Nauczyciele

Było różnie, jak w życiu. W liceum był historyk, który oceniał po nazwisku. Kolega, który miał iść na prawo, miał u niego piątki, ja najwyżej czwórki: raz porównywałam nasze klasówki, u mnie było więcej szczegółów, za to ocena słabsza. Ale być może wiedział, że historia mnie nie interesuje (teraz żałuję), a kolegę i owszem. Była ukochana matematyczka w podstawówce, umarła na raka, to był pierwszy pogrzeb, na jakim byłam. Była polonistka oceniająca mnie za nazwisko ojca. Był polonista licealny, który potem zajął się pisaniem kryminałów. Był nawiedzony fizyk, który organizował konie i narty, i kazał nam czytać Resnicka i Hallidaya zamiast uczyć; ale z fizyki egzamin wstępny na studia zdałam lepiej niż z matematyki. Do dzisiaj pamiętam piątkę z klasówki u niego. Była cudowna rusycystka w podstawówce i surowa w liceum, która języka mnie oduczyła, chociaż wymagała dużo, a ja miałam dobre stopnie. Do dzisiaj nie wiem, czy to był celowy sabotaż, czy fatalny program. Był biolog licealny, który wprowadził szalenie skomplikowany system oceniania, i który co sobota organizował wycieczki za miasto, a w lecie obozy w górach. Do obozów dostawał jakieś takie dofinansowanie, że raz wyszłam na zero. Nie interesowało mnie wtedy kompletnie, czy ma rodzinę (zdaje się, że miał), i co oni na to. Był oślizgły peowiec, który nie znał się na niczym poza manipulowaniem, lawirowaniem i podlizywaniem się, na tym za to tak dobrze, że został wicedyrektorem.
Moja Matka była z wykształcenia pedagogiem, pracowała przez chwilę w szkole (w Wołominie zresztą), przed moim urodzeniem. Teraz sobie uświadamiam, że właściwie nie wiem, dlaczego potem wolała być urzędniczką ministerialną – łatwiej, lepsze zarobki, większy prestiż? Szkoda, że nie mogę Jej już zapytać.

„Kwantechizm” Andrzej Dragan

Przez pierwsze 11 rozdziałów nie dowiedziałam się właściwie niczego nowego, z wyjątkiem wyjaśnienia, dlaczego kury (i inne ptaki) ruszają głowami chodząc. Nie odebrało mi to w niczym przyjemności z lektury, która jest niesłychanie zabawna, nawet jeśli niektóre anegdoty są już wyeksploatowane na wszystkie strony. O obrocie czasoprzestrzeni, naturze kwantów, paradoksie bliźniaka, teorii względności, czarnych dziurach, i paru innych uważanych zazwyczaj za niezwykle skomplikowane zjawiskach autor opowiada językiem bardzo prostym, zdecydowanie potocznym, nie wahając się sięgać po najbardziej szalone porównania. Mówi też o własnych eksperymentach, na przykład z mrówkami, albo z butami w Oksfordzie. I bez skrępowania dzieli się swoją opinią na temat nagiej małpy. Nie waha się też nabijać z bardzo znanych, uznanych i uhonorowanych fizyków. Tak naprawdę bowiem wiemy tylko, że żyjemy w przedziwnej klatce na ludzi, i im więcej rządzących nią reguł poznaliśmy, tym jaśniejsze się staje, że nie wiemy w istocie niczego.

