„Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” Stuart Turton

Podkusił mnie opis napomykający, że to współczesna Agatha Christie, co zgodnie z moimi przeczuciami okazało się nieprawdą. Ani Christie, ani współczesna. Ale to zupełnie nieźle się czytająca mieszanka kryminału, thrillera i fantastyki, coś w stylu „Neverworld Wake„. Zaczynamy od zaproszenia na bal maskowy w posiadłości Hardcastle’ów. Pierwszoosobowy narrator się ocyka w lesie. Nie ma pojęcia kim jest, gdzie jest, o co chodzi, wie tylko, że poszukuje jakiejś Anny. Po chwili wraca do domu Hardcastle’ów, tam odkrywa, że jest Sebastianem Bellem, lekarzem, i stopniowo dowiaduje się coraz więcej. Ma osiem dni i osiem różnych wcieleń na odkrycie zabójcy Evelyn. Nie ułatwia mu dochodzenia fakt, że wszyscy tutaj zachowują się jak szaleńcy, albo znikają – nikt na przykład nie wie, gdzie jest pani domu. Nie pomagają mu też umysłowe albo fizyczne ograniczenia jego kolejnych wcieleń. Tajemniczy Doktor Dżuma daje mu natomiast mgliste wskazówki, które bardziej zaciemniają, niż pomagają. Generalnie wygląda to trochę jak gra komputerowa, raczej męcząca i chaotyczna, ale nawet dość wciągająca, im dalej, tym bardziej. Logika chwilami nawala, jak to w przypadku pętli czasowych. Oczywiście mam wątpliwości: cb pb j btóyr Ybxnw? B żnqarw erfbpwnyvmnpwv avr zbżr olć zbjl, n zvryv cemrpvrż pupvrć hłngjvć Nvqnabjv jlwśpvr, gb cb pb zh hgehqavnć?

„Record of a Spaceborn Few” Becky Chambers

Akcja zaczyna się w tym samym momencie, co „A Closed and Common Orbit„, tylko w innym miejscu. Jesteśmy we Flocie Exodan, którzy uciekli z Ziemi. Słyszeliśmy o nich wielokrotnie w pozostałych dwóch książkach, ale dopiero teraz poznajemy z bliska. W prologu, cztery lata wcześniej, jeden ze statków Floty się rozbija i tu jest jeden z tych mistrzowskich szczegółów Chambers: nie są w stanie zająć się czterdziestoma trzema tysiącami ciał i martwią się, jak ustalić kolejność. Ciała są bowiem kompostowane. Od osiemdziesięciu lat pisarze wzmiankują, że na statkach pokoleniowych będzie obieg zamknięty, aż przyszła Chambers i opisała szczegóły, odważnie i subtelnie. W problemie pomogą Aeluoni, a czytelnik przy tej okazji pozna bohaterów, w tym Sawyera mieszkającego na Mushtullo, który potem przyleci na Flotę, żeby tam rozpocząć nowe życie. Na wchodzącej w jej skład Asterii mieszka natomiast z dziećmi Tessa, siostra Ashby’ego znanego z „The Long Way„. Isabel pracuje tam w Archiwach i podejmuje u siebie Harmagianina, co pozwala autorce na infodump wyjaśniający, jak zbudowane są statki wchodzące w skład Floty. Ale to jedyna tutaj niezgrabność (chociaż Chambers mylą się czasem lata ze standardami). Postaci zbudowane są znakomicie, bardzo realistyczna jest i matka dzieci, z których jedno chciałoby mieszkać na planecie, i nastolatek Kip szukający dla siebie przyszłości, i Eyas zajmująca się kompostowaniem ciał, i wielu innych. Ich relacje i decyzje życiowe są centrum tej książki, w której znowu nie ma akcji. Odrobinę żałuję, byłaby to rzecz doskonała, ale i tak jest bardzo dobra i przyjemnie odmienna od przeciętnej fantastyki.

„Dwanaście fałszywych tropów” Jeffrey Archer

Przyjemny zbiorek dwunastu mniej lub bardziej sensacyjnych opowiadań z mniej lub bardziej zaskakującymi zakończeniami, który czytałam już albo w całości (jest z roku 1994), albo przynajmniej znaczną ich część, brzmią bowiem bardzo znajomo. W wielu wracamy do rozkosznych lat siedemdziesiątych. Bohaterowie Archera są dość stereotypowi, ale czyta się to dobrze.

