„Małżeństwo doskonałe” Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska

Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę „Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego”. Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był – przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, „jebaką”. Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo… był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny – ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki „Nienachalna z urody„, a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaczek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.

To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do lektury tej książki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s