„Pokój” Emma Donoghue

Takie książki powinny być zakazane. W pierwszej osobie opowiada Jack, który właśnie skończył pięć lat, i szybko stałoby się to nużące, a co najmniej minoderyjne, gdyby nie to, że Jack z matką mieszka w jednym niewielkim pokoju, z którego nie mogą wyjść. Jack od urodzenia, jego matka od siedmiu lat. Co parę dni matkę odwiedza Stary Nick, który również dostarcza im podstawowe pożywienie i ubrania. W drzwiach jest zamek szyfrowy. Matkę bolą zęby, chociaż ma tylko 26 lat. Sposób wychowywania dziecka w takich warunkach natychmiast wciąga straszliwie, a po przedstawieniu sytuacji bohaterowie podejmują próbę ucieczki. W żaden sposób nie mogłam się oderwać od lektury, chociaż godzina była już bardzo późna, ponieważ autorka w przerażająco realistyczny sposób pokazuje postrzeganie świata przez dziecko, które go nigdy przedtem nie widziało i właściwie do niedawna nie wiedziało o jego istnieniu. A potem się okazuje, że nie wystarczy po prostu wyjść na wolność. Że jest ojciec matki i jego opinie. Że jest babcia, która mimo dobrych chęci nie jest w stanie pojąć przeżyć swojej córki i wnuka. Że zresztą właściwie nikt nie jest w stanie, nawet specjaliści, bo niby skąd – nikt z nich nie miał do czynienia z takim przypadkiem. Straszna książka, a przecież niestety oparta na prawdziwych wydarzeniach.

„W deszczowy dzień w Nowym Jorku”

W najnowszym filmie Woody’ego Allena dostaje się po równo i starym i młodym. Tych ostatnich reprezentuje tu para uroczych studentów jakiejś niewielkiej uczelni. On jest nowojorczykiem, intelektualistą i graczem w pokera, ona hożą i naiwną blondynką z Arizony. Do szkolnej gazety ma przeprowadzić wywiad z reżyserem Rolandem Pollardem (bez tego podwójnego l w nazwisku też może byśmy się zorientowali, że to alter ego Woody’ego Allena), na Manhattanie. Jej chłopak Gatsby (tak, tak, Gatsby Welles, ni mniej ni więcej) natychmiast planuje im weekend, żeby pokazać dziewczynie Nowy Jork swoich rodziców, których swoją drogą odrzuca i nie zamierza się wybierać na wieczorek organizowany przez matkę, intelektualistkę od urodzenia zmuszającą go do kultury wysokiej. Dalej wiadomo: dziewczyna jest naiwna i bez obycia, popełnia gafę za gafą, ale starsi panowie, czyli reżyser i scenarzysta, wzruszają się tą świeżością i pragną z niej uszczknąć coś dla siebie. Nie mają jednak wiele do zaoferowania, jeden ma kryzys twórczy, ucieka pić i się szlajać, drugi chce mu nieść pomoc, ale po drodze odkrywa, że żona zdradza go z najlepszym przyjacielem. Ashleigh wpada w ramiona trzeciego, przystojnego aktora. Ostatecznie żaden z nich nie przekona jej do nowojorskiego blichtru, ale nie zrobi tego także Gatsby. Jedyną silną postacią jest tutaj matka, wyjawiająca synowi kulisy swojej pasji dla kultury, i pokazująca, że ciągle jeszcze wie bardzo mało o życiu.
To film niezwykle ciepły mimo wtykanych wszystkim delikatnych szpilek, jak zwykle przepełniony miłością do Nowego Jorku, i konsekwentnie w poetyce z lat pięćdziesiątych, mimo występujących w roli dekoracji smartfonów i tabletów. Ale Woody Allen tak ma wyglądać. Inne filmy niech kręcą inni.

„Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi” Julia Boyd

W 1919 międzynarodowa opinia publiczna sprzyja tym biednym Niemcom, którzy wyszli z wojny zubożeni i przygnieceni traktatem wersalskim, a nie tym okropnym Francuzom, którzy żądają reperacji wojennych i w 1923 zajmują zagłębie Ruhry. Anglicy, Amerykanie i mnóstwo innych nacji wysyłają swoje dzieci do niemieckich szkół i na studia. Jest tam tanio, a kultura trzyma się mocno. Tak będzie aż do końca; jeszcze w lecie 1939 mozna znaleźć w niemieckiej prasie ogłoszenia typu „dwudziestoletnia Angielka szuka pracy jako opiekunka do dziecka”.

Chronologicznie obserwujemy pojawianie się faszyzmu, i reakcje na to ludzi, często zwykłych turystów, albo cudzoziemców przebywających w Niemczech czasowo, w tym bodaj tu najdziwniejszego, Chińczyka, który przeżył w Niemczech całą wojnę. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić, ale takich niewyobrażalnych tu jest więcej. Czarny sportowiec Archie Williams, afroamerykański złoty medalista na czterysta metrów, który przybył do Berlina na olimpiadę, i pytany potem o nazistów odparł, że spotkał jedynie miłych Niemców i nie musiał jechać z tyłu autobusu. Poza tym wachlarz reakcji jest niezwykle bogaty. Autorka zresztą regularnie się dziwi, że w tak wielu przypadkach ci inteligentni obyci ludzie decydowali się nie dostrzegać nasilającego się faszyzmu, a nawet pod koniec właściwie już całkiem jawnych przygotowań do wojny. To zresztą wiem od czasu dziennika Virginii Woolf (jest tu też wspomniana, podróżowała z mężem po Niemczech, mąż jako Żyd z pochodzenia miał specjalny glejt, którym nie miał jednak okazji się posłużyć, nosił bowiem na ramieniu oswojoną małpkę, i to interesowało wszystkich znacznie bardziej niż pochodzenie właściciela zwierzątka). Wielu myślało tak jak Virginia Woolf – że wystarczy dać Hitlerowi tereny wschodnie i tym się zadowoli. Wielu sądziło, że wojna już przecież była, kolejnej nie będzie, a że Niemcy się zbroją, to przecież tylko dla obrony. Tak, z naszego punktu widzenia niesłychanie naiwne, ale oni nie z naszego punktu widzenia patrzyli. Zresztą sam Hitler też przecież sądził, że Anglicy go poprą. Jest też przytoczona opinia dwudziestodwuletniego nowozelandzkiego studenta uniwersytetu w Heidelbergu, który w 1932 mówił, że Niemcy w ciągu pół roku zaatakują Polskę.

Największe wrażenie robi tu chyba obraz propagandy. Czarne przedstawiane konsekwentnie jako białe, i tysiące ludzi, którzy się na to nabierali. Albo nawet nie całkiem nabierali, ale nie mogli głośno tego powiedzieć. Znamy to doskonale z własnej niedawnej historii.

„The City in the Middle of the Night” Charlie Jane Anders

January, planeta w obrocie synchronicznym: blask słońca zabija, w ciemności natomiast jest przeraźliwy mróz, i tylko wąski pasek między tymi dwiema skrajnościami pozwala przetrwać ludziom. Miasto Xiosphant na skraju strefy zmierzchu, z jaśniejszą i ciemniejszą stroną – stamtąd pochodzi nastoletnia narratorka Sophie, która ciężko pracowała na stypendium w Gimnazjum, bo alternatywą był bardzo szybki ślub. W szkole przyjaźni się z Biancą i to przez tę fascynację zaprzepaszcza swoją przyszłość, pod wpływem impulsu biorąc na siebie przewinę przyjaciółki. Szybka, niemal gorączkowa narracja w czasie teraźniejszym, świat oglądany jedynie w przebłyskach, państwo policyjne, przymusowa cisza nocna z obowiązkowo zamykanymi zasłonami.

W drugim wątku do tego samego miasta przybywa przemytniczka Mouth, której informatorką jest Bianca. Dowiadujemy się, że na planecie istnieje inne miasto ludzkie, z zupełnie innymi zasadami i nawet własnym językiem. To Argelo, the City that Never Sleeps. Mimochodem również wzmiankowana jest Ziemia, z której przybył statek macierzysty, ufundowany przez rodziny pochodzące z siedmiu miast – państw, z których największym był Zagrzeb.

