„Kocie oko” Margaret Atwood

Czytałam ją w czasach tak dawnych, że teraz wydają się zmyślone, w czasach, kiedy nie było jeszcze niczego. Chyba niewiele z niej zrozumiałam, ponieważ wydawało mi się, że prawie nic nie pamiętam (podobnie zresztą jest z „Kobietą do zjedzenia”, której na razie nie planuję czytać ponownie, aczkolwiek nie wykluczam tej możliwości). Co mnie dziwi, bo w tym samym czasie szalenie mi się podobała „Pani Wyrocznia„, a to podobne książki („Kocie oko” jest o 12 lat późniejsze). Leżała na kindlu cierpliwie, czekając na swój czas. Zaczęłam ją czytać i szeroko otworzyłam oczy, ze zdumieniem odkrywając, że pierwsza część nosi tytuł „Żelazne płuco”. W takim właśnie przebywa żona jednego z bohaterów czytanej przedtem „The Calculating Stars„, a chyba nigdy przedtem o tym nie słyszałam, w każdym razie nie pamiętam. Co za zbieg okoliczności.

Narratorka, rówieśnica autorki, malarka Elaine, wraca po latach do rodzinnego Toronto, z Vancouver, gdzie mieszka z drugim mężem, i dokąd uciekła, żeby być jak najdalej od tamtych okolic. W Toronto mają zrobić jej retrospektywną wystawę. Zatrzymuje się w kawalerce pierwszego męża i wspomina – tu jest podobieństwo do „Pani Wyroczni”, niektóre motywy pojawiają się zresztą ponownie (mostek nad wąwozem, gdzie nie wolno było przechodzić samotnie, bo czaili się tam niebezpieczni mężczyźni). Elaine wychowywała się z bratem, w rodzinie prowadzącej koczowniczy tryb życia, więc kiedy osiedlili się w Toronto i odkryła dziewczęce przyjaźnie i zabawy, była to dla niej ogromna zmiana. Atwood w charakterystyczny dla siebie sposób opisuje dochodzenie do własnej tożsamości, poprzez konfrontację z innymi, których odmienność stanowi krzywe zwierciadło dla tego, co wydawało nam się oczywiste. Tę retrospektywę przerywają obrazki z powieściowej teraźniejszości (około połowy lat 80), w którym bohaterka odkrywa, jak zmieniło się Toronto. I wszędzie doszukuje się śladów Cordelii, swojej przyjaciółki z dzieciństwa. Oczywiście w wątku wspomnieniowym stopniowo dojdziemy do tej relacji.

O ile widać tu paralele z „Panią Wyrocznią”, o tyle bohaterki są na zupełnie przeciwstawnych biegunach. Joan została ukształtowana przez oczekiwania innych, pozwoliła się unieść wiatrowi, przeglądała się w oczach otoczenia i do tej wizji usiłowała dostosować swój obraz. Elaine jest zupełnie inna, od początku dokonuje własnych wyborów. Od początku patrzy, jaką drogą poszły inne dziewczyny, wyciąga wnioski i nie popełnia ich błędów. W tej powieści nie ma metafory z poprzedniej, o balansowaniu na linie, ale również tutaj jest to głównym tematem: życie kobiety jest chodzeniem po linie, każdy nieostrożny krok może ją strącić w przepaść: być mądrą, ale nie za mądrą, zajmować się domem, ale pracować, być ładną i zadbaną, ale nie wyzywającą, być matką, ale nie rezygnować z własnych zainteresowań, i tak dalej, ta lista nie ma końca. Elaine się to udaje: ponieważ czujnie śledzi kroki innych kobiet. Tych, które spadły. A kiedy spadają, są jak na jej obrazie kobietami upadłymi, lecącymi bezradnie w dół na czyhające tam ciała mężczyzn. To oczywiście oni stworzyli ten świat, w którym oni mają przed sobą szerokie drogi, boczne ścieżki, możliwość skręcenia w każdej chwili, wybrania powolnego marszu albo biegu. Kobiety mają tylko linę rozciągniętą nad przepaścią. Przy czym jak zwykle u Atwood – pojedynczy mężczyźni są w porządku. Poczynając od brata Elaine, Stephena, błyskotliwego fizyka, przez jej ojca naukowca, do troskliwego drugiego męża: żadnemu nie można nic zarzucić. Jak to zatem właściwie stało, że żyjemy w takim świecie? I dlaczego 30 lat po napisaniu tej książki, pół wieku po opisywanych czasach, jest nadal aktualna?

