Maltuzjanka

Kiedy koleżanka opowiedziała mi o przejawie agresji, jaki ją spotkał zupełnie przypadkiem, podzieliłam się z nią moją hipotezą, która głosi, że podświadomie jako gatunek czujemy, że zrobiło się nas za dużo, stąd narastająca w ludziach agresja i podziały. Koleżanka spojrzała na mnie kątem oka i rzekła „to ty taka maltuzjanka jesteś!”. W pierwszym odruchu się oburzyłam, że zaraz takie określenia – ale przeludnienie jest złe, i to jest fakt. Koleżanka oględnie stwierdziła, że to hipokryzja, bo mamy przecież dzieci (ona właśnie urodziła drugie, więc nie był to najlepszy moment na takie dywagacje), miałam jednak odpowiedź i na to – dopóki ograniczamy się do najwyżej dwójki, jest ok. Biorąc pod uwagę kobiety, które nie chcą lub nie mogą mieć potomstwa, ta cyfra zapewniłaby nam przedłużenie gatunku zmniejszając jednocześnie łagodnie jego liczebność.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, lecz przystosował się do życia w niewielkich grupach. Są badania mówiące, że ogarniamy umysłem około 500 znajomych, a 1500 jesteśmy w stanie rozpoznać z twarzy (to jest, jeśli nie mamy prozopagnozji – ja rozpoznaję po twarzy może ze cztery osoby, i to niekoniecznie znajome). Zwierzęta też żyją w stadach, których liczebność ulega zmianie z powodu naturalnych wrogów, więc w obrębie gatunku nie muszą już ze sobą walczyć – robią to tylko tak silne zwierzęta jak lwy. Problem homo sapiens polega na braku wrogów. Przez tysiąclecia utrzymywał więc swoją ekspansję w ryzach we własnym zakresie, tworząc zwalczające się grupy. W ostatnich czasach na świecie zapanował niespotykany pokój, gatunek ludzki rozmnaża się więc niepohamowanie. Uważam, że nasza podświadomość ostrzega nas przed płynącym z przeludnienia niebezpieczeństwem, stąd narastająca wrogość i wyraziste podziały na „my” i „oni”. Podświadomość szuka drogi do przetrzebienia homo sapiens. I znajdzie ją. Zawsze byliśmy swoim najskuteczniejszym wrogiem. Natura wiedziała co robi, wbudowując nam ograniczniki.

„Tamte dni, tamte noce” André Aciman

Książka leżała na kindlu, i leżała, i leżała, ponieważ wprawdzie zazwyczaj nie pamiętam filmów, ten jednak pamiętałam doskonale, łącznie ze swoją żywiołową antypatią do jednego z głównych bohaterów. Obawiałam się, że to wspomnienie wpłynie negatywnie na odbiór powieści. Otóż niesłusznie. Owszem, charakterystyczne „later” natychmiast zadźwięczało mi w uszach (tłumacz zdecydował się na dosłowne „później”, naturalniej po polsku zabrzmiałoby „na razie” czy wręcz „narka”), i potem też przed oczami miałam kadry z filmu, natomiast zasadnicza różnica jest taka, że tu mamy wgląd w Elia, narratora pierwszoosobowego. Reżyser i aktorzy zrobili doskonałą robotę oddając jego stany ducha, ale nadal – z zewnątrz wielu subtelności nie widać tak, jak opowiada o nich bohater. A o tym właśnie jest opowieść. O pierwszym zakochaniu, niosącym w dodatku smak zakazanego owocu. O wiwisekcji własnych, sprzecznych uczuć – intensywnych, jak żadne później już nie będą. Aciman umiejętnie podszywa tę relację nostalgią. Wiemy od początku, że opowiada to człowiek sporo starszy, który dopiero z perspektywy czasu wie, co naprawdę go spotkało, wtedy, tamtego lata. To wybija się też na pierwszy plan w filmie, stąd podobał mi się polski tytuł. Dopiero z książki widzę, jak istotna jest tu oryginalna zamiana imion, symbolizująca tak totalne pragnienie splecenia się z drugą osobą, żeby aż się nią stać.