Gatunkowo jest to podobne do „Piątej pory roku„. Coś tu można dostrzec z „Piątej głowy Cerbera„: atmosfera skolonizowanej planety, na której kultywuje się niektóre stare obyczaje, przerobione nie do poznania, nie bardzo wiedząc dlaczego. Mouth jest zszokowana tym, że w Xiosphant ludzie bezustannie mierzą czas, że są potrawy jadane zaraz po opadnięciu zasłon, a inne tuż przed, że te nieuzasadnione w obecnych warunkach zasady są obsesyjnie pilnowane przez policję. To jeden z głównych tu tematów. Drugim są zaszłości z Mothership, gdzie ludzie z różnych kultur podróżowali w osobnych przedziałach, i nadal jedni drugim wypominają niedostateczny wkład w budowę statku i kolonizację. We wspomnieniach przewijają się wojny – jak się domyślamy, również toczone z tego powodu. Zatem ludzkość na nową planetę zabrała wszystkie swoje przywary, oczywiście. To samo widać w ich stosunku do krokodyli, które zresztą żadnymi krokodylami nie są. Anders wykorzystuje pomysł Tepper z „Trawy” i nadaje miejscowej faunie nazwy wywodzące się z Ziemi, zapewne idąc za pierwszym skojarzeniem, mamy więc kocie mleko czy drapieżne bizony. To jest oczywiście bardzo słuszny pomysł, ale przeczytawszy „Trawę” na świeżo miałam jednak wrażenie wtórności.

Pomysł farmwheels jest cokolwiek wątpliwy, nie wszystkie rośliny potrzebują cyklu dobowego, zwłaszcza że zostały genetycznie przystosowane do składu tutejszej ziemi, więc niby dlaczego nie do stałego oświetlenia. Zresztą w Argelo dają radę bez nich. Poza tym czyta się to świetnie, motywacje bohaterek uzasadnione, świat plastyczny, ale po „All the Birds in the Sky” odczuwałam na początku pewien niedosyt. Bardzo to klasyczna fantastyka – jeszcze jedna skolonizowana planeta, a obrót synchroniczny trudno uznać za oryginalny, choć nader trafne jest spostrzeżenie, że pojęcia dzień i noc oznaczają tu kierunki w przestrzeni, a nie czas. Zderzenie obyczajowości dwóch miast nieco naciągane: w jednym mierzenie czasu to obowiązek i świętość, jest obecne nawet w języku, w drugim z kolei nikt nie ma zegarka i trudno się na cokolwiek umówić (gdyby to była miejscowa kultura, to pomysł jest uzasadniony i interesujący, ale to są przecież ludzie). Nie rozumiem też, skąd dwa zupełnie różne języki, w dodatku inne od używanego na statku macierzystym. Założyciele Argelo wyszli przecież z Xiosphantu, musieli wtedy używać tej samej mowy, a w ciągu kilkunastu pokoleń nie było szansy na aż taką jej ewolucję. Brakuje tu poza tym jasnej intrygi, oglądamy raczej ewolucję bohaterek. Naprawdę wciągająco i dość zaskakująco robi się w okolicach ostatniej ćwiartki, gdzie się okazuje, że zmiennych w tej powieści jest więcej, niż na to wyglądało (choć oczywiście jasny od początku jest jcłlj yhqmv an Tryrg, gnx fnzb wnx bfgngrpmar cynal Ovnaxv). Pod koniec z każdym zdaniem ta powieść robi się lepsza. Jestem bardzo ciekawa, co Anders napisze dalej.

Interesujący jest tu również pomysł różnych walut przeznaczonych na różne cele, np. food dollars, trochę jak punkty różnego koloru w „Limes Inferior„. Interesująco byłoby sobie wyobrazić to rozwiązanie w naszym świecie: choćby takie 500+ wypłacane w food dollars, żeby nie można było za nie kupić alkoholu.

