„Trup na plaży” Aneta Jadowska

Jesteśmy współcześnie w Ustce, narratorka pierwszoosobowa jest młodą dziewczyną, pochodzącą z tego miasteczka, a po śmierci ojca wyjechała do ciotki do Łodzi. Teraz po licencjacie wróciła, pomaga babci prowadzić pensjonat i pracuje w kawiarni. Jej wujek Marek, brat ojca, jak on jest policjantem, więc kiedy Magda wcześnie rano znajduje trupa w morzu przy plaży, wie, kogo zawiadomić. I wie też, jak prowadzić własne śledztwo, zwłaszcza że zwłoki okazują się ich byłym pensjonariuszem, który dwa dni wcześniej zniknął. W dochodzeniu pomaga bohaterce jej kuzynka, która za chwilę wychodzi za mąż, oprócz akcji dziewczyny są więc zajęte również przygotowaniami do wieczoru panieńskiego.

Autorkę odkryłam w „Hardej hordzie„. Tutaj stwarza bardzo fajną bohaterkę, narracja jest klarowna i ozdobiona humorem, a przy tym akcja wciąga i pojawiają się całkiem poważne tematy. Będę czytać jej więcej i mam nadzieję na kolejne części o Garstce z Ustki.

„Storytellers” Bjørn Larssen

Blog Miłość po 30 czytam od kilkunastu lat. Na początku autor wyśmiewał się z porad okołozwiązkowych, potem przeszedł na tematy bardziej osobiste, pozakładał (i pokasował) inne blogi, oraz stronę na fejsie. Przez cały ten czas śledziłam jego losy wiernie, ponieważ lubię ludzi szczerych i ładnie piszących po polsku. Co podziwiam, ponieważ mieszka od lat poza krajem, i co prawda w dobie internetu oraz ebooków utrzymanie kontaktu z językiem nie jest specjalnie trudne, nie przychodzi jednak samo z siebie, coś o tym wiem. Następnie okazało się, już parę lat temu, że autor będzie pisał książkę, ucieszyłam się więc bardzo i natychmiast postanowiłam się w nią zaopatrzyć, o czymkolwiek by nie była. W postanowieniu utwierdzały mnie informacje o wykonywanym przez autora researchu (bowiem ten polski Holender piszący po angielsku zdecydował się zająć Islandią sprzed stu lat), i o reagowaniu na uwagi redaktorki. Byłam przekonana, że osoba zwracająca taką uwagę na szczegóły, wyposażona w poczucie humoru, i generalnie umiejąca pisać, nie może napisać złej książki. Miałam rację.

Marzec 1920, Islandia. Gunnar jest mrukliwym kowalem, cierpiącym na ciężką depresję, pomaga mu lekarstwo (na receptę, ponieważ panuje prohibicja, ale on wcale nie jest alkoholikiem, w każdej chwili mógłby przestać, gdyby chciał, tylko akurat nie chce) i praca. Pojawia się u niego dziwny gość – Sigurd, z Ameryki, który skręcił kostkę. Gunnar wcale nie chce się nim opiekować, ten jednak przekonuje go pieniędzmi, których ma sporą kwotę. Podobno to spadek. Nie wiemy, dlaczego woli się pozbyć zasobów finansowych, a w zamian za to upewnić się, że nikt nie dowiedział się o jego pobycie u Gunnara. Ta zagadka wciąga. Jest jeszcze Brynhildur, która koniecznie chce wyjść za mąż, potencjał komiczny został tu świetnie wykorzystany. A w drugim wątku jest snuta przez Sigurda opowieść, o Arnarze, któy pojechał do Ameryki, tam poznał Juanę, i przywiózł ją do swojego zimnego kraju. Dla dziewczyny to szok kulturowy. A jeszcze są bracia Arnara: jego bliźniak Ingvar, ambitny pastor, i cierpiący na wrzody żołądka Bjarni. Oraz zamożna Gullveig, którą podejrzewają o bycie czarownicą. I cała wioska postaci: najbliższe to chyba jest „Tortilla Flat”, miejscami prześmieszne, czasem dramatyczne.