Film jest bardzo wierny książce, natomiast urywa się przed jej zakończeniem. Słusznie. Płakałam nad nim tak, że przemoczyłam sobie nie tylko poduszkę, ale i kołdrę, mimo że nie dzieje się tam nic, co by taką reakcję usprawiedliwiało. Te strony są dojmująco, przeraźliwie smutne. Autor z niezrównaną maestrią pokazuje, że za każde przeżyte w życiu piękno trzeba zapłacić jego utratą. Że gwiazdy są nam dane tylko raz. Że raj naszej młodości, który wtedy przyjmowaliśmy za coś oczywistego i danego raz na zawsze, przemija, i nie ma doń powrotu. Bardzo piękna, przejmująco smutna książka.

Zuzance też się podobała.

„Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantki” Kamila Czul

Pani Kebab bynajmniej nie sprzedaje kebabów, jak sądziłam w pierwszej chwili, widząc tytuł. Mieszka w Anglii, w mieścinie pod Notthigham oraz w Leeds (te dwa miasta pojawiają się tu na przemian) i uczy tam angielskiego w szkole, gdzie trafiają uczniowie, którzy sobie nie radzą gdzie indziej. Zbieranina Polaków, czeskich oraz słowackich Cyganów, i wszelkich innych narodowości, których rodziny nierzadko ocierają się o więzienie. „Nazwa mojego stanowiska pracy brzmi: asystent ds. języków wschodnioeuropejskich. Uznali pewnie, że wsio rawno, Lech, Czech czy Rus, i już pierwszego dnia pracy okazało się, że moi nowi uczniowie to wyłącznie czescy i słowaccy Romowie. Miałam szczęście, że moją pierwszą podopieczną została Katrina, fajna, inteligentna dziewczynka, która uczyła mnie czeskiego z równą cierpliwością, co ja ją angielskiego„.

Narratorka posługuje się niezwykle barwnym i potoczystym językiem, nie unikając wulgaryzmów, ale to, co opisuje, dorównuje stylowi. Jest raczej gorzko i przejmująco niż zabawnie, choć bywa i tak. To pierwsza część. W drugiej są migawki z rozmaitych prac zleconych: autorka pracowała jako tłumaczka, na przykład przy policyjnym nalocie na burdelik, gdzie pracowały Polki. Jak się okazało, z własnej woli, zachwycone warunkami.

Biblioteki

Siedem lat później postanowiłam dopisać ciąg dalszy o bibliotekach mego życia.

Czwarta, a właściwie trzy czwarte, była duża biblioteka niedaleko od naszego domu – szło się koło mojej podstawówki, jeszcze kawałek prosto, przez skwer na skos (teraz na skos nie można, zbudowano tam muzeum), jeszcze kawałek, i były wąskie drzwi do trzypiętrowego raju. Na samej górze biblioteka dla dzieci, niżej dla młodzieży, na dole dla dorosłych. Z tej dziecięcej korzystałam chyba relatywnie niewiele, bo musiałam tam chodzić z Mamą (aczkolwiek utkwił mi w pamięci „Pinokio”, do którego żywiłam uczucia mieszane – jakoś za dużo nieszczęść go spotykało), natomiast po drodze do niej przechodziło się obok cudnego małego okrągłego okienka, które fascynowało mnie prawie tak jak księgozbiór. W późniejszych klasach podstawówki usamodzielniłam się i zaczęłam łazić co najmniej raz w tygodniu na spacerek do tamtejszej biblioteki na pierwszym piętrze. Pamiętam z niej obfity wybór powieści Erskina Caldwella, które dlaczegoś mi się straszliwie podobały, oraz Steinbecka „Pastwiska niebieskie”, które podobają mi się do dzisiaj. I „Grendela” Johna Gardnera. I Borgesa. I Cortazara. I.