„Księga dla starych urwisów” Krzysztof Varga

To nie jest prawdziwa biografia, ponieważ Niziurski był nudziarzem. Całe długie życie pisał książki, uwielbiał to, i niczego poza tym nie robił. Podstawowe informacje o jego życiu i twórczości, rozważania o książkach, oraz rozmowy z żoną, dziećmi, i czytelnikami, którzy sami zostali pisarzami (Pilch, Miłoszewski, Grzegorz Kasdepke) przeplatane tu są katalogami postaci z jego książek (w tym lista bohaterów o nazwiskach zakończonych na „-łło”), co czyta się z niespodziewanym wzruszeniem. Nie spodziewałam się, że tyle z nich pamiętam. A powinnam, bo jak to mówi Varga, wszyscy dorośli Polacy pamiętają fabułę „Sposobu na Alcybiadesa”, choć chwilę dalej zaznacza, że dla pokolenia 1980 Niziurski nie był już tak ważny. Wszyscy bohaterowie jego powieści mają dwie siostry, ponieważ autor miał trójkę dzieci: syna i dwie córki.
Zupełnie nie pamiętam, kiedy odkryłam jego książki i od której zaczęłam (choć wydaje mi się, że to była „Awantura w Niekłaju”), za to dokładnie pamiętam, gdzie stały w szkolnej bibliotece. I ten pełen niedowierzania zachwyt, kiedy pierwszy raz czytałam to charakterystyczne zastosowanie języka wysokiego do opisu codzienności: zaskakujące i sztuczne, lecz w jakiś sposób znajome i naturalne. W tej chwili uświadamiam sobie, że to przecież od Niziurskiego właśnie musiałam wziąć zamiłowanie do pisania, a i mówienia, z emfazą, przesadą, komplikowaniem rzeczywistości. Moje odkrycie jest nader mało oryginalne, Miłoszewski przyznaje, ze jego sposób tworzenia wyrazistych bohaterów drugoplanowych wcale nie jest z Dickensa, jak twierdził, tylko właśnie z Edmunda Niziurskiego. Varga nie kryje swojego nadal aktualnego zachwytu tą twórczością, i nie przemawia przez niego tylko sentyment młodości, podobno kryminały dla dorosłych też są bardzo dobre.
Z ciekawostek, pisarz najwyraźniej miał prozopagnozję, bo jego rodzina opisuje charakterystyczne dla tej przypadłości zachowania, ale nikt tego nie nazywa po imieniu, łącznie z Vargą.

„Dynia i jemioła” Aneta Jadowska

Thornverse. W pierwszym opowiadaniu Nikita świętuje Halloween, po swojemu oczywiście i w upragnionej samotności. Ale jeśli komuś już uda się przedostać przez jej doskonałe bariery ochronne, to zostanie doceniony.

Narratorką drugiego jest Dora Wilk, już po szóstym tomie cyklu , prawie rok przed „Dzikim dzieckiem miłości„. Chciałaby spędzić spokojne święta z wilkami, ale pilne sprawy wzywają ją do Thornu. Tym razem więcej tu polityki niż walki.

Trzecie jest o rodzinie Koźlakow, zielonych magów. Malina była narratorką pierwszego przeczytanego przeze mnie opowiadania Jadowskiej („Harda horda„) i od razu podbiła moje serce. To inne spojrzenie na magię niż w przypadku Dory, Nikity czy Witkacego, bardziej przyziemne i ludowe, a Malina się mocno różni od tamtych narratorów.

Czwarte opowiadanie jest tutaj jedynym spoza znanych cykli, jego narratorką jest wilkołaczka i strażaczka, mieszkająca w domu obok rysia, z ktorym nieustannie robią sobie psikusy.

W kolejnym wracamy do Nikity sprzed jej cyklu: tu poznaje Karmę, magiczkę cyfrową. Przyznaję, że tę znajomość w powieściach miałam za nieco deus ex machina, ale opowiadanie ją tłumaczy.

Następnie mamy znów Malinę Koźlak, którą nawiedza prababcia, by się pochwalić odkryciem internetu, a w nim licznych durniów.

W siódmym opowiadaniu wraca Nikita, tropiąca w Warsie mafię Makarego.