Rozdziały dwunasty i trzynasty przeczytałam zaś trzy razy, są tak fascynujące. Mowa w nich o najnowszych ustaleniach teorii kwantowej, w tym na przykład o efekcie Unruha, o którym nigdy przedtem nie słyszałam. Mówi on, że jeśli obserwator porusza się z odpowiednio dużym przyspieszeniem przez próżnię kwantową, to obserwuje w niej cząstki elementarne, których inaczej tam nie ma. Przyspieszenie powinno być co najmniej rzędu 1019g, czyli faktycznie dość spore (człowiek wytrzymuje 6g, rekord to 46, a z takim przyspieszeniem do prędkości światła zbliżylibyśmy się mniej więcej po jednej miliardowej milisekundy. Istotnie – dość szybko).
Innym interesującym efektem jest ten badany przez autora, a mówiący, że jeśli w pudełku zawierającym próżnię kwantową umieścimy nagle dodatkową ściankę dzielącą pudełko na pół, to pojawią się w nim cząstki kwantowe. W dodatku splątane. Wiem, że to z założenia miał być bardzo potoczny i spłycony opis, zabrakło mi jednak tutaj jakiegoś wyjaśnienia, co oznacza „nagle”.

W czternastym rozdziale wracamy do nagiej małpy: mowa jest o algorytmach kwantowych, świadomości, i konieczności śmiertelności.

Autor ma bardzo jasny pogląd na dotychczasowe osiągnięcia ludzkości, nie uważa ich w żadnym stopniu za imponujące. Ale pociesza czytelnika, zauważając, że „głupota to w końcu również pewna metoda używania mózgu”. Świetna książka, zdecydowanie lektura obowiązkowa, będę do niej wracać i propagować wokół.

„Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Postanowiwszy przeczytać wszystko Marty Kisiel (a potem zacząć od początku), odkryłam, że został mi jeszcze ten zbiór opowiadań. Zawiera on tekst „Dożywocie”, który stał się pierwszym rozdziałem powieścipod tym samym tytułem, oraz osadzoną w tym samym świecie „Szaławiłę”. Poza tym jest tu sporo satyry, do której inklinacje w książkach oczywiście widać, ale w krótkich formach jeszcze bardziej. Postaci baśniowe tłoczą się w kolejce, aby wysoka komisja przystawiła im pieczątkę aprobującą ich zastosowanie w utworach fantastycznych. Stanisław Kozik umiera za biurkiem na zawał, ale nikt tego nie zauważa, więc biedak musi funkcjonować dalej. Dawid, przeciętny nieudacznik we współczesnej Polsce, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, i podpisuje pakt.

W „Nawiedzinach” odwiedzamy zamtuz, gdzie biznes kręci się radośnie, do momentu pojawienia się tam nieoczekiwanego i niepożądanego gościa. Z zupełnie innej bajki jest mroczne i rzewne „Katábasis”, udowadniające, że autorce nie brakuje wyobraźni również tam, gdzie na próżno szukać poczucia humoru. Z kolei „Jadeit” to kryminał doprawiony horrorem, a „Miasto motyli i mgły” to już makabryczny horror pełną gębą, kolejny raz dowodzący polotu pisarki. Jesteśmy bardzo daleko od „Dożywocia”. Twórczyni postaci małego anioła w bamboszkach pokazuje zupełnie inny pazur, jest tu wręcz coś z Huberatha, chętnie zobaczyłabym ten świat rozwinięty bardziej. Tytułowe „Pierwsze słowo” natomiast rozbiło mnie doszczętnie. Jest niesłychanie przejmujące.

„Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Owszem, to jest książka dla dzieci, i co z tego. Dużo dobrych pisarzy z powodzeniem tworzyło dla dzieci, na przykład Pratchett i Chmielewska. A poza tym osiągnęłam już ten poziom bycia fanką Marty Kisiel, na którym czyta się cokolwiek, w dodatku z zadowoleniem. Tu są bohaterowie „Siły niższej„: osiem lat później nadal mieszkają razem, w dziwacznym patchworku: Bożydar z mamą, wujek Turu rzeźbiarz, wujek Konrad pisarz, uczuciowo związany z hamadriadą, dwa anioły (jeden duży, drugi mały), w piwnicy gotujący Krakers, pod łóżkiem Bożka mały potwór z mackami, zwany Guciem, w stawie utopiec. A, i trzy niemieckie widma na strychu. Bożek jest całkiem zadowolony z tego towarzystwa, ale posyłają go w końcu do szkoły. A tam dzieci mają zgoła inne zainteresowania.
Marta Kisiel tworzy uroczy, niemal idylliczny świat, wypełniony oryginalnymi i spójnie zbudowanymi postaciami. Kontrapunktuje to odpowiednim dramatyzmem (oczywiście dostosowanym dla dzieci), kiedy Bożek trafia do miejsca, w którym być nie powinien, i z którego nie potrafi sam się wydostać. Przy okazji nawiązuje do wierzeń słowiańskich, klasyki literatury, oraz jest zabawna. Jedyna wada: nie ma tego dwudziestu tomów, a powinno. Kolejny w każdym razie na jesieni, i oby tak dalej.