Najdłuższe i najbardziej skomplikowane jest pierwsze, w którym narrator objaśnia, dlaczego siedzi w więzieniu i jak się zemścił na swoim byłym wspólniku. W kolejnym piękna Consuela postanawia się zabezpieczyć materialnie naciągając męża na naszyjnik wart milion funtów, a w następnym amerykański student Cambridge na pożegnanie postanawia ofiarować swojemu klubowi wioślarskiemu odlew z brązu ramienia słynnego wioślarza. Te dwa są podobno oparte na prawdziwych wydarzeniach, jak i kolejne, gdzie były minister Saddama Huseina urządza się nieźle w Ameryce, ale ma pechowo nieprzewidziane międzylądowanie w Bagdadzie, gdzie jako uchodźca polityczny zostanie w okrutny sposób zabity, jeśli go tam odkryją. W następnym opowiadaniu oglądamy autora jedzącego w Nowym Jorku kolację ze swoim przyjacielem w ekskluzywnej francuskiej restauracji, wprasza się tam jego niemal była dziewczyna (to jest najbardziej naciągane). Dalej jest wizyta lorda Mountbattena w kolonii angielskiej (oficjalne określenie brzmi „terytorium zależne”) na Bermudach. Następne niestety kompletnie traci sens w tłumaczeniu (anyrżnłb mzvravć vzvę an pbś j fglyh Yhpn nyob Zvxn). W kolejnym, trzymającym w napięciu, Diana jedzie do wiejskiego domu przyjaciół, goni ją podejrzana furgonetka. „Nie na sprzedaż” opowiada o debiucie młodziutkiej zdolnej malarki. W „Timeo Danaos” skąpy i niesympatyczny bankier wybiera się na wakacyjny rejs statkiem pasażerskim wokół wysp greckich, a jego żona ma obsesję na punkcie nowej zastawy stołowej (swoją drogą, serio dało się wtedy przewieźć samolotem komplet talerzy i półmisków dla 32 osób?) W przedostatnim adwokat ma bronić kobiety oskarżonej o zamordowanie męża, ale chce jednak dowieść, że rzeczywiście to zrobiła, w tym celu posłuży się tajną bronią w postaci swojego asystenta, choć ten nie grzeszy ni urodą ni rozumem.

Zbiór zamyka „Co jednemu wyjdzie na zdrowie, drugiemu zaszkodzi”, w którym narrator ujrzawszy na schodach teatru prześliczną dziewczynę idzie za nią na spektakl, poznaje, a następnie mamy do wyboru cztery możliwe zakończenia. Trzecie jest przepisanym pierwszym à rebours, a czwarte jest przesłodzone. Najbardziej mnie zdziwiło, że w 1994 w Anglii były już telefony komórkowe.

„A Closed and Common Orbit” Becky Chambers

Nazywa się to cyklem „Wayfarers”, więc byłam przekonana, że druga część będzie opowiadać o dalszych losach statku kosmicznego. Spore zaskoczenie. To właściwie jest standalone, chociaż zaczyna się pod koniec „The Long Way„. Podejmujemy temat dwóch pobocznych bohaterek pierwszej części i zamiast na statku jesteśmy na planetach. W teraźniejszości Pepper opiekuje się świeżo wcieloną w androida AI (jest to absolutnie nielegalne i surowo karane), która musi przyzwyczaić się do posiadania ciała, a nie bycia częścią statku kosmicznego. To jest bardzo ładnie pomyślane. Musi również zachować w tajemnicy swoją tożsamość, co jest trudne, ponieważ ma wbudowany niehakowalny moduł wymuszający prawdomówność oraz posłuszne wykonywanie bezpośrednich poleceń. Jest to bardzo przemyślany i wciągający wątek. Przy okazji odkrywamy, że część ludzi uważa AI za świadome istoty, część nie. Nie wiadomo, jak jest wśród innych gatunków.