Potem była biblioteka licealna, i tu zaskoczenie, ponieważ nie korzystałam z niej praktycznie wcale. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Zdaje się, że nie było tam wolnego dostępu do półek, co w moim pojęciu natychmiast przekreśla ideę biblioteki, a nawet zaprzecza jej definicji. Pożyczyłam tam zaledwie parę książek w ciągu czterech lat edukacji. Był w wśród nich jednak tom wierszy Herberta, co sprawia, że nie mogę z czystym sumieniem tej biblioteki wykreślić ze spisu. W liceum zapisałam się również do biblioteki British Council i zakochałam się natychmiast w ich systemie kopertek i kart książek. Poza tym pożyczyłam z niej „Franky Furbo” Whartona, którego „Ptaśka” uwielbiałam, i przeżyłam pierwsze w swoim życiu świadome zetknięcie z grafomanią. Bolało – ale tak dalece nie ufałam swojej zdolności oceny, że przeczytałam ją do końca, a nieco później pożyczyłam jeszcze polski przekład i też go przeczytałam, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem autor „Ptaśka” napisał tak złą książkę. Ba, gwoli całkowitej pewności przeczytałam jeszcze z 10 jego kolejnych książek (w tym naprawdę potwornych „Spóźnionych kochanków”, którym nawet Paryż nie pomógł, a to już jest wyjątkowa sztuka). No cóż, zawsze byłam uparta. Z British Council wyjątkowo wyraziście pamiętam też „Vermillion Sands” Ballarda, jednego z najdziwniejszych i najciekawszych brytyjskich autorów sf. Niezwykle nastrojowy zbiór opowiadań, do dziś nie przełożony na polski, a szkoda. Biblioteka British Council była również pierwszą, w której miałam problem z terminem oddawania – po angielsku czytałam jednak sporo wolniej niż po polsku. W pozostałych bibliotekach problemem było raczej ograniczenie na liczbę pożyczanych książek, które zresztą niejednokrotnie przekraczałam, posługując się siłą sugestii i wrodzonym urokiem osobistym. Parę razy też zdarzyło mi się zanieść do jednej biblioteki książkę z innej, co nieodmiennie zadziwiało bibliotekarki.

Biblioteka na wydziale posiadała oczywiście jedynie podręczniki i inną literaturę fachową, więc była znacznie mniej interesująca, poza tym też nie było swobodnego dostępu do półek i trzeba było pożądaną pozycję zamawiać. Bywałam w niej jednak często, bo miała przecudną, świeżo odnowioną czytelnię z niesłychanie wygodnymi fotelami. Można się nawet było w nich nieco zdrzemnąć pod pozorem nauki.

Po przeprowadzce do Wrocławia okazało się, że dorosłe życie oznacza chodzenie do pracy, a to jest niekompatybilne z chodzeniem do bibliotek, które się zamykały bodaj o 18. Na szczęście okazało się również, że w tym pięknym mieście biblioteki są czynne w soboty, co spowodowało, że zapisałam się do biblioteki osiedlowej, do biblioteki nieco dalej, gdzie był lepszy wybór, oraz do biblioteki w Rynku, gdzie wyboru nie było w ogóle – prawie dosłownie puste półki, pewnie dlatego, że zapisany tam był cały Wrocław. Obok natomiast była biblioteka obcojęzyczna, do której też uczęszczałam z radością, a pamiętam z niej wyjątkowo szczegółowe rewersy, których wypisanie zajmowało całe długie minuty. A na dole było przyjemne stoisko z fantastyką. Wychowana byłam w przekonaniu, że książek się nie kupuje, ewentualnie wyjątkowo, bo przecież są biblioteki. Zawsze było w domu coś pilniejszego do kupienia. Już w dorosłym życiu pewnego dnia nagle do mnie dotarło „ach, przecież ja zarabiam pieniądze, stać mnie, mogę sobie KUPOWAĆ KSIĄŻKI!”. I właściwie wtedy dopiero odkryłam księgarnie. Wracając jednak do tematu bibliotek, tej na Sztabowej wierna byłam jeszcze po mojej przeprowadzce do własnego mieszkania, chociaż zupełnie nie było mi to po drodze. Tak było aż do wyjazdu z Polski, i pewnie nadal gdzieś tam mam kartę z tej właśnie biblioteki.