Dalej jest Dora w trzeciej osobie i Baal. To jedno z tych opowiadań, w których należy wiedzieć, kim są bohaterowie. Tu też tematem jest zderzenie magicznych z internetem. Domyśliłam się migiem i kto jest sprawcą i jaka będzie kara, ale jest to zabawne.

W kolejnym znów Nikita, i tego nie należy czytać przed jej pierwszym tomem, bo otwartym tekstem przywołuje zakończenie, oraz stanowi łącznik z drugim tomem. Tu bohaterka wybiera się do Sawy w święto Samhein, czego normalnie nie uczyniłaby za żadne skarby, ale jest bardzo skutecznie szantażowana. Folklor japoński gra tu główną rolę.

Zbiór zamyka tekst, którego narratorem jest duch. Postanawia się z nim zaprzyjaźnić mała, ale bardzo rezolutna dziewczynka. Przelotnie pojawia się Witkacy.

„Ropuszki” Aneta Jadowska

Można czytać ten zbiór przed Witkacym, ale raczej po całym cyklu o Dorze, bo o ile pierwsze dwa dzieją się przed „Złodziejem dusz”  – w pierwszym w ogóle Dora ma 19 lat – o tyle dalej są już wzmianki o następnych wydarzeniach. Mamy tu nie tylko Dorę, ale i Witkacego nadal przed inicjacją, oczywiście Romana, nieco więcej o nekromanckiej magii Katii, i o tym, skąd się wzięła Sally pojawiająca się przelotnie w „Dzikim dziecku miłości„. Czytało się na wakacjach przyjemnie, natomiast żadnych tu zaskoczeń, większość tematów została już wyraźnie zasygnalizowana w cyklu, i nic tu nowego. Ostatnie, o latarniku, jest mocno przesłodzone i nic się w nim nie dzieje, to już naprawdę tylko dla zagorzałych fanów Dory.

Tak jak w przypadku Harry’ego Pottera, którego ostatnio oglądałam ponownie w całości, zastanawiam się nad możliwością całkowitego ukrycia magii przed światem mugoli. Nie wydaje mi się to możliwe, skoro magiczni rodzą się również w zwyczajnych rodzinach. U Rowling samo to, że Dursleyowie wiedzą, daje do myślenia: nie wierzę, żeby Dudley był w stanie nie wygadać kolegom. Jadowska załatwia to czyszczeniem pamięci, co też może działać jakiś czas, ale na dłuższą metę musi się znaleźć parę osób, u których zapomniano o tym lub nie do końca zadziałało. Plus rodziny mające magiczne dzieci.

Zupełnie inną sprawą jest kwestia etyki. Czy na przykład takim „expelliarmusem” mozna by rozbroić zamachowca – logicznie powinno się dać, skoro Hermiona naprawia zaklęciem całkiem niemagiczne okulary Harry’ego. A w takim razie nieużywanie do tych celów magii to świństwo. U Jadowskiej jest nieco inaczej, magia zajmuje się zasadniczo sama sobą, i Dora używa na złych magicznych broni typu glock. Ale i tu można się zastanawiać, czy Dora lub Bogna nie powinny częściej używać swoich talentów do na przykład znajdowania również tych niemagicznych morderców. Dora oczywiście podkreśla wielokrotnie, że nie może tego w raporcie umieścić, ale w przypadku nadprzyrodzonych ostatecznie jakoś sobie z tym radzi. Tak sobie to zresztą wyobrażałam na samym początku lektury i byłam nieco rozczarowana, że tak nie jest.

Chętnie zobaczyłabym jakieś lepsze uzasadnienie dla ukrywania istnienia magii i magicznych stworzeń, niż „bo tak”. Nawet nie jest to „zawsze tak robiliśmy”, bo clou polega przecież na korzystaniu z rozmaitych wierzeń i podań ludowych, czyli sugestii, że kiedyś ta wiedza była powszechnie znana. Dlatego bardzo podobał mi się pomysł Jemisin, u której magami się gardzi i ich boi. To bardziej wiarygodne podejście niż pomysł, że przez wieki da się coś skutecznie ukryć.