Biblioteki

Siedem lat później postanowiłam dopisać ciąg dalszy o bibliotekach mego życia.

Czwarta, a właściwie trzy czwarte, była duża biblioteka niedaleko od naszego domu – szło się koło mojej podstawówki, jeszcze kawałek prosto, przez skwer na skos (teraz na skos nie można, zbudowano tam muzeum), jeszcze kawałek, i były wąskie drzwi do trzypiętrowego raju. Na samej górze biblioteka dla dzieci, niżej dla młodzieży, na dole dla dorosłych. Z tej dziecięcej korzystałam chyba relatywnie niewiele, bo musiałam tam chodzić z Mamą (aczkolwiek utkwił mi w pamięci „Pinokio”, do którego żywiłam uczucia mieszane – jakoś za dużo nieszczęść go spotykało), natomiast po drodze do niej przechodziło się obok cudnego małego okrągłego okienka, które fascynowało mnie prawie tak jak księgozbiór. W późniejszych klasach podstawówki usamodzielniłam się i zaczęłam łazić co najmniej raz w tygodniu na spacerek do tamtejszej biblioteki na pierwszym piętrze. Pamiętam z niej obfity wybór powieści Erskina Caldwella, które dlaczegoś mi się straszliwie podobały, oraz Steinbecka „Pastwiska niebieskie”, które podobają mi się do dzisiaj. I „Grendela” Johna Gardnera. I Borgesa. I Cortazara. I.

Potem była biblioteka licealna, i tu zaskoczenie, ponieważ nie korzystałam z niej praktycznie wcale. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Zdaje się, że nie było tam wolnego dostępu do półek, co w moim pojęciu natychmiast przekreśla ideę biblioteki, a nawet zaprzecza jej definicji. Pożyczyłam tam zaledwie parę książek w ciągu czterech lat edukacji. Był w wśród nich jednak tom wierszy Herberta, co sprawia, że nie mogę z czystym sumieniem tej biblioteki wykreślić ze spisu. W liceum zapisałam się również do biblioteki British Council i zakochałam się natychmiast w ich systemie kopertek i kart książek. Poza tym pożyczyłam z niej „Franky Furbo” Whartona, którego „Ptaśka” uwielbiałam, i przeżyłam pierwsze w swoim życiu świadome zetknięcie z grafomanią. Bolało – ale tak dalece nie ufałam swojej zdolności oceny, że przeczytałam ją do końca, a nieco później pożyczyłam jeszcze polski przekład i też go przeczytałam, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem autor „Ptaśka” napisał tak złą książkę. Ba, gwoli całkowitej pewności przeczytałam jeszcze z 10 jego kolejnych książek (w tym naprawdę potwornych „Spóźnionych kochanków”, którym nawet Paryż nie pomógł, a to już jest wyjątkowa sztuka). No cóż, zawsze byłam uparta. Z British Council wyjątkowo wyraziście pamiętam też „Vermillion Sands” Ballarda, jednego z najdziwniejszych i najciekawszych brytyjskich autorów sf. Niezwykle nastrojowy zbiór opowiadań, do dziś nie przełożony na polski, a szkoda. Biblioteka British Council była również pierwszą, w której miałam problem z terminem oddawania – po angielsku czytałam jednak sporo wolniej niż po polsku. W pozostałych bibliotekach problemem było raczej ograniczenie na liczbę pożyczanych książek, które zresztą niejednokrotnie przekraczałam, posługując się siłą sugestii i wrodzonym urokiem osobistym. Parę razy też zdarzyło mi się zanieść do jednej biblioteki książkę z innej, co nieodmiennie zadziwiało bibliotekarki.

Biblioteka na wydziale posiadała oczywiście jedynie podręczniki i inną literaturę fachową, więc była znacznie mniej interesująca, poza tym też nie było swobodnego dostępu do półek i trzeba było pożądaną pozycję zamawiać. Bywałam w niej jednak często, bo miała przecudną, świeżo odnowioną czytelnię z niesłychanie wygodnymi fotelami. Można się nawet było w nich nieco zdrzemnąć pod pozorem nauki.