Przemożny wpływ na Elaine miała Cordelia. Nieuchwytna Cordelia. Fascynujące, że bohaterka, dojrzała kobieta, która odniosła w życiu sukces na wielu płaszczyznach: jest uznaną malarką, ma udane córki i męża, nadal uparcie wspomina byłą przyjaciółkę, widzi ją na każdym rogu. Sama nie wie, czego pragnie. Być może zemsty. A może czegoś zupełnie innego, czego nigdy już nie będzie mogła mieć. „Właśnie tego mi brak, Cordelio. Nie tego, co minęło, lecz tego, co nigdy się nie zdarzy.

Okazało się w trakcie lektury, że pamiętam jednak z niej sporo scen. Na przykład tę, w której bohaterka na początku lat sześćdziesiątych siedzie w otoczeniu feminizujących znajomych i wstydliwie chowa ogolone nogi pod spódnicą, bo przecież golenie wynika wyłącznie z wypranego mózgu. Już wtedy o tym rozmawiały. Ze smutkiem myślę o tym miliardzie kobiet, które przez następne pół wieku wydały fortunę na depilatory, maszynki i woski (sama lepsza nie jestem i nie będę).

Ale to nie jest książka o feminizmie. Jest przede wszystkim o przemijaniu i pamięci, i nic dziwnego, że za młodu do mnie nie dotarła cała jej nostalgia. Bez względu na to czy kochani, czy znienawidzeni, ukształtowali nas ludzie, którzy odeszli. Czasy, które minęły. Bohaterka w roku 85 odwiedza bar zrobiony w stylu lat pięćdziesiątych, taki, w jakim bywała za młodu. Wspomina i myśli, jak inaczej żyją teraz młode dziewczyny, na co się uśmiechęłam, bo to „teraz” było trzydzieści lat temu, i ciekawe, co powiedziałaby o 2019 – a przecież tak naprawdę nie zmienia się nic. Nie to, co naprawdę istotne.

Przepiękna i wybitna powieść. Klarowna, dojrzała, wnikliwa, i doskonale napisana. Kolejna książka Atwood, przy której spoglądam na północny wschód z myślą „królu Karolu XVI Gustawie, przestań jednak im płacić pensje”.

Rodzicem być

Kiedy zostajesz rodzicem, nie mówią ci, że od tej pory twoje życie będzie pełne wyłącznie sprzecznych uczuć, doświadczanych jednocześnie.
Duma i przerażenie.
Tęsknota, kiedy go nie ma, i radość z możliwości odpoczynku.
Strach i zachwyt.
Pragnienie uchronienia przed całym groźnym światem, i pragnienie wychowania niezależnego człowieka.
Przekonanie, że bez względu na wszystko zawsze będę przy nim, i brutalna świadomość, że kiedyś zostanie sam.
Nie mówią ci, że będziesz już zawsze żyć w strachu przed pojawieniem się na twoim progu ponurych panów w czerni, którzy surowo zapytają, gdzie masz zdane egzaminy, świadectwa ukończenia kursów i szkoleń, i co sobie właściwie myślisz wychowując człowieka bez wymaganych licencji i zezwoleń.