N. D.

Cieszyłam się zasłużonym wypoczynkiem w jednym z moich ukochanych miejsc na Ziemi – Bretanii. Wracałam do pokoju po wieczorku rozrywkowym, przyjemnie wypełniona czerwonym winem, kiedy w ciemności niemal się potknęłam o koleżankę stojącą na środku z telefonem.
– Widziałaś? – spytała zdumiona. – Córka do mnie pisze, że katedra płonie…
– Jaka katedra? – spytałam, gdy głos z tyłu głowy mówił złowrogo „no jak to jaka, jedna jest”, a trzy inne usiłowały go zakrzyczeć, że koleżanka z córką są z Pas-de-Calais, to jakaś ich tamtejsza, że jesteśmy w Bretanii, to jakaś tu lokalna, że tyle katedr w tym kraju, no przecież nie, to niemożliwe, ja nie dałam na to zgody.
– No zobacz – koleżanka podsunęła mi mms ze zdjęciem z tv.
– Nie – odparłam – nie nie, to niemożliwe, nie. – I poszłam szukać sieci, gdy część głosów w mojej głowie mówiła uspokajająco, że to oczywiście tylko koszmar, zaraz się obudzę i otrząsnę. Ten złowrogi zaś powiadał, że bynajmniej; wiedziałam, że ma rację.
Może miarą miłości do tego mojego miasta wybranego, miłości zupełnie bezsensownej (lecz czy sensowne w ogóle istnieją w tej galaktyce) i prawie już zapomnianej, są moje łzy, kiedy już okazało się, że to prawda. Że 16 kwietnia obudzę się w świecie, gdzie z Notre Dame zostały szczątki. I że ten świat już inny nie będzie. Nigdy.
A może łatwiej byłoby to znieść, gdybym 2 marca nie siedziała z palcem w aplikacji do rezerwowania biletów na wieże, wahając się, iść czy nie iść, i ostatecznie beztrosko stwierdzając „następnym razem, przecież nigdzie nie uciekną”. Gdybym tylko przeczuwała. Skoro nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, to tu ewidentnie jest mój kraj.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 29” (2011)

Paul McAuley „The Choice”. To samo uniwersum, co w rok późniejszym „The Man„, ale tu jesteśmy na Ziemi, po podniesieniu się poziomu mórz, oraz przybyciu statków Jackaroo. In exchange for rights to the outer solar system, the aliens had given the human race technology to clean up the Earth, and access to a wormhole network that linked a dozen M-class red dwarf stars. Soon enough, other alien species showed up, making various deals with various nations and power blocs, bartering advanced technologies for works of art, fauna and flora, the secret formula of Coca-Cola, and other unique items. Dwóch nastolatków wybiera się zobaczyć smoka wodnego, który nie jest żadnym smokiem, tylko maszyną alienów. Matka jednego z bohaterów jest czołową postacią ruchu żądającego odrzucenia obcej technologii. Bardzo plastyczne i wielowymiarowe.