A potem przyjechałam tu, rozeznałam się w kwestii bibliotek, okazało się, że muszę przynieść dowód zamieszkiwania (justificatif de domicile), a zanim się takiego doczekałam, pragnienie zapisania się do biblioteki zeszło chwilowo na dalszy plan. Potem z kolei zaczęłam mieć obsesję, że muszę czytać po polsku, bo przecież inaczej natychmiast zapomnę języka ojczystego, i zaczęłam się zaopatrywać w książki polskie (z pewnością zadziałał tu mechanizm, że pożądane jest to, co niedostępne aktualnie). Moje obecne miejsce zamieszkania ma jedną kartę działającą we wszystkich lokalnych bibliotekach, bardzo dobry wynalazek. Nauczyłam się zamawiać w nich książki przez internet, po czym loterią jest, do której z dwóch głównych mediatek dostarczą zamówienie, i czy w mailu udzielą informacji właściwej, czy jednak mylącej. Odwiedzamy też regularnie jedną mniejszą bibliotekę, żeby pożyczać tam lektury dla dziecka. Przy tej okazji nieodmiennie ciekawie zerkam na półki, pamiętając jednak, że na kindlu czeka kolejka.

Poza tym w moim życiu były rozmaite małe wypożyczalnie na wakacjach, oraz zostawało pożyczanie książek od znajomych. W ten sposób na wakacjach z rodzicami nad morzem, gdy szłam do pierwszej klasy, przeczytałam „Mity greckie”, nie pamiętam które, ale chyba Markowskiej (te miałam na pewno w domu) i to była kolejna moja miłość na długie lata, do tego stopnia, że konkurs mitologiczny w pierwszej klasie liceum wygrałam w cuglach i właściwie nawet się do niego nie przygotowując. Do dzisiaj, kiedy jestem u kogoś w gościach, sprawdzam, co ma na półkach. Ponieważ znajomych dobieram sobie starannie, zazwyczaj kończy się to wyciągnięciem szczególnie interesującej pozycji i odkryciem czegoś, w co muszę potem się zaopatrzyć we własnym zakresie, żeby spokojnie doczytać. Tak było na przykład ze „Stulatkiem, który wyskoczył przez okno” oraz „Panem Lodowego Ogrodu„.

„Moc srebra” Naomi Novik

W pierwszej osobie opowiada nastoletnia córka lichwiarza. Jesteśmy w bezimiennym miasteczku między Wyżnią a Minaskiem, car w Koronie się zupełnie tym miejscem nie interesuje, a lichwiarz ma zbyt miękkie serce i jego rodzina przymiera głodem. Kiedy matka zaczyna chorować, to Mirjem bierze sprawy w swoje ręce, twardo żądając spłaty długów. Tak trafia do mieszkającego na odludziu wieśniaka, który mówi, że nie ma czym zapłacić. Ma jednak wysoką, silną, jasnowłosą córkę Wandę. Merjem żąda, żeby ta przychodziła do nich do domu odpracować dług. W drugim rozdziale przemawia właśnie Wanda, również w pierwszej osobie (ten sam zabieg stylistyczny, co w „Królestwie„). Okazuje się, że bardzo jej odpowiada praca u rodziny lichwiarza: unika w tej sposób pięści ojca, oraz zagrożenia, że sprzeda ją jakiemuś facetowi. Dostaje też jeść, co jest miłą odmianą po domu rodzinnym.

Wspaniała jest ta narracja, cudownie pomyślany, niesamowicie plastyczny świat, choć przecież zbudowany rzeczowo i skromnie: z zimy, śniegu, i biedy. Od pierwszego akapitu się tam przenosimy w całości. Zaskoczyło mnie, że rodzina lichwiarza to Żydzi, z wszelkimi płynącymi z tego konsekwencjami, po czym przypomniałam sobie o „Związku żydowskich policjantów„. O tym, że to fantasy, przypomina kilka wzmianek o Starzykach. Nic o nich nie wiadomo, poza tym, że mają własną drogę „lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg”, czasem napadają na podróżnych zabierając złoto, a ich przejściu towarzyszy przenikliwy mróz.

W tej książce dziewczyny są niewiele więcej niż tylko przedmiotami zależnymi od woli męskiej. Na los wszystkich bohaterek mają wpływ ich ojcowie: alkoholizm, ambicja, czy przeciwnie, brak woli. Klasycznym ratunkiem byłaby oczywiście ucieczka w małżeństwo. U Novik jednak nie jest ono bynajmniej chciane, i jest to zmiana ze złego na dużo gorsze. Dziewczyny muszą ratować się sprytem, nic więcej im nie pozostało.