„The Fated Sky” Mary Robinette Kowal

W czasie pisania „The Calculating Stars” Kowal stwierdziła, że ma materiału na dwie książki, co mnie osobiście bardzo cieszy. (Bardziej by mnie ucieszyło pięć albo dziesięć; jedna w każdym razie ma nadejść w przyszłym roku). Tu odchodzimy nieco od prawdy historycznej, lecimy bowiem na Marsa, natomiast nadal jest to rok 1962, nie ma żadnych fantastycznych wynalazków, ba – nie ma przecież nawet komputerów ani internetu. Jest czysta żywa technika, inżynieria, mechanika orbitalna, i ludzie. Autorka świetnie odmalowuje problemy związane z interakcjami uczestników wyprawy. Parker jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż można było się spodziewać po pierwszym tomie, a nasza bohaterka Elma nie jest tak nieskazitelna, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Jestem pełna uznania dla katastrofy kosmicznej, wynikającej z najbardziej przyziemnego powodu, jaki można sobie wyobrazić, a przecież bardzo realistycznej. Nie pamiętam, kiedy coś przeżywałam do tego stopnia, wielokrotnie ze łzami w oczach. Jest tu kawał solidnego researchu i wielkiej wyobraźni.

Za naciągany uważam pomysł wysyłania dwóch statków oddzielnie, zupełnie nie widzę sensu (wiem – oni widzieli), a już zupełnie nie ogarniam tego trzeciego, bezzałogowego. Po co trzykrotnie zwiększać konieczność manewrowania? Pomysł, że na statku będzie pralka i piekarnik, też wydaje mi się wątpliwy (acz uroczy). No i szyfr: nie mogli wymyślić czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a przynajmniej pisać bez spacji? Ale to się jeszcze broni, po pierwsze bez komputera trudno coś innego zakodować i odczytać; po drugie, jak to zwykle ludzie ponadprzeciętnie inteligentni, nie doceniali inteligencji otoczenia; po trzecie autorka zadbała o to, żeby w tych okolicznościach nawet trudniejszy szyfr dało się złamać. Męczyło mnie trochę nieustanne dziwienie się Elmy zachowaniu Parkera, ale to też się broni psychologicznie. Oczywiście, że przebywając tyle czasu w ograniczonej przestrzeni z sześcioma osobami przypisuje się nadmierne znaczenie każdemu słowu i gestowi innych. W końcu innej rozrywki nie mieli.

*

Uzupełnieniem dylogii jest opowiadanie „The Lady Astronaut of Mars”, chronologicznie pierwsze, i nagrodzone Hugo 2014 (w kategorii novelette). Opowiada o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat później, kiedy Nathaniel był umierający, a sześćdziesięcioletnia Elma dostała propozycję ostatniej misji. Co prawda dwie powieści Kowal oswoiły mnie nieco z jej bardzo przyziemnym, pozbawionym ogródek podejściem do tematyki, ale i tak uważam, że fantastyka nie powinna tak wyglądać. Nie chciałam przeczytać tak bezpośredniego opisu umierania ukochanej osoby, zwłaszcza tej, do której zdążyłam się przywiązać przez dwa tomy. Ale to jest dobre opowiadanie, w którym mamy wnikliwy opis trudnego wyboru.

„The Calculating Stars” Mary Robinette Kowal

Zaczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie meteorytu, który kompletnie niszczy Waszyngton i okolice. Pomysł nie całkiem oryginalny, ale w tym ujęciu i owszem, ponieważ jest 1952. Stany rządzone przez Thomasa Deweya (w naszej linii czasowej przegrał w 1948 z Trumanem) wyniosły właśnie na orbitę trzeciego satelitę. Zimna wojna trwa. Protagoniści, młode małżeństwo, pracują dla NACA, ówczesnego pierwowzoru NASA. Narratorka jest świetną matematyczką, ma doktorat z fizyki, i potrafi pilotować samoloty, podczas wojny była bowiem w Women Airforce Service Pilots. W obliczu tej straszliwej katastrofy czuje się jednak kompletnie bezradna. Obraz po zniszczeniach odmalowany jest tu bardzo precyzyjnie i realistycznie, z ogromną dbałością o szczegóły, z masą konkretnych obliczeń. Natychmiast gorąco pokochałam Elmę: „Give me an unpowered landing and I was fine. Addressing a roomful of people? Thank you, but no„. Jest doskonale spójną bohaterką. Poza tym jest 1952, kobiety są kobietami, trwa segregacja rasowa, szaleje polio, a w tym wszystkim okazuje się, że apokalipsa dopiero się zaczęła.