David Moles „A Soldier of the City„. Jest rok 34821 (ale nie wiadomo od czego licząc), jest Babilon i miasto Isin, ale nie jesteśmy w przeszłości, tylko w bardzo zaawansowanej technologicznie przyszłości, gdzie bogowie i boginie są rzeczywiści i mają swoich żołnierzy. Ginie Lady of Isin, bogini bohatera, który postanawia dołączyć do jej kochanka i ją pomścić. Porywająca wizja, tylko mnie zawsze dręczą pytania, dlaczego Babilon (bo ładnie brzmi, zapewne) i dlaczego mierzą w łokciach i ligach – czy nie mogli w tej przyszłości wymyślić czegoś nowego?

Damien Broderick „The Beancounter’s Cat„. The beancounter spotyka kota. Gadającego. O czym opowiada się tu bardzo wymyślnym językiem. Jesteśmy najwyraźniej w odległej przyszłości, na innej planecie, tylko koty nadal są kotami, nawet jeśli są akurat czymś więcej. Bardzo fajne.

Elizabeth Bear „Dolly„. Odziana w strój francuskiej pokojówki Dolly budzi się z zakrwawionymi rękami na środku nieskazitelnie białego pokoju, który kalają zwłoki oraz wnętrzności miliardera przemysłowca. Dolly jest oczywiście androidem i nie ma majtek. Już wiem, skąd pomysł Bacigalupiego na „Mika Model” (Dozois 34). Poza tym Bear próbuje pokazać, jak można udowodnić posiadanie świadomości, co mnie ostatnio zajmuje, ale nie przekonała mnie. Napisanie programu, który będzie udawał zachcianki i osobiste preferencje, nie jest specjalnie trudne.

John Barnes „Martian Heart„. Wiekowy narrator opowiada botowi (botterogatorowi) swoją historię to inspire a new generation of Martians. Był siedemnastoletnim analfabetą, kiedy w 2082 przymusowo wysłano go na Marsa (mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy osadnicy nie są ochotnikami, a przecież to taki oczywisty pomysł). Bardzo plastyczne, świetnie napisane.

Ken MacLeod „Earth Hour„. Morderca czyha na ofiarę (i ma rower, który można przerobić na broń, potrzebuję tego). Ofiara idzie do baru, pod którym czyha morderca. Urzekła mnie scena, w której konającym obcina się głowy i wkłada do wiaderek z lodem, na co wpada policja. Poza tym biotech, genetic upgrade, i Warm War. Fajne, bardzo sprawne, krótkie.

Karl Schroeder „Laika’s Ghost„. Sequel „The Dragon of Pripyat”, które było w zbiorze 17 z roku 2000, i którego akcja rozgrywa się koło Czarnobyla, w skażonej strefie. W tym natomiast bohater poprzedniego, Gennady (Ukrainiec), ląduje w Stepnogorsku. Dalej klasyczny technothriller, wykradziono plany podręcznej bomby atomowej i trzeba dojść do tego kto i co.

Michael Swanwick „The Dala Horse„. Czerwony Kapturek… to znaczy, Linnéa, musi iść do babci. Kiedy jest jej zimno, podkręca temperaturę płaszczyka. Za nią idzie gadający plecaczek. Czyli odległa przyszłość i technologia nieodróżnialna od magii. Ładnie zrobione.

Peter S. Beagle „The Way It Works Out and All”. Avram Davidson był pisarzem sf złotego okresu (zmarł w 1993), jego opowiadanie jest w „Drodze do science fiction”. Narrator odczytuje pocztówki od niego. W roku 1992 otrzymywał je niemal codziennie, z tak odległych od siebie miejsc, że nie było możliwości fizycznego się między nimi przemieszczenia. A potem spotyka Davidsona i odkrywa the Overneath. Przyjemnie klasyczne, bardzo ładne.

