„Trawa” Sheri S. Tepper

Kolejna polecanka znajomego, przy której wpadłam w dół, nie mogąc pojąć, jakim cudem nawet nie słyszałam o tej powieści ani o jej autorce. Nic nie wiem o niczym, oto naga prawda (za to znajomych mam odpowiednich). Jest to coś w rodzaju Le Guin zmieszanej z Miéville’m, i to w zasadzie powinno już stanowić wystarczającą zachętę oraz wyjaśnić mój dół.
Jesteśmy na planecie Trawie, która jest porośnięta tym, co z nazwy wynika. Wielobarwnym i w nader różnych rozmiarach. W posiadłościach mieszkają tu arystokraci, którzy właśnie wyruszają na Polowanie.
– Ale to jest chyba fanta…- zdążył zgłosić pół zastrzeżenia mój mózg. Ocknął się dwa rozdziały dalej, mówiąc, że żadne klasyfikacje gatunkowe go nie obchodzą, i proszę mu nie przeszkadzać, on teraz czyta.
Polowanie wygląda z nazwy jak to tradycyjne angielskie: są wierzchowce, ogary, i lis. Tylko nic tu nie jest tym, na co mogłoby wyglądać, drobiazg. Oglądamy je oczami piętnastoletniej Diamante, która uczestniczy w nim pierwszy raz, pod przymusem. Za chwilę dowiemy się, dlaczego. Impreza jest potwornie niebezpieczna i męcząca; pozostaje zagadką, dlaczego ludzie się w to w ogóle bawią. Nie mamy jednak czasu się tym zajmować, bo zmieniamy rejestr przenosząc się w świat polityki rodem z Diuny. Miejscowi zarządcy nie życzą sobie, żeby mieszała się do nich rządząca Terrą Świętość, i snują intrygi. Za chwilę obejrzymy Terrę z bliska. Logika homo sapiens pozostała tam niezmienna: nie wolno mieć więcej niż dwoje dzieci, ale Świętość nie zezwala również na aborcję ani antykoncepcję. Niech pospólstwo sobie to pogodzi, a jak nie może, to władza da radę. Nie pierwszy raz to na Ziemi i nie ostatni. Aha, Świętość nie ma związku z katolicyzmem. Przeciwnie, starokatolicy uważają tamtych za heretyków. To wszystko to jest dopiero sam początek powieści, w którym pojawia się jeszcze siedziba Świętości i umierający jej Hierarcha, i staje się jasne, że dopiero liznęliśmy z wierzchu tego powieściowego wszechświata, a już wszystko ulegnie zmianie. Chwyt typowy dla Miéville’a, jako się rzekło.
Tepper ma fantastyczny sposób wprowadzania w opisywaną rzeczywistość: to jedna z tych książek, przy których lekturze wierzę bez zastrzeżeń, że autorka tam była i wszystko widziała na własne oczy. Wymyślenie czegoś takiego wydaje się zwyczajnie mniej prawdopodobne. Natomiast czym dalej, tym bardziej mi to wyglądało na inną wersję „Mówcy umarłych„, wydanego trzy lata wcześniej. Paralele są rozmaite, na przykład (nie ujawniając za wiele) sporą rolę odgrywa tu religia – katolicka oczywiście – i rozważania, jak ją przyłożyć do Obcych. Tak się pisało w latach 80, to prawda, i to są w pewnej warstwie ciekawe rozważania, poza tym autorka świetnie prowadzi psychologię postaci, ale mój początkowy zachwyt leciutko jednak zbladł. Ale nie tak bardzo, żebym natychmiast nie sięgnęła po następną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s