Świetna, pomysłowa, oryginalna, wciągająca, znakomicie napisana rzecz, coś między „Hidden Figures” a „First Man„: mimo otoczki fantastycznej zbudowana jest z prawd historycznych, i pokazująca pewne rzeczy bez ogródek. W 1944 kobiety były pilotkami samolotów, gdzie teraz są pilotki? W latach 1950 słowo „computer” oznaczało kobietę, powszechnie uważano, że matematyka to jest odpowiednie dla nich zajęcie (mężczyźni byli inżynierami), maszyny komputery zostały zaprojektowane dla nich i były przez nie programowane. Co się z tym wszystkim stało w roku 2019? Kto i kiedy uznał, że to nie jest odpowiednia dziedzina dla kobietek? A do tego Kowal wplata tu aluzje do obecnego powszechnego odbioru zagrożeń dla środowiska naturalnego. Zastanawiałam się tylko, skąd właściwie Stany po katastrofie brały pieniądze na program kosmiczny – ale w tamtej wersji świata zbrojenia nie były konieczne.

Świeżutka Nebula 2018, z której się cieszę, jakbym to ja osobiście ją dostała, gorąco jej kibicowałam. Nominacje do Hugo i Locusa.

„Córka zegarmistrza” Kate Morton

Jestem słabą kobietą, puchem marnym, miękką istotką bez silnej woli. I to mimo posiadania mózgownicy, która mówiła
– Nie czytaj tego, ja ci powiem, co tam jest: starzy ludzie z ukrywaną tajemnicą, dużo napomknień o tajemnicy, niewyjaśniona śmierć sprzed lat, a na końcu bohaterka okaże się wnuczką albo prawnuczką innej postaci. Nie czytaj, jest tyle innych książek. – Ale nie posłuchałam.

Po mglistym prologu, który ma nas wprowadzić w klimat, mamy rozdział pierwszy: Londyn, lato 2017. W drugim akapicie mózgownica prychnęła złośliwym śmiechem, kiedy się okazało, że „biuro z jego zapachem kurzu i toczącą swe wody Tamizą było niemal urocze”. Nie każdy ma szczęście mieć w biurze Tamizę. W akapicie trzecim zgodnie doszłyśmy do wniosku, że nie lubimy głównej bohaterki, bo musi zaparzać herbatę dokładnie trzy i pół minuty. Pomyślałam, że na pewno jest męczącą starą panną, zasuszoną i zgryźliwą. Nie. Elodie Winslow jest archiwistką, ma 31 lat, za sześć tygodni wychodzi za mąż. Ślub organizuje jej przyszła teściowa, ponieważ Elodie nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby zorganizować cokolwiek poza pójściem do toalety. Narzeczony natomiast jest bankierem zajmującym się niejasnymi finansami (bo oczywiście jest zupełnie normalne, że wychodzi się za mąż nie wiedząc, co dokładnie kandydat robi w pracy, przecież oblubienica nie będzie sobie ślicznej główki zaprzątać takimi nieciekawymi drobiazgami, nawet w 2017), co natychmiast sytuuje go w kategorii podejrzanych, ale w akcji go w ogóle nie ma, bo akurat dogodnie wyjechał. To pozwala Elodie spokojnie zajmować się odkrytym właśnie pudłem zawierającym torbę należącą do niejakiego Jamesa Strattona, wiktoriańskiego reformatora, oraz szkicownik malarza Edwarda Radcliffe’a, również z tamtej epoki, który nigdy się nie otrząsnął po tragicznej śmierci swojej narzeczonej. Do tego mamy piękną fotografię wiktoriańskiej damy. Elodie natychmiast czuje niewytłumaczalny związek ze zdjęciem, oraz odkrywa, że zna dom ze szkicownika, choć nigdy go nie widziała. Poza tym ma starego ojca i dziadka ciotecznego, oraz nie ma matki, która zginęła w wypadku samochodowym, kiedy córka miała sześć lat, a była sławną i genialną wiolonczelistką. Niesłychanie wprost genialną. I piękną (co za zaskoczenie, i wyjątkowo doskonały zbieg okoliczności). Tak genialną, że ćwierć wieku później nadal jest powszechnie pamiętana. No co, nie pamiętacie wiolonczelistów sprzed 25 lat? Słabo. Ojciec Elodie strasznie kochał żonę i bardzo cierpiał po jej śmierci, a właściwie ciągle nie przestał.