Carolyn Ives Gilman „The Ice Owl”. Nominacje do Hugo i Nebuli (novella; przegrana z ostatnim w tym zbiorze). To jest dziewiąta planeta, na której mieszka nastoletnia protagonistka Thorn ze swoją matką. „Every planet was different, it seemed, except that on all of them women wanted something that was forbidden.” Podróżuje się przez lightbeam, ale to nadal zajmuje dziesięć czy dwadzieścia lat, podczas których cel zmienia się, nie zawsze na lepsze. Mam wątpliwości, skąd bierze się pieniądze na podróż międzyplanetarną, ale poza tym świat doskonale skonstruowany. Kobiety obowiązkowo nosza kwefy, The Incorruptibles palą szkołę, a Thorn przechodzi okres nastoletniego buntu (chociaż według sequential timema 145 lat). Precyzyjnie skonstruowany bogaty świat, akcja miejscami ocierająca się o sentymentalizm, ale świetnie się czyta i aż chciałoby się więcej.

Paul Cornell „The Copenhagen Interpretation”. Nominacja do Hugo 2012 (novelette*). Trzecie z serii o Hamiltonie, poprzednie też z nominacją do Hugo 2010, ale nie czytałam żadnego. Tu Hamilton przybywa do Kopenhagi, ale ewidentnie nie jest to ta znana nam Kopenhaga. W ambasadzie trzymają panią, którą bohater okazuje się znać. Choć znać jej nie może, bo wygląda tak samo, jak 15 lat temu. Dalej jest jazda bez trzymanki: skrzyżowanie thrillera, historii alternatywnej, lekcji fizyki, oraz czystego szaleństwa. Przedziwna rzecz.

Stephen Baxter „The Invasion of Venus”. Narrator jedzie do swojej starej przyjaciółki, żeby z nią pogadać o zbliżających się Obcych, których zamiary nie są znane szerokiej publiczności, natomiast bohaterowi już tak. Nie kierują się na Ziemię, tylko na Wenus. Muszę przyznać, że pomysł świetny i bardzo byłam ciekawa, co dalej (Dozois spojluje w przedmowie, na szczęście unikam ich czytania). Nie rozczarowuje, bardzo ciekawe.

Ian McDonald „Digging„. Jesteśmy w the Big Dig na Marsie, gdzie się mieszka pod kopułami, zapasy przybywają z the High Orbital, a Tash jest nastolatką. Są dwa tysiące ludzi w czterech Excavating Cities, więc wszyscy są tu krewniakami, In-cousins i Out-cousins. Dziura natomiast ma 500 km średnicy i kopie się ją, żeby powietrze spłynęło. Pressure, that’s always been the problem with making Mars habitable. Get all the gas into one place. When you’ve got enough of it, turning it into something you can breathe is the easy bit. That’s just bugs and plants and life. Nie jestem przekonana, czy to faktycznie tak działa, ale pomysł ładny, i jak to McDonald, narracja gęsta jak atmosfera Wenus. Akcja za to prosta.

Alastair Reynolds „Ascension Day”. Kapitan statku kosmicznego spędził ostatnie 96 lat na planetce, ale w hiperprzestrzeni akurat otworzyło się okienko i pora ruszać w drogę. Bardzo krótkie.

Maureen F. McHugh „After the Apocalypse”. Jane z trzynastoletnią Franny próbują przenocować w szopie opuszczonego domu. Są w drodze od miesięcy. Niewiele się tu wydarza, bardzo realistyczne, pomysł zdecydowanie nienowy, ale końcówka mnie zaskoczyła.

Catherynne M. Valente „Silently and Very Fast„. Nominacje do Hugo, Nebuli, WFA i Sturgeona, laureat Locusa. Narrator jest AI. Ciągle ewoluuje, a o swoich uczuciach pisze używając notacji z przekreśleniem. Opowieść używa baśni i mitów, i mimo tego wachlarza wyróżnień zupełnie mnie nie przekonała.

Jay Lake „A Long Way Home„. Rok 2977, uwzględniając przesunięcie relatywistyczne. Bohater ma 800 lat i eksploruje kosmos, żeby dostarczyć sobie jakiejś rozrywki. Jest w jaskiniach na planecie Redghost, kiedy coś smaży wszelką elektronikę, i Ask ma problemy, ale musi tylko dotrzeć do pobliskiej wioski, dwa tygodnie piechotą, pestka. Okazuje się jednak, że z całej planety tajemniczo wyparowali ludzie, nie zostawiając ciał. Kosmiczne „Wielkie solo„. Podobno wyjaśnienia są w kolejnych opowiadaniach z cyklu, albo nawet w powieści, ale nie odczuwam potrzeby ich poznania.

