wszyscy mają zagwarantowany dochód minimalny, co bynajmniej nie rozwiązało wszystkich problemów, a być może nawet stworzyło nowe. Ciekawe.

Jack Skillingstead and Burt CourtierAssassins„. Sonia jest zabójczynią, ale w wirtualnym świecie, co nic nie zmienia, bowiem zabita przez nią postać ginie na dobre. Tu nie mogłam w żaden sposób odwiesić niewiary, nie rozumiem bowiem nijak, dlaczego nie można jej odtworzyć z backupu. Reszta mocno Dickowska w klimacie.

Jaine Fenn „The Martian Job”. „My name is Lizzie Choi, and this is the story of how I became the most wanted person in the Solar System„. A wcześniej dostaje wiadomość od swojego brata przyrodniego, zaczynającą się od słów „jeśli tego słuchasz, to jestem martwy”. Następnie z więzienia na Księżycu dzwoni matka, która nb nazywa się Maria Kowalski, i bohaterka decyduje się udać na Marsa, żeby doprowadzić dzieło brata do końca. Amerykanów już na świecie nie ma. Fajny świat, fajna narratorka, bardzo sprawna akcja, gatunek heist, mam do tego słabość. Świetne uzasadnienia starych chwytów, na przykład „On Mars, where you need to circulate a manufactured atmosphere to a lot of people living in sealed, confined spaces, you really do need some person-sized ducts„. Bardzo fajne.

Lavie Tidhar „The Road to the Sea”. Post-apo ekologiczne. Narratorka nie widziała dawnego (naszego) świata, ale starzy ludzie jej o nim opowiadali. Teraz sama opowiada swoim wnukom. Króciutkie, rzewne.

Greg EganUncanny Valley„. W pierwszej części bezimienny bohater wspomina z niezwykłą dokładności różne rzeczy, na przykład maszynę do pisania. W drugiej Adam wybiera się na pogrzeb the old man choć ten przestrzegał go przed tym. Niedługo okazuje się, że jest spadkobiercą, ku niezadowoleniu rodziny. I nie tylko spadkobiercą: posiada 70% wspomnień the old man, i jest androidem, czyli w świetle prawa nie osobą. Nie może latać samolotem, chyba że ze zdezaktywowaną świadomością i w kawałkach (pomijając kawałkowanie, reszta brzmi nawet dość kusząco). Opowiadanie jest natomiast o tym, jak Adam stara się dociec, co ukrywają luki w jego pamięci. Interesujące coś w rodzaju kryminału.

Indrapramit DasThe Wordless„. NuTay sprzedaje chai podróżnikom w gwiezdnym porcie. „The starship. The sky. The dun hills. The port plain. They knew this, and this only.” Przedziwna rzecz, to wizja zdecydowanie bardziej poetyczna niż realistyczna, zwłaszcza podróżowanie na zewnątrz statku gwiezdnego, ale jakoś to wszystko razem się sprawdza, choć pierwsza połowa nudna, oraz ciężko przywyknąć do konsekwentnego braku płci. Każdy bohater jest „they”.

Jessica Barber and Sara SaabPan-Humanism: Hope and Pragmatics„. Autorki to Amerykanka i Libanka mieszkająca w Londynie, które najwyraźniej poznały się na Clarion Writers’ Workshop w 2015. Jesteśmy w Bejrucie cierpiącym na brak wody. Szesnastoletni Amir mydli się w misting rooms, czyli publicznej łaźni, i tam poznaje Mani. To nowy świat, pełen humanizmu, ekologii, i nieustannego rozwoju osobistego, co jest fantastycznie odmalowane. Poza tym mocno naiwne, aż chwilami się zastanawiałam, czy to nie ironia. Irytują mnie również pomysły, że w świetlanej przyszłości wszyscy będą biseksualni i poliamoryczni, bo przecież wystarczy, że odrzucą błędne stare zahamowania i już.

Harry Turtledove „Zigeuner”. Hauptsturmführer Joseph Stieglitz znajduje się po zachodniej stronie Balatonu. Po wschodniej Wehrmacht, Waffen-SS i armia węgierska walczą z Armią Czerwoną. Jesień 1944, już wiadomo, że wojnę przegrają. Esesman Stieglitz natomiast zajmuje się łapaniem Cyganów, przewożonych do obozów koncentracyjnych w Polsce. Nie brzmi jak fantastyka. Dużo wyjaśniania, że w obozach ludzie ginęli, co polskiemu czytelnikowi wydaje się niepotrzebne, ale to nie dla niego przeznaczone. Sama końcówka uświadamia nam, że to historia alternatywna.