Tę umieszczoną w teraźniejszości narrację przerywają pierwszoosobowe wspomnienia córki zegarmistrza, która obecnie znajduje się w domu, gdzie spędziła życie, a w wiktoriańskim dzieciństwie porzucona przez ojca wychowywała się u pewnej kobiety, i to są oczywiście kawałki z Dickensa. Morton wie, na kim się wzorować – tego jej odmówić nie można. Córka zegarmistrza miała jakieś powiązanie z Edwardem Radcliffe’em, i tak fabuła zaczyna się zawiązywać. Dalej jest kawałek „Tajemniczego ogrodu”, szkoła dla panien, dwie wojny światowe, oryginalności niewiele, bohaterów za to mnóstwo – natomiast całość jest ostatecznie całkiem składna i wciągająca. Podoba mi się pomysł hpmlavravn aneengbexv qhpurz i to, że Morton nie domyka na siłę wszystkich wątków. Nie ma tu też bardzo irytujących wpadek, chociaż nadzwyczaj durnym pomysłem jest, że Nqn qnłn Ołęxvg Gvcbjv (n jpmrśavrw Yhpl Nqmvr). Wolałabym również, żeby Elodie nie zabierała wszystkiego pod wpływem niewytłumaczalnego impulsu, i czasem jednak odbierała telefony.

Po „Riverton” byłam bardzo ciekawa, czy w posłowiu będzie napisane, że Ch. Dickens istniał naprawdę i pisał książki nieco podobne do tej. Ale nie. Jest po pierwsze wyjaśnione, o czym jest ta powieść (nie przesadzam), a po drugie jest informacja, że istnieją muzea (nadal nie).

Z ciekawości zajrzałam do anglojęzycznych opinii o książce i nieco opadła mi szczęka. Przeważają rozczarowane głosy, że jest za skomplikowana, za dużo bohaterów i epok. Pisane są językiem poprawnym i każącym podejrzewać, że autor ma IQ w normie, więc zachodzę w głowę, co ci ludzie czytają. Wyłącznie powieści jednowątkowe o chronologicznej fabule? Wymieszane epoki i odkrywanie powiązań między bohaterami to jest tu w ogóle jedyne, co usprawiedliwia lekturę, inaczej byłaby to jakaś nuda śmiertelna. A kiedy czytam niektóre zadawane przez czytelników pytania, mam wrażenie, że albo czytali co drugi akapit, albo chińskie tłumaczenie.