Dave Hutchinson „The Incredible Exploding Man”. Narrator wojskowym helikopterem przybywa do Point Zero, nad którym unosi się chmura. Żadne wiatry jej nie rozpraszają. Okazuje się, że to wynik wypadku Zderzacza, w którego epicentrum narator się znalazł. Świetnie napisane, bardzo staroświeckie, uwierzyłabym, że zostało napisane w 1952, oczywiście z tytułu widać, że to celowa konwencja.

Geoff Ryman „What We Found”. Nebula 2011 (novelette). Makurdi, Nigeria, podobno miejsce nie tak zacofane, jak ludzie myślą. Narrator wspomina swoje dzieciństwo, trudne. Czytelnik się zastanawia, gdzie tu fantastyka, i istotnie jest jej niewiele. Bohater odkrywa, że stres przeżyty w dzieciństwie ma wpływ na potomków tej osoby przez dwa pokolenia. A potem, że the mere act of repeated observation changed the real world. Przepiękna rzecz, wspaniale wyrastająca ponad fantastykę, tak świetnie napisana, że długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.

Tom Purdom „A Response from EST17”. Na orbitę planety Extra-Solar Terranoid 17 wchodzi wysłana przez ludzi zwiadowcza AI, the Betzino-Resdell Exploration Community, i odkrywa, że jest tam już konkurencyjna AI, która wystartowała później, dotarła wcześniej, a teraz żąda od Betzino-Resdell zaprzestania eksploracji. Ta ostatnia nie zamierza jednak zrezygnować. Na planecie natomiast jest zaawansowana cywilizacja. Kilka świetnych pomysłów, wrzuconych jakby od niechcenia. Jest to rzecz o skomplikowanej wojnie opartej na kalkulacjach matematycznych.

Ian R. MacLeod „The Cold Step Beyond”. Bess of the Warrior Church trenuje w lesie w oczekiwaniu na wroga. Zamiast niego pojawia się jednak półnaga dziewczynka. Fantasy typu „bardzo zaawansowana technologia, której nikt już nie rozumie”.

David Klecha and Tobias S. Buckell „A Militant Peace„. Bliska przyszłość, inwazja na Koreę Północną. Pokojowa, jak w tytule. Pytanie, jak długo uda się utrzymać ten stan rzeczy. Interesujące, sprawne.

Robert Reed „The Ants of Flanders”. Współczesność. Simon Bloch, niemal dwumetrowy szesnastolatek, niezdolny do odczuwania strachu, wraca do domu późno wieczorem z the Zoo School gdy nagle świat wpada w popłoch, bo okazuje sie, że statek alienów wielki jak Ziemia szybko się do niej zbliża i za pięć minut z nią zderzy. Miałabym parę pytań, na przykład, dlaczego wszyscy przeoczyli coś wielkości planety w Układzie Słonecznym. Autor powiada, że po prostu – nie zauważyli, i płynnie przechodzi do dalszej części akcji, w której pod nogi Simona spada kosmiczne jajo, a w środku jest alien. Bardzo precyzyjna wizja apokalipsy i chaosu. Były o tym miliony komiksów i filmów, ale sposób opowiadania Reeda ma w sobie coś świeżego.

Gwyneth Jones „The Vicar of Mars”. Aleuta i obcy spotykają się w miejscowości Butterscotch na Marsie, gdzie żyją głównie osadnicy ludzcy, do obcych mający stosunek podejrzliwy. Ten konkretny alien jest natomiast the High Priest of the Mighty Void i czuje się w obowiązku odwiedzić kobietę najwyraźniej potrzebującą duchowego wsparcia. Lub szaloną. Rzadka mieszkanka sf planetarnego z horrorem.