Obydwa wątki wciągają natychmiast. Postaci są świetnie skonstruowane. Wbrew wszelkiej logice lubimy Gunnara i mu współczujemy. Islandia z początku XIX wieku odmalowana jest doskonale, a całość okraszona fantastycznym poczuciem humoru. Stylistycznie irytowały mnie tylko zakończenia rozdziałów w stylu „a ja wiem, co będzie dalej”, ale to drobiazg w porównaniu z tym, ile razy byłam uczciwie zaskoczona, i ile razy wybuchałam śmiechem w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Zwroty akcji są przy tym przemyślane i prawdopodobne, a nie żadne naciągane siostry bliźniaczki rozdzielone przed urodzeniem, ani zasuszone staruszki, tu znacząco patrzę w stronę Kate Morton, która mogłaby się wiele nauczyć od autora. Miałam jedną wątpliwość: fxąq Neane jmvął grtb boprtb cemlfmłrtb gehcn? Ebmhzvrz, żr zhfvnł tqmvrś qnyrw, nyr wnx tb genafcbegbjnł? Autor bardzo uprzejmie udzielił mi wyjaśnienia, i teraz już wszystko mi się zgadza.

 

„Dom w Riverton” Kate Morton

Wyszła nowa książka Morton, ale po „Domu nad jeziorem” wcale się do niej nie paliłam, tymczasem znajoma, której gustowi literackiemu bardzo ufam (zbieżny z moim – czyli znakomity) napomknęła, że najlepszy i tak jest „Dom w Riverton”. Niezwłocznie zaopatrzyłam się więc w lekturę. Początek jest dość dezorientujący, z mnóstwem imion i dat wrzucanym w cokolwiek chaotyczną (celowo) narrację, ale dość szybko się dowiadujemy, że narratorką jest 98-letnia Grace, mieszkająca (współcześnie – czyli w 1998) w domu opieki, i wspominająca dawne czasy, kiedy w roku 1914 jako czternastolatka poszła na służbę do domu w Riverton. Był własnością lorda Ashbury, którego dwaj synowie przyjeżdżali w odwiedziny, jeden z nich z dziećmi. Błękitnoocy i jasnowłosi rówieśnicy Grace natychmiast ją zafascynowali. A dziesięć lat potem wydarzyło się tam coś tajemniczego, czego bohaterka nigdy nikomu nie zdradziła, ale teraz postanawia nagrać wyznanie dla swojego nieuchwytnego wnuka Marcusa.
Miałam nieco pretensji o wiek narratorki, choć pradziadek syna mego ma lat 92 i mieszka sam, a mój osobisty wujek w wieku 91 lat jest sprawny umysłowo oraz fizycznie. Poza tym tutaj Morton pamięta o przykrościach starości i nie szczędzi nam ich opisów, nie wymagając od bohaterki żadnych wyczynów poza wspominaniem. Lecz i tak zastanawiałam się, dlaczego akcja nie toczy się te 8 lat wcześniej. Usilniej jednakże rozważałam, co mi to właściwie przypomina, przekonana, że gdzieś już się natknęłam na taką wiekową narratorkę, wspominającą dla wnuka i przeplatającą wspomnienia aktualnością; gdzieś już była ta żona zamknięta w złotej klatce, ta niepokorna młodsza siostra, ten gentvpmavr mznełl xbpunarx… oczywiście, „Ślepy zabójca„! I Morton się do tego przyznaje otwartym tekstem w posłowiu, mówiąc, że gdyby jakiś czytelnik chciał coś podobnego, to istnieje ta właśnie książka. Otworzyłam oczy tak szeroko, że mi wypadły, a brwi poszybowały w stronę Księżyca. Doprawdy nie wiem, gdzie stałam, jak była kolejka po tupet, ale Morton z pewnością w pierwszej linii, a potem przyszła jeszcze trzy razy, albo piętnaście. Nie mieści mi się w głowie, jak w ogóle debiutująca autorka może radośnie rzec „a, podobna do mojej książki jest taka jedna Atwood”. Może w takim razie napiszę powieść o małych ludkach mieszkających w norkach i wyruszających na spotkanie ze smokiem, a w posłowiu napomknę „gdybyście chcieli przeczytać coś podobnego, to niejaki Tolkien kiedyś tam napisał”.

„Harda horda”

Odkryłam ten zbiór oczywiście z powodu Marty Kisiel, ale Harda Horda to coś więcej niż książka – to nieformalne stowarzyszenie dwunastu polskich pisarek fantastycznych. Połowę nazwisk znałam, niektóre dobrze. Po każdym opowiadaniu jest krótka notka biograficzna. Jestem bardzo przyjemnie zaskoczona wysoką jakością wszystkich tekstów. Mają ze sobą niewiele wspólnego, poza przeważnie ściśle kobiecą perspektywą (wyłamują się z tego trzy opowiadania).

Marta Kisiel „Jawor„. Klasyczna opowieść niesamowita ubarwiona pomysłowym nawiązaniem do znanej piosenki dziecięcej. Świetnie napisane.

