„Przedrzeźniacz” Walter Tevis

Spofforth jest robotem, Marki 9, najdoskonalszym stworzonym przez człowieka. Nosi w sobie osobowość depresyjnego inżyniera. Chciałby umrzeć, ale nie może się zabić, bo celowo wbudowano mu ograniczenia. A teraz rządzi konającym światem za tysiąc lat, gdzie zostało parędziesiąt milionów ludzi, bezustannie ogłupiających się narkotykami, nieumiejących nawet czytać. A wręcz jest to zakazane, jako szkodliwe. Chyba, że ktoś jednak się nauczy, jak drugi bohater, Paul Bentley, którego poznajemy przez jego dziennik, w którym odkrywa prawdę o świecie.

Narracja i antyutopijny obraz świata bardzo w stylu lat 80, w czym nic dziwnego, bo powieść wydana została w roku 1980 (i nominowana do Nebuli). Pobrzmiewają tu oczywiście echa „Nowego wspaniałego świata” i „Czy androidy…” Dicka. Tak samo jak one, pozostaje aktualna. Nadal łatwo można sobie wyobrazić świat, w którym ludzie tak długo wymyślali coraz znakomitsze ułatwiacze życia, wytłumiacze emocji i inne ersatze wszystkiego, aż przesadzili i nie zostało już nic.

„The Tea Master and the Detective” Aliette de Bodard

Ogromne rozczarowanie, że Nebuli za minipowieść (novellę) nie dostał Murderbot, było tym większe, że dostała ją de Bodard. Czytałam kilkanaście jej opowiadań, bo z jakichś przyczyn Dozois ją ukochał, nie podobało mi się właściwie żadne. Z niejasnych przyczyn nie umiem zaakceptować rodzenia przez kobiety umysłów statków podróżujących przez deep spaces. Odległa przyszłość, niewyobrażalna technologia, a inkubatorów nie mają? Natomiast tutaj jest dość fajne otwarcie. Do statku kosmicznego przychodzi pani w interesach. Statek natomiast jest ubogi i przymierający głodem, ponieważ już nie chce zanurzać się w podprzestrzeń po strasznej traumie, której doświadczył jakiś czas temu (nie rozumiem, nie mają tam psychologów i terapii dla statków?) Musi się zgodzić na propozycję. Specjalizuje się poza tym w parzeniu mieszanek herbacianych pozwalającym ludziom funkcjonować w deep spaces. Long Chau zaś jest specyficzną wersją Sherlocka Holmesa, i razem będą prowadzić dochodzenie w sprawie dawnej śmierci. Odsuwając na bok środowisko, którego nie cierpię, są tu zupełnie niezłe postaci oraz relacje między nimi, na które mają wpływ tradycje azjatyckie. To dość oryginalne podejście, i w zasadzie żałuję, że nie podoba mi się to uniwersum bardziej.

„Ota Pavel. Pod powierzchnią” Aleksander Kaczorowski

Mogę sobie postanawiać do woli, że nie będę już czytać o Zagładzie, a ona mnie i tak znajdzie. Chociaż czego się spodziewałam. Wojna kładzie się cieniem na biografii każdego człowieka urodzonego w wieku XX. Jeśli nie dotknęła jego samego, to jego rodziców lub dziadków. A już na pewno, jeśli nosi w sobie ślad krwi żydowskiej. Ota Pavel urodził się zaś w roku 1930 jako Ota Popper, z matki Czeszki i ojca Żyda, ale niepraktykującego. Ten miał natomiast w Trieście bogatego stryja, Leopolda Poppera, który stał się pierwowzorem Leopolda Blooma, tego bohatera najsłynniejszej powieści XX-wiecznej, który pewnego czerwcowego dnia włóczy się ulicami Dublina. Jego córka – kuzynka zatem Oty Pavla – była natchnieniem dla postaci Molly, tej od monologu końcowego, James Joyce był bowiem w Trieście jej nauczycielem angielskiego. Świat jest mały i zaskakujący.