Lavie Tidhar „The Smell of Orange Groves„. Opowiadanie wchodzące w skład Stacji Centralnej, chociaż delikatnie rozbite. Opowiada o Klątwie Weiweia, który zapragnął, żeby cała jego rodzina dzieliła się wspomnieniami, i tak się stało. Uświadomiłam sobie, że narracja mi przypomina „Kroniki marsjańskie” Bradbury’ego.

Michael F. Flynn „The Iron Shirts„. Year of Grace twelve hundred and four and twenty, mężczyźni o irlandzkich, a raczej gaelickich, nazwiskach biorą udział w jakiejś malowniczej potyczce. Potem pojawiają się tajemniczy goście zza Zachodniej Wody, the Red Foreigners. Przydaje się wiedza, że w Ameryce w epoce lodowej wyginęły konie, i wróciły tam dopiero z Kolumbem. Rozdziały noszą natomiast tytuły podgatunków muzyki irlandzkiej. Dopracowane w najmniejszym szczególiku.

Pat Cadigan „Cody„. Bohater jest w hotelu w Kansas City, jest bliska przyszłość. A potem go porywają, gdyż jest kurierem przenoszącym wiadomości we własnym mózgu. Sprawne i nastrojowe, ale nieco wydumane. Zwłaszcza tej obcej osoby w pokoju motelowym na samym początku kompletnie nie zrozumiałam. Chyba nawet w Stanach nie ma takiego zwyczaju?

Michael Swanwick „For I Have Lain Me Down on the Stone of Loneliness and I’ll Not Be Back Again„. 200 lat po dublińskim powstaniu w 1916 Amerykanin irlandzkiego pochodzenia przed wylotem w kosmos (wygrał bowiem bilet na loterii) przyjeżdża odwiedzić ziemię przodków. A tam spotyka Mary. Na Ziemi są też Obcy, zwani Outsiders. Znakomicie napisane, świetni bohaterowie, nieoczywiste wybory, przyjemnie prosta historia, zaskakuje mnie brak nominacji do nagród.

Yoon Ha Lee „Ghostweight„. Lisse ukradła statek wojenny, war-kite, a raczej właśnie próbuje go ukraść. Wszystko się tu składa jak origami, a bohaterka nosi ze sobą ghosta. Przedziwna space opera, niepozbawiona specyficznego uroku.

Jim Hawkins „Digital Rites”. Oscarowa gwiazdeczka Amber Holiday ginie na wakacjach w Grecji. To dopiero pierwsza z cyklu podobnych śmierci. Wszystko opisane w czasie teraźniejszym w konwencji scenariusza. Bardzo sprawny technothriller, dużo Grecji, zakończenie rozczarowujące.

Alec Nevala-Lee „The Boneless One”. Jacht na środku Atlantyku północnego. „For the past two years, he knew, the ‚Lancet’, under Ray’s funding and guidance, had been using the latest technology to sample the incredible genetic diversity of life in the ocean, with the unspoken goal of finding genes and microbes with commercial potential.” Trzecia w nocy, w wodzie światła, okazuje się, że to świecące ośmiornice. Nieoczekiwanie jest to thriller.

Peter M. Ball „Dying Young„. Do baru wchodzi cuchnący siarką smok i zamawia whisky. W barze są też klony szeryfa, ’borgi Doca, oraz narrator, który ma trzecie oko. To mogłaby być westernowa fantasy, ale to jest jednak sf. Westernowe. Rewelacyjnie napisane i pomyślane też nieźle.

Chris Lawson „Canterbury Hollow”. Moko i Arlyana spotykają się na wycieczce na umierającej planecie Musce, której słońce zniszczyło atmosferę, ludzie żyją więc pod powierzchnią. Wychodzi na jaw, że obydwoje są balloted i chcą się wspiąć na Cantenbury Hollow. Fantasy typu „odległa przyszłość”, z ładnie zrobioną scenografią. Smutne.