Alec Nevala-Lee „The Proving Ground”. Grupa ludzi żyjących na morzu, na platformach, chce ustawić na plaży farmę wiatrową, żeby mieć własną energię, ale po ustawieniu w wiatraki tłumnie wlatują rybitwy. Bardzo szczegółowa technika połączona z eko-post-apo oraz „Ptakami”; niezłe.

Tobias S. BuckellZen and the Art of Starship Maintenance„. Na statku kosmicznym, który właśnie stoczył wielką bitwę, o pomoc prosi narratora niejaki Armand, człowiek. Narrator jest robotem i odrobinę przypomina Murderbota – oba opowiadania ukazały się niemal jednocześnie. Znakomite do końca, bardzo starannie przemyślane, dowcipne, z inteligentnymi mrugnięciami okiem. Nie pojmuję braku nominacji do nagród (do Sturgeona miało).

Sean McMullen „The Influence Machine”. „With the Twentieth Century only months away, education for police is becoming important„, wiktoriański narrator więc naucza konstabli o elektryczności i odciskach palców, jest bowiem policjantem naukowcem. A potem wzywają go, żeby zbadał poczynania pewnej pani, która zbudowała przedziwną maszynę. Będę nudna, znowu doskonale napisane do nieoczywistego końca.

Nancy Kress „Canoe”. „After this, there will never again be a very first approach to an alien star system by humans. The four of us are human, and we often treat Reuben like one, although personally I have my doubts about Peter.” Układ gwiezdny to Luhman 16, w opowiadaniu mający 6 planet. Jest też napęd Yi, właśnie testowany po raz pierwszy. To poza tym chyba pierwszy raz, kiedy widzę u Kress bohaterów w kosmosie, ale ludzie nadal są ludźmi. „The pool of dark in each human being, under the thin exterior, can be terrifying.” Ładne, tylko astronomia zupełnie tu nie daje rady.

Kelly Jennings „The History of the Invasion Told in Five Dogs”. Dokładnie to, co w tytule. Krótkie i trochę łamiące serce.

Silvia Moreno-Garcia „Prime Meridian”. Bliska przyszłość, Amelia mieszka w Mexico City, w Europie jeżdżą automatyczne taksówki, ale tu nie, bo nie dają sobie rady z ruchem. Są również kolonie na Marsie, o których bohaterka marzy. Na razie mieszka kątem u siostry i jest zawodową przyjaciółką (w Japonii już takie rzeczy istnieją), i wynajmuje ją były facet, który ją rzucił bez słowa. Bardzo piękne, znakomicie odmalowana atmosfera, tylko to w ogóle nie fantastyka.

Ian McHugh „Triceratops”. Narrator leci z Australii do „the Athabasca-Slave Conservation Park in Canada, where modern science has resurrected the Pleistocene.” Są tam mamuty oraz Neandertalczycy, ale ci są nielegalni w 150 krajach świata i obłożeni fatwą. Styl reporterski, bardzo realistyczny kawałek świata.

Eleanor Arnason „Mines”. Narratorka szkicowo opowiada, jak była żołnierką w czasach, w których podróż szybsza niż światło okazała się możliwa, znaleziono planetę z odpowiednią atmosferą, i dwa mocarstwa światowe (EurUsa i RuChin) nie mogły się dogadać, jak ją między sobą podzielić, więc wybuchła wojna. Przeniesiona do rezerwy z powodu PSTD narratorka zostaje na planecie i używa wielkoszczura gambijskiego (importowanego z Ziemi) do wykrywania min zrzucanych przez wroga na pola. Zaskakujące opowiadanie, bardzo rzeczowe, niemal przyziemne.

Rich Larson „There Used to Be Olive Trees”. Valentina o poranku czeka prueba. Czwarta. Nikt przed nim nie zdawał więcej niż trzykrotnie. Ucieka z Miasta, nosząc wspomagający go nanoshadow, i spotyka dzikusa, który zabiera mu wyposażenie. Valentin ma na głowie implant pomagający mu rozmawiać z bogami, ludzie jak on zwani są prorokami (tyle, że on nadal nie zdał egzaminu). Klasyczna zapomniana technologia nieodróżnialna od magii. Dość nieoczekiwany obrót spraw pod koniec.

