„A Closed and Common Orbit” Becky Chambers

Nazywa się to cyklem „Wayfarers”, więc byłam przekonana, że druga część będzie opowiadać o dalszych losach statku kosmicznego. Spore zaskoczenie. To właściwie jest standalone, chociaż zaczyna się pod koniec „The Long Way„. Podejmujemy temat dwóch pobocznych bohaterek pierwszej części i zamiast na statku jesteśmy na planetach. W teraźniejszości Pepper opiekuje się świeżo wcieloną w androida AI (jest to absolutnie nielegalne i surowo karane), która musi przyzwyczaić się do posiadania ciała, a nie bycia częścią statku kosmicznego. To jest bardzo ładnie pomyślane. Musi również zachować w tajemnicy swoją tożsamość, co jest trudne, ponieważ ma wbudowany niehakowalny moduł wymuszający prawdomówność oraz posłuszne wykonywanie bezpośrednich poleceń. Jest to bardzo przemyślany i wciągający wątek. Przy okazji odkrywamy, że część ludzi uważa AI za świadome istoty, część nie. Nie wiadomo, jak jest wśród innych gatunków.

Pepper tłumaczy Sidrze, że zajmuje się nią, ponieważ została wychowana przez AI. Jakoż i w drugim wątku, dziejącym się około 20 lat wcześniej, poznajemy dziesięcioletnią Jane, mieszkającą i pracującą w fabryce, gdzie dziewczynki zajmują się odzyskiwaniem, oczyszczaniem i naprawianiem wyrzuconych części elektronicznych. Nadzorują je w tym metalowe roboty zwane Mothers. To nie brzmi fajnie, ale oglądamy to oczami małej Jane, która nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, zawsze tak było, tak urządzony jest świat. Dopiero kiedy przypadkiem widzi niebo, i zdaje sobie sprawę, że poza fabryką jest jeszcze jakiś inny świat, o którym nic nie wiedziała, sytuacja się zmienia. Kiedy narracja dziesięciolatki nas nudzi, dostajemy bunt nastolatki, napisany równie dobrze, jak cała reszta.

Moje wątpliwości budzi rozmnażanie Aeluonów: kobiet jest prawdopodobnie mniej niż połowa populacji (ponieważ są cztery płcie), a płodne są dwa-trzy razy w życiu. To niewystarczające dla utrzymania liczebności. Albo powinny rodzić kilkoro dzieci za jednym razem, albo powinny dominować w społeczeństwie, czego z książki nie widać, spotykamy różne płcie po równo. Drugim problemem są numery identyfikacyjne – jeśli mają być unikalnym oznaczeniem istoty rozumnej, to są o wiele za krótkie. Poza tym wszystko tu wciąga i zaskakuje do końca.

„Małżeństwo doskonałe” Wojciech Karolak, Krystyna Pytlakowska

Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po to dzieło, ani niczego na swoje usprawiedliwienie. Jakoś mgliście mi przeszło przez głowę „Karolak to przecież nie Czubaszek, może ma coś miłego albo zabawnego do powiedzenia, jeśli już niekoniecznie mądrego”. Niestety. Jeśli ma, to skrzętnie to ukrył, jak i niestety wszystkie pozostałe wypowiadające się tu osoby, książka ma bowiem formę rozmowy z Wojciechem Karolakiem przeplatanej wspomnieniami znajomych o Marii Czubaszek. Mąż tejże powiada to, co już było wielokrotnie mówione, na przykład, że seksu nie uprawiali, ponieważ pies im się przyglądał. Mówi też, jak poznał Marię, przy okazji zarzekając się, że nie był – przepraszam, ale dosłownie cytuję lepszych i dostojniejszych od siebie, „jebaką”. Nie jest to przypadkowe, rzuca bowiem podobnej jakości mięsem jeszcze nieraz. Niewątpliwie używanie takiego słownictwa ma na celu pokazanie, jacy to autorzy są młodzieżowi, nowocześni i na luzie, a ja jestem starą sztywną ciotką, którą to razi.

Pomijając jednak formę, mamy tu i treść, z której dowiadujemy się, że Maria była pełna wdzięku, paliła papierosy, jadła wyłącznie parówki, oraz miała wyjątkowe, finezyjne poczucie humoru, że Anglicy z Monty Pythonem wysiadają, i tylko ona na całym świecie tak umiała. Na poparcie tego twierdzenia dostajemy po oczach dowcipasem, którego nie przytoczę, ponieważ nie powtórzyłabym go nawet po trzech drinkach i nawet gdyby potencjalny słuchacz był głuchy od urodzenia. Podobno Czubaszek natomiast tak się spodobał, że natychmiast opowiedziała go ze sceny. Albo mamy diametralnie odmienne definicje finezyjności, albo… był to zabieg celowy mający zrobić czytelnika w balon. Drugi raz pomyślałam to samo, czytając jak Karolak zabawnie przekomarzał się z małżonką i nabierał ją subtelnie, a ona przyjmowała to za dobrą monetę. Otóż na przykład mówił jej, że nie ma akurat banknotu 27-złotowego. W ogóle oboje pragnęli najwyraźniej uchodzić za uduchowione istoty, które nie jedzą, żyją nocą, a na przyziemnych kwestiach typy brudne pieniądze się zupełnie nie wyznają. Może bym i w to uwierzyła, gdyby pod koniec pan Karolak nie oznajmił mimochodem, lecz bardzo precyzyjnie, że za mieszkanie płaci trzy tysiące sześćset, w tym rachunki za prąd, wodę i internet. Tak prysł mit bezradnego intelektualisty bujającego w obłokach.