Po tej baśniowej konwencji nie spodziewałam się specjalnej oryginalności. Błąd. Kraina i zasady Starzyków są doskonale obmyślone, łącznie z barierą uniemożliwiającą porozumienie. Novik z lodowatą precyzją pokazuje, jak się gra w grę, której reguł nikt nie zamierza nam ujawnić, ponieważ w jego oczach jesteśmy z założenia istotą niższą, bezwartościową. Jak spełnianie przez bohaterki stawianych im wymagań nie prowadzi bynajmniej do nagrody, tylko do spiętrzenia kolejnych zadań, aż do nieuchronnego końca. A do tego koronkowo spleciona narracja, przemyślana akcja, i polityka rodem wcale nie z baśni. Oraz Stepon, który robi wrażenie kogoś z innej bajki, a przecież doskonale wkomponowuje się w całość.

Nie jestem całkiem przekonana do zakończenia, bo pachnie flaqebzrz fmgbxubyzfxvz, mimo postawionych przez Mirjem warunków. Choć z drugiej strony jej wybór daje się uzasadnić i zrozumieć. Przykro mi też z powodu polskiego tytułu, znacznie banalniejszego niż oryginalne wieloznaczne „Spinning Silver”, choć przyznaję, że na „Wirujące srebro” bym się nie odważyła. Książka w oryginale ukazała się w ubiegłym roku i ma nominację do tegorocznej Nebuli powieściowej.

„Genialni” Eric Weiner

Trafiłam na tę książkę przypadkiem, szukając „Genialnych” Urbanka, i od razu ją też kupiłam, ponieważ bardzo mi się podobały poprzednie książki Weinera.

W „Genialnych”, których oryginalny tytuł to „Geografia geniuszu”, autor usiłuje zrozumieć, co sprawiało, że w pewnych epokach i miejscach zdarzała się koncentracja osób wybitnych. Niestety przedwojennego Lwowa pod uwagę nie bierze, a potwierdzał on tę regułę. Startujemy oczywiście w Atenach, z którymi w czasach filozofów mieszkańcy byli niezwykle związani. Stąd dotkliwość kary ostracyzmu. Weiner utożsamia geniusz z kreatywnością i stara się dojść do tego, jakie są sprzyjające jej warunki. Nie można żyć w raju, to na pewno. Okazuje się również, że amatorom perspektywa nagrody przeszkadza, profesjonalistom natomiast pomaga. Zgodnie z intuicją odkrywamy też, że potrzebna jest iskra talentu, ale jeszcze bardziej pracowitość.

Weiner jednak wyjeżdża z Aten bez jasnych konkluzji i udaje się do Chin. To było pewne zaskoczenie. Niby pamiętam Marco Polo, ale przywykłam jednak w dzisiejszych czasach, że Chińczycy są raczej sprawnymi odtwórcami pomysłów innych. Tymczasem za czasów dynastii Song było całkiem odwrotnie. To przecież Chińczycy wynaleźli wszystko – dosłownie wszystko. Miasto Hangzhou, opisane przez Marca Polo w XIII wieku, miało co najmniej milion mieszkańców. Kiedy w Europie nurzano się w brudzie i umierano na rozmaite choroby, Chińczycy mieli świetną medycynę i dbali o higienę. Co się z tym stało potem, oto zagadka.

Po Chinach, gdzie autor odkrył genialną herbatę, wraca do Europy: tym razem Florencja i wspomnienie szesnastowiecznych malarzy. Tu sprawa jest jasna: wynaleziono pieniądz i banki, banki miały pieniądze, zwłaszcza jeden, de Medici. Ci oprócz bogactwa lubili piękno, więc zamawiali obrazy i rzeźby. Po śmierci Michała Anioła odkryto, że pod łóżkiem zgromadził małą fortunę, choć za życia z niej nie bardzo korzystał. To stoi w jaskrawej sprzeczności z wcześniejszym stwierdzeniem, że do kreatywności potrzeba, żeby było w życiu trudno.