Bill Johnson „Whending My Way Back Home”. W poprzednim zbiorze (34), jest „When the Stone Eagle Flies” tegoż autora, razem z dwoma innymi stanowią serię Martin & Artie, o niefortunnym podróżniku w czasie, który musi pilnować właściwego obrotu spraw. Tu się wyjaśnia, dlaczego Kartagina przegrała z Rzymem.

Madeline AshbyDeath on Mars„. Do ekipy kobiet na Phobosie (na Marsie ludzie jeszcze nie wylądowali) przylatuje specjalista z Ziemi i wręcza im prezenty od rodzin. Donnie truciznę. Z Phoboas kierują maszynami na Marsie, żeby tam zbudować pomieszczenie mieszkalne przed przylotem załogi z Ziemi, ale zepsuły się wiertła, samo życie. Cudownie realistyczne, bardzo przejmujące.

Bruce Sterling „Elephant on Table”. Ostatni włoski premier, w świecie, w którym Włochy już nie istnieją, ma 104 lata i dom na Sardynii. Przedziwna rzecz, fantastyczna satyra, miejscami zabawna, ale ogólnie nudnawa.

Suzanne Palmer „Number Thirty-Nine Skink”. Jesteśmy na pustynnej planecie o dwóch słońcach. Narratorka drukuje jaszczurkę i tęskni za Mikiem. Jest maszyną z AI porzuconą tutaj i kontynuującą swoje instrukcje. Wzruszające, choć trochę na siłę.

Vina Jie-Min Prasad „A Series of Steaks”. Nominacja do Nebuli i Hugo 2018, jeden z moich faworytów.

Finbarr O’ReillyThe Last Boat-Builder in Ballyvoloon„. Narrator w Ballyvoloon (Cork, Irlandia) spotyka pana rzeźbiącego kałamarnice. Potem ma przelecieć nad wodą. Tam zaś żyją gigantyczne kałamarnice, stworzone przez ludzi w szczytnym celu. Nieco chaotyczne zakończenie, ale pomysł bardzo fajny.

Robert Reed „The Residue of Fire”. Znowu the Great Ship, ciekawe czemu Dozois się tak na to uparł. Nieśmiertelny człowiek siedzi i pije herbatkę z alienem, który porusza się tylko między alternatywnymi rzeczywistościami (wybierając tę, w której siedzi i pije herbatkę, oczywiście). Następnie człowiek wysyła aliena na poszukiwanie innego człowieka. Bardzo dziwne, niestety nieco się ugina pod ciężarem własnej dziwności. To jest ten klasyczny problem pisania o obcej fizyce, kulturze i świadomości językiem ludzkim. Nie da się (chyba, że się jest Dukajem, ale to nie ten przypadek).

Maureen F. McHughSidewalks„. Narratorka zjawia się w klinice psychiatrycznej, żeby dokonać badania. Jest specjalistką od mowy. Próbuje się porozumieć z pacjentką. Ładne, świetni bohaterowie, ale trochę mi się nie zgadzało, fxbeb Znyav wrfg m eójabyrtłrw yvavv pmnfbjrw, gb fxąq zójv j Byq Ratyvfu?

Michael F. FlynnNexus„. W elokwentnym wstępie jest mowa o tym, że zbiegi okoliczności są tylko zbiegami okoliczności, nie ma w nich głębszego sensu, chance is not a cause, no matter how nearby she lurks. Następnie poznajemy Siddhara Nagkmura, który siedzi w barze i pije, a potem z niego wychodzi i widzi, jak trzech typków usiłuje się włamać do jego maszyny czasu. Dalej jest więcej zaskoczeń, sporo więcej. Niesłychanie zabawne i lekko odurzające, ponieważ jest tu podróżnik w czasie, wielopłciowy obcy, android, bogowie akadyjscy, I Ching, i mnóstwo innych rzeczy, wszystko zmieszane w perfekcyjny amalgamat pełen aluzji. Fantastyczne w licznych znaczeniach tego słowa.

 

-> 34