Drugim mitem, który Karolak chciałby podtrzymać, jest ich wielka miłość. Błyskawicznie okazuje się, że się kłócili, były nawet jakieś rękoczyny – ale pono to wszystko zupełnie nieistotne, bo mieli tyle wspólnego. Pytlakowska zadaje pytanie, co mianowicie, na co pan Wojciech powiada, że oboje kochali zwierzątka, ale poza tym tyle ich łączyło, tak dużo, takie mnóstwo, że gdyby chciał wyliczyć, to by zajął dwieście stron! Niestety Pytlakowska też chce na tej książce zarobić i powstrzymuje się przed poproszeniem, żeby wyliczył na początek może chociaż dziesięć rzeczy, więc się nie dowiadujemy niczego więcej.

Najuczciwszy jest tutaj Jan Osiecki, który figuruje jako redaktor książki „Nienachalna z urody„, a który zdaje się odegrał większą rolę przy jej tworzeniu. W każdym razie spotykał sę z Czubaszek pod koniec życia, i mówi, że miała dwadzieścia dyżurnych anegdot. Potrafiła je opowiedzieć tymi samymi słowami ze trzy razy w ciągu spotkania. Trudno mieć jej to za złe, a przynajmniej raz czytamy coś innego niż papierosy, parówki, pieski i śliczne nóżki na szpileczkach. Zaskoczył mnie też pozytywnie Jan Pietrzak. Oczywiście nie darował sobie wstawki o złym wpływie złych feministek, ale przynajmniej nie odmówił wypowiedzi.

Czymś tę przestrzeń między okładkami trzeba było wypełnić, więc książkę ozdabiają zdjęcia. Liczne. Możemy na nich odkryć, że to doszczętnie wyeksploatowane przez wszystkich określenie o nienachalnym wyglądzie było jednak kokieterią. W młodości Czubaczek była naprawdę ładna (choć wierzę, że sama nie była o tym przekonana). Niestety musimy też ujrzeć jej męża w slipkach, rozwalonego na kanapie. Zapewne to kolejny sposób na udowodnienie, jakim jest fajnym młodzieżowym luzakiem. Przepraszam, zającem jest.

To jest pierwszy raz, kiedy się zupełnie poważnie zastanawiam, czy brukać ten blog (który przecież rozmaitego pokroju lektury już widywał) przyznaniem się do lektury tej książki.

„The Long Way to a Small, Angry Planet” Becky Chambers

Osoba czytająca Leckie, Jemisin i Martę Kisiel wymieniła tę książkę jako „podobną do Firefly”, a to jedno z tych rzadkich słów kluczy, które powodują, że podskakuję na krześle jak ukłuta szpilką i biegnę się zaopatrzyć w lekturę. Nie pożałowałam.

W pierwszym rozdziale bohaterka leci przez próżnię w deepodzie, bardzo tanim i ciasnym środku podróżowania, pod wpływem usypiaczy, które nie są najlepszej jakości i nie bardzo działają. Rozmyśla o tym, że leci do pracy i że musi tę szansę koniecznie wykorzystać. W drugim rozdziale jesteśmy na statku kosmicznym, trochę niezgrabnym i poskładanym z materiałów z odzysku, ale działającym. Z rozmowy kapitana ze specjalistą od glonów dowiadujemy się, że czekają na przybycie nowej pracownicy, specjalistki od wypełniania formularzy. Jakoż i deepod dokuje, wyciągają z niego oszołomioną Rosemary, i oprowadzają po statku. Teraz się dowiadujemy, że załoga składa się z ludzi, ludzi modyfikowanych genetycznie, oraz innych istot rozumnych. Statek natomiast tuneluje. Podróż z prędkością szybszą niż światło jest możliwa, ale zabroniona – w tym miejscu pomyślałam, że trochę mi się to kojarzy z „Autostopem przez galaktykę”, ale „The Long Way” jest jednak znacznie bardziej serio, i przy tym starannie przemyślana. Kizzy, mechaniczka, jest niewątpliwie siostrą bliźniaczką Kaylee z z Firefly, u kapitana też od razu widać rysy charakteru Mala, ale reszta jest bardziej oryginalna. Jenks jest zakochany w pokładowej AI, Lovey. Asbhy ma romans z istotą innego gatunku, do czego nie mogą się otwarcie przyznać, czyli ta Galaktyka nie jest taka znów otwarta i tolerancyjna. Rosemary natomiast pochodzi z Marsa, z bardzo bogatej rodziny, i wyraźnie coś ukrywa przed resztą załogi i przed czytelnikiem.

Ja jestem wrażliwa raczej na ustawienie słów obok siebie, zazwyczaj świat przedstawiony wyobrażam sobie bardzo szkicowo; natomiast tutaj wyjątkowo miałam wrażenie, że jestem na „Wayfarerze”, widziałam dokładnie każdy szczegół i każdą osobę. Zaskakujące i bardzo przyjemne, choć przez pierwsze 30% nie dzieje się dość dokładnie nic, i zaczęłam się już zastanawiać, czy tak to będzie dalej – następnie pojawia się akcja i okazuje sie, że Chambers jednak umie również uzyskać dramatyzm. Trochę nam go dawkuje, ale w drugiej połowie książki dzieje się już znacznie więcej, i każdy członek załogi ma swoje pięć minut.