Wracając natomiast do kwestii żydowskiej, rozumiem – w żaden sposób niczego nie usprawiedliwiając – że w przedwojennej Polsce Żydzi byli wyraźnie widoczni, odmienni, kłuli w oczy odrębnością. Natomiast w Czechosłowacji sytuacja miała się zgoła inaczej: dzięki świeckości państwa już na początku wieku połowa Żydów uważała się za Czechów albo, o zgrozo, za Niemców. Nie bardzo nawet wiedzieli, że są w jakiś sposób inni. Nie było tam w związku z tym antysemityzmu, dopóki nie pojawił się w sąsiednich krajach około 1937. Wtedy zaczęto przebąkiwać o rozwiązaniu tej kwestii, a kiedy weszli Niemcy, nic już do gadania nie było.

Mieli matkę aryjkę, więc dwaj starsi synowie Leona Popppera trafili do getta dość późno. Dzięki temu przeżyli. Jiří do Auschwitz wywieziony zostali ostatnim transportem, jesienią 1944. Przeszedł przez selekcję doktora Mengele, potem trafił do Mauthausen. Wrócił, ale w strasznym stanie. W tym czasie nieletni Ota został z matką. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co musiał przeżywać nastolatek, odkrywający cierpienia braci i ojca z powodu pochodzenia, o którym wcześniej nawet nie myśleli. Kaczorowski podkreśla tę kwestię, w niej bowiem upatruje źródła późniejszej choroby psychicznej pisarza. Był leczony już w wojsku, mając 21 lat, ale katalizatorem późniejszych poważnych problemów było powiedzenie przez hokeistę „Do gazu, Żydzie”. Nazwisko natomiast rodzina zmieniła w roku 1955. Wtedy pisarz poznał swoją przyszłą żonę (zresztą starszą o 6 lat i mającą już dwóch synów).

Jest tutaj przejmujący i zdumiewający fragment o tym, jak w getcie w Terezinie w czerwcu 1944 (!) roku nakręcono film propagandowy na użytek Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Niency chcieli udowodnić, że Żydom żyje się tam świetnie. Do końca roku większość aktorów zginęła w Auschwitz, a jedną z pierwszych ofiar był reżyser filmu.

Byłam przekonana, że Ota Pavel popełnił samobójstwo. Okazuje sie, że wprawdzie o tym często myślał, ale jego przedwczesna śmierć była wynikiem nieleczonych skutków ubocznych litu, który wtedy był nowym lekiem na dwubiegunówkę. Pomógł pisarzowi, pozwolił mu napisać „Śmierć pięknych saren” – ale ostatecznie odebrał mu życie.

Dobrze się czytająca, miejscami nieco chaotyczna biografia, w której – podobnie jak u Kostyrko – widać autora, czasami w reportażowym stylu relacjonującego, jak spotykał ludzi i oglądał miejsca związane z bohaterem. Podoba mi się ten chwyt, chociaż nieco bym to zredagowała, niekoniecznie musimy wiedzieć, że autor odwiedzał te miejsca z Mariuszem.

„Rocketman”

Żadnych dat. To nie tyle biopic, co złożony z impresjonistycznych scen musical osnuty na życiu Eltona Johna, który w dzieciństwie był nieśmiałym, tłustawym Anglikiem w okularach, i doprawdy ostatnią rzeczą, której można by się spodziewać, to że zostanie gwiazdą rocka światowego formatu. Albo właśnie pierwszą, bo tak to jakoś w życiu się układa, że dzieci kochane i wspierane wcale nie osiągają tego, co te odrzucane i wyśmiewane. Pytanie jeszcze tylko o cenę, jaką za to płacą. Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale to pod wpływem filmu, który składa się z banałów i kiczu, więc pasuje doskonale do bohatera. O faktach można sobie doczytać, a pokazanie tego, co przecież wszyscy znamy, wyszło twórcom nieźle. Z drugiej strony chciałabym jednak zobaczyć to, co czyni Eltona Johna Eltonem Johnem: szlachectwo, przyjaźń z księżną Dianą, działalność charytatywną i tak dalej. Tymczasem dostajemy standardową opowieść o surowym ojcu (według brata przyrodniego to zupełna nieprawda, podobno mieli dobre kontakty), zimnej matce, pragnieniu miłości, poszukiwaniu tożsamości, fatalnie ulokowanych uczuciach, złym agencie, uzależnieniach. To mogłaby być biografia niemal każdej gwiazdy mniejszego czy większego formatu. Choć rozumiem, że ponieważ bohater żyje i ma się dobrze,a w dodatku figuruje w tym filmie jako producent, o obiektywność trudno. Za to malowniczość na ekranie była.