Po przeprowadzce do Wrocławia okazało się, że dorosłe życie oznacza chodzenie do pracy, a to jest niekompatybilne z chodzeniem do bibliotek, które się zamykały bodaj o 18. Na szczęście okazało się również, że w tym pięknym mieście biblioteki są czynne w soboty, co spowodowało, że zapisałam się do biblioteki osiedlowej, do biblioteki nieco dalej, gdzie był lepszy wybór, oraz do biblioteki w Rynku, gdzie wyboru nie było w ogóle – prawie dosłownie puste półki, pewnie dlatego, że zapisany tam był cały Wrocław. Obok natomiast była biblioteka obcojęzyczna, do której też uczęszczałam z radością, a pamiętam z niej wyjątkowo szczegółowe rewersy, których wypisanie zajmowało całe długie minuty. A na dole było przyjemne stoisko z fantastyką. Wychowana byłam w przekonaniu, że książek się nie kupuje, ewentualnie wyjątkowo, bo przecież są biblioteki. Zawsze było w domu coś pilniejszego do kupienia. Już w dorosłym życiu pewnego dnia nagle do mnie dotarło „ach, przecież ja zarabiam pieniądze, stać mnie, mogę sobie KUPOWAĆ KSIĄŻKI!”. I właściwie wtedy dopiero odkryłam księgarnie. Wracając jednak do tematu bibliotek, tej na Sztabowej wierna byłam jeszcze po mojej przeprowadzce do własnego mieszkania, chociaż zupełnie nie było mi to po drodze. Tak było aż do wyjazdu z Polski, i pewnie nadal gdzieś tam mam kartę z tej właśnie biblioteki.

A potem przyjechałam tu, rozeznałam się w kwestii bibliotek, okazało się, że muszę przynieść dowód zamieszkiwania (justificatif de domicile), a zanim się takiego doczekałam, pragnienie zapisania się do biblioteki zeszło chwilowo na dalszy plan. Potem z kolei zaczęłam mieć obsesję, że muszę czytać po polsku, bo przecież inaczej natychmiast zapomnę języka ojczystego, i zaczęłam się zaopatrywać w książki polskie (z pewnością zadziałał tu mechanizm, że pożądane jest to, co niedostępne aktualnie). Moje obecne miejsce zamieszkania ma jedną kartę działającą we wszystkich lokalnych bibliotekach, bardzo dobry wynalazek. Nauczyłam się zamawiać w nich książki przez internet, po czym loterią jest, do której z dwóch głównych mediatek dostarczą zamówienie, i czy w mailu udzielą informacji właściwej, czy jednak mylącej. Odwiedzamy też regularnie jedną mniejszą bibliotekę, żeby pożyczać tam lektury dla dziecka. Przy tej okazji nieodmiennie ciekawie zerkam na półki, pamiętając jednak, że na kindlu czeka kolejka.

Poza tym w moim życiu były rozmaite małe wypożyczalnie na wakacjach, oraz zostawało pożyczanie książek od znajomych. W ten sposób na wakacjach z rodzicami nad morzem, gdy szłam do pierwszej klasy, przeczytałam „Mity greckie”, nie pamiętam które, ale chyba Markowskiej (te miałam na pewno w domu) i to była kolejna moja miłość na długie lata, do tego stopnia, że konkurs mitologiczny w pierwszej klasie liceum wygrałam w cuglach i właściwie nawet się do niego nie przygotowując. Do dzisiaj, kiedy jestem u kogoś w gościach, sprawdzam, co ma na półkach. Ponieważ znajomych dobieram sobie starannie, zazwyczaj kończy się to wyciągnięciem szczególnie interesującej pozycji i odkryciem czegoś, w co muszę potem się zaopatrzyć we własnym zakresie, żeby spokojnie doczytać. Tak było na przykład ze „Stulatkiem, który wyskoczył przez okno” oraz „Panem Lodowego Ogrodu„.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s