„Raising the Stones” Sheri S.Tepper

Trawa” robi takie wrażenie, że natychmiast poszłam kupić kolejną książkę autorki, opisywaną jako druga z „Trylogii Arbaiów”, ale to tylko dlatego, że żyjemy w 2019 i wszystko musi być częścią cyklu. W rzeczywistości powiązanie jest tylko anegdotyczne: to jest samodzielna rzecz, a jej początek jest jeszcze bardziej oszałamiający i zbijający z tropu, niż w „Trawie”. Jesteśmy w odległej przyszłości, w innym układzie słonecznym, na planetce zwanej Hobbs Land, skolonizowanej przez ludzi, którzy zastali tam niedobitki wymierającej rasy, oraz jednego ich boga. Nikt nie wiedział, czy ten jest rośliną, zwierzęciem, czy minerałem, nikt tego nie badał, bóg był sobie, aż umarł. To miało nieoczekiwane skutki dla miejscowej społeczności farmerów, żyjących w Settlement One, jednej z dwunastu tutejszych niewielkich osad. Ale nie przywiązujmy się nadmiernie do teraźniejszości, bo autorka natychmiast zaczyna opowiadać o przeszłości Sama, miejscowego Topmana. W ogóle zachowuje się tak, jakby nikt nigdy nie nauczył jej żadnych zasad pisania powieści: wrzuca nam od razu swobodnie kilkanaście dziwacznych imion i nazwisk (Sam jest skrótem od Samasnier; ziemskie imiona są dobre dla Ziemian), przenosi się w czasie i przestrzeni, czytelnikowi kręci się w głowie; i jakimś cudem z tej rozsypanej układanki wyłania się świat.
– Ty, ale to wcale nie jest fantastyka. To jest realizm magiczny… w sf – szepnęła do mnie część mózgownicy, wstrzymując oddech z zachwytu. Istotnie, Settlement One to jest właściwie Macondo na innej planecie, chociaż nie tylko i nie cały czas.

Matka Sama uciekła z rodzinnej planety z dziećmi, a kiedy przybyła na Hobbs Land, powiedziała z ulgą, że tu nie ma legend. Dorastający Sam chce się jednak czegoś dowiedzieć o baśniach, idzie więc do lokalnych Archiwów – i odkrywa przeszłość ludzkości. W tym mit o Tezeuszu. Ponieważ tęskni za swoim ojcem, zostawionym na tamtej planecie, wyobraża sobie od tej pory, że ten pod jakimś kamieniem zostawił mu sandały i miecz. Nawet rozumiejąc, że to tylko metafora, chodzi i podnosi kamienie – stąd tytuł, a za nim idący mocny, precyzyjny i plastyczny przekaz. Na Hobbs Land panuje matriarchat, dzieci nie mają ojców, tylko nieistotnych progies (progenitorów), wychowywane są przez matki wspierane przez wujów, Sam nie może więc zajmować się własnym synem. A chciałby. To, co opisałam, to nawet nie jest jeszcze początkowe 4% powieści, co daje pewne pojęcie o gęstości narracji Tepper.

W jednej trzeciej książki dostajemy podrozdzialik zupełnie odmienny w tonie od dotychczasowej solennej powagi: właściwie satyryczny, nieco w duchu Vonneguta. Byłam tym zupełnie zaskoczona, a potem autorka wykorzystuje to do wprowadzenia pewnej lekkości do swojej opowieści, co wychodzi jej częściowo na dobre, choć jednocześnie miałam nieco za złe nadmierną dosłowność paralel ze światem nam współczesnym. Potem wracamy do spraw poważnych. Od połowy już mniej więcej wiadomo, co dalej będzie, co zupełnie mi nie przeszkodziło czytać z zapartym tchem, a nawet dyskretnie otrzeć oko. Pod koniec rozwój wydarzeń znowu mnie nieco zaskoczył.

Można się tu czepiać wielu rzeczy; autorka chwilami bywa zbyt dosłowna, chwilami naiwna. Co wcale tej książce nie przeszkadza, jest to rzecz wyrastająca ponad fantastykę z zaskakującą łatwością. Jedna z tych, przy których człowiek myśli „ale dlaczego właściwie wszyscy tak nie piszą, przecież to wygląda na takie proste”. Bohaterowie są wielowymiarowi, świat porywająco złożony i realistyczny.