„Kult” Łukasz Orbitowski

To dziwne uczucie, kiedy się bierze do ręki nowego Orbitowskiego, a tam Myśliwski. Podział jest nie na rozdziały, tylko na taśmy, każda datowana na lipiec 1997, Oława. Narrator zwraca się do rozmówcy per „panie Łukaszu”, i ze swadą opowiada o swoim życiu, choć głównym tematem jest jego brat. Henio zawsze był inny, dziwny i rozmodlony, a w latach osiemdziesiątych na działkach zaczęła mu się regularnie ukazywać Matka Boska. Co bratu, księdzu i miejscowej władzy przysporzyło nie lada problemów.

O tym, że to tylko stylizacja, przekonało mnie użycie określenia „ombre” przez Zbyszka, fryzjera. W 1997 tej techniki nie było jeszcze nawet w planach. Bohater mówi też parokrotnie „zadziało się”, to też jest współcześniejsze wyrażenie. Poza tym Henio jest młodszy od Kazimierza Domańskiego, który w rzeczywistości był bohaterem tych wydarzeń, i ma inną biografię. Natomiast cała otoczka wokół nawiedzeń jest zgodna z faktami: Domański rzeczywiście twierdził, że Matka Boska kazała mu uzdrawiać ludzi, że musi na tym miejscu wybudować kaplicę, i rzeczywiście był problem z tłumami odwiedzającymi działki.

Jest to powieść o polskiej naiwnej, prymitywnej religijności, z tymi malowanymi figurami gipsowymi, z krwawymi łzami, z wizją matki Boskiej w niebieskich szatach, z kapryśnymi żądaniami wybudowania okazałych kaplic. Choć właściwie jaka inna miałaby być religijność? Z definicji jest przeznaczona dla maluczkich i ubogich duchem, ma nieść pocieszenie, a nie stanowić wyjście do rozważań intelektualnych. „– chcę być kochany / przez nieuczonych i gwałtownych / są to jedyni / którzy naprawdę mnie łakną” mówi Bóg do Barucha Spinozy w wierszu Herberta. Tu jednak mamy punkt widzenia narratora, który sam siebie uważa za mądrego starca, lepszego od innych. Wielokrotnie wyśmiewa się z niewidzialnego rozmówcy, pana Łukasza (Orbitowski w 1997 miał 20 lat), wytykając mu młody wiek, brak doświadczenia, brawurę młodości. Jest to w ogóle znakomicie napisany bohater, wielowymiarowy. Dobry ojciec, kochający mąż, troskliwy brat, jego pasją są kobiety, zdradza żonę bezustannie, ale zachowując dyskrecję. W młodości przyjaźnił się z Romkiem, późniejszym księdzem, i Waldkiem, późniejszym sekretarzem partii. Na początku pojawia się tu zresztą motyw ze „Szczęśliwej ziemi„: nastoletni kumple podbierają ojcu jednego z nich auto, żeby się przejechać, oczywiście kończą w rowie.

Skojarzenie z Myśliwskim szybko mi przeszło, dalej to jest miejscami bardziej Hrabal. Brutalny i gorzko zabawny, szalenie trafny w obserwacjach, to zresztą zawsze była mocna strona Orbitowskiego. Coraz lepiej się czyta tę całą spowiedź, od pewnego momentu zadając sobie pytanie, co jest za kulisami: jak właściwie się dogadali, ten młodziutki pan Łukasz i ten mędrkowaty fryzjer, z którego emanuje ogromna, nietypowa dla Polaków, joie de vivre. Dlaczego tu i teraz zwierza się młodemu chłopakowi.