Pepper tłumaczy Sidrze, że zajmuje się nią, ponieważ została wychowana przez AI. Jakoż i w drugim wątku, dziejącym się około 20 lat wcześniej, poznajemy dziesięcioletnią Jane, mieszkającą i pracującą w fabryce, gdzie dziewczynki zajmują się odzyskiwaniem, oczyszczaniem i naprawianiem wyrzuconych części elektronicznych. Nadzorują je w tym metalowe roboty zwane Mothers. To nie brzmi fajnie, ale oglądamy to oczami małej Jane, która nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, zawsze tak było, tak urządzony jest świat. Dopiero kiedy przypadkiem widzi niebo, i zdaje sobie sprawę, że poza fabryką jest jeszcze jakiś inny świat, o którym nic nie wiedziała, sytuacja się zmienia. Kiedy narracja dziesięciolatki nas nudzi, dostajemy bunt nastolatki, napisany równie dobrze, jak cała reszta.

Moje wątpliwości budzi rozmnażanie Aeluonów: kobiet jest prawdopodobnie mniej niż połowa populacji (ponieważ są cztery płcie), a płodne są dwa-trzy razy w życiu. To niewystarczające dla utrzymania liczebności. Albo powinny rodzić kilkoro dzieci za jednym razem, albo powinny dominować w społeczeństwie, czego z książki nie widać, spotykamy różne płcie po równo. Drugim problemem są numery identyfikacyjne – jeśli mają być unikalnym oznaczeniem istoty rozumnej, to są o wiele za krótkie. Poza tym wszystko tu wciąga i zaskakuje do końca.

„Małżeństwo doskonałe” Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska

Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę „Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego”. Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był – przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, „jebaką”. Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo… był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny – ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki „Nienachalna z urody„, a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaczek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.

To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do lektury tej książki.

„The Long Way to a Small, Angry Planet” Becky Chambers

Osoba czytająca Leckie, Jemisin i Martę Kisiel wymieniła tę książkę jako „podobną do Firefly”, a to jedno z tych rzadkich słów kluczy, które powodują, że podskakuję na krześle jak ukłuta szpilką i biegnę się zaopatrzyć w lekturę. Nie pożałowałam.

W pierwszym rozdziale bohaterka leci przez próżnię w deepodzie, bardzo tanim i ciasnym środku podróżowania, pod wpływem usypiaczy, które nie są najlepszej jakości i nie bardzo działają. Rozmyśla o tym, że leci do pracy i że musi tę szansę koniecznie wykorzystać. W drugim rozdziale jesteśmy na statku kosmicznym, trochę niezgrabnym i poskładanym z materiałów z odzysku, ale działającym. Z rozmowy kapitana ze specjalistą od glonów dowiadujemy się, że czekają na przybycie nowej pracownicy, specjalistki od wypełniania formularzy. Jakoż i deepod dokuje, wyciągają z niego oszołomioną Rosemary, i oprowadzają po statku. Teraz się dowiadujemy, że załoga składa się z ludzi, ludzi modyfikowanych genetycznie, oraz innych istot rozumnych. Statek natomiast tuneluje. Podróż z prędkością szybszą niż światło jest możliwa, ale zabroniona – w tym miejscu pomyślałam, że trochę mi się to kojarzy z „Autostopem przez galaktykę”, ale „The Long Way” jest jednak znacznie bardziej serio, i przy tym starannie przemyślana. Kizzy, mechaniczka, jest niewątpliwie siostrą bliźniaczką Kaylee z z Firefly, u kapitana też od razu widać rysy charakteru Mala, ale reszta jest bardziej oryginalna. Jenks jest zakochany w pokładowej AI, Lovey. Asbhy ma romans z istotą innego gatunku, do czego nie mogą się otwarcie przyznać, czyli ta Galaktyka nie jest taka znów otwarta i tolerancyjna. Rosemary natomiast pochodzi z Marsa, z bardzo bogatej rodziny, i wyraźnie coś ukrywa przed resztą załogi i przed czytelnikiem.

Ja jestem wrażliwa raczej na ustawienie słów obok siebie, zazwyczaj świat przedstawiony wyobrażam sobie bardzo szkicowo; natomiast tutaj wyjątkowo miałam wrażenie, że jestem na „Wayfarerze”, widziałam dokładnie każdy szczegół i każdą osobę. Zaskakujące i bardzo przyjemne, choć przez pierwsze 30% nie dzieje się dość dokładnie nic, i zaczęłam się już zastanawiać, czy tak to będzie dalej – następnie pojawia się akcja i okazuje sie, że Chambers jednak umie również uzyskać dramatyzm. Trochę nam go dawkuje, ale w drugiej połowie książki dzieje się już znacznie więcej, i każdy członek załogi ma swoje pięć minut.