Aleksandra Janusz „Dróżniczka„. Postapo w Japonii. Po powstaniu Bram nikt już nie podróżuje pociągami, ale ostatnia dróżniczka nadal pilnuje swojej stacji. Nastrojowe.

Ewa Białołęcka „Tylko nie w głowę„. Atak zombi, opisywany przez cierpiącą na depresję singielkę, mieszkającą w bloku z kotem, i robiącą zakupy w Biedronce. Niezwykle realistyczne opisy, plus zabawny i pomysłowy sposób radzenia sobie z nieumarłymi.

Magdalena Kubasiewicz „Dokąd odeszły cienie„. Zamiast wiedźmina bohaterem jest tu nekromanta, który ma się pozbyć duchów z posiadłości Treylów. Wpływ Sapkowskiego widoczny, ale jest to dość oryginalne.

Aleksandra Zielińska „Po drugie„. Horror opowiadany przez dziewięciolatkę. Ładnie rozegrane podteksty.

Anna Hrycyszyn „Z góry nie patrzą„. Narratorka pisze list, chociaż nie bardzo wie, co chce przekazać. Czasem urywa tekst w połowie zdania, stąd nasz obraz sytuacji jest na początku mocno niejasny. Stopniowo się klaruje i okazuje się, że to postapo ekologiczne.

Aneta Jadowska „Zielona zemsta„. Zielona magia polega na hodowaniu roślin, uprawia ją chłopak młodej narratorki, która z kolei para się magią zaczepno-obronną. Wszystko w polskim małym miasteczku, którym trzęsie miejscowy bogacz. Świetne, chcę tego więcej.

Anna Kańtoch „Szanowny panie M.” Narratorka po latach pisze list do mężczyzny, którego przelotnie spotykała w czasach swojej młodości, spędzonej na podróżowaniu z rodziną, w tym śmiertelnie chorą siostrą. Nastrojowe. Muszę w końcu przeczytać jej inne książki.

Martyna Raduchowska „Bezduch„. Jedyny tu pierwszoosobowy narrator męski, nekromanta. W zasadzie horror.

Milena Wójtowicz „Lot wieloryba„. Na świecie pojawiły się zony, w których przenikają do nas istoty z innego wszechświata. Fantastycznie pokazane ich interakcje z bardzo ciekawie zbudowaną narratorką. Czytałabym dalej, zwłaszcza, że brakuje tu trochę zakończenia.

Agnieszka Hałas „Jest nad zatoką dąb zielony„. Zupełnie poważnie zastanawiałam się nad porzuceniem lektury w połowie, ponieważ jest tu śmierć głodowa w oblężonym Leningradzie oraz w bliskiej przyszłości umieranie pięcioletniego dziecka (syna prawnuczki pana, który dokonał żywota w Leningradzie). Zanadto rzewne jak na moje potrzeby.

Anna Nieznaj „Ognisty warkocz„. Jedyna tu klasyczna sf, a autorka musiała czytać „Seveneves„, trochę to wygląda jak jego streszczenie. Plus relacja matki z córką pokazana z innej perspektywy.

„Około północy” Mariusz Czubaj

Kwiecień 1969, pogrzeb Komedy. Narrator znał go przelotnie, grał z nim parę razy w zastępstwie, jest bowiem kontrabasistą. Grywa na pogrzebach, ale na ten idzie bez instrumentu, a potem na stypę do baru. W takich lokalach będzie się toczyć większość akcji, nocami, jak przystało na wymogi gatunku. Narrator przyjaźni się z niewidomym pianistą, ten z kolei z szalonym pisarzem, i ma przeszłość, o której z początku nic nie wiemy, a w Warszawie grasuje zabójca młodych dziewcząt.
Napisanie „Złego” w klimacie Chandlera i umieszczenie akcji w warszawskim 69 wydaje się najoczywistszym pomysłem pod słońcem – jak już się przeczytało tę książkę. Jest to mariaż doskonały, wykonanie znakomite, Czubaj mnie zaskoczył i ujął jakością literacką. Klimat jest należycie mroczny. Doceniłam wstawki o Quasimodo, nieco absurdalne, ale stanowiące ładny kontrapunkt dla atmosfery noir. Piękną klamrą jest też zamykająca książkę wzmianka o śmierci Hłaski. Przemyślana i świetnie zrobiona, dopracowana w każdym szczególe, to nie tylko najlepsza, ale i zdecydowanie moja ulubiona powieść Czubaja, i na pewno do niej wrócę.