Z Florencji jedziemy na północ: Edynburg. Komu się wydaje, że geniuszy tam nie było (a może się wydawać, epoka osiemnastowiecznego Scottish Enlightement nie ma nawet swojego hasła w polskiej wikipedii), niech pomyśli o rowerze, lodówce, znieczuleniu przy operacji, higienie: wszystko tam. Bez filozofa Davida Hume’a nie byłoby Darwina. A bez Szkotów nie byłoby być może Kalkuty, gdzie przenosimy się następnie. Potem Wiedeń, dwa razy: najpierw Mozart z Beethovenem, a potem Freud. W Wiedniu były wspaniałe kawiarnie, gdzie genialni się spotykali, co natychmiast każe nam pomyśleć o lwowskiej Szkockiej. A na koniec współczesna Dolina Krzemowa. Czy Steve Jobs był geniuszem? Czy w ogóle Dolinę Krzemową można postawić obok Wiednia, Florencji, Aten?

Żeby geniusz miał sens, musi trafić w swój czas. Łódź podwodną skonstruował w 1620 Holender Cornelis Drebbel. Działała. Wyśmiano go, uznano, że to nieprzydatna zabawka, i nikt o nim nie pamięta. Takich przypadków w historii oczywiście jest o wiele więcej.

Weiner jest Amerykaninem, i to książka dla Amerykanów, autor czasem więc tłumaczy rzeczy oczywiste, a czasem udaje głupszego niż jest – trudno mi uwierzyć, że oczytany dziennikarz nie zna muzycznego terminu „adagio”. Do tego dochodzi nienadzwyczajne tłumaczenie. Bardzo dosłowne, często widać składnię angielską. Tłumacz najwyraźniej nie wie, że de Medici po polsku to Medyceusze, a Galleria degli Uffizi jest jego zdaniem „ikoniczna”. Ale i tak czytało się świetnie.

„Once Upon a River” Diane Setterfield

Koniec XIX wieku, brzegi Tamizy, jesteśmy w miasteczku Buscot, 35 km na zachód od Oxfordu. Życie toczy się w pubach, z których każdy ma swoją specjalność. Pod Łabędziem opowiadają historie. Aż sami staną się częścią jednej z nich, kiedy pewnej nocy w drzwiach stanie bardzo poraniony mężczyzna trzymający w ramionach martwe dziecko. Nieoczekiwanym gościem zajmuje się miejscowa pielęgniarka Rita. A potem poznajemy innych bohaterów opowieści. Jest wśród nich małżeństwo Armstrongów, on jest czarny, co budzi strach w nieznających go ludziach, ale ma dobre życie i byłby bardzo szczęśliwy, gdyby nie jego pierworodny syn. Jest małżeństwo Vaughanów: kiedy poprosił Helenę o rękę, postawiła warunek, że musi móc zabrać ze sobą swoją łódkę. Ci też byliby całkiem szczęśliwi, gdyby nie straszna strata, która ich spotkała dwa lata wcześniej. Łabędzia natomiast prowadzi Margot, która urodziła 12 córek, a na koniec syna Jonathana, który nie jest zwyczajnym chłopcem. Jest jeszcze Lily White, która pracuje u proboszcza, wcale się tak nie nazywa naprawdę, i ukrywa dużo więcej, niż swoje nazwisko. Wszystkich ich połączą wydarzenia w Łabędziu. I rzeka.
Narracja jest tu bardzo niespieszna, nie dzieje się wiele. Fabuła meandruje jak Tamiza, która jest główną bohaterką. Czasem płynie bardziej wartko, czasem zatrzymuje się w rozlewisku, czasem nieoczekiwanie skręca. To oczywiście powieść wiktoriańska, bardzo starannie zrobiona, z nutką niesamowitości. Miejscowa legenda głosi, że niegdysiejszy przewoźnik, Quietly, utopił się w rzece i od tego czasu w niej mieszka. Ratuje tych, których na rzece spotyka niebezpieczeństwo, chyba że nadszedł ich czas – wtedy przeprowadza ich na drugą stronę.
Jednym z bohaterów jest fotograf, zamierzający wydać książkę ze zdjęciami Tamizy. Robione przez niego portrety są opisane bardzo realistyczne i szczegółowo, byłam pewna, że Setterfield musiała je widzieć. Owszem, jest wzorowany na postaci istniejącej rzeczywiście, a autorka oglądała jego zdjęcia, posługując się metodą tworzenia fabuły podobną do stosowanej przez Riggsa Ransoma. Szkoda w takim razie, że w książce nie ma ilustracji. Mam natomiast przeczucie, że zaraz zrobią z niej serial.