Ken MacLeod „The Vorkuta Event„. Strasznie nadęta pierwszoosobowa narracja, uzasadniona tym, że bohater jest studentem ostatniego roku, pisze pracę końcową, i przy tej okazji odkrywa, że jego szanowany profesor był w młodości wyznawcą Łysenki. Ten opowiada mu, jak w 1947 spotkał Stalina, Berię, i Łysenkę właśnie. Bardzo staroświeckie opowiadanie.

Kij Johnson „The Man Who Bridged the Mist„. Laureat Hugo i Nebuli (novella). Kit przybywa ze stolicy do Nearside, i szuka promu, żeby przekroczyć mgłę do Farside. Będzie pracował przy budowie mostu przez mgłę, która rozdziela Imperium na część wschodnią i zachodnią, a przepływanie przez nią jest niebezpieczne. Low fantasy podbudowana bardzo solidną technologią i rzetelną konstrukcją świata, pomysłowe, świetnie przemyślane, doskonale napisane, im dalej w tekst, tym lepsze, przejmująco prawdziwe i doskonałe. Koniecznie muszę sprawdzić, co autorka jeszcze ma na koncie, bo to nie pierwszy raz, kiedy mnie zachwyca.

___

*Hugo 2012 w kategorii novelette zdobyła Charlie Jane Anders za „Six Months, Three Days„. Prześliczna rzecz, w której parę stanowią widząca możliwe przyszłości Judy i widzący tylko jedną przyszłość Doug.

-> 30

„Jak pokochać centra handlowe” Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Na początku książki narratorka jest w ciąży. Bierze hormony na podtrzymanie, znosi ich skutki uboczne, ma problemy z akceptacją zmieniającego się ciała. Widzimy obrazki z kolejnych centrów handlowych, przed i po urodzeniu dziecka. Potem autorka odchodzi od tej klamry narracyjnej. Oglądamy jej wizytę u psychiatry, z depresją poporodową. Bohaterka ma sporo szczęścia: stać ją na lekarza i leki, które bardzo szybko jej pomagają. Ma dobrego męża, który bardzo ją wspiera, oboje mają lepszą czy gorszą pracę, jest do pomocy babcia. A jednak to męcząca lektura, pełna rzeczy, których o macierzyństwie się nie mówi, a czasem można być zaskoczoną nawet z osobistymi doświadczeniami w tej materii. Zdumiało mnie na przykład, że karmienie piersią może boleć. W rodzinie bardzo szybko pojawia się kolejne dziecko, co nie ułatwia życia. Książka kończy się przejmującą sceną, w której matka w hipermarkecie patrzy na swoje – wyjątkowo grzecznie się bawiące – dzieci, i wyobraża sobie, jak znika, wyjeżdża gdzieś daleko, podejmuje własne życie. Samodzielne.

Miałam wrażenie, że to bardzo szczera narracja – może nawet aż przesadnie. Otóż w posłowiu Fiedorczuk wyjaśnia, że tekst powstał nie tylko na podstawie jej własnych przeżyć, ale również i rozmów z kilkudziesięcioma kobietami. Trochę mi idiotycznie ulżyło, że to wszystko nie było udziałem jednej kobiety, choć ponownie – nic tu się strasznego nie wydarza. Są miliony kobiet, które mają gorzej, trudniej, ciężej. Porównywać można bez końca, i bez sensu.

Mąż i ojciec dzieci jest tu tylko statystą. Słusznie, bo najczulszy, najlepszy, najbardziej świadomy i wspierający mężczyzna nigdy nie będzie miał tych czysto fizycznych doświadczeń, która ma kobieta. 10 miesięcy po teście ciążowym ojciec nadal jest sobą, identycznym jak wcześniej, nawet jeśli pojawiła się u niego miłość i poczucie odpowiedzialności. Kobiecie świat wywrócił się do góry nogami ze trzy razy. Nawet tym, które świetnie zniosły ciążę, poród, i wróciły błyskawicznie do formy.