Sheri Tepper docenia moc opowieści, i daje przepiękne porównanie ich do pajęczyny. Jak jej nitki, tak mity łączą przeszłość z teraźniejszością, a potem splatają się ze sobą, tworząc oddzielną przestrzeń ułatwiającą zrozumienie siebie nawzajem i siebie samych. A z drugiej strony przypomina, że patrząc wstecz nie da się iść do przodu.

„Trawa” Sheri S. Tepper

Kolejna polecanka znajomego, przy której wpadłam w dół, nie mogąc pojąć, jakim cudem nawet nie słyszałam o tej powieści ani o jej autorce. Nic nie wiem o niczym, oto naga prawda (za to znajomych mam odpowiednich). Jest to coś w rodzaju Le Guin zmieszanej z Miéville’m, i to w zasadzie powinno już stanowić wystarczającą zachętę oraz wyjaśnić mój dół.
Jesteśmy na planecie Trawie, która jest porośnięta tym, co z nazwy wynika. Wielobarwnym i w nader różnych rozmiarach. W posiadłościach mieszkają tu arystokraci, którzy właśnie wyruszają na Polowanie.
– Ale to jest chyba fanta…- zdążył zgłosić pół zastrzeżenia mój mózg. Ocknął się dwa rozdziały dalej, mówiąc, że żadne klasyfikacje gatunkowe go nie obchodzą, i proszę mu nie przeszkadzać, on teraz czyta.
Polowanie wygląda z nazwy jak to tradycyjne angielskie: są wierzchowce, ogary, i lis. Tylko nic tu nie jest tym, na co mogłoby wyglądać, drobiazg. Oglądamy je oczami piętnastoletniej Diamante, która uczestniczy w nim pierwszy raz, pod przymusem. Za chwilę dowiemy się, dlaczego. Impreza jest potwornie niebezpieczna i męcząca; pozostaje zagadką, dlaczego ludzie się w to w ogóle bawią. Nie mamy jednak czasu się tym zajmować, bo zmieniamy rejestr przenosząc się w świat polityki rodem z Diuny. Miejscowi zarządcy nie życzą sobie, żeby mieszała się do nich rządząca Terrą Świętość, i snują intrygi. Za chwilę obejrzymy Terrę z bliska. Logika homo sapiens pozostała tam niezmienna: nie wolno mieć więcej niż dwoje dzieci, ale Świętość nie zezwala również na aborcję ani antykoncepcję. Niech pospólstwo sobie to pogodzi, a jak nie może, to władza da radę. Nie pierwszy raz to na Ziemi i nie ostatni. Aha, Świętość nie ma związku z katolicyzmem. Przeciwnie, starokatolicy uważają tamtych za heretyków. To wszystko to jest dopiero sam początek powieści, w którym pojawia się jeszcze siedziba Świętości i umierający jej Hierarcha, i staje się jasne, że dopiero liznęliśmy z wierzchu tego powieściowego wszechświata, a już wszystko ulegnie zmianie. Chwyt typowy dla Miéville’a, jako się rzekło.
Tepper ma fantastyczny sposób wprowadzania w opisywaną rzeczywistość: to jedna z tych książek, przy których lekturze wierzę bez zastrzeżeń, że autorka tam była i wszystko widziała na własne oczy. Wymyślenie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie mniej prawdopodobne. Natomiast czym dalej, tym bardziej mi to wyglądało na inną wersję „Mówcy umarłych„, wydanego trzy lata wcześniej. Paralele są rozmaite, na przykład (nie ujawniając za wiele) sporą rolę odgrywa tu religia – katolicka oczywiście – i rozważania, jak ją przyłożyć do Obcych. Tak się pisało w latach 80, to prawda, i to są w pewnej warstwie ciekawe rozważania, poza tym autorka świetnie prowadzi psychologię postaci, ale mój początkowy zachwyt leciutko jednak zbladł. Ale nie tak bardzo, żebym natychmiast nie sięgnęła po następną.