„Kocie oko” Margaret Atwood

Czytałam ją w czasach tak dawnych, że teraz wydają się zmyślone, w czasach, kiedy nie było jeszcze niczego. Chyba niewiele z niej zrozumiałam, ponieważ wydawało mi się, że prawie nic nie pamiętam (podobnie zresztą jest z „Kobietą do zjedzenia”, której na razie nie planuję czytać ponownie, aczkolwiek nie wykluczam tej możliwości). Co mnie dziwi, bo w tym samym czasie szalenie mi się podobała „Pani Wyrocznia„, a to podobne książki („Kocie oko” jest o 12 lat późniejsze). Leżała na kindlu cierpliwie, czekając na swój czas. Zaczęłam ją czytać i szeroko otworzyłam oczy, ze zdumieniem odkrywając, że pierwsza część nosi tytuł „Żelazne płuco”. W takim właśnie przebywa żona jednego z bohaterów czytanej przedtem „The Calculating Stars„, a chyba nigdy przedtem o tym nie słyszałam, w każdym razie nie pamiętam. Co za zbieg okoliczności.

Narratorka, rówieśnica autorki, malarka Elaine, wraca po latach do rodzinnego Toronto, z Vancouver, gdzie mieszka z drugim mężem, i dokąd uciekła, żeby być jak najdalej od tamtych okolic. W Toronto mają zrobić jej retrospektywną wystawę. Zatrzymuje się w kawalerce pierwszego męża i wspomina – tu jest podobieństwo do „Pani Wyroczni”, niektóre motywy pojawiają się zresztą ponownie (mostek nad wąwozem, gdzie nie wolno było przechodzić samotnie, bo czaili się tam niebezpieczni mężczyźni). Elaine wychowywała się z bratem, w rodzinie prowadzącej koczowniczy tryb życia, więc kiedy osiedlili się w Toronto i odkryła dziewczęce przyjaźnie i zabawy, była to dla niej ogromna zmiana. Atwood w charakterystyczny dla siebie sposób opisuje dochodzenie do własnej tożsamości, poprzez konfrontację z innymi, których odmienność stanowi krzywe zwierciadło dla tego, co wydawało nam się oczywiste. Tę retrospektywę przerywają obrazki z powieściowej teraźniejszości (około połowy lat 80), w którym bohaterka odkrywa, jak zmieniło się Toronto. I wszędzie doszukuje się śladów Cordelii, swojej przyjaciółki z dzieciństwa. Oczywiście w wątku wspomnieniowym stopniowo dojdziemy do tej relacji.

O ile widać tu paralele z „Panią Wyrocznią”, o tyle bohaterki są na zupełnie przeciwstawnych biegunach. Joan została ukształtowana przez oczekiwania innych, pozwoliła się unieść wiatrowi, przeglądała się w oczach otoczenia i do tej wizji usiłowała dostosować swój obraz. Elaine jest zupełnie inna, od początku dokonuje własnych wyborów. Od początku patrzy, jaką drogą poszły inne dziewczyny, wyciąga wnioski i nie popełnia ich błędów. W tej powieści nie ma metafory z poprzedniej, o balansowaniu na linie, ale również tutaj jest to głównym tematem: życie kobiety jest chodzeniem po linie, każdy nieostrożny krok może ją strącić w przepaść: być mądrą, ale nie za mądrą, zajmować się domem, ale pracować, być ładną i zadbaną, ale nie wyzywającą, być matką, ale nie rezygnować z własnych zainteresowań, i tak dalej, ta lista nie ma końca. Elaine się to udaje: ponieważ czujnie śledzi kroki innych kobiet. Tych, które spadły. A kiedy spadają, są jak na jej obrazie kobietami upadłymi, lecącymi bezradnie w dół na czyhające tam ciała mężczyzn. To oczywiście oni stworzyli ten świat, w którym oni mają przed sobą szerokie drogi, boczne ścieżki, możliwość skręcenia w każdej chwili, wybrania powolnego marszu albo biegu. Kobiety mają tylko linę rozciągniętą nad przepaścią. Przy czym jak zwykle u Atwood – pojedynczy mężczyźni są w porządku. Poczynając od brata Elaine, Stephena, błyskotliwego fizyka, przez jej ojca naukowca, do troskliwego drugiego męża: żadnemu nie można nic zarzucić. Jak to zatem właściwie stało, że żyjemy w takim świecie? I dlaczego 30 lat po napisaniu tej książki, pół wieku po opisywanych czasach, jest nadal aktualna?

Przemożny wpływ na Elaine miała Cordelia. Nieuchwytna Cordelia. Fascynujące, że bohaterka, dojrzała kobieta, która odniosła w życiu sukces na wielu płaszczyznach: jest uznaną malarką, ma udane córki i męża, nadal uparcie wspomina byłą przyjaciółkę, widzi ją na każdym rogu. Sama nie wie, czego pragnie. Być może zemsty. A może czegoś zupełnie innego, czego nigdy już nie będzie mogła mieć. „Właśnie tego mi brak, Cordelio. Nie tego, co minęło, lecz tego, co nigdy się nie zdarzy.

Okazało się w trakcie lektury, że pamiętam jednak z niej sporo scen. Na przykład tę, w której bohaterka na początku lat sześćdziesiątych siedzie w otoczeniu feminizujących znajomych i wstydliwie chowa ogolone nogi pod spódnicą, bo przecież golenie wynika wyłącznie z wypranego mózgu. Już wtedy o tym rozmawiały. Ze smutkiem myślę o tym miliardzie kobiet, które przez następne pół wieku wydały fortunę na depilatory, maszynki i woski (sama lepsza nie jestem i nie będę).

Ale to nie jest książka o feminizmie. Jest przede wszystkim o przemijaniu i pamięci, i nic dziwnego, że za młodu do mnie nie dotarła cała jej nostalgia. Bez względu na to czy kochani, czy znienawidzeni, ukształtowali nas ludzie, którzy odeszli. Czasy, które minęły. Bohaterka w roku 85 odwiedza bar zrobiony w stylu lat pięćdziesiątych, taki, w jakim bywała za młodu. Wspomina i myśli, jak inaczej żyją teraz młode dziewczyny, na co się uśmiechęłam, bo to „teraz” było trzydzieści lat temu, i ciekawe, co powiedziałaby o 2019 – a przecież tak naprawdę nie zmienia się nic. Nie to, co naprawdę istotne.

Przepiękna i wybitna powieść. Klarowna, dojrzała, wnikliwa, i doskonale napisana. Kolejna książka Atwood, przy której spoglądam na północny wschód z myślą „królu Karolu XVI Gustawie, przestań jednak im płacić pensje”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s