Dziewczęta też uwielbiam i traktuję równo. Może być płaska albo gruba, jeśli fajnie się rusza. Wielu facetów wkurwia się na kobietki, ale ja nigdy. Kochałem je, gdy się śmiały i płakały, mogły na mnie krzyczeć i mnie okładać, ale nigdy nie było tak, żebym nie kochał kobiety. To wszystko bardzo piękne i dobre rzeczy są. Wódka. Dzieci. Taniec i dziewczęta. Ale nie ma nic piękniejszego niż golenie klienta na mokro.

Bohaterem tej powieści jest jednak przede wszystkim Polska, ta z lat 1983-1997, z obecnej perspektywy wyglądających paradoksalnie jak czas utraconej niewinności. Przy czym Orbitowski nie jest ani fałszywie nostalgiczny, ani gloryfikujący, ani potępiający. Obserwuje, ogląda, relacjonuje.

Jest to w końcu rzecz o wierze. Siła oraz czystość wiary Henia i jego pierwowzoru jest zaskakująca. Oszałamia to, co Kazimierzowi udało się osiągnąć własnymi siłami. Z mojej perspektywy nieco smutne jest, że ta energia i pieniądze nie poszły na lepszy cel. Orbitowski jednak nie wdaje się w te rozważania. Jeśli nawet brat Henia myśli mniej więcej to samo co ja, to nie daje temu wyrazu. Przede wszystkim ważny jest głęboki szacunek dla brata, bez względu na jego odmienność. Bardzo piękna, bardzo dojrzała, zaskakująca książka.

„Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej” Weronika Kostyrko

Jest to biografia Perli Nirenstein, które to nazwisko nie należy do najbardziej znanych, ponieważ częściej używała nazwiska Pola Nireńska, a jeszcze bardziej znana była jako żona Jana Karskiego. Urodziła się w 1910 i mieszkała w Warszawie, w zamożnej rodzinie żydowskiej, w kamienicy przy Tłomackie. Teraz mieści się tam Żydowski Instytut Historyczny. Ze „Służących do wszystkiego” już wiedziałam, że w takich rodzinach bywały wówczas polskie służące, to mnie więc nie zaskoczyło. Bardziej mnie zaskoczyła informacja, że w Polsce było wówczas 160 kibuców, gdzie pracowały również żydowskie kobiety, syjonistki. I jak zwykle, moja wyobraźnia nie daje sobie rady, kiedy czytam o tym, jak żydowska była wówczas Warszawa, w tamtych właśnie rejonach, od Nalewek po park Krasińskich. Cała ta kultura bezpowrotnie zniszczona. Janusz Korczak ze swoimi sierotami chodził zbierać kasztany do parku Krasińskich, gdzie ja też chadzałam w dzieciństwie, pół wieku później. Ogród Saski (gdzie jeździłam na rowerze) był już polski, Żydzi nie mieli tam wstępu.

W roku 1923 doszło w Warszawie do masowych pobić Żydów (przyczyną była fałszywa propaganda – tak, wcale nie trzeba było w tym celu mieć internetu). Autorka przypomina potem, że w roku 1936 pojawił się pomysł wysłania polskich Żydów na Madagaskar (ówcześnie kolonia francuska), w 1937 pojechała tam nawet specjalna komisja badająca możliwości osiedleńcze, i sporządziła entuzjastyczny, szczegółowy raport. To jeszcze jedno dobitne przypomnienie faktu, że Żydzi dość powszechnie nie byli w Polsce mile widziani, a raczej uważani za problem. Wojna nic tu nie zmieniła, wspólny wróg wcale nie zjednoczył ofiar.

Inaczej niż zazwyczaj w biografiach, tu wyraźna jest obecność autorki, piszącej w pierwszej osobie o tym, że spędziła dzieciństwo na Muranowie (ja też), w jakich archiwach poszukiwała informacji, z kim się spotkała, gdzie była. Można to uważać za skażenie płynące z jej dziennikarskiego doświadczenia, ale podobało mi się, że widzimy tę część pracy nad książką, która na ogół jest ukryta przed okiem czytelnika. Ma się dzięki temu wrażenie obcowania z prawdą o bohaterce. Poruszył mnie zwłaszcza fragment, w którym to właśnie dziennikarka przynosi wiadomości o rodzinie w Polsce potomkom Nirensteinów mieszkającym w Izraelu.